Tak bardzo chciałabym, żeby między nami znów zaczęło się układać... Ale to umiera, jestem bezsilna... Staram się ze wszystkich sił, żeby wykorzystać każdą szansę jaką sobie wypracujemy, ale niestety... jest to jednostronne. On jest dla mnie najważniejszy, nie ślub, chcę być z nim, po prostu być, ale chyba On tego nie chce.... Zaczynam dochodzić do wniosku, że narzucam się komuś, kto mnie nie chce, ale to cały mój świat, który kocham całą sobą i od dawna jest dla mnie wszystkim, nie potrafię zrozumieć dlaczego On mnie odrzuca...
M. wycofuje się za każdym razem, zawsze mniej więcej po tygodniu okazuje się, że nie jest gotowy, że go rzekomo męczę. Przykład najświeższy - spotkaliśmy się w niedzielę, długo rozmawialiśmy, wydawało mi się, że M. dużo rzeczy przemyślał i wydawałoby się, że to ma jednak sens, że warto o to walczyć, na następny dzień znów się spotkaliśmy, pogadaliśmy, powygłupialiśmy się, M. nawet mi powiedział, że jestem jego jedynym szczęściem, które samo do niego przyszło (tak się poznaliśmy), szczęśliwy jak dziecko, które dostało wymarzony prezent, nazajutrz to samo, a potem cisza.
M. się nie odzywa, nie wiem co jest grane. Okazało się, że był bardzo długo w pracy, od rana do nocy. Na drugi dzień mieliśmy się spotkać, więc napisał że się zgadamy, bo ma coś jeszcze do załatwienia. Napisałam sms kiedy wróciłam po pracy do domu, że jestem już i już nie dostałam odpowiedzi, myślałam, że może odsypia to siedzenie w pracy, wiadomo, 16h pracy fizycznej nawet najsilniejszego wykonczy. Ale później też się nie odezwał. Zapytałam w piątek rano czy między nami wszystko jest ok, bo wydaje mi się, że mnie ignoruje. Po kilku godzinach doczekałam się odpowiedzi: "Odkad sie pogodzilismy czuje sie jakbys "siedziala" mi na glowie...". Że co? Pytałam owszem co się stało, że jest tak długo w pracy, martwiłam się, że mi nie odpisywał... Ale to chyba oczywiste... I to dostaję w zamian. "Coraz bardziej watpie w naprawe tego...". Kolejne moje wiadomości również pozostają bez odpowiedzi...
Nie rozumiem tego, nie rozumiem jego zachowania... To nie pierwszy raz. Kolejny raz zachowuje się tak samo, jak tylko zaczyna się coś układać, to po kilku dniach pisze, że jednak nie, wynajduje jakiś problem i wszystko pęka jak bańka mydlana... Czy ja rzeczywiście jestem aż tak upierdliwa i beznadziejna, że przytłaczam go swoją osobą? Wydaje mi się, że moje zachowanie zwyczajnie mieści się w normie kogoś, kto kocha i tęskni...
Zastanawiam się, czy on kogoś ma. Czy jest już inna, z którą woli spędzać czas, którą obdarzył uczuciem, którego mi z jego strony brakuje. Czy jest już inna, która zapchała dziurę po mnie w jego życiu, czy teraz już inna daje mu szczęście, że mnie z taką łatwością ignoruje, jakbym nigdy nie istniała...
Nie poznaję już tego człowieka...
Ja wiem, że pewnie powinnam odpuścić, bo takie zachowanie M. świadczy już chyba tylko o tym, że mój czas w jego życiu się skończył, ale nie tak łatwo odpuścić kogoś, kogo się tak kocha. Tak mnie denerwuje mówienie komuś, że znajdzie się ktoś inny kto na pewno będzie na nas zasługiwać, ale czy bierze się pod uwagę, że może my nikogo innego nie chcemy?...
sobota, 26 lipca 2014
środa, 16 lipca 2014
Do M.
Podobno odkąd nie piszę tutaj co czuję, to ciężko mnie rozszyfrować. Pewnie tak jest, bo sama przed sobą uciekam, dlatego nie potrafię tu wrócić i wprost napisać co mi ciąży na sercu.
Niech więc będzie, wrócę tu i powiem Ci, co mnie niszczy. Choć Ty i tak to już dobrze wiesz, to napiszę to tutaj, tak jak to czuję i jak to dalej widzę.
Zacznę może od wpisu, który pojawił się tutaj rok temu. KLIK. Przeczytaj każde słowo uważnie, bo tak naprawdę to co pojawi się tu dalej, to tylko jego kontynuacja.
Zobacz sam ile czasu już na Ciebie czekam, zobacz ile czasu bez skutku, zobacz, jak mnie to boli. Choć rok temu już to we mnie pękło, to nic się w tej kwestii nie zmieniło, zawsze znalazło się tysiąc powodów, aby odwlekać ten krok, zawsze było coś. Przez ROK ten post wcale nie stracił na aktualności. Każde słowo jest wciąż takie prawdziwe, jakby pisane przed chwilą... Dobrze wiedziałeś, że chciałam tego tak bardzo, a i tak nigdy nie znalazłeś dobrej chwili. I nigdy jej nie znajdziesz, bo nie chcesz.
Byłam przy Tobie w każdej jednej najgorszej chwili Twojego życia w ciągu ostatnich siedmiu lat, dzieliłam z Tobą każdą radość, trzymałam Cię, żebyś nie poleciał na dno. Nie raz zostałam potraktowana... źle, chociaż plus, że przynajmniej to już do Ciebie dotarło.
Nie dociera tylko jedno - tracisz mnie. Tak bardzo jak nigdy. I jeśli się nie ockniesz, to na zawsze. To, co powinieneś o mnie wiedzieć, to już dobrze wiesz, znasz mnie na wylot, wiesz jak będzie wyglądać Twoje życie ze mną. A i tak określasz branie ślubu "pochopnym", brak mi słów.
Już nie mam siły na Ciebie czekać dłużej, to jest ten moment, kiedy z chłopca musisz stać się mężczyzną i podjąć bardzo ważną decyzję. Albo staniesz na wysokości zadania, albo odejdę. Nie pójdę już na żadne ustępstwa, bo odpuszczałam zdecydowanie zbyt długo, teraz niech ktoś w końcu pomyśli o mnie. Że wymagam od związku po tylu latach sformalizowania, że mam swoje potrzeby, których od dawna nikt nie zaspokaja. Moja wewnętrzna frustracja rosła, aż w końcu przestałam już dawać z siebie wszystko, zaczęłam domagać się głośno czego chcę od Ciebie. I zignorowałeś to. To był ten moment, kiedy to wszystko zaczęło popadać w ruinę, przegapiłeś to. Bardzo bym chciała, żebyś wybrał mnie, ale z dnia na dzień, kiedy się "namyślasz" kolejny i kolejny dzień, zaczynam w to wątpić, tracę i siłę i nadzieję. Jeśli zależałoby Ci na mnie, to nie musiałbyś się nad tym zastanawiać wcale po tylu latach... a jednak to robisz.
Wiesz jak zachowaliby się inni mężczyźni na Twoim miejscu, ot choćby i od Twojego Przyjaciela; wiedz, że na moim miejscu mało która by tyle czasu czekała. Ja czekam wciąż, bo Cię kocham, ale Ty chyba nie zdajesz sobie sprawy jak wiele dostałeś od życia. Obyś sobie to uświadomił teraz, a nie jak stracisz to wszystko.
To jest Twoje życie i Twoje decyzje, postępuj tak, żebyś Ty był szczęśliwy.
Ja obieram już inny kierunek, albo obudzisz się i złapiesz mnie za rękę, żebym zawróciła jeśli to ja daję Ci szczęście, albo pójdę dalej sama, w inną stronę...
Finał tej bajki jest wyłącznie w Twoich rękach...
Niech więc będzie, wrócę tu i powiem Ci, co mnie niszczy. Choć Ty i tak to już dobrze wiesz, to napiszę to tutaj, tak jak to czuję i jak to dalej widzę.
Zacznę może od wpisu, który pojawił się tutaj rok temu. KLIK. Przeczytaj każde słowo uważnie, bo tak naprawdę to co pojawi się tu dalej, to tylko jego kontynuacja.
Zobacz sam ile czasu już na Ciebie czekam, zobacz ile czasu bez skutku, zobacz, jak mnie to boli. Choć rok temu już to we mnie pękło, to nic się w tej kwestii nie zmieniło, zawsze znalazło się tysiąc powodów, aby odwlekać ten krok, zawsze było coś. Przez ROK ten post wcale nie stracił na aktualności. Każde słowo jest wciąż takie prawdziwe, jakby pisane przed chwilą... Dobrze wiedziałeś, że chciałam tego tak bardzo, a i tak nigdy nie znalazłeś dobrej chwili. I nigdy jej nie znajdziesz, bo nie chcesz.
Byłam przy Tobie w każdej jednej najgorszej chwili Twojego życia w ciągu ostatnich siedmiu lat, dzieliłam z Tobą każdą radość, trzymałam Cię, żebyś nie poleciał na dno. Nie raz zostałam potraktowana... źle, chociaż plus, że przynajmniej to już do Ciebie dotarło.
Nie dociera tylko jedno - tracisz mnie. Tak bardzo jak nigdy. I jeśli się nie ockniesz, to na zawsze. To, co powinieneś o mnie wiedzieć, to już dobrze wiesz, znasz mnie na wylot, wiesz jak będzie wyglądać Twoje życie ze mną. A i tak określasz branie ślubu "pochopnym", brak mi słów.
Już nie mam siły na Ciebie czekać dłużej, to jest ten moment, kiedy z chłopca musisz stać się mężczyzną i podjąć bardzo ważną decyzję. Albo staniesz na wysokości zadania, albo odejdę. Nie pójdę już na żadne ustępstwa, bo odpuszczałam zdecydowanie zbyt długo, teraz niech ktoś w końcu pomyśli o mnie. Że wymagam od związku po tylu latach sformalizowania, że mam swoje potrzeby, których od dawna nikt nie zaspokaja. Moja wewnętrzna frustracja rosła, aż w końcu przestałam już dawać z siebie wszystko, zaczęłam domagać się głośno czego chcę od Ciebie. I zignorowałeś to. To był ten moment, kiedy to wszystko zaczęło popadać w ruinę, przegapiłeś to. Bardzo bym chciała, żebyś wybrał mnie, ale z dnia na dzień, kiedy się "namyślasz" kolejny i kolejny dzień, zaczynam w to wątpić, tracę i siłę i nadzieję. Jeśli zależałoby Ci na mnie, to nie musiałbyś się nad tym zastanawiać wcale po tylu latach... a jednak to robisz.
Wiesz jak zachowaliby się inni mężczyźni na Twoim miejscu, ot choćby i od Twojego Przyjaciela; wiedz, że na moim miejscu mało która by tyle czasu czekała. Ja czekam wciąż, bo Cię kocham, ale Ty chyba nie zdajesz sobie sprawy jak wiele dostałeś od życia. Obyś sobie to uświadomił teraz, a nie jak stracisz to wszystko.
To jest Twoje życie i Twoje decyzje, postępuj tak, żebyś Ty był szczęśliwy.
Ja obieram już inny kierunek, albo obudzisz się i złapiesz mnie za rękę, żebym zawróciła jeśli to ja daję Ci szczęście, albo pójdę dalej sama, w inną stronę...
Finał tej bajki jest wyłącznie w Twoich rękach...
Subskrybuj:
Posty (Atom)