piątek, 23 grudnia 2011

Uuuuu...

...Ale mi się należy bicie za tą ciszę! Jak zobaczyłam ile czasu się nie odzywałam, to byłam w szoku, bo tyle się dzieje, że wydawało mi się, że to była tylko chwila, a to już 2 miesiące minęły od ostatniego posta... Miło mi bardzo, że niektórzy o mnie pamiętali nawet wtedy kiedy nie udzielałam się w blogowym świecie :) Dziękuję kochani za pamięć :))

Cały mój czas pochłania szkoła - nauka, pisanie pracy licencjackiej i praktyki, a terminy jak zwykle, na wczoraj, albo nawet na przedwczoraj... Aż dziwne, że jeszcze nie osiwiałam przez te wszystkie nerwy, bo na nudę narzekać nie mogę... I to nie tylko w szkole, bo ogólnie w moim życiu ostatnio zbyt wesoło nie było. Ale to już było, nie będę do tego wracać, niech to wszystko idzie w zapomnienie. Zbliża się nowy rok, który mam nadzieje będzie wspaniały :))

Mimo wszystko jestem najszczęśliwszą kobietą pod słońcem :) 
Kocham i jestem kochana przez najwspanialszego Mężczyznę na świecie, 
i niech to się nigdy nie zmienia :*


***
Z okazji Świąt, chciałabym wszystkim życzyć mnóstwo miłości, zdrowia, szczęścia, pieniędzy i wszystkiego, czego Wam do pełni szczęścia jeszcze brakuje :) 
Ponadto prawdziwej świątecznej, rodzinnej atmosfery, bo przecież o to w Świętach właśnie chodzi... 
I żebyście o mnie nie zapomnieli, jak znów się zatracę w tym całym bałaganie ;)


poniedziałek, 17 października 2011

Znów nastała tutaj cisza...

... i najmocniej Was wszystkich za to przepraszam... Po prostu staram się jakoś uporządkować wszystko, naukę i resztę zajęć, i naprawdę zostaje mi niewiele czasu, a jak już chwila jest, to chętnie spędzam ją z moim Kochanym :)

Powolutku zaczynam ogarniać to wszystko, co spadło mi nagle na głowę z początkiem roku akademickiego. Mieliście rację, że wszystko wydaje się takie straszne, bo spadło na mnie wszystko na raz, a z czasem da się wszystko jakoś przewartościować i uporządkować. Może w tym roku kalendarzowym nie uporam się z tym na tyle, żeby móc zacząć szukać pracy, ale od nowego roku mam nadzieję ruszyć również z planami życiowymi do przodu i jeśli wszystko pójdzie tak jak bym chciała żeby poszło, najpóźniej na wiosnę zacząć szukać mieszkania. Matko, jak ja bym chciała, żeby mi się wszystko udało zrealizować...

Nie wiem jedynie jak to będzie z pracą M. Niby jakoś sobie wszystko na razie poukładali w grafiku i praca na popołudnie doszła do skutku, ale nie wiadomo jeszcze jak to dalej będzie. Bardzo liczę na to, że jedyne co się zmieni to ubędzie mu nadgodzin, bo niby pracuje 8 godzin dziennie, a cały dzień siedzi w pracy jak na razie, a dla mnie czas znajduje dopiero wieczorem... Tak nie powinno być, w umowie ma 8 godzin dziennie, nadgodziny rozumiem, bo czasem już się tak zdarzy, że po prostu trzeba, ale nie codziennie... Ostatecznie bilans dzienny mu wychodzi 9-11 godzin, ja się pytam co to ma być?! Trudna sprawa, bo to jego pierwsza praca gdzie zagrzał miejsce na dłużej i lepiej się nie wychylać, ale też tak być nie powinno, że dzień w dzień nadgodziny i nikt mu za to nie płaci... :( Gdyby jeszcze z tego pieniążki były, to jakoś bym to musiała znieść, albo nawet bym zniosła bez problemu, bo może bylibyśmy w stanie wynająć w końcu mieszkanie, ale taka praca charytatywna to po prostu wyzysk... Ani czasu w rezultacie nie ma, ani pieniędzy. Krew mi się gotuje jak o tym myślę...

W sprawach realizacji moich planów życiowych - nie wiem, jakiej szukać pracy, żeby była w elastycznych godzinach i nie wymagała zaświadczenia sanepidu (nie uśmiecha mi się odnawianie badań co 3 miesiące ;/)... Pozostaje chyba tylko telemarketing, ale jakoś chyba nie umiem przekonać kogoś, komu zabieram wolny lub wręcz przeciwnie - pracujący czas, do zakupu jakiejś usługi, której sama za Chiny Ludowe bym nie chciała i sama siebie potraktowałabym zbywająco ;) Ciężka sprawa... Chociaż... Są jeszcze korepetycje, ale nie dam rady na prywatnych korkach dorobić sobie tyle, żeby móc mieszkać z M. Ktoś mi kiedyś tu na blogu podsunął całkiem sensowną propozycję pracy w jakiejś sieci supermarketów, przejrzałam warunki pracy tam i byłyby nawet OK, tylko zawsze jest jakieś ale. W moim mieście nie ma tej sieci sklepów, a w innych, typu Carrefour czy Tesco... Cóż, wszyscy, których znam i pracują tam, marzą o tym, by dać stamtąd nogę, bo zasadniczo w większości placówek panuje praca niemal niewolnicza, więc chyba podziękuję. No i zonk. Nie mam już naprawdę za grosz weny twórczej, żeby wymyślić jakąś sensowną propozycję.

Wybaczcie ciszę również u Was. Czytam Wasze wpisy, ale zazwyczaj nie mam już tyle czasu, żeby komentować. W końcu się ogarnę, obiecuję, i zacznę się bardziej udzielać społecznie, a póki co próbuję ustawić swoje życie do pionu :)

piątek, 7 października 2011

Dołek gotowy.

Mam ochotę usiąść i płakać. Wiedziałam, że ten rok akademicki nie rysuje mi się zbyt kolorowo, ale też nie przypuszczałam, że będzie aż taki czarny... Minął dopiero pierwszy tydzień zajęć, a ja już powoli nie wiem w co mam włożyć ręce, żeby się ze wszystkim wyrobić. A chciałam znaleźć sobie pracę, a tu się okazuje, że i bez tego będę miała dość problemów na głowie...

300 stron jakiejś noweli do przeczytania i streszczenia + wypisanie nowych słówek z całej książki, nie, nie na raz, ale na cały semestr, tylko jest haczyk - szanowna pani wykładowczyni dyrektorka zarządziła, że co miesiąc będzie nasze wypociny nad nowelą zbierać i patrzeć czy jesteśmy systematyczni.
Do połowy października wybrać temat pracy dyplomowej, do listopada wykonać plan pracy, do grudnia oddać pierwszy rozdział.
Przynajmniej 2 godziny w tygodniu prowadzenie zajęć + wykonać do każdych zajęć konspekty, przynajmniej 2 godziny obserwowania zajęć + sprawozdania z każdej godziny.
W planie widnieją dwie literatury - brytyjska i amerykańska - na każdą średnio co 2 tygodnie przypada jakaś niemała lektura do przeczytania.
Na semestr portfolio z gramatyki praktycznej zawierające co najmniej 400 testów.
To perspektywa najbliższego semestru po pierwszym tygodniu, mam dziwne przeczucie, że będzie tylko gorzej... :(
Nie wiem, może to tylko ja tak pesymistycznie do tego podchodzę, ale mnie się wydaje, że na moje plany życiowe tak jakby już nie ma miejsca... Czuję się taka zrezygnowana... A już było tak blisko, tak się nastawiłam na znalezienie pracy i poszukiwanie mieszkania, a tu po prostu gówno - inaczej tego nie mogę ująć. Chce mi się wyć...

Na dodatek M. będzie pracował co drugi tydzień na popołudnie, a zważając na to, że ciągle robi nadgodziny, to naszych spotkań nie ma już gdzie ulokować w czasie, bo doba jest na takie eksperymenty za krótka. A bądźmy szczerzy - związek, w którym dwoje ludzi widuje się co dwa tygodnie na zaledwie 2-3 godziny dziennie bez możliwości posiadania chociaż 10 minut prywatności, nie mówiąc już przypadkiem o jakiejkolwiek bliskości poza buziakiem, to związek bez szans. Ani jedno ani drugie tego nie wytrzyma, każde zacznie mieć swoje życie i pójdzie w swoją stronę. Już teraz między nami jest coraz gorzej, bo mój nastrój na myśl o tym, co przed nami coraz bardziej się pogarsza, a M. jest bardzo cięty na moje złe samopoczucie, co również spędza mi sen z powiek, bo każdy ma prawo do martwienia się i złego samopoczucia, tyle, że ja jak widać nie. A nie potrafię już robić dobrej miny do złej gry, bo mnie to już po prostu przerasta...

Szczerze, nie mam siły nawet o jakąkolwiek poprawę czegokolwiek walczyć. Tak mnie to wszystko dołuje, że nie daję rady. Mam ochotę skreślić całe moje życie, bo NIC w nim nie jest tak, jak miało być, nawet po tym całym zapierdolu nie mam co liczyć na chwilę odpoczynku w ramionach M., bo praca, praca, praca... Rozejdziemy się, jeśli dalej tak się wszystko ma układać... Kogo to obchodzi, że każdy, i student i pracownik, chce mieć życie prywatne, a nie tylko obowiązki... Gdybyśmy chociaż mieszkali razem, to ostatecznie po całym dniu moglibyśmy się spotkać wieczorem, i cała noc również byłaby tylko nasza, ale jak już pod górkę mieć, to po całej linii... Dopóki nie zacznę pracować, to nie ma takiej możliwości, żebyśmy mieszkali razem, a ja nie mam kiedy pracować, żeby nie zawalić szkoły. Mam dość, ta cała sytuacja jest bez wyjścia, a jedyne możliwe zakończenie, to złe zakończenie. Moje życie chyli się ku upadkowi.


Mam już tego wszystkiego do kur** nędzy dość!!!

wtorek, 4 października 2011

Milczek

Przepraszam na samym wstępie za tą ciszę. Mogę Wam przysiąc, że bywam u każdego i czytam Wasze wpisy od deski do deski, tylko nie potrafię z siebie wydusić słowa. Ani u Was, ani u siebie. Naprawdę dopada mnie jakieś jesienne przygnębienie i mobilizowanie się do chodzenia do szkoły oraz do praktyk, które nieuchronnie nadciągają, wysysa ze mnie resztki sił do życia. Dodatkowo, w związku z uczęszczaniem na III rok studiów, mam do ogarnięcia sporo nowych spraw, w tym pracę dyplomową, zatem muszę uważnie gospodarować energią życiową, której mi ledwo co starcza. Zaglądam tu w wolnej chwili, aby odsapnąć od biegu codziennego życia oraz oderwać się od tego co mnie otacza, ale nie starcza mi inwencji twórczej na odzywanie się.

Wstyd, wstyd, wstyd! Ale obiecuję w weekend zdać relację z pierwszego tygodnia szkoły i zalążka praktyk, a póki co dalej będę bywać tu i u Was po cichutku :) Szybkiego nadejścia weekendu Wam życzę :))

środa, 28 września 2011

 Na początku wspomnę o moim kręgosłupie, bo wielu z Was się o mnie troszczy :) - prawdopodobnie wysunął mi się dysk, ale sam się wsunął... Teraz już mnie praktycznie wcale nie boli, ale jestem trochę zła, że tak późno dostałam się do tego lekarza, bo gdyby mnie przyjął chociaż dwa dni wcześniej to cały mój ból miałby podany na tacy, a tak poszłam jak już mnie niewiele bolało, to moją dolegliwość rozpoznał jedynie dzięki mojemu opisowi co, gdzie i jak mnie bolało... Echh...

I wracając do tego, o czym chciałam dzisiaj wspomnieć...
Jest dziwnie... Jeśli stan dziwności się nie zmieni do następnego posta, to napiszę co jest dziwne, a jeśli wszystko wróci do normy, to zapomnimy o tym.
A przede wszystkim jest stresująco... Strasznie zaczynam się bać nadchodzących praktyk w liceum. Niby wiem jak młodzież działa, bo dopiero co sama liceum kończyłam, a jednak ogarnia mnie jakiś niewyjaśniony strach, który prawie całkowicie spędza mi sen z powiek... Zaczynam się na poważnie zastanawiać, czy bycie nauczycielem to jest moje powołanie, bo zwyczajnie nie odczuwam żadnej radości na myśl o praktykach, tylko strach. Naturalnie nie wycofam się w ostatnim roku, jaki mi do ukończenia tego cyrku został, ale jednak nie jestem pewna jak sobie w kwestii starcia z licealistami poradzę.
Chyba zaczyna mnie dopadać jesienna chandra... :(

czwartek, 22 września 2011

Wieści różnej treści

Sytuacja między nami wraca do normy, chociaż bardzo powoli, bo M. chory, ja się ledwo ruszam z powodu bolącego kręgosłupa, tak więc mamy bardzo pod górkę, żeby się w ogóle spotkać... Obydwoje przesadziliśmy z naszymi reakcjami, M. przyznał, że sytuacji, która to wszystko wywołała mógł zapobiec, i w rezultacie dramat rozegrał się o nic, tylko mój PMS rozdmuchał mały problem do rangi mega przestępstwa, a M. dał mu się sprowokować...

Wiecie, zazwyczaj horoskopy czytam tylko dla zabawy, bo w nie nie wierzę, ale to co ujrzałam wczoraj po prostu mnie wmurowało w ziemię... Dziwnie się czuję, kiedy to co czytam, mogę co do słowa odnieść do wydarzeń w moim życiu...

(Po kliknięciu obrazek się powiększy)

Co się stało, że cierpię z powodu kręgosłupa?
Właściwie plecy bolą mnie już tydzień, ale wcześniej wiedziałam, że to moja zasługa, bo przez chwilę nieuwagi znów mnie gdzieś zawiało i  problem gotowy. Niestety nie udało mi się tego zwalczyć... Bo ból przeszedł już z zaziębionych pleców na wyższy szczebel - ból kręgosłupa. Możecie mi wierzyć, że naprawdę mnie boli, gdyż ja, nawet to pogrubię i podkreślę: wybieram się do lekarza! Tak, tak... Mało, że nie mogę się ruszać, to jeszcze drętwieje mi noga... Coś mi ewidentnie uciska nerwy i muszę coś z tym zrobić, bo nie pomaga mi już nic z domowej apteczki i medycyny ludowej... Kilka dni temu o mały włos nie powybijałam sobie zębów o umywalkę - kiedy myłam zęby, przez kręgosłup przeszedł mi tak gwałtowny i silny ból, że nogi mi się ugięły i gdyby nie to, że za mną była pralka, o którą zdążyłam się oprzeć, to dzisiaj nie miałabym już kompletnego uzębienia, za to miałabym pewnie pokazowo poobijaną twarz. Niestety ból nie odpuszcza, a wręcz pojawia się coraz częściej, więc chyba muszę się ratować pomocą wykwalifikowanych medyków...
Dzisiaj byłam u fryzjera, żeby mi umyli włosy, bo ostatnio, kiedy sama próbowałam to zrobić, to po prostu położyłam się na wannie i płakałam z bólu. Mam długie i gęste włosy, więc po namoczeniu zrobiły się tak ciężkie, że mój kręgosłup tego nie wytrzymywał...

Szczególnie w takich momentach marzę o tym, żebyśmy mieszkali razem... Bo razem nawet chorowanie jest fajne :)  I bądź co bądź, trochę wkurza mnie, że moim chorym facetem zajmuje się jego mama, a nie ja :(
Niby cały czas gdzieś na horyzoncie pali się światełko na wspólne zamieszkanie, ale to tylko na razie taka mała iskierka... Jakby tylko ktoś powiedział choćby dzisiaj, że jest gdzieś w moim mieście nieduże mieszkanie z niezbyt wygórowanym czynszem, to stanę na głowie, żeby znaleźć jakąś pracę i pogodzić ją ze studiami, żebyśmy tylko mogli razem zamieszkać....

wtorek, 20 września 2011

Gratulacje dla mnie ;]

Wszystko zepsułam.
Choć teraz wiem, że przez moje usta na M. wydzierał się mój PMS, to wcale nie jest mi przez to lepiej... Facet nie jest w stanie pojąć do końca dlaczego zamiast mnie odezwał się do niego PMS, a ja nie byłam w stanie tego powstrzymać, bo opis tego stanu u kobiety zna tylko z Wikipedii, a rękę dam sobie obciąć, że święcie wierzy, że to jest wszystko przesadzone, bo przecież można nad sobą zapanować jeśli się chce. Ja chcę nad sobą panować i staram się, ale to jest dosłownie ułamek sekundy i cała moja zła strona wymyka się spod kontroli i gada rzeczy, których nigdy nie chciałabym nikomu powiedzieć... Zatem nie wierzę, że M. uzna, że naprawdę nie mogłam tego zatrzymać...
Zła jestem na siebie cholernie, bo pewnie gdyby nie te pieprzone hormony to ugryzłabym się w język, a tak dałam piękny popis takiej wersji siebie, jakiej sama jeszcze nie znałam i wstyd mi, że potrafię być taką zołzą. Choć miałam powód, żeby być na Niego wkurzoną, to jednak mocno przesadziłam, zarówno w mojej reakcji jak i w doborze słów... Nie będę zaskoczona, jeśli już się do mnie nie odezwie, ja też nie chciałabym ze sobą być, a tym bardziej układać planów na przyszłość z taką sobą, jaką się wczoraj okazałam. Bo oprócz tego, że bywam miła i sympatyczna, to niestety przychodzą dni, kiedy pokazuję swoją złą stronę i to się nie zmieni aż do menopauzy, więc chyba nie będę Go już sobą katować.
W jednej chwili straciłam wszystko to, co najbardziej kocham. Wszystkie plany i marzenia. A najbardziej boli, kiedy wszystko traci się z własnej winy...
Gdybym tylko mogła cofnąć czas... :(

Jeszcze raz gratulacje dla mnie.
Brawa dla tej pani...



Crying is how your body speaks 
when your mouth can’t explain 
the pain you feel.

niedziela, 11 września 2011

Refleksje przyszłościowe

Mam nadzieję, że teraz już nic mi nie stanie na przeszkodzie w pisaniu, bo prawdę mówiąc zbieram się do napisania tego posta już chyba z tydzień, ale jak dotąd z dość marnym efektem. Szkoda czasu na wymienianie owych przeszkód, w każdym razie bardzo liczę na to, że już się nie pojawią i będę mogła bywać tutaj dokładnie tyle czasu ile powinnam :) I z tej okazji dzisiaj będzie dużo czytania, więc nie pogniewam się, jak ktoś nie dotrwa do końca ;)

Tradycyjnie, wydarzenia w moim życiu galopują na oślep, zmieniają się z prędkością światła, niosą za sobą różne nastroje i emocje - raz jest wybitnie źle, raz bajkowo dobrze... Wolałabym, żeby zawsze było bajkowo dobrze, albo chociaż dobrze, bo takie gwałtowne skoki nastrojów związanych z różnymi sytuacjami są bardzo nieprzyjemne...

Ciągle brakuje nam pieniędzy na realizację swoich marzeń... Wczoraj moi dziadkowie opowiadali o weselu, na którym byli nasi sąsiedzi - możecie mi wierzyć, jak słyszę o takich rzeczach to krew się we mnie gotuje, bo gdybym to ja miała do dyspozycji taką kasę, to mało, że wyprawiłabym wesele, to jeszcze postawiła niemały dom i go wykończyła co do najdrobniejszego szczegółu... Podobno młoda para wyprawiła wesele na ponad 260 osób, dodatkowo wesele trwało 3 dni, jedzenia i picia było do oporu, każdy z gości miał zagwarantowane 3 noclegi w nie byle jakich hotelach, orkiestrę sprowadzili z drugiego końca Polski, bo taki mieli kaprys, i każdy z gości, nie para czy rodzina, ale każda pojedyncza osoba będąca na weselu, oczywiście pełnoletnia, dostawała ćwiartkę i paczkę z ciastem...
Płakać mi się chce, naprawdę... Niektórzy ludzie są tak obrzydliwie bogaci, żyją jak królowie a ja bym po prostu chciała założyć rodzinę, już nawet odpuściłam w czasie marzenia na moje własne M, w zupełności zadowolę się spółdzielczym mieszkaniem czynszowym... Po prostu chcę w końcu mieć męża, którego nie mam tylko dlatego, że nie mamy pieniędzy na wesele i utrzymanie się chociaż w przeciętnym standardzie (bo stać nas na mieszkanie, ale będziemy musieli liczyć pieniądze co do grosza, prosić rodzinę o pomoc finansową, a o dzieciach możemy zapomnieć, bo zanim byśmy się odbili finansowo, to dużo czasu minie...).

Nie wiem ile pracy mnie czeka w tym roku akademickim, ale bardzo liczę na to, że w miarę sprawnie sobie z tym wszystkim poradzę, żeby móc podjąć jakąś pracę w elastycznych godzinach. Wierzcie mi, że gdybym zarobiła chociaż 500 zł miesięcznie, to moglibyśmy zacząć myśleć o znalezieniu mieszkania, a za jakiś czas o ślubie...

Bardzo mi zależy na tym wszystkim, bo nasz związek cierpi przez to, że jesteśmy już ze sobą dosyć długo, a nawet nie mieszkamy razem. Tyle się rodzi niepotrzebnych bzdurnych sporów, które nie miałyby miejsca, gdybyśmy chociaż mieszkali ze sobą, a dają nam one mocno w kość, osłabiają nasze relacje, dają złudzenie, że nie jesteśmy ze sobą szczęśliwi. Obydwoje to widzimy i co do tego się zgadzamy, ale te konflikty rodzą się same i wszystko niszczą...
M. nawet do tego stopnia chciałby to wszystko urzeczywistnić (kocham Go jeszcze mocniej za to, jak mu cholernie zależy, żebyśmy w końcu mogli być razem :*), że uważa, że powinniśmy zaliczyć "wpadkę" (oczywiście planowaną, bo co do dzieci się zgadzamy i ich chcemy), bo wtedy cała rodzina się zepnie, żeby nas ochajtać i znaleźć nam mieszkanie, wszystko będzie w trybie ekspresowym, bez tego cudowania co teraz, że musimy o wszystkim myśleć sami, mimo że perspektywy mamy żadne. Poniekąd ma rację, ale ja jednak wolę, żeby wszystko było po kolei, najpierw ślub, potem dzieci. Chciałabym, żebyśmy się pobrali dlatego, że chcemy a nie dlatego że "musimy" (bo dla całego społeczeństwa właśnie tak to będzie wyglądało, że pobraliśmy się tylko dlatego, że dziecko w drodze... Nieważne, że my wiemy swoje, że celowo wpadliśmy, żeby być razem, ale otoczenie by nas truło).

Nie chciałabym, żebyście pisali, że powinnam wrzucić na luz, bo jestem młoda, mam jeszcze czas na rodzinę i tak dalej, bo ja dokładnie przeanalizowałam wszystkie za i przeciw, wiem, że ani teraz nam nie jest łatwo, ani łatwo nie będzie później, kiedy się pobierzemy, bo zamiast tych problemów pojawią się nowe, ale wiem jedno - im dłużej żyjemy osobno, tym gorzej na tym wychodzimy, a nie chciałabym, żebyśmy się kiedyś rozeszli właśnie przez jakąś pierdołę, która wynika z tego, że coraz krócej się widujemy, a każde z nas ma swoje życie... 4 lata bycia razem to sporo, czegoś się już od takiego związku wymaga, a my nie możemy wymagać mimo, że chcemy, bo nie ma pieniędzy na awans choćby w narzeczeństwo...

Rozpisałam się za wszystkie godziny mojej nieobecności ;) Ale musiałam wyrzucić z siebie wszystko, co mnie gryzie. Nie jest mi co prawda lepiej z tego powodu, bo sytuacja się w żaden sposób dzięki temu nie zmieniła, ale przynajmniej może chociaż część z Was zostawi jakieś mądre słowa :)

piątek, 26 sierpnia 2011

W prawie telegraficznym skrócie ;)

Trochę pomilczałam, ale czasem lepiej milczeć, niż robić głupoty. Przeczekałam te nieprzyjemne chwile i dzięki temu blog ocalał, bo niewiele brakowało, aby bezpowrotnie zniknął.Znowu mi jakieś chochliki, prawdopodobnie te stąd - z bloga, małpy złośliwe, zaczęły mieszać w życiorysie i o mały włos pognałabym je razem z tym blogiem. Jednak szkoda by mi było opuszczać to miejsce i Was, więc po prostu zrobiłam sobie wolne od tego miejsca i na szczęście wszystko wróciło do normy.

Niewiele się u mnie zmieniło, poza tym, że uciekła mi szansa na comiesięczne stypendium, które być może umożliwiłoby mi zamieszkanie z M. Wcale nie chodzi o to, że miałam za słabe oceny - po prostu według nowych przepisów jestem... zbyt zamożna, żeby takie stypendium otrzymać. Szlag by ich trafił... Moje plany znów odsuwają się w czasie... :[

Oprócz tego przyszła kolejna partia kartek do klejenia, więc nie mam zbyt wiele czasu, a jak już mam, to (nie bijcie) nie spędzam go przy komputerze tylko albo na sprzątaniu, albo na świeżym powietrzu, bo lato się w końcu namyśliło i pogoda przepiękna :)

Obiecuję wszystkie zaległości ponadrabiać w najbliższym czasie, a póki co uciekam znów od komputera :))

sobota, 13 sierpnia 2011

Tajemniczy powód szczęścia :)

Nadszedł czas wyjawić z jakiego powodu mam ochotę tańczyć z radości :) Emocje już nieco opadły, więc jestem w stanie sklecić kilka sensownych zdań na ten temat.

Po powrocie znad morza odwiedziliśmy z M. moją babcię. Babcia weszła na temat wspólnego życia młodych ludzi - że nie ma łatwo, bo ani pracy dobrej nie ma, ani pieniędzy, to też przed młodymi żadne perspektywy nie stoją, a już szczególnie przede mną i przed M. Ja nie pracuję, bo studia mi to uniemożliwiają, M. pracuje, ale mimo pełnego etatu zarabia grosze, nie jest powiedziane, że po skończeniu studiów znajdę pracę, bo w moim mieście ciężko z takimi sprawami...

Można zatem wynieść wnioski, że przyszłość przed nami maluje się nie za ciekawie. Tym bardziej, że chciałabym zrobić zaocznie studia magisterskie (to kosztuje), M. chciałby iść na studia w przyszłym roku (zaocznie, bo pracuje, a to też kosztuje), więc o pieniądzach możemy słuchać tylko z opowiadań osób zamożnych.

I wracając do babci - babcia zaczęła szukać możliwości, sposobów i okazji, żeby ubarwić nieco tę czarną wizję NASZEJ przyszłości. Poruszyła ten temat na poważnie, M. się w rozmowę zaangażował, co mnie bardzo zaskoczyło, bo unika takich tematów jak ognia, i jakoś to wszystko poszło do przodu. Sam zaczął temat rozwijać, postanowił...
...porozmawiać o tym z moimi dziadkami i rodzicami!

Sama się sobie dziwię, bo jestem straszna płaczka, jeśli chodzi o przeżywanie silnych emocji, ale udało mi się nie zacząć ryczeć, kiedy usłyszałam słowa wstępu do rozmowy, wychodzące z ust M.: "Jest taka sprawa, że ja i Ewelina myślimy powoli o ślubie i zamieszkaniu razem...". Ale za to teraz jak sobie to przypomnę, to mam łzy w oczach :))
Takie słowa od swojego Ukochanego Mężczyzny, którego krew zalewa, jak ktoś wspomni o ślubie czy mieszkaniu, który unika tematu jak ognia... Chyba nie dziwne, że skoro sam z siebie takie oświadczenie wygłosił, to ja jestem cała w skowronkach i ze łzami szczęścia w oczach? :)

Tak więc wszystko zaczęło się toczyć błyskawicznie - dziadkowie i babcia zaproponowali pomoc finansową na miarę swoich możliwości, moi rodzice, a głównie mama (?) zaproponowali założenie przeze mnie i przez M. książeczek mieszkaniowych i odkładać co miesiąc jakąś kwotę na nasze mieszkanie. Oznajmiła też, że będzie na moją książeczkę płacić co miesiąc, dopóki nie zdecydujemy się na zakup mieszkania oraz że połowę kosztów naszego wesela pokryje, na drugą połowę musi zbierać M. :) Mama M. zaproponowała, żebyśmy kupili jednopokojowe mieszkanie, a ona zamieni się z nami - będzie mieszkać sama więc jeden pokój jej wystarczy, a my możemy mieszkać tam, gdzie teraz mieszka M. - 2 pokoje.

Boże, myślałam, że nigdy nie otworzą mi się te drzwi, za którymi kryje się to marzenie, i nagle wszystko powoli staje się w zasięgu ręki... Nie wiedziałam, że spotkamy się z taką życzliwością otoczenia, choć tak naprawdę nikt nie ma pieniędzy, każdy żyje od wypłaty do wypłaty, a jednak zadeklarowali swoją pomoc...
Chciałabym zacząć pracę w jakiejś szkole języków obcych, mam nadzieję, że mój plan zajęć mi to w tym roku umożliwi - wtedy będę w stanie odkładać więcej pieniędzy :) Albo chociaż żeby znaleźć ze 3 osoby, które co tydzień będą się zgłaszać na korepetycje - kokosów nie będzie, ale zawsze będzie z czego te kilka groszy odłożyć - jak się nie ma nic, to każdy grosz się liczy.
Fakt jest faktem, jesteśmy obydwoje w czarnej dupie póki co, musimy zaczynać budować wszystkie nasze plany i marzenia od zera, ale z pomocą zaoferowaną przez nasze rodziny na pewno nam się uda :)))

I jak tu nie tańczyć z radości? :))

czwartek, 11 sierpnia 2011

Zaległe nominacje :)

Tak jak obiecałam, muszę wywiązać się z zabaw blogowych :) Bardzo dziękuję Pani N. i Kołysance za nominowanie mnie :* do „One lovely blog award”. 






Muszę teraz wymienić 7 rzeczy, których jeszcze o mnie nie wiecie... Będzie ciężko, bo chyba już wszystko wiecie, ale postaram się wymyślić jeszcze coś, co może Was zaskoczyć ;)

  1. Kocham wygłupy mojego M. :)) Ten człowiek jednym słowem, dosłownie - jednym słowem, potrafi mnie rozśmieszyć tak, że łzy mi lecą ze śmiechu i to nawet wtedy, kiedy jestem zła lub mi smutno :)
  2. Mam prawdziwego jobla na punkcie... czystości mojego laptopa :D Potrafię go myć i wycierać z kurzu po kilka razy dziennie, jak tylko zobaczę, że chociaż w jednym miejscu zdążył się osadzić fąfel kurzu :P
  3. Mam też jobla na punkcie czystości mojego samochodu. Tak już mam ubzdurane, że moje auto to moja wizytówka, więc musi należycie wyglądać. Mój samochód ma już 16 lat, a niejednokrotnie ludzie jak go widzą to są w szoku, że jest tak dobrze utrzymany. Jak znajdę gdzieś jakieś zdjęcie to Wam pokażę ;) Wsiadając do mojej Słomki ludzie komentują to tak: "O kur**, jak tu czysto", albo "Tu jest czyściej niż w samochodzie prosto z salonu..." ;)
  4. Uwielbiam jeść pomidory ;) Ale nie lubię soku pomidorowego :D
  5. Lubię rozwiązywać krzyżówki panoramiczne oraz nałogowo grać w World of Goo (przeszłam grę) i Angry Birds (przeszłam, ale teraz gram na nowo w celu zdobywania gwiazdek) ;-) 
  6. Nie cierpię dotykowych telefonów, chyba wciąż żyję w erze kamienia łupanego ;) Niestety, niedługo będę zmieniać telefon i to na dotykowy, ale chyba sobie dam radę i może pokonam tą niechęć ;)
  7. Siódmy fakt, o którym jeszcze nie wiecie, a o którym już co nieco wspomniałam w poprzednim poście, zachowam jeszcze w tajemnicy, ale już niedługo powiem o co chodzi :))))))
A teraz nominacje (nie wiem ile ma ich dokładnie być, więc jadę na żywioł :)) :
  • Ana
  • Anairda
  • Anonimowa A.
  • Donna
  • Ewka
  • Free Spirit
  • Hexe
  • Kfiatushek
  • Lady
  • M&JC
  • Margolka
  • Nabi
  • Niedyskretna
  • Onylia
  • Storczyk
  • Szczęściara

wtorek, 9 sierpnia 2011

Powoli...

...zaczynam stawać się najszczęśliwszą kobietą pod słońcem. Co prawda już mam ochotę tańczyć z radości i ochrzcić się tytułem Najszczęśliwszej Kobiety Pod Słońcem, ale jeszcze się wstrzymam, bo to jest dopiero początek drogi do pełni szczęścia. :)

Możecie sobie wyobrazić, że skoro tak wygląda początek, to pod koniec tej drogi zacznę się chyba już unosić nad ziemią w stanie ogromnej euforii :) Droga co prawda cholernie długa i baaardzo ciężka, ale jak coś komuś zbyt łatwo przychodzi, to się potem tego nie docenia tak jak się powinno ;) Więc z uśmiechem od ucha do ucha i rozradowanym sercem rozpoczynam wędrówkę pod górkę, po wybojach, przeszkodach, pełną zakrętów. Droga ta może potrwać nawet kilka lat, ale nie będzie samotna, bo już wiele osób wyciąga pomocną dłoń, którą można będzie chwycić w dowolnym momencie :)

Małymi jeszcze kroczkami zaczynam gonić swoje marzenia, i to nie byle jakie marzenia, tylko te największe :)) Kiedy uda mi się je dogonić - nie wiem, na pewno nie w przeciągu miesiąca czy dwóch, bo potrzeba naprawdę wiele pracy i starań, ale mam w sobie taką siłę napędową, że nie ma szans, że odpuszczę :) Skoro tak się do mnie los uśmiecha, to grzechem byłoby tego nie wykorzystać!!!

Wiem, że nie macie pojęcia o co chodzi, wkrótce Wam to wyjaśnię ;) Teraz jednak muszę się nacieszyć swoim szczęściem :))
To wszystko spadło na mnie prawie niczym grom z jasnego nieba, ale takich niespodzianek, zdarzeń i sytuacji, które ni stąd ni zowąd rzucają światło na największe ukryte marzenia, każdemu z Was życzę :)
Do przeczytania! :)

niedziela, 7 sierpnia 2011

Powrót do rzeczywistości

Wróciłam :-) Było super, pogoda dopisała, opaliłam się i nacieszyłam się chociaż trochę moim Mężczyzną :)) Szkoda jedynie, że to tylko 6 dni, chętnie posiedziałabym jeszcze z tydzień, nawet gdyby pogoda miała się zepsuć...

Sam fakt, że spędziliśmy te dni razem i byliśmy tylko dla siebie mi w zupełności wystarczył, mogłabym tak zawsze... I niech mi ktoś powie, że wspólne mieszkanie nie rozwiązuje problemów w związku, to go stąd wyproszę - byliśmy przez te 6 dni poniekąd na siebie skazani, a co za tym idzie, musieliśmy się starać o miłą atmosferę i nawet kiedy na linii pojawiały się jakieś spory, nie często, ale różnica zdań wystąpić musi, zwłaszcza między nami, to jakoś same się problemy rozmywały. Okazuje się, że potrafimy się doskonale dogadać, tylko niestety nam się to nie udaje, bo widujemy się po kilka godzin dziennie, a każde z nas prowadzi swoje własne życie... Chciałabym zawsze zasypiać i budzić się obok Niego, wtedy problemy po prostu przestają istnieć...

Jednak jestem pesymistką jeśli chodzi o naszą wspólną przyszłość, czasami jest znacznie więcej przeciwności losu niż by się mogło wydawać... Chyba na dobrą sprawę nie ma jeszcze dla mnie miejsca w życiu mojego Mężczyzny. Nie, nie pokłóciliśmy się, po prostu tak wygląda rzeczywistość, ale nie chcę na ten temat pisać.

Na biadolenie jeszcze przyjdzie czas, może niekoniecznie na ten temat, ale powody znajdą się same jak tylko rozpocznie się rok akademicki, więc postaram się trzymać pozytywnych fluidów póki mam wakacje :) Powrzucam na Photobloga trochę zdjęć, więc jak ktoś będzie zainteresowany nadmorskimi widokami, to zachęcam do zaglądania tutaj.

sobota, 30 lipca 2011

No to bajo ;)

Zacznę od kota - kota nie będzie. Brakło mi koloru, a nie mam kiedy iść i dobrać nowy. No cóż, pochwalę się po powrocie :)

Wszystko ogarnęłam, jestem gotowa do drogi :) Odezwę się w przyszłym tygodniu, wtedy też dołączę do zabaw blogowych, do których zostałam nominowana :))

Miłego tygodnia kochani :)

wtorek, 26 lipca 2011

Wakacyjnie

Oświadczam wszem i wobec, że wymieniane przez Was metody przyspieszania okresu, z wyjątkiem tabletek oczywiście, bo ich nie próbowałam, działają :) Także wyjazd będę mieć spokojny, a te z Was, które nie wiedziały jak sprawić, żeby te dni nadeszły szybciej, a chcą się dokształcić, odsyłam do lektury w komentarzach pod tą notką. :)

Oby tylko pogoda dopisała, bo choć wiem, że i tak się nie będziemy nudzić, to jednak nie chciałabym, by moja miłość do wygrzewania się w promieniach słońca na plaży musiała w tym roku cierpieć rozstanie ;)
Tym bardziej, że M. zapowiedział, że w przyszłym roku chce jechać w góry... :( Nie wiem jak ja to przeżyję, bo całym moim sercem uwielbiam wczasy nad morzem, ale wygląda na to, że w przyszłe wakacje będę zdobywać opaleniznę na solarium zamiast na plaży... No ale niech ma, chociaż ten jeden raz, bo zawsze jedziemy tam gdzie ja chcę, to niech mu będzie, żeby jechać na te 5 dni w góry... Ale nie ma nic za darmo - będzie musiał za to jeździć ze mną co weekend nad jezioro :D

Przydałoby się sporządzić powoli jakąś listę rzeczy potrzebnych i niepotrzebnych (w końcu jak na kobietę przystało, będę chciała zabrać parę zbędnych flepów :)). Tym bardziej lista jest pożądana, bo w całym moim ogólnym zorganizowaniu, kwestia pakowania się zawsze pozostaje zdezorganizowana... Po prostu nie umiem się pakować ;)

Zastanawiam się, czy nie wybrać się do kosmetyczki na pedicure, bo na początku zimy załatwiłam sobie kozakami oba duże palce i teraz mi schodzą paznokcie... Beznadziejnie to wygląda i miło by było nie pokazywać się tak ludziom ;) Muszę się w sobie zebrać i pójść się dowiedzieć, czy ktokolwiek podejmie się próby uratowania moich stóp..

Następna notka już będzie pożegnalna przed wyjazdem i pochwalę się wtedy kotem, bo jeszcze jest nieskończony. Mam nadzieję, że się z nim uporam do niedzieli, bo jak nie, to jednak się pochwalę dopiero jak wrócę :P Udanego tygodnia Wam życzę kochani :))

czwartek, 21 lipca 2011

O ludzie...

Tego jeszcze w kinie nie grali! Uczuliło mnie... I to jeszcze na co? Na ogórki. Ale nie na takie ogórki do jedzenia, tylko na krzaki ogórków...

Zrywałam ostatnio ogórki z krzaczków i wiadomo, jak to krzaczki ogórków, mają kolce, a ja miałam podwinięte rękawy i się trochę poharatałam. Łapska od nadgarstków do łokci nosiły ślady zrywania ogórków i na tym się skończyło. Na drugi dzień też było w miarę w porządku, poza tym, że nadal było widać lekko uszkodzoną skórę. A na trzeci dzień...

...Istna masakra! Ręka prawa, trochę bardziej dotknięta ukłuciami, spuchła, a każde, dosłownie każde ukłucie nieziemsko swędzi. Lewa trochę lepiej wygląda, bo mniej oberwała, ale te miejsca, które miały styczność z ogórkowymi kolcami też spuchły. Ogólnie w miejscach kontaktu krzaczków z rękami powstały takie dziwne krostki, albo bąbelki, cholera wie, i strasznie swędzą... Najpierw myślałam, że mnie coś pogryzło, ale jednak chyba byłby to niezwykły zbieg okoliczności, żeby jakiś owad zrobił ze mnie sitko akurat na obu przedramionach i to akurat w tych miejscach, gdzie wcześniej były ślady po ogórkach.

Nafaszerowałam się Zyrtekiem, wysmarowałam się maścią antyhistaminową i spożyłam maksymalne możliwe dawki wapna - trochę mniej swędzi i nie puchnie, ale z Zyrteku chyba zrezygnuję, bo otumania, co odczułam wczoraj bardzo dobitnie, a nie wyobrażam sobie funkcjonować dalej w takim stanie. Patrzałam tylko gdzie mogę się wygodnie oprzeć i lewitować, jakiekolwiek kręcenie się powodowało lekkie zawroty głowy, nie mówiąc już o tym, że ledwo mogłam się skoncentrować na tym co robiłam.

Nie wiem jak to możliwe, że przy ogórkach pracowało kilka osób, a tylko ja tak wyglądam ;) Prawdopodobne było, że może ogórki były czymś pryskane i jakaś chemia wywołała taką reakcję mojej skóry, ale według najświeższych informacji, żadnej chemii w tych ogórkach nie było, więc nie mam już punktu zaczepienia, a nie mam podstaw, by owe informacje poddawać wątpliwości.

Teraz, a przynajmniej na razie, zaczynam się trochę regenerować, mam nadzieję, że mi to szybko zniknie, bo wyjazd tuż tuż, a nie chciałabym jechać z tak wyglądającymi rękami :) Poza tym, jak któregoś razu nie wytrzymam i to wszystko rozdrapię, to jeszcze będę miała pełno strupów... Zdecydowanie wolę tego uniknąć ;)

wtorek, 19 lipca 2011

Do czytelniczek :)

Dziewczyny, jak już pisałam, jadę na początku sierpnia nad morze. Niestety, problem w tym, że akurat w tym czasie powinnam dostać okres...

Nie bardzo mi się uśmiecha zwijać się z bólu zamiast wypoczywać, brać masę proszków przeciwbólowych zamiast popijać zimne piwko i unikać kąpieli w morzu... Wiem, że są tampony i kąpiele nie powinny stanowić problemu, ale podczas okresu niewskazane jest przebywanie na słońcu, a nie po to jadę, żeby unikać słońca...

Nie chcę w taki sposób spędzić tego wyjazdu, dlatego mam pytanie do Was, czy któraś z Was może zna jakiś domowy sposób na przyspieszenie okresu o kilka dni? Żadnymi tabletkami nie jestem zainteresowana, wolałabym nie faszerować się niczym, co jedynie po babcinemu coś zdziałać. Pomoże mi ktoś? :(

sobota, 16 lipca 2011

O wszystkim ;)

Udało się!!! Przez długi czas ta kwestia stała pod znakiem zapytania, zarówno ze względów finansowych, jak i osobistych, ale ostatecznie się udało! :) W nocy 31 lipca wyjeżdżam nad morze w doborowym towarzystwie :) Po cichu liczę, że pogoda dopisze, nie będzie taka kapryśna jak teraz... A nawet jeśli będzie pochmurno i deszczowo, to ważne, że towarzystwo przednie, więc nudzić się nie będziemy :) Mówię Wam jak się cieszę z takiego obrotu sprawy, wyjazd plus poprawione relacje z M., w końcu jest tak, jak być powinno*... :)))

* A niech mi kurwa ten złośliwy chochlik znów napsuje życie po tym, jak napisałam, że jest już wszystko dobrze, to skasuję ten blog!

Wakacyjne dni mijają mi dość nudno, bo M. często długo siedzi w pracy i po całym dniu spędzonym w domu można na łeb dostać... Dlatego też na siłę wyszukuję sobie zajęcia, bo i pogoda często nie dopisuje, żeby wyjść na dwór poopalać się, czy choćby nawet posiedzieć na powietrzu. Ostatnio babcia nasunęła mi genialny pomysł, żebym sobie kupiła kanwę i pobawiła się w haft krzyżykowy ;) Zmobilizowałam się i wyruszyłam do miasta w poszukiwaniu jakiegoś ciekawego wzoru... Ale nie ma tak łatwo. Zwiedziłam wszystkie możliwe pasmanterie, a tu jak na złość, albo ogromne lub nudne krajobrazy, albo konie... Po co mam sobie wyhaftować konia, jak za tymi stworkami specjalnie nie przepadam? ;) Umyśliłam sobie kota albo psa, a tu deficyt futrzaków... W końcu, po zmuszeniu kilku ekspedientek do przeszukania wnikliwie wszystkich kanw jakie mają, znalazły mi jakiegoś sympatycznego kota :)) Szok, duże miasto, kilka dobrze wyposażonych pasmanterii, a jak człowiek sobie umyśli wyhaftować psa albo kota, to nie ma nic ;)

Oprócz tego staram się zrzucić trochę ciałka, mimo wielkich protestów M., bo według niego jestem szczupła i nie rozumie po co mam się odchudzić. Niestety, ja już tak mam, że mój wygląd bardzo się dla mnie liczy i nie potrafię wyjść taka spasła po zimie na plażę, więc robię co mogę, żeby wyglądać tak jak bym chciała :) W moim wykonaniu walka o sylwetkę jest nieco utrudniona, bo kocham jeść i za nic w świecie z jedzenia nie zrezygnuję, bo nie cierpię chodzić głodna... Dlatego po kilka razy w tygodniu wychodzę do miasta, nawet po to, żeby pooglądać wystawy sklepowe. Do centrum mam 15 min na nogach, a że chodzę szybko, to można powiedzieć, że mam około 1-2 godziny szybkiego marszu jednorazowo, bo po mieście chodzę zazwyczaj duuużo :) Ważne, żeby rozruszać ten mój zasiedziały tyłek, który przez calutki rok akademicki wszędzie woziłam samochodem i zrzucić trochę tego, co mi się zaczęło na brzuchu osadzać... :)

Nie mogę się wyzbyć jednej głupiej rzeczy... Mianowicie, odkąd mam wakacje, dzień w dzień budzę się między 4:30 a 5:30. Oczywiście jak stwierdzę, która jest godzina, to zasypiam znowu i budzę się już o normalnej porze, ale nie rozumiem po jaką cholerę się tak wcześnie budzę, kiedy mogę pospać ile dusza zapragnie? Nawet do szkoły o takiej godzinie nie wstawałam, najwcześniej o 6:45, więc skąd mi się taka pora pobudki wzięła?? Nie jest mi gorąco, nie dręczą mnie żadne ogromne problemy, nie mam koszmarów, nie mam kłopotu z zaśnięciem, zatem dlaczego sama z siebie się budzę o takiej chorej godzinie?! Przez chwilę przyszło mi do głowy, że może dlatego, że szybko się robi jasno i budzi mnie światło, ale opuszczam rolety, jest cały czas ciemno, a ja i tak się budzę... Nie wiem już co mam z tym zrobić, bo chciałabym się wyspać, mam wakacje, po tym całym maratonie akademickim chcę odpocząć i nie mogę...

Chyba muszę częściej pisać, bo potem mi takie długie notki wychodzą, że tylko najwytrwalsi dotrą do końca... ;) Nie wiem co mi jest, że tak mi ciężko zabrać się do naskrobania czegoś... To chyba lenistwo.. :))

poniedziałek, 4 lipca 2011

Co teraz?

Zgubiłam się. Nie wiem gdzie jestem, nie wiem w którą stronę iść, żeby wyjść na prostą. Nie wiem kim jestem, nie wiem dlaczego jestem jaka jestem, dlaczego pozwalam na to co się dzieje. Nie wiem gdzie się podziała moja siła, żeby walczyć o swoje szczęście, o szacunek dla mojej osoby... Nie wiem jak dać sobie radę z tym chaosem, jaki we mnie zapanował.

Nie chcę, żeby sytuacja potoczyła się w tym kierunku, ale też nie chcę, żeby była taka, jak do tej pory. Wiem czego od życia chcę, ale nie wiem jak mam to osiągnąć, sama świata i ludzi nie zmienię. Nie podobają mi się metody, jakie zostały podjęte do zlikwidowania problemu, ale nic na to nie mogę poradzić. Chcę być szczęśliwa po swojemu, ale nie chcę znów być pośmiewiskiem innych, chcę być pewna, choć raz chcę być całkowicie pewna, czy to co robię jest dobre czy złe, czy to co robię zaowocuje szczęściem dla mnie, czy wręcz przeciwnie, rozwali mnie od środka bezpowrotnie?

Moje marzenia do niedawna wyglądały tak zupełnie inaczej, niż wygląda teraz rzeczywistość... Moja podświadomość, chyba po złośliwości, realizuje sobie te marzenia, głównie w nocy, podczas snu. Kiedy się człowiek budzi ze szczęśliwego świata i dociera do niego beznadziejność realnej sytuacji, wszystko wygląda jeszcze gorzej niż jest.

Dokąd to wszystko zmierza?
Dlaczego nie jestem w stanie pokierować moim życiem?
Dlaczego nikogo nie obchodzi, co ja czuję, czego ja chcę?
Dlaczego los musi tak dotkliwie znęcać się nad człowiekiem?
Dlaczego następuje rozbieżność między sercem a rozsądkiem?
Dlaczego to wszystko nie może ze sobą współgrać?
Czy znajdzie się ktoś, kto mnie pokocha taką jaka jestem?
Ile jeszcze muszę przejść, żeby być szczęśliwa?
Jak w ogóle zdefiniować szczęście?
Czy ja w ogóle kiedykolwiek będę szczęśliwa?
Dlaczego tyle jest pytań bez odpowiedzi i niewiadomych???...

Czuję się pominięta w moim własnym życiu... No do cholery, co to ma być?

Niech mi ktoś na te pytania odpowie!!!

sobota, 2 lipca 2011

Za długo było dobrze.

Wiecie co wam powiem?
Znowu się coś pierdoli, znów jest coś nie tak...

Cieszy mnie jedynie fakt, że już jestem po sesji, bo jakby coś takiego miało miejsce przed egzaminami, to na bank we wrześniu byłyby poprawki albo powtarzanie roku...

Już mi na to brakuje siły, chciałabym móc ułożyć sobie życie tak jak chcę i otoczyć się tylko i wyłącznie dobrymi i kochającymi ludźmi.

Może kiedyś napiszę o co chodzi, teraz nawet nie bardzo wiem jak się do tego zabrać, żeby to miało ręce i nogi.

wtorek, 28 czerwca 2011

Wakacje :)

Tak więc przebrnęłam jakimś cudem przez sesję i mogę w końcu powiedzieć, że mam wakacje :-) Jednak 10 egzaminów potrafi człowieka nieźle wykończyć psychicznie... Egzaminy jak egzaminy, ale ja lubię się nimi denerwować i panikować, że wciąż za mało wiem, żeby zdać, więc w zasadzie bardzo sobie pomogłam w tym zmęczeniu ;)

Ale teraz nastał dla mnie czas relaksu i mam nadzieję w końcu wypocząć. Bardzo bym chciała część tego wypoczynku spędzić nad morzem ;) Kto wie, może się uda, bo pewne plany się już narodziły, teraz trzeba dopomóc im trochę, żeby wcieliły się w życie :P Większość z Was wie doskonale, że woda, a szczególnie nad morzem działa na mnie lepiej niż masaże relaksacyjne, więc nie dziwne, że chciałabym spędzić chociaż kilka dni nad morzem...

Zaległości u Was ponadrabiam, ale potrzebuję na to trochę czasu, bo pogoda jeszcze póki co ładna, więc będę z niej możliwie jak najbardziej korzystać zanim przyjdzie ochłodzenie, bo przez tą sesję mnóstwo czasu spędziłam w domu (ucząc się na słońcu zasypiałam :)) i teraz trzeba naładować akumulatory na dalsze funkcjonowanie ;)

Cieszę się, że nie zapomnieliście o mnie i zaglądaliście tu czasem :) Obiecuję poprawę, ale tymczasem uciekam na słoneczko :)

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Czas leci...

Prawie cały czerwiec mi przeleciał między palcami przez tą sesję... Ale jeszcze 3 egzaminy, mam nadzieję, że wszystko zdam za pierwszym razem i wakacje :) Brakuje mi pisania, dlatego się odzywam, byle jak, ale zawsze jakieś wieści macie ode mnie, jak nie tutaj, to na photoblogu, ale jeszcze tylko te 3 egzaminy i będę miała w końcu czas i co najważniejsze - wenę ;) Przyznam szczerze, że po egzaminie już nie mam siły pisać, a między egzaminami uczę się do kolejnych i tak w kółko...
Jeszcze tydzień... :)

Zapraszam również tu. :)
(Nowe zdjęcia na bieżąco pokazują się na pasku po prawej stronie tego bloga :))

Trzymajcie się :))

piątek, 10 czerwca 2011

Zapraszam gdzieś indziej ;)

Co prawda nie mam czasu pisać postów, ale mam czas wstawiać zdjęcia z większą częstotliwością niż notki, więc zapraszam w inne moje miejsce w sieci :)


czwartek, 2 czerwca 2011

:(

 3 czerwca byłoby nasze 3,5 roku...

Obserwując obrączkę na moim palcu, daną mi dawno temu jako dowód Twojej miłości, zastanawiam się dlaczego znów coś się sypie... Dlaczego byle powód kończy się megaawanturą... Dlaczego nie dane nam jest żyć w spokoju, ciesząc się swoją obecnością... Dlaczego moje szczęście znów rozsypuje się w proch... 

Wiem, że nie jestem idealna, bo żaden człowiek nie jest, ale czy z tego powodu nie zasługuję na to, żeby być kochaną? Dlaczego ktoś nie może mnie pokochać i zaakceptować taką, jaka jestem, razem ze wszystkimi moimi wadami? Dlaczego ktoś, za kogo skoczę w ogień, potrafi też skrzywdzić najbardziej ze wszystkich istniejących osób?...

Dlaczego ten, który mówi, że kocha, nie potrafi i nie chce walczyć o swoją miłość, tylko chowa głowę w piasek albo ucieka? Nie zrobisz dla mnie wszystkiego, bo nawet nie umiesz schować dumy do kieszeni i wyciągnąć ręki na zgodę, a nawet kiedy ja znów naiwnie wyciągam swoją rękę, to nie raczysz jej chwycić...

Życie nie jest i nie będzie bajką, ale czynisz je sobie jeszcze gorszym chcąc przez nie iść samemu...



Wiem co sobie myślicie, w kółko rozstania i powroty, do znudzenia... Nawet nie wiecie ile bym dała, żeby już raz na zawsze zniknęło to, co złe... Jestem już zmęczona tymi ciągłymi rozstaniami, ale nie umiem i nie chcę się z tego wyrwać...
Tak bardzo bym chciała, żebyśmy razem mieszkali, bo tak wielu kłótni udałoby się dzięki temu uniknąć, za długo jesteśmy razem, żeby wciąż ze sobą nie mieszkać i wierzcie mi, że to rodzi naprawdę nieokiełznaną ilość problemów... Chciałabym, żeby według prawa i przed Bogiem być Twoją żoną, bo wtedy byłbyś zmuszony stawić czoła tym wszystkim problemom, przed którymi ciągle uciekasz... Już by tak łatwo nie było trzasnąć drzwiami i wyjść, w końcu mój dom byłby też Twoim domem i musiałbyś do niego wrócić... Poza tym załatwianie takich spraw lepiej wychodzi przy spotkaniu w cztery oczy, a jak wyjdziesz i nie wrócisz, to z rozmowy sam na sam nici, a konflikty ciągną się niemiłosiernie, rujnując wszystko, co staramy się odbudować po poprzednich burzach... Coś trzeba z tym zrobić, bo zamiast się dotrzeć, zaczynamy się rujnować...

Ten związek stał się zbyt poważny, ze zbyt dużym stażem, by ciągle żyć osobno, więc są dwa wyjścia - zamieszkać razem, pobrać się - lub skończyć raz na zawsze...
Co wybierzesz?...

poniedziałek, 30 maja 2011

...

No cóż, jakoś mi to systematyczne pisanie nie idzie w parze z przygotowaniami do sesji... Nie pozostaje mi zatem nic innego, jak prosić Was o cierpliwość, bo naprawdę mam urwanie głowy. Wszystkim się przypomniało, że nie mają z czego wystawić zaliczeń i proszę - studentem się nikt nie przejmuje ;-) Taki już los, więc zaciskam zęby i pocieszam się, że jeszcze tylko kilka dni i koniec roku akademickiego, potem sesja i w końcu wakacje...!

Do tego czasu jednak nie zapowiada się, że będę u Was i u siebie częstym i widocznym gościem, dziękuję wszystkim za zaproszenia do czytania Waszych blogów, na pewno skorzystam z Waszej uprzejmości względem mnie, tylko błagam, nie traćcie jeszcze cierpliwości!!! Jak się wyrobię ze wszystkim, to obiecuję poprawę :) A teraz kto może niech trzyma za mnie kciuki, żebym jak najszybciej była wolna :P

niedziela, 22 maja 2011

21

Witam serdecznie ;) Po pierwsze, muszę napomknąć dlaczego znów zamilkłam... Może też i trochę przez tego diabełka, który tu mieszka, ale głównie przez prace na serwerach blogspota. Bardzo mnie poirytował komunikat, że teraz się nie mogę zalogować, bo trwają jakieś prace na serwerze, a akurat wtedy naszła mnie wena na pisanie, a po drugie, owe remontowane serwery pousuwały połowę waszych komentarzy pod poprzednim postem... Niewiele trzeba ostatnio, żebym się zdenerwowała, więc jak zobaczyłam co tu się wyprawia, to przeszła mi jakakolwiek ochota na pisanie...

A tym razem postanowiłam się odezwać, bo przeszły mi na chwilę obecną dąsy na ten portal (tylko więcej takich numerów już mi proszę nie robić!) oraz dlatego, że muszę się wypłakać :D Otóż moi drodzy Państwo, z dniem 23 maja stuknie/stuknęło (czasownik zależy od daty kiedy posta czytacie) mi oczko ;) Teraz chyba przestanę się chwalić ile mam lat i co roku będę obchodzić kolejne 20-ste urodziny :)) Ale chyba aż tak źle nie jest, bo wciąż mnie w sklepach pytają o dowód, kiedy chcę zakupić produkty alkoholowe lub Lotka x)
Kurczę, według mnie AŻ tak młodo nie wyglądam, chociaż tę kwestię powinnam zostawić pod osąd tych, którym mój wizerunek nie jest obcy, a kilka takich osób tu zagląda ;)

A tymczasem uciekam, bo wedle tradycji pięknie być nie może, dzień moich urodzin w znacznej części spędzę w szkole, użerając się z najgorszymi możliwymi wykładowcami, więc muszę się wyspać, aby dysponować wiadrem cierpliwości ;) Taaak, happy birthday to me :))

poniedziałek, 9 maja 2011

Fatum

Wiecie, że życie zaskakuje? Wiecie, bo mądre z Was głowy. Ale czasami ciężko jest rozumem ogarnąć jak to się dzieje... Ten blog dla przykładu - ma w sobie dziwną moc, szczególnie, jeśli chodzi o wpisy odnośnie mojego życia uczuciowego.

Naprawdę nie wiem co za czort na tym blogu mieszka, ale jest na zmianę złośliwy, na zmianę do rany przyłóż. Ciężko go rozgryźć... Chociaż, jak się zastanowić, to jednak działa według pewnego schematu. Ów schemat wygląda tak - jeśli piszę, że między mną a M. jest źle, to za dosłownie chwilę jest już dobrze, bo bez siebie żyć nie możemy i jak świat światem, każdy, nawet największy konflikt mija, byle by tylko cieszyć się sobą. I na odwrót, jak napiszę, że między nami wszystko w porządku, to w przeciągu nawet kilku godzin wszystko się potrafi doszczętnie spieprzyć... Tak też znów było i tym razem. Zaledwie zdążyłam opublikować posta, że już wszystko w relacji ja - M. w porządku, to się musiało posypać na nowo... To się tyczy również poprzedniego posta - napisałam, że jest źle, a chwilę potem już wszystko było w porządku. I jakikolwiek post wspominał nasze relacje, to zawsze dosłownie w przeciągu godzin zaczynało się dziać odwrotnie...

Poważnie zaczynam się zastanawiać, czy nad tym miejscem nie ciąży jakieś fatum, bo aż boję się tu cokolwiek pisać... Nie ze względu na Was, bo akurat Wy jesteście mi zawsze światełkiem w tunelu, czy jest dobrze czy źle, ale ze względu na to, że jeśli tu cokolwiek napiszę, zaraz w moim życiu pojawia się rewers dotyczący moich wywodów blogowych...

To jest bardzo męczące, zwłaszcza jeśli chodzi o moje życie uczuciowe, bo akurat w tej kwestii chciałabym mieć stabilność, pewność, że cokolwiek by się nie działo, to ta jedna osoba bez względu na wszystko będzie obok. A tu jak na złość - całe życie mam stabilne, oprócz tego jednego elementu... Wszystko jest zależne ode mnie, oprócz relacji z M., bo tu już potrzeba dwóch osób. Wszystko, co jest zależne ode mnie, zawsze mniej lub bardziej rozgrywa się tak, jak jestem w stanie to przewidzieć, zaplanować, to ja rozdaję karty, sama jestem sobie winna, kiedy coś zepsuję... A w związku? Są dwie osoby... A akurat M. nie mogę być pewna, bo nigdy nie wiem na czym stoję - czy jeszcze jest dobrze, czy już coś zrobiłam według niego nie tak, i już jest źle... Pewnie już wszyscy wiedzą, że dam się za M. pokroić bez zastanowienia, ale widać to nie działa w obie strony... Ale o tym już inna historia. Swoją drogą nie dowiecie się o co chodzi, bo blogowe licho nie śpi i od teraz milczę...

Nie wiem co mam teraz zrobić, czy zaprzestać w ogóle pisania, czy może nie wspominać o moich sprawach sercowych... Ciężko będzie jednak ten aspekt przemilczeć, bo odgrywa on bardzo istotną rolę w życiu człowieka, a szczególnie w moim życiu, więc wychodzi na to, że powinnam przestać pisać w ogóle... Nie chciałabym stąd znikać, bo Wy też jesteście częścią mojego życia, ale ten diabełek blogowy rujnuje mi życie... Złośliwa bestia zawsze zrobi mi na przekór...

Nie wiem co mam robić....

niedziela, 8 maja 2011

Welcome ;)

Ponownie zniknęłam, więc ponownie będę musiała się tłumaczyć, bo wytłumaczenie kolejnego niezapowiedzianego mojego zniknięcia wam się należy...
Znów w swoje szpony dorwała mnie robota, a niestety nie mogę wszystkiego zawalić na koszt blogowania. Choć lubię was wszystkich bardzo i brakowało mi tego miejsca, to jednak najpierw musiałam się uporać ze wszystkim co miałam do zrobienia. Udało się, więc mam nadzieję wróciłam na dobre ;)

Pewnie was nie zdziwi fakt, że u mnie w życiu uczuciowym wszystko w jak najlepszym porządku. Muszę przyznać, że ostatnio bywało naprawdę źle, ale niedługo po napisaniu tamtej notki wszystko się zaczęło poprawiać :) I w takim poprawionym stanie trwa do teraz (odpukać!) i niechaj trwa jak najdłużej. Mam nadzieję, że ten najgorszy czas już za nami, że wszystko sobie wyjaśniliśmy, że czegoś nas ten kryzys nauczył, i że teraz będzie już dobrze. Życie potrafi nieźle dokopać, więc lepiej iść przez nie razem i wspierać się, a nie jeszcze dodatkowo walczyć ze sobą...

Trochę czasu mi zajmie nadrabianie zaległości u was, bo dość sporo sobie ich narobiłam, ale sądzę, że sobie poradzę, i po cichu liczę, że wybaczycie mi to milczenie u siebie i u was... Jeszcze przez jakiś czas będzie milcząco, bo chcę ponadrabiać z czytaniem wszystkich waszych postów zanim zacznę czytać znów na bieżąco. Poza tym po takim urwaniu głowy jaki miałam przez ostatnie parę dni nie bardzo mam wenę na pisanie, co chyba widać po braku spójności w tym poście, więc może lepiej pomilczeć i pisać za jakiś czas, ale z sensem ;)
Poza tym, pogoda dopisuje, a ja byłam usadzona w domu ostatnimi czasy, więc chciałabym rozruszać trochę te zastane kości zanim znów zasiądę przed komputerem... ;)

Tym, co nie chcą mi dać po łapach, chcę podziękować za cierpliwość, a tym co chcą - chętnie łapska wystawię na lanie, bo wiem, że zasłużyłam :)
Trzymajcie się ;)

piątek, 22 kwietnia 2011

(nie)Pokonani...

Ile może trwać kryzys w związku... Wcześniej zdarzały się kłótnie, ale nigdy nie było aż tak źle, jak zaczęło być koło listopada... Walczymy z tym kryzysem... i ze sobą... już prawie pół roku i jakoś nie możemy wybrnąć, wręcz dzieje się coraz gorzej... Nie mam pojęcia jak to się wszystko dalej potoczy. Im więcej pada słów, tym jakiekolwiek porozumienie staje się coraz bardziej niemożliwe.


Gdy nie można mocą żadną wykrzyczanych cofnąć słów...

Tyle bólu sprawiają te słowa, że nie wyobrażam sobie zapomnieć tego, co zostało powiedziane... Im bardziej uświadamiam sobie, że Ty naprawdę myślisz tak, jak mówisz, tym bardziej mnie to boli. Nie masz żadnych podstaw na tworzenie takich scenariuszy, a jednak to, co się dzieje w Twojej głowie mnie przeraża i dobija. Jak możesz tak nisko mnie oceniać?... Nie dałam Ci nigdy podstaw do stracenia do mnie zaufania, przez tyle zdarzeń razem przeszliśmy, a jednak to wszystko się dzieje... Nawet nie umiem przekazać tego, jak mnie cholernie to wszystko boli... :(


Czy w bezsilnej złości łykając żal, dać się powalić...

Ja Cię nie przekonam, że jest inaczej niż Tobie się wydaje, bo zwyczajnie już nie wiem jak. Twoje chorobliwe myśli odbierają Ci już chyba zdolność postrzegania świata takim, jaki jest, widzisz go takim, jakiego chcesz widzieć... Żadna z Twoich hipotez nie ma szans się urzeczywistnić i masz na to co najmniej jeden niezbity dowód, jak pomyślisz, będzie ich więcej, ale dopóki sam do tego nie dojdziesz, to nikt nie jest w stanie na Ciebie wpłynąć.


Czy podobnym być do skały, posypując solą ból...

Nie będę udawać, że mnie to nie rusza, bo takimi oskarżeniami w stosunku do mnie ubodłeś mnie do żywego. Twoje zadowolone opisy rujnują mnie jeszcze bardziej... Zarzucasz mi takie rzeczy, które mi nigdy nawet przez myśl nie przeszły, więc skąd pomysł, że coś takiego miało, ma lub będzie miało miejsce?... Z Twoimi chorymi teoriami nie wygram...


Czy w milczeniu białych haniebnych flag zejść z barykady...

Cholernie mi przykro, że "zasłużyłam" sobie na taką opinię w Twoich oczach, pomimo tego, że dałabym się za Ciebie pokroić, nawet wtedy, kiedy jesteśmy skłóceni... Niestety, ja już odpuszczam, schodzę z pola bitwy...


. . .
Aż do końca wierząc, że los inny mi pisany jest...
 

* * *
 WESOŁYCH ŚWIĄT TAK NA MARGINESIE... ;]
 Na komentarze nie odpisuję.

wtorek, 19 kwietnia 2011

Rozdarcie...

Dopadły mnie ostatnio pewne refleksje. Zdałam sobie sprawę z tego, że jestem już na drugim roku studiów, na trzecim czekają mnie praktyki w szkole, a po skończeniu tej szkoły za półtora roku czeka mnie podjęcie pracy, prawdopodobnie jako nauczycielka języka obcego.

W czym problem?

Przechodziłam ostatnio obok jakiejś szkoły i zobaczyłam boisko, po którym wesoło biegała dzieciarnia grając w piłkę... Uwielbiam grać w piłkę, czy to nożną, czy siatkówkę, wygłupiać się, mieć w pokoju tonę pluszaków, zachowywać się głośno i dobrze się bawić, a zaraz będę musiała stać się naprawdę osobą poważną, bo przecież nikt nie przyjmie "dziecka" do pracy z dziećmi...

Ten problem jest naprawdę poważny. Nie chcę się stać taka, jaka być powinnam na etapie lat 21. Lubię tą moją dziecięcą stronę charakteru, lubiącą się bawić zabawkami dosłownie dla dzieci typu klocki i pluszaki, zapominając o reszcie świata... Biegającą za piłką po boisku, rzucającą przekleństwami, kiedy coś nie wyjdzie. Może i uznacie mnie za szaloną, ale nie wyobrażam sobie siebie w wersji "poważny człowiek"...

Ciężko mi będzie wbić się w rolę nauczyciela, człowieka wręcz nienagannego, świecącego przykładem dla innych, zwłaszcza młodszych, samemu będąc jeszcze nie do końca poważnym... Nie chodzi tu o brak odpowiedzialności i tego typu rzeczy, bo akurat odpowiedzialna i myśląca o konsekwencjach swoich poczynań jestem, po prostu taka funkcja wymaga bycia dorosłym w każdym możliwym calu, a ja dorosnąć nie chcę. Może rozminęłam się z powołaniem, może nie powinnam być nauczycielką, czas pokaże. Wiem jedno - nie chcę się zmieniać.

Muszę pisać już teraz konspekty zajęć i staczam za każdym razem walkę ze swoimi przekonaniami, bo dopiero co sama kończyłam te wszystkie szkoły i za nic w świecie nie chciałabym mieć takich lekcji, jakie muszę układać... ;) Jak można prowadzić lekcje, które są niezgodne z naturą nauczyciela? Chyba tego typu prace będę robić tylko do szkoły, bo nie wyobrażam sobie katować młodzieży takim badziewiem, jakie muszę w tych konspektach zamieszczać...

Bycie poważnym w szkole, w czasie pracy, a sobą po zajęciach też jest nie bardzo trafionym pomysłem, bo moje miasto, choć do małych nie należy, to jednak ciężko tu pozostać do końca anonimowym. Zatem szanse, że jakiś uczeń zobaczy swoją nauczycielkę angielskiego roznegliżowaną, biegającą po boisku do plażówki i rzucającą we współgraczy niewybrednymi komentarzami, albo siedzącą nad jeziorem pijącą piwo, są dość spore. Wiele mam "grzeszków" na sumieniu i w zwyczaju, i całkowicie nie potrafię nawet dopuścić do siebie myśli, że powinno się to zmienić.

Ciężki sobie żywot obrałam, ale naprawdę byłam święcie przekonana, że z czasem wydorośleję. Pomyliłam się, bo wręcz się uwsteczniam rozwojowo - wierzycie, że ostatnio w Carrefourze naszła mnie ochota na kupienie sobie zestawu małego plażowicza i jakichś klocków, żeby sobie potworzyć jakieś wymyślne budowle w domowym zaciszu? ;)

Cóż, chyba czas najwyższy zamilknąć, bo faktycznie zaraz ktoś mnie uzna za wariatkę ;-) Sądzę, że po tym poście opuści mnie połowa czytelników, bo dotąd myśleli, że mają do czynienia z normalną kobietą, a tu się okazuje jest zupełnie odwrotnie...

  
W chwili, w której umiera w nas dziecko,
zaczyna się starość.
Francois Mauriac


P.S. W dalszym ciągu chciałabym prosić o kontakt tych osób, które zabezpieczyły swoje blogi hasłami, bo nie jestem w stanie do Was zaglądać nie znając "kodu dostępu"... Szkoda mi tracić kontakt z Wami, ale to chyba staje się nieuniknione...

wtorek, 12 kwietnia 2011

Nerwy...

Nerwy, nerwy, nerwy... Biorą się znikąd i odpuścić nie chcą. Wypitą przeze mnie melisę mogę już spokojnie zacząć liczyć w hektolitrach, a poprawy jak nie było, tak nie ma. I ani spacery na świeżym powietrzu, ani relaksowanie się, ani nawet spanie nie pomaga. Swoje pięć groszy dokłada jeszcze skaczące beztrosko ciśnienie... Popsuły się nerwy i tyle - byle co wyprowadza mnie z równowagi i niemalże od razu mojemu zdenerwowaniu zaczyna towarzyszyć ból głowy... Tabletki przeciwbólowe ratują mnie co prawda od bólu, ale nerwowość zostaje. Już naprawdę nie wiem jak mam z tym walczyć, bo ani to przyjemne dla mnie, ani dla innych, a pozbyć się tego nie potrafię.

Nie, nie jestem w ciąży :) Stety, niestety, ale nie jestem. Dlatego moje samopoczucie mogę zrzucić tylko na czynniki zewnętrzne. 

Dam na chwilę upust mojej złośliwości, gdyż zauważyłam pewne powiązania mojej nerwowości i znalazłam dość luźny związek przyczynowo-skutkowy. Mianowicie, doszłam do wniosku, że moje nerwy zaczęły tracić na wytrzymałości odkąd moja siostra zaczęła się spotykać z K., który w 30 sekund potrafi mnie rozkurw... zdenerwować swoją osobą do granic możliwości. I każdorazowo, kiedy mój stan jest już naprawdę fatalny, to dziwnym trafem akurat wtedy chłopak mojej siostry przebywa u mnie w domu... Złośliwe to z mojej strony, ale nijak nie można temu zaprzeczyć ;)

Już od kilku dni nie widziałam K. na tyle długo, żeby zdążył mi popsuć humor, więc chwilowo uznaję nerwowość za opanowaną, choć jestem świadoma, że wszystko się może w każdej chwili zmienić. Oprócz tego nie ponoszę konsekwencji za niedotrzymanie ani jednego punktu z moich zaplanowanych na weekend rzeczy, gdyż widocznie nie tylko ja byłam takim leniem, wykładowcom nawet nie chciało się zjawiać na uczelni :-)

Jedynym minusem chyba są nadgodziny M., bo przez to widzimy się później i krócej... Niestety nic się nie poradzi, bo skoro już jakaś praca jest, to nie należy się wychylać, a pieniądze są przecież ważne i nie można temu zaprzeczyć... Wiecie, chciałabym już mieszkać z M., przynajmniej brak jego obecności w dzień wynagradzałby mi w nocy ^^ Wątpię, że to prędko nastąpi, ale za marzenia jeszcze nie karzą, więc kto mi zabroni...

"Czasami trzeba usiąść obok i czyjąś dłoń zamknąć w swojej dłoni, wtedy nawet łzy będą smakować jak szczęście."
Wacław Buryła






Smurfetko, mogłabyś zostawić mi jakieś dane do Twojego bloga? Zostałam niemile dzisiaj powitana przez hasło, więc jeśli chcesz, żebym dalej Cię odwiedzała, prosiłabym o jakieś info na maila zakrecona8888@gmail.com

piątek, 8 kwietnia 2011

Poprawa... :)

Kryzys mam nadzieję raz na zawsze został zażegnany. Zaskoczyłam Was? Tak właśnie myślałam, że nie. Pewnie nie raz i nie dwa jeszcze się pokłócimy, ale przecież jak się ludzie nie kłócą, to chyba nie jest z nimi wszystko w porządku. Ważne, żeby już więcej tak źle nie było... Dłuuga droga przede mną, przed M. - przed nami - do tego, żeby częściej osiągać porozumienie, a jest to nie lada sztuka, kiedy schodzą się dwie tak charakterne osoby. Jakby nie patrzeć, nie ma rzeczy niemożliwych, więc wszystko jest do zrobienia.
Nie chcę się wiązać z nikim innym, bo wiem, że nikogo więcej nie chcę. Jesteśmy oboje jacy jesteśmy, każdy ma wady, ale mimo to jestem szczęśliwa. M. chyba też, bo tym razem on pierwszy wyciągnął do mnie rękę na zgodę i powiedział, że nie chce się rozstawać z kobietą, którą kocha i spytał, czy jest jeszcze szansa na jakiekolwiek porozumienie między nami. Rozmowy negocjacyjne udało się zakończyć sukcesem, zatem mam nadzieję, że teraz już będzie wszystko między nami OK.

Love is not finding a person to live with; it is finding a person you can't live without...
I to tłumaczy całą naszą dziwność :)

Okropny tydzień za mną... Co prawda było sporo pozytywnych aspektów, jednak strasznie jestem zmęczona, co stwarza mi negatywny obraz tego tygodnia. No i oczywiście pogoda - wiosna gdzieś przepadła, zostawiła nam chmury, deszcz, wiatr... i ciśnienie (bardzo szybko zmienia się ciśnienie z wysokiego na niskie i z niskiego na wysokie), czego moja homeopatyczna głowa nie toleruje. I nie wiem jak tu teraz dać sobie radę z zalegającymi na weekend pracami, kiedy pogoda nie ulega poprawie, przez co i ja jestem nie do życia...

A do roboty trzeba się wziąć bez dwóch zdań, bo do końca roku akademickiego zostały mi już tylko 2 miesiące, a dalej staram się podążać moim ambitnym planem uzyskania jak najlepszych ocen...

P.S. Mam jeszcze taką prośbę do osób, które mnie czytują i zostawiają komentarze - jeśli nie mam Was w linkach, a nie zostawiacie mi swojego adresu, to nie mogę Was odwiedzić... Niektórzy z Was co prawda komentują jako zalogowani użytkownicy, ale mają zablokowany profil na Blogspocie, więc i tak nie jestem w stanie dostać się na Wasze blogi... 

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

Nie jest dobrze.

No cóż, chyba złudzenie, że jest dobrze, zawdzięczam żartowi prima-aprilisowemu losu... Zatem - nie jest dobrze. Co prawda miło było przez te kilka dni znów być bezgranicznie szczęśliwą, ale wszystko się widocznie musi skończyć, a już szczególnie to, co dobre.

Nie wiem co prawda, czy moje szczęście zakończyło się na dobre, czy może nic nie dzieje się bez przyczyny, albo też po prostu los ma co do mnie inne plany, w każdym razie jest mi strasznie przykro i smutno... Nie tak sobie życie wyobrażałam, nie tak to wszystko miało być!... Niemniej jednak co ja mogę, sama niczego nie zmienię. A już szczególnie relacji z drugą osobą, bo "do tanga trzeba dwojga...", zatem sama nic nie zwojuję.

Po tym, co usłyszałam, pewnie będę musiała pogodzić się z losem, bez względu na to, jak bardzo chciałabym wszystko zmienić, to jednak chyba nie tędy droga. Przecież nie mogę się komuś narzucać tylko dlatego, że mi zależy, że oddałabym wszystko dla szczęścia tej osoby, bo przecież jak ktoś chce zepsuć relacje, to moje narzucanie się nic dobrego nie zdziała... Wiem, bo próbowałam, ale bezskutecznie.  
To co było, już nie wróci... :(

Zdumiewające jest, z jaką siłą uderzają w człowieka negatywne emocje towarzyszące dosłownie jednej, krótkiej chwili, podczas gdy przez czas znacznie dłuższy niż owa chwila było pięknie, wspaniale, cudownie...
Zdumiewające jest, jak szybko człowiek potrafi tyle wspólnych chwil, doświadczeń, wspomnień i przeżyć puścić z dymem, na koszt jednej, w gruncie rzeczy wcale nie aż takiej złej rzeczy.
Jakie trzeba mieć ego, żeby przez własne widzi-mi-się i kaprys naburmuszonego dziecka, zaprzepaścić to wszystko, na czym kiedyś człowiekowi zależało najmocniej na świecie...

... a jak naiwną trzeba być, żeby dać sobie zamydlić oczy pięknymi wyznaniami i obietnicami? Ile może człowiek jeszcze wytrzymać, dopóki nie nauczy się, że niektórzy ludzie się nie zmieniają?...

Tyle pytań bez odpowiedzi, tyle smutku i żalu, które nie mają ujścia, sterta zniszczonych marzeń, strzępki pięknych wspomnień, które sprawiają tyle bólu...


 

Na sen nigdy już nie wezmę nic,
ja to wiem - odejść łatwiej jest niż żyć
i na morzu naszych wspólnych lat
liczę wyspy pełne smutnych dat,
aksamitne rafy, gdy byliśmy tak szczęśliwi,
widzę nasze drzewa, które wygiął czas.

Ja znam naszą miłość pełną burz,
czasem tnie w obie strony tak jak nóż
i głęboko rani ciebie, mnie.
Razem ciężko żyć - osobno źle.
Chyba zawsze już
tak będziemy pogmatwani.
Wspólny adres, nasze dzieci, sny,
więc pomóż mi odnaleźć tamte dni...
***

piątek, 1 kwietnia 2011

Po pierwsze, chciałam Was przeprosić za takie długie milczenie z mojej strony... Przyznam się bez bicia, że wcale tu nie wchodziłam, bo treść komentarzy przychodzi mi również na maila, więc nie było potrzeby tu zaglądać. Po drugie, wena mnie opuściła, za to nawiedziły mnie obowiązki i w wyniku tego nieplanowanie stąd zniknęłam... A teraz możecie na mnie wieszać psy, bo do Was też raz za czas zaglądałam... Nie powiem, że wcale, bo zaglądałam, ale rzadko i w dodatku po cichu, więc opieprz mi się należy.
Pościągam teraz te paskudne pajęczyny i postaram się częściej odzywać.

Miniony miesiąc nie był dla mnie najlepszy, dużo się w życiu zmieniało i momentami czułam się jak w jakiejś telenoweli, ale na szczęście wszystko wróciło do normy i mam nadzieję więcej żadnych takich odchyłów nie doświadczać. Nie będę się rozpisywać o co chodzi, bo było, minęło i już nie należy do tego więcej wracać. Ważne, że teraz jest OK ;-) Przyszła wiosna, wiosenny nastrój mi towarzyszy, więcej energii od razu w człowieku się pojawiło, zatem oby teraz szło tylko z górki :-)

A teraz zmykam nadrabiać zaległości u Was, co prawda dalej po cichu, bo żeby komentować, muszę być na bieżąco, więc dopiero z czasem zacznę się odzywać ;)









Szczęścia nie można kupić. Na szczęście.
Phil Bosmans

sobota, 12 marca 2011

Refleksje z ubiegłego tygodnia.

Z minionego tygodnia uderza mnie jedynie to co się wyprawia w świecie. Jak nie rosnące ceny (o zgrozo, niedługo cukier w domu to będzie rarytas, a jak ktoś będzie jeździł samochodem, to będzie znaczyło, że jest bogaty, bo go na to stać...), to kataklizmy, ludzka krzywda, ból, strach o własne życie i dobytek, oraz cierpienie. Chciałabym w serwisach informacyjnych czytać lub oglądać więcej dobrych wiadomości, najlepiej, żeby były same dobre newsy.
Czy na świecie musi się dziać tylko źle?...

sobota, 5 marca 2011

Niespodzianki losu :-)

W piątek pewne zrządzenia losu spowodowały, że obejrzałam parę materiałów wideo z czasów mojej bardzo wczesnej młodości. Pewien fragment ukazywał jakieś występy taneczne mojej siostry w jakimś przedszkolu na festynie czy czymś w ten deseń - ja też tam byłam, więc rzuciłam okiem... I nie wierzyłam w to co ujrzałam!...

O tym, że znam mojego Mężczyznę z zamierzchłych czasów dzieciństwa wiedziałam. Któregoś razu, podczas naszych rozmów odnośnie dzieciństwa zgadaliśmy się, że chyba musieliśmy chodzić na te same zajęcia taneczne, ale to nie było nic pewnego. W końcu ani ja, ani M. tak odległych czasów nie pamiętaliśmy, bo gdzie ośmioletnie dzieci będą pamiętały z kim były w grupie, zwłaszcza, że grupa szybko się rozpadła.
I na tym właśnie nagraniu wideo zobaczyłam moją siostrę tańczącą w parze... z M.!!!! A ja się przyglądałam, jak moja sis wyczynia tańce i hulanki z małym przystojniakiem :) W dodatku moja teściowa stała za mną i też oglądała wygibasy M i mojej siostry :P

Dziwne są zrządzenia losu, nigdy nie wiemy z kim nam przyjdzie się spotkać w przyszłości i jakie relacje nas będą z danymi osobami łączyły... Kto wie ile razy się jeszcze spotkaliśmy, pewnie już do tego nie dojdziemy, bo słaba, młoda pamięć takich szczegółów nie rejestrowała...

Dokładnie też już nie pamiętam z jakich pobudek ja się na tych zajęciach tanecznych znajdowałam, bo oficjalnie do grupy wpisana nigdy nie byłam, przychodziłam tak sobie, popatrzeć, a czasami, gdy było więcej chłopców niż dziewczynek, to tańczyłam z nimi. Kto wie ile razy już ze sobą zatańczyliśmy :) W każdym razie jak zobaczyłam młodego M., to skojarzyłam, że był taki chłopiec w grupie, bo był naprawdę przystojny ;) I cholera wie, czy nie przyłaziłam tam właśnie z jego powodu :)) To możliwe, nawet bardzo, ale ręki sobie uciąć nie dam, gdyż po prostu nie pamiętam...

Teraz mi tak trochę dziwnie, kiedy wiem, że już kiedyś się spotkaliśmy, mieliśmy ze sobą styczność, znaliśmy się... Gdybym wtedy wiedziała, że to będzie mój Mężczyzna i miałabym ten sam charakter co teraz, to wierzcie mi - wlazłabym między te pary, wywaliła siostrę i zabrała Miśka dla siebie :)
To naprawdę niezwykłe, że moje pamiątki rodzinne są jednocześnie jego pamiątkami, los skrzyżował nasze drogi i jest teraz co wspominać patrząc na nas nie znających się zbyt dobrze, nieświadomych przyszłości - niewinnych dzieciaków :-)

piątek, 25 lutego 2011

Dżony, kartka & łańcuszki blogowe

Widzę wzmianka o Dżonym wzbudziła niemałe zainteresowanie :) Ciekawe co typowaliście...
W każdym razie Dżony to kwiat. Pomimo męskiego imienia jest to róża, malutki krzaczek różowej róży :) Jest naprawdę uroczy i przepięknie pachnie mimo swoich niewielkich rozmiarów. Na blogu mogę go chwalić, bo nie słyszy :P Jednak kiedy do niego mówię (tak, mówię do kwiatka :D) to cały czas mu powtarzam jaki jest paskudny ;) Co prawda zdjęcie nie odda w pełni tego jaki jest cudny, ani też nie da za bardzo obrazu jego niewielkich rozmiarów, bo zdjęcie zostało zrobione prawie 2 tygodnie po tym, jak go dostałam, a przez ten czas strasznie wyrósł - kiedy znalazł się w moim posiadaniu miał jeden słabo rozwinięty kwiat, a pozostałe 3 były dopiero świeżymi, malutkimi pączkami, a teraz - sami zobaczcie :)

Dżony jest moim prezentem walentynkowym od Ukochanego :-) Chciał mi kupić kwiatka, ale doszedł do wniosku, że cięta róża dłużej jak dwa tygodnie nie pożyje, a chciał, żebym się prezentem cieszyła jeszcze długo długo po walentynkach :) I takim oto sposobem dostałam Dżonego - skąd imię? Lubię, jak kwiat ma imię, a że nic sensownego nie przychodziło mi do głowy, bo prawdę mówiąc myślałam tylko o damskich imionach, poprosiłam M. o wymyślenie jakiegoś imienia. Oczywiście Miśkowa kreatywność nie zawiodła - ochrzcił maleńkiego kwiatuszka imieniem Dżony :))

Czeka mnie niedługo przesadzenie Dżonego, bo w końcu dostałam go jako malutką roślinkę w niewielkiej doniczce, a tu już mi się całkiem pokaźny kwiat zaczyna rozwijać, więc chyba mu się za chwilę zrobi ciasno. Nie bardzo mam pomysł na doniczkę póki co, więc mam nadzieję, że coś ciekawego w sklepie wynajdę... Nie chciałabym, żeby Dżony gnieździł się w byle jakiej doniczce, chciałabym, żeby była ona taka jakaś inna, pomysłowa i wyjątkowa, tak jak Dżony :)

Miałam się jeszcze pochwalić kartkami, nad którymi męczyłam się tyle czasu. Bardzo proszę o nierozpowszechnianie tego zdjęcia, bo pewnie kartka ma prawa autorskie, a nie chcę mieć problemów...


Już nie będę się rozpisywać co z czym i do czego, ale oprócz kartki i fioletowego paska musiałam wszystko wyciąć i naklejać sama... A kartek do zrobienia było 255, więc roboty w cholerę...



A teraz kolej na łańcuszki. Pierwszy, do którego klepnęła mnie Szczęściara, polega na wymienieniu 10 rzeczy, które mnie denerwują. To dla mnie będzie ciężkie zadanie, ale tym razem nie dlatego, że nie mam pomysłu na odpowiedzi, ale dlatego, że mam ich aż za dużo :P

1. Głupota
Głupota denerwuje mnie pod każdą postacią. Począwszy od głupich żartów (nie mam tu na myśli wszystkich głupich żartów, bo niektóre mają urok właśnie dlatego, że nie bardzo mają sens; chodzi mi o te naprawdę głupie, jak np. pomysły rosyjskich studentów...), a skończywszy na głupocie dnia codziennego... I boli mnie bardzo, że świat jest pełen głupich ludzi, a lekarstwa na głupotę jeszcze nikt nie wymyślił.


2. Bezmyślność
Sama nie wiem, czy śmiać się czy płakać, jak widzę bezmyślne poczynania niektórych ludzi...

3. Zima
Odkąd nie wychodzę na sanki prowadząc przy tym całkowicie dziecięce, proste i błogie życie. Kiedy widzę za oknem mróz, a do tego cały świat zasypany śniegiem, a ja muszę wyjść z domu, to pojawiają mi się łzy w oczach... Nie cierpię marznąć, odśnieżać samochodu, a potem modlić się, żeby odpalił. A dodatkowo mróz zawsze daje mi ostro po kieszeni, bo dziwnym trafem paliwo drożeje, a samochód bardzo ochoczo pochłania ogromne ilości paliwa...

4. Spóźnialstwo
Straszny ze mnie nerwus, więc jak mam na kogoś czekać więcej jak 10 min od umówionej godziny, to dostaję białej gorączki. Po to się z kimś umawiam na konkretną godzinę, żeby nie czekać cały dzień na przybycie tej osoby. Owszem, rzadko denerwuję się, kiedy miasto jest zakorkowane, bo tempa poruszania się w korku nie idzie przewidzieć, ale ogólnie uważam spóźnialstwo za lekceważenie osoby, z którą się spotykamy, to jest po prostu niepoważne...


5. Roznegliżowane panie w reklamach, teledyskach, itp.
Uważam, że to już naprawdę szczyt desperacji, żeby zabłysnąć dzięki nagiej pani świecącej cyckami i namiętnie wijącej się w teledysku. Jeżeli muzyka jest dobra, to taki nagi teledysk jest po prostu zbędny, muzyka sama bez niczyjej pomocy wejdzie na szczyt. A jak muzyka gówniana, to i gołe dupy nie pomogą...


6. Stosunek mężczyzn do kobiet
To akurat nie jest norma, że mężczyźni nie szanują kobiet, bo jest masa wyjątków (Bogu dzięki!), ale zasadniczo żałuję, że żyję w takich czasach, kiedy to kobieta musi na rzęsach stanąć, żeby zdobyć i utrzymać uwagę mężczyzny, a prawdziwi mężczyźni powoli znikają... Kobieta w życiu mężczyzny, bez względu na wszystko, powinna być zawsze na pierwszym miejscu i koniec!


7. Niespełnianie obietnic i niedotrzymywanie słowa
No do jasnej Anielki! Ludzkie słowo już nic nie znaczy w dzisiejszych czasach... Kiedyś, jak ktoś dał słowo, to choćby nie wiem co, to słowa dotrzymał, a teraz? Nawet bliskim nie można wierzyć na słowo...


8. Chłopak mojej siostry
No denerwuje mnie i tyle, nie uprzedzałam się do niego, po prostu im dłużej z nim przebywam, tym bardziej go nie lubię... ;) Nie zwykłam skreślać ludzi od samego początku, zawsze zakładam, że kogoś polubię, a potem najwyżej zmieniam o tym kimś zdanie. I tym razem niestety mój kredyt sympatii zniknął ;)


9. Wolne łącze internetowe
No cóż, człowiek się szybko do dobrego przyzwyczaja :) Kiedyś to była norma, że trzeba było 5 minut czekać na załadowanie się strony i jakoś nikt się z tego powodu nie denerwował, a teraz - czeka się minutę i już za długo :)

10. Moje nogi
Uważam, że idealne kobiece nogi powinny być długie, proste i zgrabne... Moje takie nie są, więc ich nie lubię.


Sunshine Award



Do tej nagrody również zostałam nominowana przez Szczęściarę (jeżeli przez kogoś jeszcze, to się upomnieć, bo jestem sklerotyczka).

Zasady przyznawania wyróżnienia:
1. Podziękowanie za wyróżnienie
2. Umieść u siebie link do osoby, która Cię wyróżniła
3. Umieścić u siebie logo wyróżnienia
4. Przekazać nagrodę kolejnym 10 blogom
5. Umieścić linki do tych blogów
6. Powiadomić o tym nominowane osoby

I co następuje, dla odmiany mam wymienić 10 rzeczy, dzięki którym jestem szczęśliwa:

  1. Dżony :D Serce mi się raduje, gdy patrzę na te jego kochane różowe kwiatuszki :)
  2. Mój pies & pies M. - kto by się nie cieszył na widok ich przesympatycznych mordek i bezgranicznej miłości :))
  3. Słomka / Głód (mój samochód ^^). Kupno auta było dla mnie największym marzeniem, a że udało mi się kupić taki samochód, jaki chciałam, to tym bardziej jestem szczęśliwa. :)
  4. Czekolada & inne słodkości. "A Ty? Po ilu kostkach się uśmiechniesz?" "Raczej zapytaj po ilu tabliczkach..." xD
  5. Słońce! Dajcie mi lato, bo mi za wygrzewaniem się na słońcu tęskno...
  6. Blog. Mój wirtualny świat i wspaniali ludzie :)
  7. Spanie - wyspać się to podstawa.
  8. Woda. Ta w wannie, ta w jeziorze, a szczególnie ta w morzu :)
  9. Jedzenie. Uwielbiam dobrze zjeść, tym bardziej, że tego po mnie nie widać :D
  10. Taniec...

Większość z Was już otrzymała tą nagrodę, więc nominuję każdego, kto jej jeszcze nie dostał - każdy z Was na nią zasługuje :)

wtorek, 22 lutego 2011

Już jestem ;)

Tak, wiem, wieki mnie nie było. Mam nadzieję, że jeszcze mnie pamiętacie ;) Niestety, praca związana z wykonywaniem kartek urodzinowych oraz nauka na poprawki i zaliczenia były ważniejsze... A poświęcić im musiałam praktycznie cały swój czas, wręcz czasem próbując sobie wydłużyć dobę, ale o tym za chwilę. Na szczęście obie misje zakończone sukcesem, więc wracam do życia ;)

Ostatnie 2 tygodnie były koszmarne... Robienie kartek dość mocno mnie zaabsorbowało; nie tyle co zapominałam o reszcie świata, co po prostu widząc ile przede mną roboty, starałam się zrobić jak najwięcej korzystając z ostatniego tygodnia ferii, bo kiedy dochodzi jeszcze szkoła, to ilość czasu, który można poświęcić na zarabianie pieniędzy, drastycznie się kurczy.
Pracy okazało się być tak dużo, że żeby wyrobić się do terminu, musiałam zarwać kolejną nockę z rzędu... Kolejną, bo poprzednią zarwałam na koszt zrobienia testów na zaliczenie z gramatyki (temat gramatyki, mimo, że jest wart zwrócenia uwagi dzięki wykładowcy, jednak pominę... Dopiero co odzyskałam dobry humor, po co to niszczyć? :)). Okazało się, że dzień jest zbyt krótki, aby zrobić to, co się zrobić musi, więc chcąc nie chcąc, musiałam odmówić sobie jedynej relaksującej czynności w ciągu doby i o! Dwie zarwane nocki pod rząd - bardzo przyjemnie. Ale i tak najgorsze jest to, że teraz, kiedy mogę to odespać, to nie chce mi się spać...

Wręcz się sobie dziwię skąd u mnie dobre samopoczucie po dwóch nieprzespanych nocach, bardzo pracujących i wymagających w dodatku, a do tego wszystkiego towarzyszył mi i nadal towarzyszy okropny ból pleców. Właśnie wyszło ślęczenie nad kartkami i książkami przez całe dnie i brak ruchu dalej niż do kuchni lub łazienki. Wczoraj, a właściwie już dzisiaj, bo godzinę 3 rano zaliczam zazwyczaj do "dzisiaj", miałam już łzy w oczach od tego potwornego bólu, ale jak terminy gonią, to się zaciska zęby i jedzie dalej... Dlatego teraz, kiedy już nie rysuje się przede mną kolejne zasiadanie wśród książek, moje plecy postanowiły mi zademonstrować, jak bardzo są mi "wdzięczne" za brak odpoczynków - przy każdym ruchu odczuwam boleśnie każdy, nawet najmniejszy mięsień w plecach...
Oby mój Mężczyzna nie wrócił za bardzo zmęczony z pracy, bo bez masażu się chyba nie obejdzie...

Za bardzo nic się u mnie przez ten calutki czas nie działo, bo rzadko wyściubiałam nos z kartek urodzinowych i testów gramatycznych... W sumie do pewnego stopnia zmarnowane ferie, bo nic a nic nie odpoczęłam, co jedynie bardziej się zmęczyłam, za to na szczęście pierwszy semestr mam już zaliczony i do sesji będzie panowała w miarę luźna atmosfera, więc może w któryś weekend sobie odkuję moje utracone ferie :)

Łańcuszki i nagrody, które na mnie czekają, pojawią się w następnych postach, bo jednak umysł póki co mam zmęczony na tyle, że nie jestem w stanie nic kreatywnego i mądrego wymyślić, zatem zostawiam to sobie na później :) Wizyty na waszych blogach przeważnie nadal będą ciche z mojej strony, choć będę się starała zacząć komentować, jak tylko uda mi się doprowadzić moją niewyspaną, zmęczoną i przeładowaną głowę do ładu, jako że nawet nie potrafię sklecić nawet prostego komentarza na temat, co chyba widać po notce, że jakaś taka bez ładu i składu... No cóż, zależało mi jedynie na tym, żeby dać znak życia, nie na tym, żeby ten wpis był szczytem poprawności językowej lub powalającym na kolana esejem :)
Kolejna notka, lub też notki, szykują się kolorowo, bo może pokażę jakie kartki robiłam przez ten cały czas mojej nieobecności, odpowiem na te szalone łańcuszki blogowe oraz będę się chwalić - przedstawię Wam Dżonego :)