poniedziałek, 15 października 2012

Jesień

Nic nie dzieje się bez przyczyny - tego się zawsze trzymałam i tym razem również owo stwierdzenie okazało się być słusznym. Cokolwiek się wydarzyło, widocznie było potrzebne, żeby uświadomić nam pewne sprawy i choć zabolało cholernie, to dało szansę na lepsze jutro. Ostatnie wydarzenia otworzyły oczy na kilka spraw, uświadomiły priorytety oraz ich hierarchię w życiu, nauczyły kompromisu i akceptacji, a przede wszystkim pokazały czy i jak ważny potrafi być jeden człowiek dla drugiego.

Więcej się nad tym nie rozdrabniajmy.

A z innej beczki - nie mam na nic czasu. Pewnie niektórzy pomyślą sobie, że tyle rzeczy mogę zrobić przed pracą, część po pracy i mają rację - teoretycznie mogę, ale, czy tego chcę czy nie, idzie jesień, dzień się skraca, zimno, szaro, buro i pada... Niestety, jesień lubię tylko na zdjęciach i obrazkach, w rzeczywistości złote liście na drzewach potrafią mnie przyprawić o wyjątkowo podły nastrój... Moja głowa daje mi nieźle popalić przez te "uroki jesieni". W ogóle mam taką zniżkę formy, że masakra. Co mnie nie pociesza - będzie gorzej... Dojdą jeszcze do tego wszystkiego studia za jakiś czas, na dodatek jesień urośnie w potęgę, a zaraz za nią przyjdzie zima (nienawidzę zimy - wspominałam o tym kiedyś?), więc nie wiem jakim cudem dotrwam do wiosny... Przydałby mi się taki pilocik :)


Wybaczcie, że Was zbyt często nie odwiedzam, ale naprawdę nie mam czasu na blogosferę... Nie zanosi się na to, że w najbliższym czasie to wszystko ogarnę, ale będę się przynajmniej starać :)

 Do przeczytania! :)


wtorek, 2 października 2012

***

Za dużo słów padło.
Nieważne czy były przemyślane, czy po prostu były wynikiem gwałtownych emocji.
Ważne, że ujrzały światło dzienne.
Że uderzyły z ogromną siłą, raniąc niesamowicie.
Nie wiedziałam, że można się tak zachować.
I to wobec kogoś, kogo się kocha.
Za dużo się stało,
choć to się nie powinno było wydarzyć.
Nie, takich rzeczy się nie robi komuś,
za kogo jeszcze kilka minut wcześniej chciało się skoczyć w ogień.
I co dalej?
Może powinno się przejść nad tym do porządku dziennego,
niestety - nowego porządku,
bo już nie jest nic takie jak było.
A może powinno się właśnie poddać zadumie,
przemyśleć wiele spraw,
i idąc śladem poprzednich pokoleń - "naprawiać, a nie wymieniać na nowe, inne, lepsze".
Ciężko jest naprawić coś, co tak się rozsypało.
Ciężko się w tym wszystkim odnaleźć.
Może nie jest to jeszcze jak składanie bułki z bułki tartej,
ale jak składanie rozbitego lustra owszem.
Bardzo trudne zadanie.
Choć podobno nie ma rzeczy niemożliwych.
Trzeba odkryć w tym wszystkim jakiś sens...
Sens tego, co było, tego co jest, i tego, co będzie.
Bo nic nie dzieje się bez powodu.
Może zmiany są potrzebne.
Pytanie tylko, czy muszą zajść we wszystkim, bez wyjątku,
czy tylko w tym, co było lub jest nie tak?
Tysiące myśli kłębi się w głowie,
bajkowy scenariusz prysł jak bańka mydlana...
Teraz jesteśmy dwie -
jedna z nas bezwzględnie uciekłaby stąd jak najdalej
i nie pakowała się po raz kolejny w taki układ jak do tej pory,
a druga... czystą i naiwną miłością załatałaby wszystkie skazy, rany i dziury,
nie zważała na nic, idąc za swoim sercem.
Najlepiej, żeby obie Eweliny spotkały się gdzieś pośrodku.
Tak właśnie byłoby najlepiej.
Ale to wcale nie jest proste...
I tyle pytań bez odpowiedzi...
Dlaczego?
Co się stało?
Po co?
Jak tak można?
Co dalej?...

Ta notka ma sens tylko dla jednej osoby, więc zrozumiem, jak pozostawicie ten cały nieskładny bełkot bez komentarza.

poniedziałek, 1 października 2012

Dlaczego mnie tu mało?

Nie da się nie zauważyć - mało mnie tu ostatnio... Ale chyba czas się do tego przyzwyczajać, bo nareszcie pracuję i w planach rysuje mi się również studiowanie, a że czas z gumy nie jest, to na niektóre rzeczy będzie mi go brakować. Postaram się tu zaglądać na tyle często, na ile czas mi pozwoli, ale proszę się rewelacji nie spodziewać ;)

Pracę podjęłam ostatecznie w owej znanej szkole językowej, ponieważ tam mam rękę na pulsie i gdyby zwolniło się jakieś stanowisko lektora, to od razu się na nie rzucę :) Ogólnie robota nie jest zła, ale godziny pracy mam takie... do dupy :P Nie ważne, czy idę na wcześniejszą czy na późniejszą godzinę - i tak cały dzień zmarnowany, a wracam już na tyle zmęczona, że niekiedy nawet odpuszczam jedzenie, byleby znaleźć się jak najszybciej w łóżeczku... Kto by pomyślał, że nawet taka z pozoru lekka praca tak może człowieka wymęczyć ;)

Studia póki co na etapie rekrutacji, ale w ciągu najbliższego tygodnia powinno się już wyklarować wszystko, łącznie z rozmową kwalifikacyjną. Oby się udało... I oby było lekko, łatwo i przyjemnie, bo kompletnie brakuje mi już motywacji do edukowania się... Po prostu jestem tym zmęczona i tylko zdrowy rozsądek popycha mnie do studiowania, bo chęci nie mam za grosz.

To na razie tyle :) Trzymajcie się ciepło...


P.S. Do zabaw blogowych, do których zostałam wciągnięta, postaram się kiedyś w napływie wolnego czasu nawiązać, choć pewnie porządnie się przeterminują i ostatecznie guzik mi z tego wyjdzie...