sobota, 15 grudnia 2012

Świątecznie i Noworocznie


Szkoła, praca, zakupy, pakowanie i w drogę!
To będzie ostatni wpis w tym roku ;)
Już prawdopodobnie nie znajdę czasu, choć bardzo bym tego chciała, żeby złożyć Wam życzenia Świąteczne i Noworoczne, gdyż wyjeżdżam. Daleko, daleko stąd, do wielkiego świata na Zachodzie... Zatem pozwolę sobie pożyczyć Wam wszystkiego dobrego lekko przedwcześnie ;)
Jeśli ktoś ma ochotę, to może sobie odczytać pierwszą część w Wigilię, a drugą w Sylwestra :)))





Chciałabym Wam wszystkim i każdemu z osobna życzyć, żeby Wasze Święta były wymarzone, pełne miłości i rodzinnej atmosfery. Żeby czas w tym wyjątkowym i magicznym momencie chociaż na chwilę się zatrzymał... Mam nadzieję, że byliście grzeczni i Mikołaj przyniesie Wam pod choinkę same wspaniałości :) A jeśli z tym byciem grzecznym było kiepsko, to chociaż niech nie przynosi ruzgi :D



*** 




A co do Nowego Roku - życzę Wam szampańskiej zabawy! Poza tym, żeby Nowy Rok był lepszy i pomyślniejszy od mijającego, żeby niczego Wam nie brakowało i żeby wszystkie, nawet te najskrytsze marzenia spełniały się "same" ;)



A sobie na czas Świąteczno-Noworoczny życzę szerokiej drogi :))))


Do przeczytania za rok! :)

poniedziałek, 3 grudnia 2012

5

To było cudowne pięć lat :)

Choć nie raz były łzy, było źle, padało wiele słów, które nigdy padać nie powinny, raniliśmy się oboje, to jednak wszystkie te trudności i przeciwności zawsze udawało nam się pokonać i to jest najpiękniejsze. To jest siła, której niejeden może pozazdrościć - wszystko traci na znaczeniu w obliczu tej miłości, którą siebie nawzajem darzymy.

Dziękuję Ci Kochanie za te 1827 dni kroczenia po tym świecie razem :) 
Życzę nam, żeby nasze uczucie dojrzewało i pogłębiało się coraz bardziej z każdym kolejnym dniem ;*
Życzę nam cierpliwości do siebie nawzajem i wytrwałości, bo żadne z nas nie jest idealne i nawet po tych pięciu latach są rzeczy, które powinniśmy zmienić, aby było jeszcze lepiej, niż jest ;*
Chciałabym za kolejne pięć lat, 3 grudnia 2017 roku, napisać, że jestem szczęśliwą żoną i mamą :)


[...] miłość trzeba budować, odkryć ją to za mało.
 Paulo Coelho



sobota, 3 listopada 2012

Telegram

Znalazłam nareszcie chwilę, żeby coś napisać, ale powiem szczerze - nie ma o czym. Dni są podobne do siebie, różnią się czasem jakimiś drobnymi radościami lub smutkami, ale to taka zwyczajna codzienność, nic szczególnego. Nie mam też czasu ani ochoty na jakieś przemyślenia życiowe, więc żadnych mądrości wygłaszać nie będę.

Więc postanowiłam, że odezwę się tylko po to, żeby poinformować Was, że jestem, żyję i mam się całkiem dobrze, choć jesienna aura nie raz daje mi w kość...Praca coraz mniej mi się podoba, rozpoczęłam studia i odliczam czas do Świąt. To tak w telegraficznym skrócie - mimo, że krótko, to na temat i wszystko, co chciałam przekazać, przekazałam ;)

Do przeczytania!

poniedziałek, 15 października 2012

Jesień

Nic nie dzieje się bez przyczyny - tego się zawsze trzymałam i tym razem również owo stwierdzenie okazało się być słusznym. Cokolwiek się wydarzyło, widocznie było potrzebne, żeby uświadomić nam pewne sprawy i choć zabolało cholernie, to dało szansę na lepsze jutro. Ostatnie wydarzenia otworzyły oczy na kilka spraw, uświadomiły priorytety oraz ich hierarchię w życiu, nauczyły kompromisu i akceptacji, a przede wszystkim pokazały czy i jak ważny potrafi być jeden człowiek dla drugiego.

Więcej się nad tym nie rozdrabniajmy.

A z innej beczki - nie mam na nic czasu. Pewnie niektórzy pomyślą sobie, że tyle rzeczy mogę zrobić przed pracą, część po pracy i mają rację - teoretycznie mogę, ale, czy tego chcę czy nie, idzie jesień, dzień się skraca, zimno, szaro, buro i pada... Niestety, jesień lubię tylko na zdjęciach i obrazkach, w rzeczywistości złote liście na drzewach potrafią mnie przyprawić o wyjątkowo podły nastrój... Moja głowa daje mi nieźle popalić przez te "uroki jesieni". W ogóle mam taką zniżkę formy, że masakra. Co mnie nie pociesza - będzie gorzej... Dojdą jeszcze do tego wszystkiego studia za jakiś czas, na dodatek jesień urośnie w potęgę, a zaraz za nią przyjdzie zima (nienawidzę zimy - wspominałam o tym kiedyś?), więc nie wiem jakim cudem dotrwam do wiosny... Przydałby mi się taki pilocik :)


Wybaczcie, że Was zbyt często nie odwiedzam, ale naprawdę nie mam czasu na blogosferę... Nie zanosi się na to, że w najbliższym czasie to wszystko ogarnę, ale będę się przynajmniej starać :)

 Do przeczytania! :)


wtorek, 2 października 2012

***

Za dużo słów padło.
Nieważne czy były przemyślane, czy po prostu były wynikiem gwałtownych emocji.
Ważne, że ujrzały światło dzienne.
Że uderzyły z ogromną siłą, raniąc niesamowicie.
Nie wiedziałam, że można się tak zachować.
I to wobec kogoś, kogo się kocha.
Za dużo się stało,
choć to się nie powinno było wydarzyć.
Nie, takich rzeczy się nie robi komuś,
za kogo jeszcze kilka minut wcześniej chciało się skoczyć w ogień.
I co dalej?
Może powinno się przejść nad tym do porządku dziennego,
niestety - nowego porządku,
bo już nie jest nic takie jak było.
A może powinno się właśnie poddać zadumie,
przemyśleć wiele spraw,
i idąc śladem poprzednich pokoleń - "naprawiać, a nie wymieniać na nowe, inne, lepsze".
Ciężko jest naprawić coś, co tak się rozsypało.
Ciężko się w tym wszystkim odnaleźć.
Może nie jest to jeszcze jak składanie bułki z bułki tartej,
ale jak składanie rozbitego lustra owszem.
Bardzo trudne zadanie.
Choć podobno nie ma rzeczy niemożliwych.
Trzeba odkryć w tym wszystkim jakiś sens...
Sens tego, co było, tego co jest, i tego, co będzie.
Bo nic nie dzieje się bez powodu.
Może zmiany są potrzebne.
Pytanie tylko, czy muszą zajść we wszystkim, bez wyjątku,
czy tylko w tym, co było lub jest nie tak?
Tysiące myśli kłębi się w głowie,
bajkowy scenariusz prysł jak bańka mydlana...
Teraz jesteśmy dwie -
jedna z nas bezwzględnie uciekłaby stąd jak najdalej
i nie pakowała się po raz kolejny w taki układ jak do tej pory,
a druga... czystą i naiwną miłością załatałaby wszystkie skazy, rany i dziury,
nie zważała na nic, idąc za swoim sercem.
Najlepiej, żeby obie Eweliny spotkały się gdzieś pośrodku.
Tak właśnie byłoby najlepiej.
Ale to wcale nie jest proste...
I tyle pytań bez odpowiedzi...
Dlaczego?
Co się stało?
Po co?
Jak tak można?
Co dalej?...

Ta notka ma sens tylko dla jednej osoby, więc zrozumiem, jak pozostawicie ten cały nieskładny bełkot bez komentarza.

poniedziałek, 1 października 2012

Dlaczego mnie tu mało?

Nie da się nie zauważyć - mało mnie tu ostatnio... Ale chyba czas się do tego przyzwyczajać, bo nareszcie pracuję i w planach rysuje mi się również studiowanie, a że czas z gumy nie jest, to na niektóre rzeczy będzie mi go brakować. Postaram się tu zaglądać na tyle często, na ile czas mi pozwoli, ale proszę się rewelacji nie spodziewać ;)

Pracę podjęłam ostatecznie w owej znanej szkole językowej, ponieważ tam mam rękę na pulsie i gdyby zwolniło się jakieś stanowisko lektora, to od razu się na nie rzucę :) Ogólnie robota nie jest zła, ale godziny pracy mam takie... do dupy :P Nie ważne, czy idę na wcześniejszą czy na późniejszą godzinę - i tak cały dzień zmarnowany, a wracam już na tyle zmęczona, że niekiedy nawet odpuszczam jedzenie, byleby znaleźć się jak najszybciej w łóżeczku... Kto by pomyślał, że nawet taka z pozoru lekka praca tak może człowieka wymęczyć ;)

Studia póki co na etapie rekrutacji, ale w ciągu najbliższego tygodnia powinno się już wyklarować wszystko, łącznie z rozmową kwalifikacyjną. Oby się udało... I oby było lekko, łatwo i przyjemnie, bo kompletnie brakuje mi już motywacji do edukowania się... Po prostu jestem tym zmęczona i tylko zdrowy rozsądek popycha mnie do studiowania, bo chęci nie mam za grosz.

To na razie tyle :) Trzymajcie się ciepło...


P.S. Do zabaw blogowych, do których zostałam wciągnięta, postaram się kiedyś w napływie wolnego czasu nawiązać, choć pewnie porządnie się przeterminują i ostatecznie guzik mi z tego wyjdzie...

sobota, 15 września 2012

...

M. wyjechał. 
Jest ponad 1000 km ode mnie. 
Niby tylko na 5 dni, ale dla mnie to 5 długich dni bez całego mojego świata. 
Cząstka mnie wyrwała się i pojechała hen, na zachód, z Nim. 
Na samą myśl, że go nie ma, że jestem w Jego mieszkaniu, takim pustym, pełnym Jego rzeczy, chce mi się płakać.
Ciężko mi... 
Staram się wypełnić sobie czas do granic możliwości, ale wystarczy chwila, że pomyślę, że go nie ma i łzy same stają mi w oczach... 
Wróci - wiem, teraz to już w zasadzie 4 dni. Ale nawet tylko godzina bez Niego, to aż godzina, a co dopiero 4 dni...

Najgorsza jest świadomość tylu kilometrów, które nas dzielą...


Krzysztof Kiljański & Kayah - Prócz Ciebie nic

środa, 12 września 2012

Babskie sprawy - nadwaga

Ostatnio oglądałam pewien lifestyle'owy program pt. "Sexy dieta" *. Bohaterkami odcinków są kobiety, które, głównie przez własne niedbalstwo, złe nawyki żywieniowe i niekorzystny dla zdrowia tryb życia, przybrały na wadze i nie potrafią znaleźć w sobie motywacji, żeby schudnąć. 

Zazwyczaj patrzałam na to bez większych emocji. Większość tych kobiet przytyła po ciąży i zamiast od razu wziąć się za siebie, kontynuowały wszystkie złe nawyki. Ciężko się utożsamić z kimś, kogo sytuacja jest zupełnie inna niż nasza, ponieważ nie jestem osobą grubą. Mam wręcz kilka kilogramów niedowagi, więc problemy z nadwagą od czasów liceum są mi kompletnie obce.

Jednak kiedy obejrzałam odcinek, którego bohaterką była dwudziestosiedmioletnia eks-tancerka, szczęka mi opadła. Dwa lata wstecz była szczuplutką, wysportowaną dziewczyną, natomiast kiedy porzuciła taniec dla kariery zawodowej (praca biurowa), przez te dwa lata przytyła... 20 kg! Możecie sobie wyobrazić, że omal nie spadłam z krzesła...

Dziewczyna pochłaniała tony smażonych lub gotowych potraw, jadła czekoladę i inne słodycze na potęgę, jej styl życia nie przewidywał zbyt dużo ruchu... Kiedy tańczyła, ruch pozwalał jej spalać te wszystkie puste kalorie, ale odkąd "usiadła" za biurkiem, wszystko zaczęło się odkładać na brzuchu i udach.

Patrzałam na to ze zgrozą... Widziałam przecież... siebie. Tak, siebie. Jem stanowczo za dużo czekolady i czipsów. Pochłaniam również całą masę smażonych rzeczy. Czasami dołączam do diety dania gotowe lub z papierka. Mój tryb życia przestaje uwzględniać ruch - staram się o pracę biurową, czyli siedzenie po kilka godzin dziennie... Zdaję sobie sprawę, że mam dobrą przemianę materii i ciężko mi nadrobić nawet te kilogramy, których mi do normalnej wagi brakuje, ale przecież to nie będzie trwało wiecznie. Co jeśli przegapię ten moment osiągnięcia prawidłowej wagi i zacznę niezdrowo tyć?

Przeraziłam się. Uświadomiłam sobie, że nawet wtedy, kiedy nie musimy zbytnio przywiązywać uwagi do tego, co jemy, bo nie odbija się to na naszej figurze, to warto jednak ograniczyć niezdrowe jedzenie i dołączyć do codziennego życia trochę ruchu. Nie chcę któregoś pięknego dnia zobaczyć siebie w lustrze w wersji XXL tylko z powodu własnego niedbalstwa... Nic nie jest wieczne, więc może warto się zatroszczyć o niektóre rzeczy, póki jeszcze się je ma, zamiast potem desperacko dążyć do dawnej wspaniałości, winiąc się na każdym kroku za obecny stan rzeczy?...

Dostałam motywację, żeby wziąć się za siebie, zacząć zdrowszy tryb życia. Muszę wzbogacić swoje umiejętności kucharskie o przygotowywanie potraw bez takiej ilości tłuszczu, postawić na pieczenie i gotowanie. Mam zamiar również przeprosić się z warzywami, bo obecnie oprócz ogórka i pomidora, które kładę na śniadaniowych kanapkach, nie jem warzyw. Z kawy (której ilość mogę chyba liczyć już w hektolitrach) akurat rezygnować nie muszę, ponieważ doczytałam, że ta kawa, którą pijam, nijak nie szkodzi zdrowiu, bo jest naturalna i dolewam do niej mleko, więc plus, że będę się nadawała zimą i jesienią do życia :)

Pora wziąć się za siebie, póki jeszcze niczego nie zepsułam :)


*Link do odcinka znajduje się pod nazwą programu, jeśli mi któraś z Was nie wierzy, to poświęćcie około 40 min na obejrzenie go...

sobota, 8 września 2012

Znów o pracy ;)

Dogodzić Polakowi to naprawdę trudne zadanie ;) A że ja Polka z krwi i kości, to i mnie dogodzić ciężko :)


Z czym tym razem? Ano z pracą. Dwa miesiące narzekałam, że nigdzie nie mogę znaleźć pracy. No i teraz, pod koniec sierpnia coś zaczęło drgać do przodu, ale... Drgnęło jedno, drgnęło drugie... Drgnęło i trzecie, a za trzecim czwarte... Za czwartym piąte!... I jest klops :D Jak tak, to pracy nie było i było źle. Teraz praca jest, ale mam taki wybór, że nie wiem co mam zrobić! I też jest źle...

Tym bardziej nie wiem co zrobić, bo połowa ofert to oferty stażu z UP, a te wykluczają pracę jeszcze gdzieś indziej, na innym etacie, bo UP daje mi staż dlatego, że jestem bez pracy i znaleźć jej nie mogę, a jak znajdę, to stażu nie ma. A staż ma to do siebie, że liczy się do lat pracy, gwarantuje mi trzymiesięczne zatrudnienie po stażu i mam pewną pensję przez ten cały czas. Natomiast oferty, które znalazłam i rozmowy kwalifikacyjne zakończyły się sukcesem, to oferty pracy w zawodzie (nauczyciel języka obcego), ale na tzw. "śmieciowe" umowy i bez gwarantowanego zarobku (zarobek zależy od tego ile i jakie grupy dostanę), czyli może się zdarzyć, że zarobię 1000 zł, ale równie dobrze może być tak, że dostanę w porywach 200 zł na miesiąc... I co mnie bawi najbardziej to to, że mój potencjalny pracodawca zastrzegł sobie, że chce mieć pracowników na wyłączność, to znaczy, że jeśli uczę u niego w jego szkole, to nie podejmuję pracy nigdzie indziej! Jeszcze gdyby proponował stałe, sensowne wynagrodzenie, to wzięłabym tę pracę pod uwagę, ale w tym wypadku... Tracę możliwość zdobycia doświadczenia zawodowego, ale zyskuję pewniejszy zarobek. Kompletna paranoja.
Bardziej kusi mnie staż, ale... Znów jakieś ale. Mam taki wybór w tych stażach, że nie potrafię się zdecydować tak na 100%. Bo staże, które mi zaoferowano, są w dosyć prestiżowych firmach... W jednym wypadku, po zakończonym stażu są szanse, że przedłużą mi umowę na stanowisko lektora języka obcego (w liczącej się na rynku, bardzo znanej szkole języków obcych), a w drugim - firma jest naprawdę prestiżowa, a stanowisko asystenta dyrektora w takiej korporacji kusi jak cholera!

Na razie jeszcze wszystko wisi w powietrzu luźno, niesformalizowane. Szkole językowej o niepewnych zarobkach nie dałam jeszcze negatywnej odpowiedzi, staż w szkole językowej jest potwierdzony w 80%, a na rozmowę do prestiżowej firmy się zapisałam, i nie wiem co dalej. Najchętniej podjęłabym pracę na obu stażach, ale tak się nie da... W tym przypadku od przybytku głowa... boli ;)

poniedziałek, 3 września 2012

O blogowiczach

To dla niektórych nie będzie miły post. Co prawda nie wytknę tu nikogo po imieniu/pseudonimie/nazwie bloga/adresie bloga itp., ale czytając ten post może niektórzy się z nim utożsamią. 

 

Ostatnio zerknęłam na listę blogów, na które staram się w miarę regularnie zaglądać i niestety stwierdzam fakt, że wielu blogowiczów opuściło albo jedynie mnie, albo ogólnie blogosferę... Tych opuszczających świat blogowy rozumiem, przecież życie prywatne jest zawsze najważniejsze i czasami po prostu nie ma się ani czasu ani ochoty pisać i udzielać się na innych blogach. Sama tak czasem robię. Nie mam za to do nikogo pretensji, z utęsknieniem czekam na takich blogowiczów, aż dadzą znać jak sobie radzą, co u nich słychać.

Ale chciałabym nawiązać do tych, którzy cały czas istnieją aktywnie w blogowym świecie, tylko albo o mnie zapomnieli, albo celowo zerwali kontakt. Żebyście mnie teraz źle nie zrozumieli - nie wymagam komentowania każdego posta, bo przecież jestem człowiekiem i wiem, że nie zawsze ma się coś do powiedzenia albo po prostu nie ma się ochoty udzielać. Ba, czasem nawet nie ma się ochoty chodzić po wszystkich blogach ze swojej linkowni i czytać każdą notkę, bo niektóre, a szczególnie moje, bywają przydługie i po prostu się nie chce. Nie czarujmy się, jesteśmy tylko ludźmi i każdy swoje za uszami ma :)
Ale z przykrością stwierdzam, że niektórzy przestali się udzielać w ogóle, nie odwiedzają mnie (a wiem to dlatego, że blogspot oferuje pokazywanie źródeł ruchu sieciowego), a jeszcze niektórzy wpadają raz za czas i zostawiają komentarz na tzw. "odczepne", bo albo całej notki nie przeczytali, albo nawet nie fatygują się na znalezienie się "w temacie" po nieobecności, gdyż czasem notki są ze sobą powiązane, a nie ma sensu się przecież co chwilę powtarzać, zatem  trzeba by było cofnąć się o jeden post lub dwa, żeby rozeznać się chociaż trochę w całej sytuacji.

Jestem z Wami wszystkimi bardzo związana, przeżywam razem z Wami Wasze smutki i radości. Nie zawsze komentuję, a czasami nawet narobię sobie zaległości, więc siadam i czytam wszystkie pominięte posty. Dlatego jest mi smutno i przykro, jak ktoś z tej mojej blogowej rodziny tak po prostu mnie opuszcza, zapomina, urywa kontakt... Wielu blogowiczów tak się zachowało, wielu się "ulotniło" z mojego świata i pewnie wielu jeszcze tak postąpi, ale za każdym razem jest mi tak samo przykro. Najsmutniejsze jednak jest to, że nie wiem dlaczego tak się te osoby zachowują.  Może gdybym była z kimkolwiek w jakimś konflikcie, to byłoby zrozumiałe, że przestajemy się kontaktować, bo się po prostu poróżniliśmy, ale, może nie uwierzycie, około 95% opisywanych blogowiczów zerwało kontakt bez słowa, przestali się interesować, pozamykali blogi, nie odpisują na maile (bo jak tylko się da, zawsze staram się skontaktować z tymi "znikającymi")...

Musiałam się wyżalić. Nijak ten post nie nawiązuje do mojego życia prywatnego, ale wyrzucić to z siebie musiałam. Następny post już będzie konkretniejszy, może się coś w końcu wyjaśni z pracą, więc znów będę gdybać co mam dalej począć ze swoim życiem, żeby ruszyło ono do przodu...

Do przeczytania!

środa, 22 sierpnia 2012

Rozważania o pracy

Coraz poważniej ostatnio zaczynam rozważać małą przerwę w mojej edukacji. Broń Boże nie mam zamiaru rzucić studiów, myślę po prostu nad urlopem dziekańskim. Sytuacja jest jaka jest - wszystko układa się pięknie, z wyjątkiem mojej pracy, bo jak już uda się, że ktoś się odezwie, to okazuje się, że potencjalny pracodawca nie jest zadowolony z faktu, iż zamierzam kontynuować naukę w trybie zaocznym, jako że oczekuje od kandydata do pracy pełnej dyspozycyjności. Co jak co, ale nie mam zamiaru zarywać studiów dla pracy za marne kilka groszy (bo jeszcze gdyby oferowano mi zarobek chociaż zbliżony do średniej krajowej, to rozważyłabym jakieś matactwa w związku z moją obecnością na zajęciach na uczelni, ale mówimy teraz o tym, co mi oferują - najniższa krajowa lub niepełny etat, ale praca 6 dni w tygodniu). Nawet nie nadaję się do pracy na infolinii pewnej sieci komórkowej, bo u nich tydzień pracy trwa 6 dni i studiowanie po prostu nie wchodzi w grę. Szkoda zachodu.

Dlatego po głowie chodzi mi myśl o dostaniu się na studia II stopnia i wykorzystaniu urlopu dziekańskiego, żeby wyjechać do pracy za granicę, zarobić jakieś fajne pieniądze, wrócić, dokończyć naukę i myśleć co dalej. Taka opcja otworzyłaby mi wiele furtek życiowych, bez większego uszczerbku na edukacji. Pracy na miejscu co prawda nadal szukam, ale bardziej zależy mi teraz na dostaniu się na studia i rekonesansie, kiedy i na jakich zasadach mogę zacząć się ubiegać o urlop dziekański.
Wiele razy pisałam, że praca M. ma tylko jedną zaletę - że jest, bo poza tym jest okropnie frustrująca i nie daje żadnych większych korzyści finansowych poza możliwością opłacenia rachunków, dlatego On też pisałby się na wyjazd za granicę, chociaż na pół roku, bo jak twierdzi - chciałby zarobić na swoje plany życiowe :)

Tym bardziej urosły mi skrzydełka, żeby jechać nawet na trochę za granicę do pracy, bo mój Mężczyzna naprawdę na poważnie myśli o założeniu ze mną rodziny :) Nasze niby luźne rozmowy na ten temat robią się coraz bardziej poważne. Chociaż żadnych konkretnych planów nie ma, bo żeby plan był konkretny, to potrzebne są środki na jego realizację, z czym u nas na razie jest krucho, to przynajmniej rodzą się nam realne i poważne koncepcje i co do ślubu, i co do mieszkania (swojego własnego!), i co do kupienia jakiegoś lepszego, rodzinnego samochodu... Mój Kochany chyba w końcu dojrzewa do męskich życiowych decyzji :)


czwartek, 16 sierpnia 2012

Zusammen :)

Bardzo nie lubię narzekać. Bardzo. I na całe szczęście tym razem narzekać nie będę, bo choć jest kilka spraw, na które mogłabym się poużalać, są również ogromne powody do radości, więc nie zamierzam sobie psuć pozytywnego nastroju, który trwa nawet pomimo wyjątkowo beznadziejnego samopoczucia :)

Ale zacznę od wesela - daliśmy pieniądze, ponieważ zanim zabraliśmy się za rozważania na temat prezentu, postanowiliśmy się skonsultować z mamą pana młodego i dowiedzieliśmy się, że jednak młodym najbardziej będą pasowały pieniążki. Zatem stanęliśmy na rzęsach i udało nam się wyczarować (bo nie wiem jak inaczej nazwać uczynienie czegoś z niczego :P) może nie porażającą, ale przyzwoitą sumkę na wesele :)
Wesele było super. Wybawiliśmy się za wszystkie czasy :) M. o dziwo nie stronił od tańca, a dodatkowo wódka weselna dodawała mu coraz to więcej sił na podbijanie parkietu :P Ukochany nie chciał iść na to wesele, ale siłą perswazji wymogłam na nim udział w tej imprezie i potem musiał mi to przyznać - nie chciał iść, ale żałowałby gdyby nie poszedł, bo też świetnie się bawił :) A jedzenie - rewelacja! Jeszcze się nie spotkałam, żeby na jakiejkolwiek imprezie było wszystko takie dobre :)) Już się z M. dowiedzieliśmy skąd młodzi wzięli ten catering ;) hehehe :D
A po weselu, podczas drogi powrotnej do domu, mojemu Lubemu zamarzyło się własne wesele, więc lał miód na me uszy opowiadając o tym, co chciałby zrobić, jakie ma plany na przyszłość itepe :) Momentami już mi się wydawało, że ten Pan wcale nie chce się chajtać ;) A tu jednak miła niespodzianka :))

Zatem po części już napisałam skąd mój zadziwiająco dobry humor, ale, Ladies and Gentlemen, to jeszcze nie wszystko :)
Na ślub i tak nie mamy pieniędzy, więc na razie wystarczy mi sama świadomość, że jednak Ukochany ma takie myśli, by mnie pojąć za żonę, a tym, co wprawia mnie w największą w tym momencie radość jest to, że... Znów mieszkamy razem! :))))
Jestem człowiekiem wielkiej wiary, wierzę w ludzi i palec Boży :) I w końcu moja wiara została nagrodzona :) I w sumie nie tylko moja, mojej teściowej też ;) Z dnia na dzień okazało się, że jest praca dla niej za granicą (tam, gdzie miała pierwotnie jechać), praca dobra, stała a nie sezonowa, legalna - na kontrakt, więc teściowa śmignęła za granicę, nim kierownictwo firmy, w której miała pracować, zmieni zdanie, i tak oto od soboty stacjonuje już za granicą na dłużej (minimum pół roku, ale pewnie zostanie tam dłużej, żeby ustabilizować sytuację finansową), a MY znów mieszkamy razem. :)
Te ostatnie wydarzenia umożliwiają nie tylko poprawę sytuacji materialnej M. i jego mamy, ale również moją i M., bo za jakiś czas w końcu będziemy mogli na poważnie zacząć planować cokolwiek i zacząć odkładać pieniążki, w tym też na ślub :) Jestem przeszczęśliwa, nareszcie coś się zaczyna układać! :))
Jeszcze tylko ja muszę znaleźć jakąś pracę...

piątek, 3 sierpnia 2012

Potrzebna pomoc!

I need some help :)


Idziemy z M. w przyszłym tygodniu na wesele i mamy pewien problem... Mianowicie nie mamy pojęcia jaki prezent sprawić młodym!
Od wieków nie byłam na żadnym weselu, a jak już byłam, to byłam za mała na kupowanie prezentów i takimi sprawami zajmowali się moi rodzice. Tyle, że teraz powiedzieli mi, że już też nie wiedzą co się daje na wesele, bo też wieki nie byli na żadnej tego typu uroczystości, zatem jesteśmy z M. w czarnej dupie, bo nie wiemy co zrobić.
Nie wiem, czy wypada dać pieniądze i czy jeśli tak to ile, czy wypada iść z jakimś prezentem, oczywiście nie wiem co kupić... Fundusze mamy raczej kruche, co chyba nikogo z Was nie dziwi i kompletnie nie wiemy co zrobić...

Może wie ktoś z Was co możemy zrobić w tej sytuacji? :)


poniedziałek, 30 lipca 2012

Krok wstecz...

Wiedziałam, że nie będzie łatwo, ale też nie spodziewałam się, że aż tak ciężko będzie mi wracać do domu. Znów zacząć żyć starą codziennością, rozpoczynać i kończyć dzień bez Niego u boku... Nie biegać co rano do sklepu po świeże bułeczki i jogurcik, żeby Kochany miał smaczne śniadanko w pracy, nie martwić się co zrobić na obiad swojemu Mężczyźnie po ciężkim dniu... Może to wina chwiejnego nastroju z powodu "kobiecych dni", ale łzy same mi się cisną do oczu...
Bałam się tego wspólnego zamieszkania, że ta nowa sytuacja może coś między nami popsuć, ale jak się okazało, oprócz kilku drobnych incydentów nie było tak źle. Kłótnie wyglądają zupełnie inaczej, kiedy ma się swoją drugą połówkę cały czas obok siebie :)
A teraz trzeba zrobić krok w tył... Być może zmarnować to wszystko, co udało nam się osiągnąć poprzez mieszkanie razem - dotarcie się, nabranie tolerancji na zwyczaje drugiej osoby, kłótnie, które kończyły się kilka minut po tym jak się zaczęły, podczas gdy wcześniej byle sprzeczka potrafiła urosnąć do rangi wojny światowej...
Nie wiem, czy uda nam się znów ze sobą zamieszkać. Nie za wesoła sytuacja materialna bardzo utrudnia poruszanie się naprzód z jakimikolwiek planami czy marzeniami. Ja na chwilę obecną nie mam pracy i żadnej znaleźć nie mogę, teściowa też nie będzie mieć roboty kiedy wróci do kraju (a zostawać za granicą już też nie ma po co, bo pracowała sezonowo i powoli nie ma co robić, a co za tym idzie - więcej nie zarobi), jedynie M. dzięki Bogu pracuje, choć bez rewelacji finansowych, więc i tak jest czarno...

Mam ochotę usiąść i płakać. Bo cóż mogę więcej?...


poniedziałek, 23 lipca 2012

Brak tytułu

Prawie się udało. Ale prawie robi różnicę. Wraz z wakacjami rozpoczęłam poszukiwania pracy i nawet z dwóch ogłoszeń się do mnie odezwali, ale w jednym przypadku później zamilkli, a w drugim mi podziękowali z powodu "nieoczekiwanych i niezależnych od nich zmian planów". No cóż, trudno. Ich strata ;) A ja szukam dalej.

Paczki kosmetyków również mieć nie będę, bo potrzebowałam do pomocy 16 osób, a pomogła tylko jedna... Też trudno, przeżyję. :) Pozostaje odkładanie drobniaków w skarbonkę... ;)

A oprócz tego jest mi smutno. Sama do końca nie potrafię sprecyzować dlaczego. Kilka przyczyn by się pewnie znalazło, chociaż bez przyczyny też mi czasem smutno. Dzisiaj płakałam podczas oglądania komedii i to bynajmniej nie ze śmiechu i nie podczas jakiegoś ckliwego i łzawego momentu, więc chyba jakikolwiek komentarz jest zbędny ;) Pośród przyczyn tego mojego smutku chyba przoduje głównie to, że spada mi poczucie własnej atrakcyjności. Cały czas wydaje mi się, że wokół jest tyle ładnych dziewczyn, że nie mogę pojąć dlaczego M. jest ze mną, taką zwyczajną mną, a tyle jest takich naprawdę ładnych, zgrabnych panienek i zasługuje na lepszą... Momentami jestem nawet święcie przekonana, że powinnam usunąć się z drogi M., żeby poszukał szczęścia u jakiejś fajniejszej dziewczyny i nie marnował się przy mnie... Chwilowo mi trochę przeszło, ale nie liczyłabym, że na długo. M. się na mnie bardzo o to zdenerwował, ale czy ja wiem czy nerwy tu pomogą? Może zaczyna mi brakować takiego męskiego "adorowania" (a kiedyś było takie fajne, spontaniczne - prosto z tego eMowego serducha :)), które gdzieś nam chyba z biegiem czasu zaczyna uciekać... Niby wiem, że mu się podobam, ale chyba każda kobieta wie, jaka fajna jest ta iskierka w oku zakochanego faceta :)) A ta iskierka gdzieś niknie w szarej codzienności...

Pomarudziłam, no ale gdzie mam to robić, jak nie tu ;)

wtorek, 10 lipca 2012

ShinyBox

Zamierzam właśnie popełnić blogową zbrodnię. Nie lubię czegoś takiego jak używanie bloga do tego typu celów, ale w tym wypadku ciekawość jest silniejsza ode mnie, więc chciałabym Was poprosić o pomoc ;)

Doszły mnie słuchy, że można otrzymać darmowe pudełko z kosmetykami, trzeba tylko zarejestrować się na stronie i zachęcać znajomych do rejestracji. Pokusiło mnie i się zarejestrowałam :))) Ciekawi mnie ta tajemnicza paczka kosmetyków, ale potrzebuję jeszcze 80 ShinyStars (cokolwiek to jest :P), żeby móc ją zamówić. Właśnie dlatego chciałam Was prosić o pomoc :) Nikogo nie zmuszam do zalogowania się, a nawet Was uprzedzam, że akceptując regulamin przy rejestracji zgadzacie się, żeby strona wysyłała do Was tzw. SPAM, więc jestem świadoma, że nie każdy sobie tego życzy. Niemniej, jeśli któraś z Was jest zainteresowana otrzymaniem takiej paczki z kosmetykami (bo poprzez pomoc mojej osobie zyskacie własne konto, które Wam ułatwi otrzymanie paczki z kosmetykami), zachęcam do kliknięcia w ten link http://shinybox.pl/?ref=a81c879, założenia własnego konta i zapraszania innych znajomych :)

Odważnym dziękuję, resztę przepraszam, że coś takiego się tu pojawiło ;) Mam nadzieję, że mi wybaczycie tą ciekawość :D

sobota, 7 lipca 2012

O egzaminie licencjackim

Oficjalnie mogę powiedzieć, że rozpoczęłam wakacje. Nie do końca tak, jak chciałam, ale jednak dochodzę do wniosku, że lepiej byle jak niż wcale, ale o tym za chwilę i będzie długo, więc jak ktoś nie ma czasu lub ochoty, to może sobie odpuścić. ;)
A że znowu mało mnie tutaj - cóż, pogoda piękna, M. ma urlop, więc śmigamy na rowerach gdzie się da :)

Nawiązując do tematu byle jak rozpoczętych wakacji... Wszystkiemu winien jest egzamin licencjacki i mój pech. A pecha miałam od samego początku - najpierw byłam piąta na liście A do pana X w komisji, jednak chwilę po rozpoczęciu egzaminów przybiegła pani z sekretariatu i zamieniła listy. Po zmianach byłam dziewiąta na liście B do pani Y w komisji. Wszyscy, którzy egzamin zdawali u pana X, z wyjątkiem jednej dziewczyny, która autentycznie oprócz tego, że wiedziała jak się nazywa, to nie wiedziała nic, zdawali z dobrymi wynikami... Za to w komisji, gdzie przewodniczyła pani Y... No właśnie.
Z niektórymi ludźmi, którzy wchodzili przede mną na egzamin studiowałam nawet trzy lata, więc wiem jaki mają zasób wiedzy, jakie mieli oceny i czy mają gadane. Spokojnie mogę stwierdzić, że nawet ci, którzy byli przeciętni i wylosowali sobie dosyć trudne pytania wychodzili z czwórkami od pana X, ponieważ pan X podpowiadał i momentami nawet podsuwał poprawne odpowiedzi. Pani Y natomiast, złośliwie utrudniała wszystkim wszystko, o czym się niestety przekonałam na własnej skórze.
Weszłam, przywitałam się, usiadłam i wylosowałam sobie pytania. Spoglądam na karteczki z pytaniami - super! Pytania dosyć łatwe, materiał, który obejmowały, miałam dobrze powtórzony - będzie dobrze. Błąd...
Zaczynam odpowiadać na pierwsze pytanie. Odkąd studiuję, wymagało się od nas odpowiedzi na pytania według schematu 'od ogółu do szczegółu', również Poznań oznajmił nam, że takich odpowiedzi oczekuje, zatem zaczynam mówić ogólnie o temacie, którego dotyczy pytanie. Zdążyłam powiedzieć pół zdania, kiedy pani Y wcięła się w moją wypowiedź, pytając mnie o to, do czego właśnie zmierzałam. Wniosek mam jeden - nie słuchała mnie, bo z mojego krótkiego, bo krótkiego wstępu jasno wynikało, do czego zmierzam. Nie dałam się wybić z rytmu i mówię dalej. Odpowiedziałam na pytanie wyczerpująco (wiem, że odpowiedziałam wyczerpująco, bo na ten temat pisałam pracę dyplomową, zatem temat mam oczytany do obrzydzenia), a pani Y zaczyna mnie wypytywać dalej... o to, co już powiedziałam. Taaa...
Pytanie drugie - powiedziałam co wiedziałam, pomijam już fakt, że pani Y, patrząc na mnie i podobno słuchając mojej odpowiedzi zaczęła mi ziewać w twarz, nie racząc nawet zakryć przy tym otworu gębowego... Poczułam się delikatnie mówiąc zlekceważona. W głowie miałam jedną myśl - nie daj się wybić z rytmu odpowiedzi, więc dalej mówiłam, co wiem. Padło kilka dodatkowych pytań od komisji, ale zostałam uprzedzona, że te pytania nie są po to, żeby studenta pogrążyć, tylko wyciągnąć z niego więcej rzeczy, żeby naciągnąć ocenę, więc śmiało odpowiadałam dalej. Znów pani Y zaczęła mi się wcinać w zdanie... No do jasnej Anielki... Spokojnie...
Trzecie pytanie. Znałam odpowiedź tylko na połowę pytania, ale nic to - mówię, co wiem. Czytałam o tym trochę, miałam notatki od studentów z poprzednich lat, którzy zdawali licencjat na piątki, więc oczytana byłam całkiem nieźle. Pani Y znów na mnie patrzy i wcina mi się w słowo. Pyta. O szczegóły. Bardzo dogłębne szczegóły, więc w efekcie można powiedzieć, że wyłożyłam się na czymś, co wiedziałam bardzo dobrze. Przez chwilę, wychodząc z sali egzaminacyjnej, pomyślałam sobie, że się musiałam czegoś nie douczyć, więc podchodzę do reszty ludzi z mojej szkoły i pytam ich o te szczegóły, o które zostałam tak wnikliwie wypytana. Oni patrzą się na mnie tępym wzrokiem i pytają o co mi chodzi, przecież czegoś takiego nie było. W tym momencie już wiedziałam, że pani Y robiła wszystko, żeby mnie usadzić pomimo tego, że byłam dobrze przygotowana.
Wołają mnie do odczytania mojej oceny. Pani Y patrzy się na mnie niczym wielce urażony majestat i oznajmia mi, że moja odpowiedź była chaotyczna, coś tam wiedziałam, ale gubiłam się w tym, co mówiłam. No do chuja pana! Jak moja odpowiedź miała nie być chaotyczna, jak ona mi średnio co minutę wchodziła w słowo, przerywała, zmuszała do powtórzeń itp! Jednak to nie koniec mojego wkurzenia na tamtą chwilę...
Pani Y oznajmia mi, że z egzaminu otrzymuję trójkę, bo pierwsza odpowiedź była nawet ładna, a reszta tak sobie. I kontynuuje, że na dyplomie będzie 3.5, bo moja średnia z egzaminu dyplomowego w szkole i średnia szkolna były wysokie... Żałujcie, że nie widzieliście tego bólu na jej twarzy, kiedy to mówiła. Bardzo jej się musiał nie podobać ten fakt, że miałam dobre oceny. Z dyplomu 5, średnia szkolna 4. No to ona mi da trzyyy... żeby popsuć ten śliczny dyplom ;]
Chciałam ją zabić, ale że jest to karalne, to wyszłam z sali i się popłakałam. Nic innego mi nie pozostało względem tak rażącej niesprawiedliwości.
Z racji, że zaczynam szukać pracy, udałam się do sekretariatu po zaświadczenie o zdanym egzaminie. Pani w sekretariacie wyjmuje protokoły z egzaminu i szuka mojego. Kiedy zobaczyłam mój protokół, myślałam, że wrócę do tej sali egzaminacyjnej i naprawdę tą idiotkę skrzywdzę. Pamiętacie, co powiedziała mi jako komentarz do mojej odpowiedzi? Że pierwsza odpowiedź ładna a reszta tak sobie? Wiecie co zobaczyłam na protokole? Pytania 1,2 i 3 wzięte w klamrę i ocenione na 3 (każde pytanie miało osobną ocenę, ocena z egzaminu jest średnią z tych trzech ocen). Powiedzcie mi proszę, bo może to ja jestem taka głupia i nie potrafię tego ogarnąć - czym się zatem różni odpowiedź ładna od odpowiedzi takiej sobie, skoro i jedna i druga zostały ocenione na 3?

Mam wielki żal po tym egzaminie, wiem, że na czwórkę zasłużyłam. Rodzina i znajomi twierdzą, że zostałam tak potraktowana przez zawiść, bo poznańscy studenci zdawali ten egzamin wcześniej i pewnie nie wypadli zbyt kolorowo, więc żeby nie było, że kaliscy studenci są lepsi, pani Y postanowiła poprawić osiągi Poznania poprzez oblewanie lub słabe ocenianie Kalisza. Jest to możliwe, bo studenci germanistyki również wrócili rozżaleni swoim egzaminem z racji niesprawiedliwego oceniania. Rozmawiałam z dziewczyną, która miała średnią na koniec szkoły 5.0 i naprawdę nie ma rzeczy, której ona by nie wiedziała i nie umiała, a z licencjatu otrzymała 4,5. Wykładowcy z mojej szkoły w świetle tej niesprawiedliwości jasno powiedzieli, że to zawiść, że taka szkoła jak moja byłaby lepsza od poznańskiej czy wrocławskiej...

Niemniej, wakacje już mam. We wrześniu na poprawkę nie muszę się stawiać, więc chociaż o tyle dobrze. Jak zdam magistra, to na tą żałosną trójkę z licencjatu nikt nie będzie patrzał.


niedziela, 1 lipca 2012

11 pytań

I stało się - po raz kolejny zostałam wciągnięta w blogową zabawę ;) Tym razem przez kfiatushka :) Zabawa polega na odpowiedzenie na 11 pytań zadanych przez osobę, która nas nominowała, co, wbrew pozorom, wcale nie jest takie łatwe ;)

1) Ogień czy woda?
I jedno i drugie! Nie potrafię wybrać, gdyż prawie maniakalnie lubię i ogień i wodę ;)

2) Czekolada - biała, mleczna czy gorzka?
Każda i pod każdą postacią! ...Właśnie obnażyłam przed Wami mój słodki nałóg :D

3) Święty spokój czy zawrót głowy?
Zawrotów głowy miałam ostatnio sporo, więc zdecydowanie święty spokój :)

4) Włosy - długie czy krótkie?
Dłuuuugie :) I najlepiej w kolorze czekoladowy brąz :D




5) Szklanka do połowy pełna czy do połowy pusta?

Do połowy pełna ;)

6) Codzienny strój elegancki czy na luzie?
Zazwyczaj bardziej na luzie, ale lubię mieszać wygodę z elegancją ;)

7) Portale społecznościowe czy realne przyjaźnie?
Realne przyjaźnie, mimo, że przyjaciół (a raczej bardzo dobrych znajomych) nie lubię mieć zbyt wielu.

8) Kawa czy herbata?
Kawa!!! Tym obrazkiem mogę podsumować co się ze mną dzieje bez kawy :D


9) Plan czy spontan?
Dobry spontan nie jest zły, ale raz na jakiś czas; lepiej mieć rzeczy chociaż szkicowo zaplanowane.

10) Słodkie lenistwo czy aktywny wypoczynek?

Przenajsłodsze lenistwo :D

11) Krzyk czy szept?

Szept...


Teraz moje 11 pytań:
  1. Słońce czy deszcz?
  2. Kwiaty czy czekoladki?
  3. Góry czy morze?
  4. Facebook czy NK?
  5. Buty płaskie czy szpilki?
  6. Samochód czy rower?
  7. Komedie czy horrory?
  8. Złoto czy srebro?
  9. Długopis czy pióro?
  10. Liczby parzyste czy nieparzyste?
  11. Kot czy pies?
A do zabawy wciągam (jeśli tylko mają ochotę) Anę, Ewkę, Free Spirit, Hexe, Maybeee, Nabi, Storczyka i Szczęściarę :)

wtorek, 26 czerwca 2012

Miało być fajnie...

... a wyszło jak zwykle. 

 

Praca dyplomowa obroniona, został już tylko licencjat. Po raz ostatni powinnam się zaprzeć i trochę jeszcze przysiąść do nauki, ale już mam tak dosyć, że nawet nie umiem tego wyrazić. Jestem zmęczona, wolałabym podjąć wysiłek fizyczny niż po raz kolejny wysilać umysł...

W poprzednim poście wspomniałam coś o nowych obowiązkach, więc mogę Wam teraz zdradzić o co chodzi. W końcu udało mi się zamieszkać z M. Żyjemy sobie tak już razem trzy tygodnie i ku zdziwieniu chyba wszystkich na tej planecie - prawie wcale się nie kłócimy. Oboje baliśmy się, że się pozabijamy pod jednym dachem (ci, którzy czytają mnie już ciut dłużej wiedzą, że do spokojnych i ugodowych ludzi ani mnie, ani M. zaliczyć nie można), ale na szczęście do tego nie doszło, a wręcz jest odwrotnie :) Niemniej, w najbliższym czasie i tak się ta sielanka skończy, bo jednak moja 'teściowa', ze względu na tragiczne warunki pracy za granicą, wraca do kraju, więc i ja wrócę tam, skąd przyszłam... I co za tym idzie, oboje zapewne powrócimy na linię frontu wojennego :(
Czemu wszystko, co fajne, tak szybko się kończy?!... Nam chyba nie jest pisane zacząć być razem tak na dobre... :((
Sama nie wiem co jest gorsze - czy brak perspektyw na życie, czy pojawiająca się i prawie od razu gasnąca nadzieja na jakieś miłe zmiany...

Przez to wszystko popadłam w taki przygnębiający nastrój i nie wiem, co z nim zrobić, żeby nastąpiła chociaż niewielka poprawa...

wtorek, 19 czerwca 2012

Powracam!

I tak oto, po długiej nieobecności, pragnę ogłosić wszem i wobec, że powracam do blogowania! :)


Sesja za mną, wszystkie egzaminy i praktyki pozaliczane, zostaje już tylko obrona pracy i egzamin licencjacki. Było ciężko, momentami nawet tragicznie, do ostatnich chwil towarzyszyła mi ogromna niepewność w związku z piekielnie trudnymi egzaminami końcowymi, ale na szczęście już koniec. O obronę jestem spokojna, a co do egzaminu licencjackiego... No cóż, oczywiście, przygotuję się do niego najlepiej jak potrafię, ale w razie, gdyby mi się nie powiodło, to trudno. Ważne, że szkoła będzie skończona. :)

Na razie tyle z mojej strony, ponieważ nie potrafię sklecić porządnie zdania po polsku... Po pierwsze, tyle rzeczy ostatnimi czasy musiałam napisać, że teraz utworzenie jakiegoś dłuższego tekstu po prostu mnie boli ;) A po drugie, wybiłam się z rytmu pisania na blogu i nie ma co liczyć na cud, że usiądę i wyleję tu wszystko, co mi na sercu leży. Od ostatniej sensownej notki opisującej moje myśli i odczucia minęło sporo czasu i od tamtej pory trzymałam wszystko w sobie, więc otworzenie się na nowo nie będzie takie proste, jednak będę się starać :)

Do Was powoli też zacznę zaglądać, ale... Mam trochę nowych obowiązków, więc też nie ma co liczyć na cud w tej kwestii ;) Więcej może wspomnę w następnym poście, a tymczasem żegnam się z Wami :)
Do przeczytania!

P.S.
Wiecie, że tak przyzwyczaiłam się do tekstu pracy dyplomowej według szablonu IFA, że teraz notka napisana innym stylem kole mnie w oczy? :D Ale czas wyrwać się z tego wszystkiego i powrócić na normalne tory życiowe, więc notka pozostaje według starego stylu ;) Muszę się przyzwyczaić... :))


niedziela, 6 maja 2012

I po weekendzie...

Wszystko, co dobre, szybko się kończy, niestety. Tak też stało się w przypadku majówki... Tak mi jakoś przyjemnie i błogo czas leciał, zwłaszcza wtedy, kiedy otwierałam oczy, nawet w środku nocy, i uświadamiałam sobie, że znajduję się właśnie w ramionach mojego Ukochanego :) Chwilo trwaj! :)

Poza tym miałam wiele planów związanych ze szkołą, chciałam trochę ponadrabiać przez to wolne, ale chyba nikogo to nie zdziwi, że żadnej z tych rzeczy nie udało mi się wykonać. Trudno... Jak odpoczywać, to odpoczywać. Na to konto będę się musiała sprężać w nadchodzących trzech tygodniach, zatem można się spodziewać, że od teraz przez następne trzy tygodnie mnie tutaj nie będzie ;) Ale w porównaniu z tymi moimi przerwami w blogowaniu, to te trzy tygodnie to prawie nic :)))

Może nie będzie aż tak źle. Powszechnie wiadomo, że zima i brak słońca ma na mnie bardzo niekorzystny wpływ, więc do weekendu majowego byłam praktycznie pozbawiona energii do życia. Leżąc w majowym słoneczku, słuchając śpiewu ptaków i podziwiając budzącą się do życia przyrodę, "naładowałam" trochę baterie, nabrałam nieco bardziej optymistycznego podejścia do wszystkiego :)
 To nic, że zostały trzy tygodnie do sesji, oddania pracy i raportów z obserwacji, których jeszcze nawet nie ruszyłam. To nic, bo wiem, że jak chcę, to potrafię, więc trzy tygodnie to dosyć czasu, żeby się z tym wszystkim uporać. Nawet pewnie znajdę chwilę, żeby znów poskwierczeć na słoneczku, gdy tylko będzie okazja :)

Tymczasem stąd znikam, w nadziei, że w końcu wezmę się do roboty i do końca maja wyjdę z tymi całymi studiami na czysto :) Od czasu do czasu będę dodawać zdjęcia na Photoblogu, więc jak ktoś się bardzo stęskni, to zapraszam do mojego świata w obrazach :)

Do przeczytania!


niedziela, 29 kwietnia 2012

Witajcie!

Witajcie, mam na imię Ewelina... Chyba tak właśnie powinnam zacząć notkę, bo nie było mnie tu tyle czasu, że pewnie o mnie większość zapomniała i przedstawienie się byłoby bardzo na miejscu :)
Postanowiłam zacząć swoją przygodę z blogiem... Tak powinnam chyba pisać dalej, gdyż po takim czasie z trudem przyjdzie mi sklecenie kilku sensownych zdań, więc moje wypociny zdecydowanie nie będą podchodzić pod arcydzieło literackie. ;)

A tak bardziej poważnie, to niestety nie jestem w stanie nawet streścić co się ze mną działo od ostatniego sensownego wpisu, bo działo się naprawdę sporo, czasami nie były to zdarzenia przyjemne i najlepiej to po prostu puścić w niepamięć. Problemy od zawsze były, są i prawdopodobnie będą, raz większe, raz mniejsze i chyba zamiast narzekać trzeba się z nimi pogodzić, i tyle. Miało być pięknie, a wyszło jak zwykle. Tak też bywa...

Oczywiście bywały również miłe akcenty, ale o nich też nie będę pisać, gdyż nie jestem pewna, czy przez ten długi czas mojej nieobecności nie powrócił tutaj ten złośliwy chochlik, który sprawiał, że wszystko dobre zaczynało się psuć, więc może bezpieczniej będzie nic tu nie wspominać, ani niczym się nie chwalić :) Pozostańmy zatem przy tym, że przyjemne i miłe rzeczy od czasu do czasu wprawiają mnie w stan szczęśliwości, a nad szczegółami się nie rozdrabniajmy ;)

Podsumowując jednym zdaniem cały ten czas od ostatniego posta mogę stwierdzić tyle, że nic w moim życiu nie uległo zmianie: faceta kocham nadal tego samego i On kocha mnie ;*, nadal męczę się na tej samej, chorej uczelni, nadal nie zmieniłam ani miejsca zamieszkania, ani nazwiska i nie zanosi się na to w najbliższej przyszłości - no po prostu wszystko po staremu, tyle tylko, że nieustannie umyka mi czas do końca roku akademickiego, przybliżając nieubłaganie terminy egzaminów i ukończenia szkoły.

Mam nadzieję, że następny wpis nie pojawi się w tak dużym odstępie czasowym jak to miało miejsce w tym przypadku, chociaż zatraciłam chyba umiejętność wyrażania siebie w słowach, więc pisanie nie będzie mi przychodziło tak łatwo jak kiedyś... Co więcej, naprawdę od dawien dawna nie pisałam po Polsku i obce stały mi się wyszukane wyrażenia mojego ojczystego języka, który przecież jest taki piękny i kwiecisty, dlatego tym bardziej będzie mi ciężko tutaj powrócić. Ale może tym razem się uda! :)

Jeśli u kogoś, kto posiada bloga na Onecie nie ma żadnych komentarzy ode mnie, to nie jest to wina tego, że nie komentuję, tylko Onetu, że owych komentarzy nie raczy zamieścić... Jedynie nie komentuję u tych z Was, którzy wymagają logowania do komentowania - nie mam konta i mieć nie zamierzam, za bardzo mi ten portal nerwy psuje...

poniedziałek, 5 marca 2012

...

No by to szlag! Znów wydawało mi się, że nie było mnie tutaj tylko chwilę, a to już prawie miesiąc... Jakoś nie mam weny na pisanie. Jak już ją mam, to tworzę kolejne strony pracy licencjackiej lub innych papierów do szkoły, i chcąc nie chcąc, odbija się to na blogu, jak zwykle z resztą. Poza tym choćbym nawet chciała napisać, to nic sensownego nie utworzę, bo w moim życiu zapanował taki spokój, że z jednej strony bardzo się cieszę, a z drugiej - to zapewne taka cisza przed burzą, jaką będzie kończenie szkoły ;) Oczywiście, jak chwilę się zastanowię ile czasu zostało i co mam jeszcze do zrobienia, to dziw bierze, że sobie tak spokojnie egzystuję, ale to już chyba studencka natura robić wszystko na ostatnią chwilę :)) Nie znaczy to, że całymi dniami siedzę i nic nie robię - po prostu robię rzeczy inne, zdecydowanie nie te, które robić powinnam ;)

Trochę mnie przeraża to "rozprężenie", kiedy lista rzeczy do zrobienia jest dosyć długa, ale to już chyba tzw. zmęczenie materiału - no nie chce mi się, kończy mi się samodyscyplina, mam potrzebę odpocząć i tak dalej... Staram się trzymać w ryzach jako tako, bo odpuszczenie sobie na trzy miesiące przed końcem szkoły byłoby wręcz głupotą nie do opisania, ale nie mogę powiedzieć, że przychodzi mi to łatwo...

Nie wiem jak to będzie z moją obecnością tutaj w najbliższym czasie. Nie chcę obiecywać, że się poprawię, bo nie jestem pewna czy tak będzie, w każdym razie chociaż kontynuuję ciche zaglądanie do Was raz na jakiś czas, bo na komentowanie często gęsto też nie mam albo chwili, albo weny, a wypisywać głupot dla samego faktu napisania nie będę :))

Nie zapominajcie o mnie - jeśli zamykacie bloga lub się przenosicie, to ładnie proszę o zaproszenie lub nowe namiary, bo wszystkich Was chcę nadal podczytywać :) Adres mailowy znajdziecie przy wpisywaniu komentarza. Do przeczytania!

czwartek, 9 lutego 2012

Trochę narzekania

Tak więc znaczna część pracy dyplomowej oddana, teraz tylko czekać na komentarz pani promotor po feriach ;) Po cichu liczę, że jednak okaże się, że praca jest ciut lepsza niż mi się wydaje, bo prawdę mówiąc sama sobie oceniłabym ją dosyć nisko... Napisałam 12 stron w 2 dni, więc jakość może być nieco niska, ale już sama nie wiem... Chociaż z drugiej strony, przecież wszystko co znajduje się w tej pracy to parafrazy tekstów ludzi "mądrzejszych", to jakiś sens powinien jednak być w tych siedemnastu stronach... Zobaczymy. Może jestem zbyt krytyczna wobec siebie. W każdym razie wszystko będzie wiadome pod koniec lutego :)

Postanowiłam odezwać się jeszcze przed przeprowadzką do M., bo zasadniczo ciągle nie wiem na czym stoję. Miałam się przeprowadzić kiedy jego rodzicielka wyjedzie do pracy za granicę, co miało nastąpić na początku lutego, ale chwilowo są pewne przesunięcia czasowe ze względu na wprowadzanie jakichś innowacji i nowych maszyn w owej zagranicznej firmie (podobno to norma za granicą), dlatego praca w zakładzie została wstrzymana. Nikogo ten fakt nie cieszy, szczególnie mojej teściowej, bo pieniędzy nie ma i zarobić przez to opóźnienie nie może, ale cóż zrobić... Pozostaje tylko czekać na znak zza granicy, że zakład wznawia pracę, co mam nadzieję niebawem nastąpi...

Praca, pieniądze, praca, pieniądze... Szlag mnie już trafia. Z wiadomego powodu należy się cieszyć, że jakaś praca jest, ale przecież ludzka tolerancja ma pewne granice. M. wrócił do pracy "na stare śmieci". Z jednej strony dobrze, bo w nowej pracy wisiało nad nim widmo ciągłych wyjazdów do różnych miast w Polsce, a z drugiej strony... Ta "stara" praca była niejednokrotnie powodem naszych kłótni i przykro mi to mówić, ale już w drugim tygodniu powrotu do poprzedniej roboty sytuacja zaczyna się powtarzać. Już nawet nie chce mi się narzekać na wszystko, co mi w tej pracy przeszkadza, bo sporo tego, w każdym razie wniosek jest jeden i niezaprzeczalny - taka sytuacja źle wpływa i na mnie, i na M. i co za tym idzie, na nasze relacje. Wiedziałam, że tak będzie. Jestem realistką, więc nawet się nie łudziłam, że będzie lepiej, nawet mimo tego, że firma próbowała odzyskać pracowników, którzy stamtąd uciekli przy pierwszej okazji, proponując nowe i niby lepsze warunki. Jasne... Znów wrócą do nas te same problemy, chyba że jakimś cudem pojawi się jakaś nowa propozycja pracy dla M. Bardzo bym tego chciała, bo teraz to jest cyrk i kpina, niemniej i tak się cieszę, że jakaś praca w ogóle jest, bo gdyby jej nie było, to z pewnością byłoby jeszcze gorzej...

Czasami się zastanawiam, czy to już taka nasza polska natura, żeby wiecznie narzekać i nie dostrzegać dobrych stron życia, czy po prostu znów mnie wszystko zaczyna przytłaczać, że przestaję się cieszyć z drobnych rzeczy, a zauważam jedynie same problemy... Czy może faktycznie te wszystkie negatywy zaczynają się mnożyć, wypierając tym samym te dobre iskierki... Co nie zaistnieje jakiś promyczek radości i szans zmian na lepsze, to za chwilę gaśnie, a w jego miejscu pojawia się jakiś problem blokujący realizację tego marzenia.
Ja naprawdę nie lubię narzekać, zdecydowanie wolę się dzielić radościami niż problemami i nerwami! Tylko niech w końcu coś, cokolwiek, zacznie się układać bez tworzenia tysiąca innych, nowych problemów...!

poniedziałek, 6 lutego 2012

Piszę i piszę... i napisać nie mogę...

Pisanie pracy licencjackiej idzie mi jak krew z nosa... Siedzę i siedzieć będę godzinami, byle by tylko wytworzyć potrzebną mi ilość stron. A skoro robię to na siłę, bo termin goni, to o jakości owej pracy nie wspomnę... Co prawda niczego nowego w niej nie odkryję, jedynie wolno mi cytować i parafrazować słowa "mądrzejszych ode mnie" (cyt. babki od seminarium dyplomowego ;)) ale to nie zmienia faktu, że fajnie by było jednak być choć trochę zadowolonym z efektów swoich wypocin... No ale cóż zrobię - niedługo chyba przykuję się do kaloryfera z laptopem i kserówkami potrzebnymi do stworzenia pracy dyplomowej, żeby nie zajmować się wszystkim dookoła oprócz pisania i będę pisać do bólu...

Właśnie widać jak mnie to pisanie pochłania, że tworzę posta na blogu zamiast pracę dyplomową :) Jeszcze przez jakiś czas będę bytować w świecie blogowym po cichu (ale nie zniknę :P), dopóki nie wytworzę tych około 20 stron ;) Potem, jak wszystko dobrze pójdzie, będę w trakcie przeprowadzki, więc świeży post się pewnie ukaże już z nowego miejsca i będzie przypominał relację z pola bitwy ;D Może aż tak źle nie będzie :))) Do przeczytania!!

czwartek, 26 stycznia 2012

Słów kilka

Tak więc jestem, choć nie wiem na jak długo, bo niepokoi mnie obecna sytuacja polityczna mająca na celu inwigilowanie użytkowników internetu. W takim przypadku będę zmuszona zniknąć całkowicie z wirtualnego świata, łącznie z portalami społecznościowymi, gdyż moja prywatność to moja sprawa, a jak ktoś mi chce to zakłócać, to znikam i niech świat o mnie zapomni ;) Oczywiście nie zostawię Was bez słowa, z pewnością napiszę pożegnalny post, do bólu poprawny, żeby nikt go nie ocenzurował ;)

A wracając do spraw bardziej przyziemnych, to sporo się działo podczas mojej nieobecności. W końcu mam chwilę, żeby usiąść i w spokoju napisać posta, bo odkąd zniknęłam, mam naprawdę śladowe ilości wolnego czasu, w którym rzecz jasna nie da rady odpocząć, bo wystarczy, że przez moment posiedzę bezczynnie i już rodzą się we mnie wyrzuty sumienia, że siedzę, a tyle rzeczy jeszcze do zrobienia... Jestem już tak zmęczona, że niedługo przestanę mieć kontakt ze światem zewnętrznym, a jakoś nie widzę szans na odpoczynek...

Praktyki mi na szczęście idą względnie dobrze, bo licealiści mnie nie zjedli, jednak strasznie się mnie boją, całkowicie nie wiem czemu, bo mają ze mną tyle luzu, że bajka ;) A ja słowa od nich nie mogę kupić... Może po prostu trafiłam na takie ciche klasy... Z jednej strony dobrze, bo nie mam problemów z dyscypliną, ale czasem chciałabym od nich usłyszeć choć jedno słowo ;)

Pamiętacie Dżonego? W notce pod linkiem widać, jak wyglądał kiedy go dostałam :) Później latem wyglądał tak:

A teraz niestety... Nie żyje. W połowie września dostały się na niego mszyce, z mojej winy :( i Dżony zachorował, najpierw opadły mu liście, potem kwiaty, a na końcu łodyżka po łodyżce zaczęły czernieć i usychać... Teraz z ziemi wystaje kilka zeschniętych kikutów po łodygach, ale nie wyrzucę go, może odchoruje, odpocznie i na wiosnę znów ożyje...
Miałam jobla na punkcie tego kwiata, więc możecie sobie wyobrazić jaki mam do siebie ogromny żal, że naraziłam go na to robactwo i spóźniłam się z zakupem specyfiku na mszyce... :(

Może teraz rzucę trochę światła jednak, bo przecież moje życie to nie tylko szkoła, praktyki i żal po ukochanym kwiatku... Przestaliśmy się z M. gryźć jak dzieci o byle pierdołę :) Co prawda spory są zawsze obecne w życiu wszelkich ludzi, ale przynajmniej nie wybuchają już między nami wielkie wojny i awantury.
Oraz kolejna radosna nowinka - gdzieś na przestrzeni lutego, na 99% zmieniam miejsce zamieszkania :) Co prawda to mnie lekko mówiąc przeraża w niemałym stopniu, ale mimo wszystko jestem szczęśliwa, że w końcu będę miała mojego ukochanego Mężczyznę obok siebie rano, po południu, wieczorem i w nocy :)

Niestety jest kilka spraw, które osłabiają mój entuzjazm... Martwi mnie np. reakcja moich dziadków na taką rewolucję, bo nie jesteśmy małżeństwem i boję się, że się na mnie na śmierć pogniewają, bo są bardzo religijni i takich rzeczy w ogóle nie akceptują... Rodzice po pewnym czasie od usłyszenia propozycji, żebyśmy zamieszkali razem, pogodzili się z tym, że nie przykują mnie do kaloryfera żeby mnie zatrzymać w domu, bo jestem już na tyle dorosła, że jak zadecyduję że się wyprowadzam, to po prostu tak zrobię, i oznajmili, że nie będą robić mi wyrzutów czy problemów. Ale babcia z dziadkiem to już niestety inne pokolenie, a mentalności zwłaszcza ludzi starszych nie da się tak łatwo zmienić...
Martwi mnie również zmiana wymiaru naszych relacji z M., bo teraz mogą się pojawić między nami nowe spory, o wiele poważniejsze, jak np. pieniądze, czy podział obowiązków w domu. To jest pewne, że trochę czasu nam zajmie nauczenie się żyć ze sobą, ale boję się, że do tego czasu się nawzajem pozabijamy...
Boję się też, że M. nie będzie zadowolony z mieszkania ze mną, bo wyznaję twardo zasadę podziału obowiązków w domu i mimo, że on też utrzymuje, że obowiązkami powinno się dzielić, to jednak może przeżyć niemały szok przy nowym porządku. Co więcej, nie jestem szczególnie utalentowaną kucharką, bo tak naprawdę nie miałam zbyt wielu okazji na gotowanie w życiu, radzę sobie jedynie z kilkoma najbardziej podstawowymi obiadami, i niestety nic poza tym. A ile można w kółko jeść schabowe na zmianę z kurczakiem i karkówką? Tym bardziej, że chodzę do szkoły dzień w dzień i często obiad w moim wykonaniu będzie przypominał makaron w sosie lub inne danie tzw. "na łatwiznę", a M. niestety siedzi w pracy dłużej niż ja w szkole, to też pewnie tworzenie nawet prowizorycznych obiadów spadnie na mnie i mój brak talentu.

Nie mniej, mimo tych wszystkich obaw cieszę się, że będziemy mogli pobyć ze sobą dłużej niż kilka godzin dziennie, które i tak w większości przesypiamy ;) Zwłaszcza, że stosunki między nami bardzo się od ostatniego czasu poprawiły, więc i uczucia rozkwitły na nowo, z większą siłą. Oby wszystko się udało :))

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Momencik

Moi kochani, nie zniknęłam na amen, jestem już na samym końcu semestru - został mi jeden egzamin i obiecuję, że jak tylko się z nim uporam, to dam znać co się u mnie dzieje :) 
Mam nadzieję, że zdążę przed ocenzurowaniem internetu... ;)