sobota, 30 lipca 2011

No to bajo ;)

Zacznę od kota - kota nie będzie. Brakło mi koloru, a nie mam kiedy iść i dobrać nowy. No cóż, pochwalę się po powrocie :)

Wszystko ogarnęłam, jestem gotowa do drogi :) Odezwę się w przyszłym tygodniu, wtedy też dołączę do zabaw blogowych, do których zostałam nominowana :))

Miłego tygodnia kochani :)

wtorek, 26 lipca 2011

Wakacyjnie

Oświadczam wszem i wobec, że wymieniane przez Was metody przyspieszania okresu, z wyjątkiem tabletek oczywiście, bo ich nie próbowałam, działają :) Także wyjazd będę mieć spokojny, a te z Was, które nie wiedziały jak sprawić, żeby te dni nadeszły szybciej, a chcą się dokształcić, odsyłam do lektury w komentarzach pod tą notką. :)

Oby tylko pogoda dopisała, bo choć wiem, że i tak się nie będziemy nudzić, to jednak nie chciałabym, by moja miłość do wygrzewania się w promieniach słońca na plaży musiała w tym roku cierpieć rozstanie ;)
Tym bardziej, że M. zapowiedział, że w przyszłym roku chce jechać w góry... :( Nie wiem jak ja to przeżyję, bo całym moim sercem uwielbiam wczasy nad morzem, ale wygląda na to, że w przyszłe wakacje będę zdobywać opaleniznę na solarium zamiast na plaży... No ale niech ma, chociaż ten jeden raz, bo zawsze jedziemy tam gdzie ja chcę, to niech mu będzie, żeby jechać na te 5 dni w góry... Ale nie ma nic za darmo - będzie musiał za to jeździć ze mną co weekend nad jezioro :D

Przydałoby się sporządzić powoli jakąś listę rzeczy potrzebnych i niepotrzebnych (w końcu jak na kobietę przystało, będę chciała zabrać parę zbędnych flepów :)). Tym bardziej lista jest pożądana, bo w całym moim ogólnym zorganizowaniu, kwestia pakowania się zawsze pozostaje zdezorganizowana... Po prostu nie umiem się pakować ;)

Zastanawiam się, czy nie wybrać się do kosmetyczki na pedicure, bo na początku zimy załatwiłam sobie kozakami oba duże palce i teraz mi schodzą paznokcie... Beznadziejnie to wygląda i miło by było nie pokazywać się tak ludziom ;) Muszę się w sobie zebrać i pójść się dowiedzieć, czy ktokolwiek podejmie się próby uratowania moich stóp..

Następna notka już będzie pożegnalna przed wyjazdem i pochwalę się wtedy kotem, bo jeszcze jest nieskończony. Mam nadzieję, że się z nim uporam do niedzieli, bo jak nie, to jednak się pochwalę dopiero jak wrócę :P Udanego tygodnia Wam życzę kochani :))

czwartek, 21 lipca 2011

O ludzie...

Tego jeszcze w kinie nie grali! Uczuliło mnie... I to jeszcze na co? Na ogórki. Ale nie na takie ogórki do jedzenia, tylko na krzaki ogórków...

Zrywałam ostatnio ogórki z krzaczków i wiadomo, jak to krzaczki ogórków, mają kolce, a ja miałam podwinięte rękawy i się trochę poharatałam. Łapska od nadgarstków do łokci nosiły ślady zrywania ogórków i na tym się skończyło. Na drugi dzień też było w miarę w porządku, poza tym, że nadal było widać lekko uszkodzoną skórę. A na trzeci dzień...

...Istna masakra! Ręka prawa, trochę bardziej dotknięta ukłuciami, spuchła, a każde, dosłownie każde ukłucie nieziemsko swędzi. Lewa trochę lepiej wygląda, bo mniej oberwała, ale te miejsca, które miały styczność z ogórkowymi kolcami też spuchły. Ogólnie w miejscach kontaktu krzaczków z rękami powstały takie dziwne krostki, albo bąbelki, cholera wie, i strasznie swędzą... Najpierw myślałam, że mnie coś pogryzło, ale jednak chyba byłby to niezwykły zbieg okoliczności, żeby jakiś owad zrobił ze mnie sitko akurat na obu przedramionach i to akurat w tych miejscach, gdzie wcześniej były ślady po ogórkach.

Nafaszerowałam się Zyrtekiem, wysmarowałam się maścią antyhistaminową i spożyłam maksymalne możliwe dawki wapna - trochę mniej swędzi i nie puchnie, ale z Zyrteku chyba zrezygnuję, bo otumania, co odczułam wczoraj bardzo dobitnie, a nie wyobrażam sobie funkcjonować dalej w takim stanie. Patrzałam tylko gdzie mogę się wygodnie oprzeć i lewitować, jakiekolwiek kręcenie się powodowało lekkie zawroty głowy, nie mówiąc już o tym, że ledwo mogłam się skoncentrować na tym co robiłam.

Nie wiem jak to możliwe, że przy ogórkach pracowało kilka osób, a tylko ja tak wyglądam ;) Prawdopodobne było, że może ogórki były czymś pryskane i jakaś chemia wywołała taką reakcję mojej skóry, ale według najświeższych informacji, żadnej chemii w tych ogórkach nie było, więc nie mam już punktu zaczepienia, a nie mam podstaw, by owe informacje poddawać wątpliwości.

Teraz, a przynajmniej na razie, zaczynam się trochę regenerować, mam nadzieję, że mi to szybko zniknie, bo wyjazd tuż tuż, a nie chciałabym jechać z tak wyglądającymi rękami :) Poza tym, jak któregoś razu nie wytrzymam i to wszystko rozdrapię, to jeszcze będę miała pełno strupów... Zdecydowanie wolę tego uniknąć ;)

wtorek, 19 lipca 2011

Do czytelniczek :)

Dziewczyny, jak już pisałam, jadę na początku sierpnia nad morze. Niestety, problem w tym, że akurat w tym czasie powinnam dostać okres...

Nie bardzo mi się uśmiecha zwijać się z bólu zamiast wypoczywać, brać masę proszków przeciwbólowych zamiast popijać zimne piwko i unikać kąpieli w morzu... Wiem, że są tampony i kąpiele nie powinny stanowić problemu, ale podczas okresu niewskazane jest przebywanie na słońcu, a nie po to jadę, żeby unikać słońca...

Nie chcę w taki sposób spędzić tego wyjazdu, dlatego mam pytanie do Was, czy któraś z Was może zna jakiś domowy sposób na przyspieszenie okresu o kilka dni? Żadnymi tabletkami nie jestem zainteresowana, wolałabym nie faszerować się niczym, co jedynie po babcinemu coś zdziałać. Pomoże mi ktoś? :(

sobota, 16 lipca 2011

O wszystkim ;)

Udało się!!! Przez długi czas ta kwestia stała pod znakiem zapytania, zarówno ze względów finansowych, jak i osobistych, ale ostatecznie się udało! :) W nocy 31 lipca wyjeżdżam nad morze w doborowym towarzystwie :) Po cichu liczę, że pogoda dopisze, nie będzie taka kapryśna jak teraz... A nawet jeśli będzie pochmurno i deszczowo, to ważne, że towarzystwo przednie, więc nudzić się nie będziemy :) Mówię Wam jak się cieszę z takiego obrotu sprawy, wyjazd plus poprawione relacje z M., w końcu jest tak, jak być powinno*... :)))

* A niech mi kurwa ten złośliwy chochlik znów napsuje życie po tym, jak napisałam, że jest już wszystko dobrze, to skasuję ten blog!

Wakacyjne dni mijają mi dość nudno, bo M. często długo siedzi w pracy i po całym dniu spędzonym w domu można na łeb dostać... Dlatego też na siłę wyszukuję sobie zajęcia, bo i pogoda często nie dopisuje, żeby wyjść na dwór poopalać się, czy choćby nawet posiedzieć na powietrzu. Ostatnio babcia nasunęła mi genialny pomysł, żebym sobie kupiła kanwę i pobawiła się w haft krzyżykowy ;) Zmobilizowałam się i wyruszyłam do miasta w poszukiwaniu jakiegoś ciekawego wzoru... Ale nie ma tak łatwo. Zwiedziłam wszystkie możliwe pasmanterie, a tu jak na złość, albo ogromne lub nudne krajobrazy, albo konie... Po co mam sobie wyhaftować konia, jak za tymi stworkami specjalnie nie przepadam? ;) Umyśliłam sobie kota albo psa, a tu deficyt futrzaków... W końcu, po zmuszeniu kilku ekspedientek do przeszukania wnikliwie wszystkich kanw jakie mają, znalazły mi jakiegoś sympatycznego kota :)) Szok, duże miasto, kilka dobrze wyposażonych pasmanterii, a jak człowiek sobie umyśli wyhaftować psa albo kota, to nie ma nic ;)

Oprócz tego staram się zrzucić trochę ciałka, mimo wielkich protestów M., bo według niego jestem szczupła i nie rozumie po co mam się odchudzić. Niestety, ja już tak mam, że mój wygląd bardzo się dla mnie liczy i nie potrafię wyjść taka spasła po zimie na plażę, więc robię co mogę, żeby wyglądać tak jak bym chciała :) W moim wykonaniu walka o sylwetkę jest nieco utrudniona, bo kocham jeść i za nic w świecie z jedzenia nie zrezygnuję, bo nie cierpię chodzić głodna... Dlatego po kilka razy w tygodniu wychodzę do miasta, nawet po to, żeby pooglądać wystawy sklepowe. Do centrum mam 15 min na nogach, a że chodzę szybko, to można powiedzieć, że mam około 1-2 godziny szybkiego marszu jednorazowo, bo po mieście chodzę zazwyczaj duuużo :) Ważne, żeby rozruszać ten mój zasiedziały tyłek, który przez calutki rok akademicki wszędzie woziłam samochodem i zrzucić trochę tego, co mi się zaczęło na brzuchu osadzać... :)

Nie mogę się wyzbyć jednej głupiej rzeczy... Mianowicie, odkąd mam wakacje, dzień w dzień budzę się między 4:30 a 5:30. Oczywiście jak stwierdzę, która jest godzina, to zasypiam znowu i budzę się już o normalnej porze, ale nie rozumiem po jaką cholerę się tak wcześnie budzę, kiedy mogę pospać ile dusza zapragnie? Nawet do szkoły o takiej godzinie nie wstawałam, najwcześniej o 6:45, więc skąd mi się taka pora pobudki wzięła?? Nie jest mi gorąco, nie dręczą mnie żadne ogromne problemy, nie mam koszmarów, nie mam kłopotu z zaśnięciem, zatem dlaczego sama z siebie się budzę o takiej chorej godzinie?! Przez chwilę przyszło mi do głowy, że może dlatego, że szybko się robi jasno i budzi mnie światło, ale opuszczam rolety, jest cały czas ciemno, a ja i tak się budzę... Nie wiem już co mam z tym zrobić, bo chciałabym się wyspać, mam wakacje, po tym całym maratonie akademickim chcę odpocząć i nie mogę...

Chyba muszę częściej pisać, bo potem mi takie długie notki wychodzą, że tylko najwytrwalsi dotrą do końca... ;) Nie wiem co mi jest, że tak mi ciężko zabrać się do naskrobania czegoś... To chyba lenistwo.. :))

poniedziałek, 4 lipca 2011

Co teraz?

Zgubiłam się. Nie wiem gdzie jestem, nie wiem w którą stronę iść, żeby wyjść na prostą. Nie wiem kim jestem, nie wiem dlaczego jestem jaka jestem, dlaczego pozwalam na to co się dzieje. Nie wiem gdzie się podziała moja siła, żeby walczyć o swoje szczęście, o szacunek dla mojej osoby... Nie wiem jak dać sobie radę z tym chaosem, jaki we mnie zapanował.

Nie chcę, żeby sytuacja potoczyła się w tym kierunku, ale też nie chcę, żeby była taka, jak do tej pory. Wiem czego od życia chcę, ale nie wiem jak mam to osiągnąć, sama świata i ludzi nie zmienię. Nie podobają mi się metody, jakie zostały podjęte do zlikwidowania problemu, ale nic na to nie mogę poradzić. Chcę być szczęśliwa po swojemu, ale nie chcę znów być pośmiewiskiem innych, chcę być pewna, choć raz chcę być całkowicie pewna, czy to co robię jest dobre czy złe, czy to co robię zaowocuje szczęściem dla mnie, czy wręcz przeciwnie, rozwali mnie od środka bezpowrotnie?

Moje marzenia do niedawna wyglądały tak zupełnie inaczej, niż wygląda teraz rzeczywistość... Moja podświadomość, chyba po złośliwości, realizuje sobie te marzenia, głównie w nocy, podczas snu. Kiedy się człowiek budzi ze szczęśliwego świata i dociera do niego beznadziejność realnej sytuacji, wszystko wygląda jeszcze gorzej niż jest.

Dokąd to wszystko zmierza?
Dlaczego nie jestem w stanie pokierować moim życiem?
Dlaczego nikogo nie obchodzi, co ja czuję, czego ja chcę?
Dlaczego los musi tak dotkliwie znęcać się nad człowiekiem?
Dlaczego następuje rozbieżność między sercem a rozsądkiem?
Dlaczego to wszystko nie może ze sobą współgrać?
Czy znajdzie się ktoś, kto mnie pokocha taką jaka jestem?
Ile jeszcze muszę przejść, żeby być szczęśliwa?
Jak w ogóle zdefiniować szczęście?
Czy ja w ogóle kiedykolwiek będę szczęśliwa?
Dlaczego tyle jest pytań bez odpowiedzi i niewiadomych???...

Czuję się pominięta w moim własnym życiu... No do cholery, co to ma być?

Niech mi ktoś na te pytania odpowie!!!

sobota, 2 lipca 2011

Za długo było dobrze.

Wiecie co wam powiem?
Znowu się coś pierdoli, znów jest coś nie tak...

Cieszy mnie jedynie fakt, że już jestem po sesji, bo jakby coś takiego miało miejsce przed egzaminami, to na bank we wrześniu byłyby poprawki albo powtarzanie roku...

Już mi na to brakuje siły, chciałabym móc ułożyć sobie życie tak jak chcę i otoczyć się tylko i wyłącznie dobrymi i kochającymi ludźmi.

Może kiedyś napiszę o co chodzi, teraz nawet nie bardzo wiem jak się do tego zabrać, żeby to miało ręce i nogi.