piątek, 22 kwietnia 2011

(nie)Pokonani...

Ile może trwać kryzys w związku... Wcześniej zdarzały się kłótnie, ale nigdy nie było aż tak źle, jak zaczęło być koło listopada... Walczymy z tym kryzysem... i ze sobą... już prawie pół roku i jakoś nie możemy wybrnąć, wręcz dzieje się coraz gorzej... Nie mam pojęcia jak to się wszystko dalej potoczy. Im więcej pada słów, tym jakiekolwiek porozumienie staje się coraz bardziej niemożliwe.


Gdy nie można mocą żadną wykrzyczanych cofnąć słów...

Tyle bólu sprawiają te słowa, że nie wyobrażam sobie zapomnieć tego, co zostało powiedziane... Im bardziej uświadamiam sobie, że Ty naprawdę myślisz tak, jak mówisz, tym bardziej mnie to boli. Nie masz żadnych podstaw na tworzenie takich scenariuszy, a jednak to, co się dzieje w Twojej głowie mnie przeraża i dobija. Jak możesz tak nisko mnie oceniać?... Nie dałam Ci nigdy podstaw do stracenia do mnie zaufania, przez tyle zdarzeń razem przeszliśmy, a jednak to wszystko się dzieje... Nawet nie umiem przekazać tego, jak mnie cholernie to wszystko boli... :(


Czy w bezsilnej złości łykając żal, dać się powalić...

Ja Cię nie przekonam, że jest inaczej niż Tobie się wydaje, bo zwyczajnie już nie wiem jak. Twoje chorobliwe myśli odbierają Ci już chyba zdolność postrzegania świata takim, jaki jest, widzisz go takim, jakiego chcesz widzieć... Żadna z Twoich hipotez nie ma szans się urzeczywistnić i masz na to co najmniej jeden niezbity dowód, jak pomyślisz, będzie ich więcej, ale dopóki sam do tego nie dojdziesz, to nikt nie jest w stanie na Ciebie wpłynąć.


Czy podobnym być do skały, posypując solą ból...

Nie będę udawać, że mnie to nie rusza, bo takimi oskarżeniami w stosunku do mnie ubodłeś mnie do żywego. Twoje zadowolone opisy rujnują mnie jeszcze bardziej... Zarzucasz mi takie rzeczy, które mi nigdy nawet przez myśl nie przeszły, więc skąd pomysł, że coś takiego miało, ma lub będzie miało miejsce?... Z Twoimi chorymi teoriami nie wygram...


Czy w milczeniu białych haniebnych flag zejść z barykady...

Cholernie mi przykro, że "zasłużyłam" sobie na taką opinię w Twoich oczach, pomimo tego, że dałabym się za Ciebie pokroić, nawet wtedy, kiedy jesteśmy skłóceni... Niestety, ja już odpuszczam, schodzę z pola bitwy...


. . .
Aż do końca wierząc, że los inny mi pisany jest...
 

* * *
 WESOŁYCH ŚWIĄT TAK NA MARGINESIE... ;]
 Na komentarze nie odpisuję.

wtorek, 19 kwietnia 2011

Rozdarcie...

Dopadły mnie ostatnio pewne refleksje. Zdałam sobie sprawę z tego, że jestem już na drugim roku studiów, na trzecim czekają mnie praktyki w szkole, a po skończeniu tej szkoły za półtora roku czeka mnie podjęcie pracy, prawdopodobnie jako nauczycielka języka obcego.

W czym problem?

Przechodziłam ostatnio obok jakiejś szkoły i zobaczyłam boisko, po którym wesoło biegała dzieciarnia grając w piłkę... Uwielbiam grać w piłkę, czy to nożną, czy siatkówkę, wygłupiać się, mieć w pokoju tonę pluszaków, zachowywać się głośno i dobrze się bawić, a zaraz będę musiała stać się naprawdę osobą poważną, bo przecież nikt nie przyjmie "dziecka" do pracy z dziećmi...

Ten problem jest naprawdę poważny. Nie chcę się stać taka, jaka być powinnam na etapie lat 21. Lubię tą moją dziecięcą stronę charakteru, lubiącą się bawić zabawkami dosłownie dla dzieci typu klocki i pluszaki, zapominając o reszcie świata... Biegającą za piłką po boisku, rzucającą przekleństwami, kiedy coś nie wyjdzie. Może i uznacie mnie za szaloną, ale nie wyobrażam sobie siebie w wersji "poważny człowiek"...

Ciężko mi będzie wbić się w rolę nauczyciela, człowieka wręcz nienagannego, świecącego przykładem dla innych, zwłaszcza młodszych, samemu będąc jeszcze nie do końca poważnym... Nie chodzi tu o brak odpowiedzialności i tego typu rzeczy, bo akurat odpowiedzialna i myśląca o konsekwencjach swoich poczynań jestem, po prostu taka funkcja wymaga bycia dorosłym w każdym możliwym calu, a ja dorosnąć nie chcę. Może rozminęłam się z powołaniem, może nie powinnam być nauczycielką, czas pokaże. Wiem jedno - nie chcę się zmieniać.

Muszę pisać już teraz konspekty zajęć i staczam za każdym razem walkę ze swoimi przekonaniami, bo dopiero co sama kończyłam te wszystkie szkoły i za nic w świecie nie chciałabym mieć takich lekcji, jakie muszę układać... ;) Jak można prowadzić lekcje, które są niezgodne z naturą nauczyciela? Chyba tego typu prace będę robić tylko do szkoły, bo nie wyobrażam sobie katować młodzieży takim badziewiem, jakie muszę w tych konspektach zamieszczać...

Bycie poważnym w szkole, w czasie pracy, a sobą po zajęciach też jest nie bardzo trafionym pomysłem, bo moje miasto, choć do małych nie należy, to jednak ciężko tu pozostać do końca anonimowym. Zatem szanse, że jakiś uczeń zobaczy swoją nauczycielkę angielskiego roznegliżowaną, biegającą po boisku do plażówki i rzucającą we współgraczy niewybrednymi komentarzami, albo siedzącą nad jeziorem pijącą piwo, są dość spore. Wiele mam "grzeszków" na sumieniu i w zwyczaju, i całkowicie nie potrafię nawet dopuścić do siebie myśli, że powinno się to zmienić.

Ciężki sobie żywot obrałam, ale naprawdę byłam święcie przekonana, że z czasem wydorośleję. Pomyliłam się, bo wręcz się uwsteczniam rozwojowo - wierzycie, że ostatnio w Carrefourze naszła mnie ochota na kupienie sobie zestawu małego plażowicza i jakichś klocków, żeby sobie potworzyć jakieś wymyślne budowle w domowym zaciszu? ;)

Cóż, chyba czas najwyższy zamilknąć, bo faktycznie zaraz ktoś mnie uzna za wariatkę ;-) Sądzę, że po tym poście opuści mnie połowa czytelników, bo dotąd myśleli, że mają do czynienia z normalną kobietą, a tu się okazuje jest zupełnie odwrotnie...

  
W chwili, w której umiera w nas dziecko,
zaczyna się starość.
Francois Mauriac


P.S. W dalszym ciągu chciałabym prosić o kontakt tych osób, które zabezpieczyły swoje blogi hasłami, bo nie jestem w stanie do Was zaglądać nie znając "kodu dostępu"... Szkoda mi tracić kontakt z Wami, ale to chyba staje się nieuniknione...

wtorek, 12 kwietnia 2011

Nerwy...

Nerwy, nerwy, nerwy... Biorą się znikąd i odpuścić nie chcą. Wypitą przeze mnie melisę mogę już spokojnie zacząć liczyć w hektolitrach, a poprawy jak nie było, tak nie ma. I ani spacery na świeżym powietrzu, ani relaksowanie się, ani nawet spanie nie pomaga. Swoje pięć groszy dokłada jeszcze skaczące beztrosko ciśnienie... Popsuły się nerwy i tyle - byle co wyprowadza mnie z równowagi i niemalże od razu mojemu zdenerwowaniu zaczyna towarzyszyć ból głowy... Tabletki przeciwbólowe ratują mnie co prawda od bólu, ale nerwowość zostaje. Już naprawdę nie wiem jak mam z tym walczyć, bo ani to przyjemne dla mnie, ani dla innych, a pozbyć się tego nie potrafię.

Nie, nie jestem w ciąży :) Stety, niestety, ale nie jestem. Dlatego moje samopoczucie mogę zrzucić tylko na czynniki zewnętrzne. 

Dam na chwilę upust mojej złośliwości, gdyż zauważyłam pewne powiązania mojej nerwowości i znalazłam dość luźny związek przyczynowo-skutkowy. Mianowicie, doszłam do wniosku, że moje nerwy zaczęły tracić na wytrzymałości odkąd moja siostra zaczęła się spotykać z K., który w 30 sekund potrafi mnie rozkurw... zdenerwować swoją osobą do granic możliwości. I każdorazowo, kiedy mój stan jest już naprawdę fatalny, to dziwnym trafem akurat wtedy chłopak mojej siostry przebywa u mnie w domu... Złośliwe to z mojej strony, ale nijak nie można temu zaprzeczyć ;)

Już od kilku dni nie widziałam K. na tyle długo, żeby zdążył mi popsuć humor, więc chwilowo uznaję nerwowość za opanowaną, choć jestem świadoma, że wszystko się może w każdej chwili zmienić. Oprócz tego nie ponoszę konsekwencji za niedotrzymanie ani jednego punktu z moich zaplanowanych na weekend rzeczy, gdyż widocznie nie tylko ja byłam takim leniem, wykładowcom nawet nie chciało się zjawiać na uczelni :-)

Jedynym minusem chyba są nadgodziny M., bo przez to widzimy się później i krócej... Niestety nic się nie poradzi, bo skoro już jakaś praca jest, to nie należy się wychylać, a pieniądze są przecież ważne i nie można temu zaprzeczyć... Wiecie, chciałabym już mieszkać z M., przynajmniej brak jego obecności w dzień wynagradzałby mi w nocy ^^ Wątpię, że to prędko nastąpi, ale za marzenia jeszcze nie karzą, więc kto mi zabroni...

"Czasami trzeba usiąść obok i czyjąś dłoń zamknąć w swojej dłoni, wtedy nawet łzy będą smakować jak szczęście."
Wacław Buryła






Smurfetko, mogłabyś zostawić mi jakieś dane do Twojego bloga? Zostałam niemile dzisiaj powitana przez hasło, więc jeśli chcesz, żebym dalej Cię odwiedzała, prosiłabym o jakieś info na maila zakrecona8888@gmail.com

piątek, 8 kwietnia 2011

Poprawa... :)

Kryzys mam nadzieję raz na zawsze został zażegnany. Zaskoczyłam Was? Tak właśnie myślałam, że nie. Pewnie nie raz i nie dwa jeszcze się pokłócimy, ale przecież jak się ludzie nie kłócą, to chyba nie jest z nimi wszystko w porządku. Ważne, żeby już więcej tak źle nie było... Dłuuga droga przede mną, przed M. - przed nami - do tego, żeby częściej osiągać porozumienie, a jest to nie lada sztuka, kiedy schodzą się dwie tak charakterne osoby. Jakby nie patrzeć, nie ma rzeczy niemożliwych, więc wszystko jest do zrobienia.
Nie chcę się wiązać z nikim innym, bo wiem, że nikogo więcej nie chcę. Jesteśmy oboje jacy jesteśmy, każdy ma wady, ale mimo to jestem szczęśliwa. M. chyba też, bo tym razem on pierwszy wyciągnął do mnie rękę na zgodę i powiedział, że nie chce się rozstawać z kobietą, którą kocha i spytał, czy jest jeszcze szansa na jakiekolwiek porozumienie między nami. Rozmowy negocjacyjne udało się zakończyć sukcesem, zatem mam nadzieję, że teraz już będzie wszystko między nami OK.

Love is not finding a person to live with; it is finding a person you can't live without...
I to tłumaczy całą naszą dziwność :)

Okropny tydzień za mną... Co prawda było sporo pozytywnych aspektów, jednak strasznie jestem zmęczona, co stwarza mi negatywny obraz tego tygodnia. No i oczywiście pogoda - wiosna gdzieś przepadła, zostawiła nam chmury, deszcz, wiatr... i ciśnienie (bardzo szybko zmienia się ciśnienie z wysokiego na niskie i z niskiego na wysokie), czego moja homeopatyczna głowa nie toleruje. I nie wiem jak tu teraz dać sobie radę z zalegającymi na weekend pracami, kiedy pogoda nie ulega poprawie, przez co i ja jestem nie do życia...

A do roboty trzeba się wziąć bez dwóch zdań, bo do końca roku akademickiego zostały mi już tylko 2 miesiące, a dalej staram się podążać moim ambitnym planem uzyskania jak najlepszych ocen...

P.S. Mam jeszcze taką prośbę do osób, które mnie czytują i zostawiają komentarze - jeśli nie mam Was w linkach, a nie zostawiacie mi swojego adresu, to nie mogę Was odwiedzić... Niektórzy z Was co prawda komentują jako zalogowani użytkownicy, ale mają zablokowany profil na Blogspocie, więc i tak nie jestem w stanie dostać się na Wasze blogi... 

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

Nie jest dobrze.

No cóż, chyba złudzenie, że jest dobrze, zawdzięczam żartowi prima-aprilisowemu losu... Zatem - nie jest dobrze. Co prawda miło było przez te kilka dni znów być bezgranicznie szczęśliwą, ale wszystko się widocznie musi skończyć, a już szczególnie to, co dobre.

Nie wiem co prawda, czy moje szczęście zakończyło się na dobre, czy może nic nie dzieje się bez przyczyny, albo też po prostu los ma co do mnie inne plany, w każdym razie jest mi strasznie przykro i smutno... Nie tak sobie życie wyobrażałam, nie tak to wszystko miało być!... Niemniej jednak co ja mogę, sama niczego nie zmienię. A już szczególnie relacji z drugą osobą, bo "do tanga trzeba dwojga...", zatem sama nic nie zwojuję.

Po tym, co usłyszałam, pewnie będę musiała pogodzić się z losem, bez względu na to, jak bardzo chciałabym wszystko zmienić, to jednak chyba nie tędy droga. Przecież nie mogę się komuś narzucać tylko dlatego, że mi zależy, że oddałabym wszystko dla szczęścia tej osoby, bo przecież jak ktoś chce zepsuć relacje, to moje narzucanie się nic dobrego nie zdziała... Wiem, bo próbowałam, ale bezskutecznie.  
To co było, już nie wróci... :(

Zdumiewające jest, z jaką siłą uderzają w człowieka negatywne emocje towarzyszące dosłownie jednej, krótkiej chwili, podczas gdy przez czas znacznie dłuższy niż owa chwila było pięknie, wspaniale, cudownie...
Zdumiewające jest, jak szybko człowiek potrafi tyle wspólnych chwil, doświadczeń, wspomnień i przeżyć puścić z dymem, na koszt jednej, w gruncie rzeczy wcale nie aż takiej złej rzeczy.
Jakie trzeba mieć ego, żeby przez własne widzi-mi-się i kaprys naburmuszonego dziecka, zaprzepaścić to wszystko, na czym kiedyś człowiekowi zależało najmocniej na świecie...

... a jak naiwną trzeba być, żeby dać sobie zamydlić oczy pięknymi wyznaniami i obietnicami? Ile może człowiek jeszcze wytrzymać, dopóki nie nauczy się, że niektórzy ludzie się nie zmieniają?...

Tyle pytań bez odpowiedzi, tyle smutku i żalu, które nie mają ujścia, sterta zniszczonych marzeń, strzępki pięknych wspomnień, które sprawiają tyle bólu...


 

Na sen nigdy już nie wezmę nic,
ja to wiem - odejść łatwiej jest niż żyć
i na morzu naszych wspólnych lat
liczę wyspy pełne smutnych dat,
aksamitne rafy, gdy byliśmy tak szczęśliwi,
widzę nasze drzewa, które wygiął czas.

Ja znam naszą miłość pełną burz,
czasem tnie w obie strony tak jak nóż
i głęboko rani ciebie, mnie.
Razem ciężko żyć - osobno źle.
Chyba zawsze już
tak będziemy pogmatwani.
Wspólny adres, nasze dzieci, sny,
więc pomóż mi odnaleźć tamte dni...
***

piątek, 1 kwietnia 2011

Po pierwsze, chciałam Was przeprosić za takie długie milczenie z mojej strony... Przyznam się bez bicia, że wcale tu nie wchodziłam, bo treść komentarzy przychodzi mi również na maila, więc nie było potrzeby tu zaglądać. Po drugie, wena mnie opuściła, za to nawiedziły mnie obowiązki i w wyniku tego nieplanowanie stąd zniknęłam... A teraz możecie na mnie wieszać psy, bo do Was też raz za czas zaglądałam... Nie powiem, że wcale, bo zaglądałam, ale rzadko i w dodatku po cichu, więc opieprz mi się należy.
Pościągam teraz te paskudne pajęczyny i postaram się częściej odzywać.

Miniony miesiąc nie był dla mnie najlepszy, dużo się w życiu zmieniało i momentami czułam się jak w jakiejś telenoweli, ale na szczęście wszystko wróciło do normy i mam nadzieję więcej żadnych takich odchyłów nie doświadczać. Nie będę się rozpisywać o co chodzi, bo było, minęło i już nie należy do tego więcej wracać. Ważne, że teraz jest OK ;-) Przyszła wiosna, wiosenny nastrój mi towarzyszy, więcej energii od razu w człowieku się pojawiło, zatem oby teraz szło tylko z górki :-)

A teraz zmykam nadrabiać zaległości u Was, co prawda dalej po cichu, bo żeby komentować, muszę być na bieżąco, więc dopiero z czasem zacznę się odzywać ;)









Szczęścia nie można kupić. Na szczęście.
Phil Bosmans