Wszystkie moje problemy i niejasności rozwiał sam M. To jest akurat do przewidzenia, że życie zawsze, ale to zawsze pisze swój własny scenariusz, często nie licząc się z tym, jakiego zakończenia byśmy oczekiwali. Chociaż w tym wszystkim jest jeden, zasadniczy plus - nareszcie wiem, na czym stoję, wiem, jak muszę dalej sobą kierować, wiem również, że na siłę nikt nikogo jeszcze chyba nie uszczęśliwił.
Ale od początku. Pewnie kilka z Was się zastanawiało jak żyję, a ja bezczelnie nic nie pisałam. Proszę o wyrozumiałość - czekałam. Czekałam, czy ja sama to jakoś rozwiążę, czy jednak sprawy same nabiorą właściwego kierunku, no i się doczekałam.
Wyjechaliśmy z M. do jego matki na zachód na Święta. Od samego początku coś było bardzo nie tak - ledwo zajechaliśmy, to zamiast powitania czekała na nas nieprzyjemna niespodzianka. Matka M. pijana. Nawet nie wiecie, jak mi strasznie było żal M., jechał tyle kilometrów, żeby po prawie pół roku zobaczyć się z matką i zastał taki widok. Był tak zły, że chciał wracać od razu jak to zobaczył, ale jednak ostatecznie zostaliśmy. To był początek końca.
Kilka dni później, matka M. wstała z jakimiś dziwnymi fochami, wyleciała na nas z pretensjami odkąd tylko wstaliśmy, że w dupie ma takie święta, to ostatnie święta spędzone razem, ma dość patrzenia na nasze "srające miny". M. wstał i wyszedł, ja dojadłam sałatkę wciąż słuchając tej wiązanki. Gotowało się we mnie, bo przecież to nie jest tylko nasza wina, że nasze humory były jakie były. W końcu wstałam i na kolejny zarzut, że mamy zjebane miny odpowiedziałam grzecznie matce M., że to nie jest tylko i wyłącznie nasza wina. A ta, wierzcie mi, chyba jakiejś histerii dostała, zaczęła się na mnie drzeć, że jestem głupią smarkulą, że to co ona tu robi i w jakim stanie się znajduje to tylko jej sprawa i że niby co tu zastaliśmy? Pamiętając ciągle ten przykry obrazek z momentu zjawienia się u matki M. i jego minę, żal i złość, odpowiedziałam wciąż grzecznie, że to co tu zastaliśmy to był obraz nędzy i rozpaczy. Usłyszałam kolejną wiązankę i to w tonacji takiej, że chyba cały dom słyszał. Poszłam, umyłam talerz, wróciłam, żeby go odłożyć na miejsce i ciąg dalszy wrzasków - żebym ja się lepiej nad sobą zastanowiła, bo jestem taka, sraka i owaka. Dajecie wiarę? Żeby mnie za nic tak zwyzywała? Ja mówię kulturalnie, nawet na sekundę głosu nie podniosłam, a w odwecie słyszę epitety wszelakie... Brakło mi na to słów, więc powiedziałam, że to jest śmieszne i wyszłam, a ona wyleciała za mną! Myślałam przez chwilę, że mnie uderzy w twarz i sama chyba leciała do mnie z tym zamiarem, ale w ostatniej chwili zmieniła "trajektorię lotu" i zaczęła się dobijać do drzwi pokoju mojego i M., drąc się przy tym jak nie wiem. Potem odeszła, a ja usłyszałam wiązankę jeszcze lepszą, niż wszystkie poprzednie: że jestem suką, szmatą, kurwą i jeszcze parę innych. Nie wiem czemu zaczęła się tak zachowywać, ale dla mnie jej zachowanie jest co najmniej anormalne. W żaden sposób jej nie obraziłam, w sposób kulturalny stwierdziłam fakt, który zaiste miał miejsce, więc o co chodzi?
Za chwilę wpada M. do pokoju, pyta się mnie co ja jej powiedziałam, ale że upłakana siedziałam po pas, to mu nie byłam w stanie odpowiedzieć. Poszedł do pokoju swojej matki, wrócił po jakimś czasie i pyta się mnie "Czy nie uważam, że jego matkę wypadałoby przeprosić?" - że co?! Za co?! Że ona mnie zwymyślała, obraziła, okazała totalny brak szacunku do drugiego człowieka? Nikt, nikt mnie nie będzie obrażać. To, że jestem młodsza, to nie znaczy, że nie należy mi się dokładnie tyle samo szacunku co jej.
Kolejne wydarzenia potoczyły się tak, że M. mimo, że wie, jak zwyzywała mnie jego matka, jakie wyzwiska rzucała pod moim adresem, jak mnie potraktowała Bóg jeden wie dlaczego, to wyobraźcie sobie... jest na mnie obrażony. Tak, trzyma stronę swojej matki. Mojej wersji wydarzeń nawet nie raczył poznać, mamusia powiedziała, a M. ślepo wierzy, traktując mnie jak... no właśnie, jak?
Kolejny dzień siedzę sama w pokoju i czekam, aż wrócimy do Polski. M. nawet spał u matki w pokoju jednoosobowym, bo ja jestem taka zła, że nie zhańbił się spędzeniem nocy w jednym pomieszczeniu ze mną. Obrażony na mnie śmiertelnie. Ale przez to właśnie zmądrzałam... I przekonałam się jaką mam wspaniałą rodzinę, która od razu mnie wsparła.
Wiecie jak ja się teraz czuję? Upokorzona i znieważona przez kogoś, kogo kochałam całą sobą. Okazało się, że mimo, że jesteśmy razem 6 lat, ja nic dla niego nie znaczę. Mamusia tupnęła, a M. poleciał za nią. To tak bardzo boli, że okazałam się dla niego tak mało ważna. Zawiodłam się, tak ogromnie, że nie umiem tego nawet opisać. I naprawdę mam gdzieś jej zachowanie, zabolało mnie to, jak zachował się M.
Podjęłam decyzję - po powrocie do Polski pakuję się i się od niego wyprowadzam. Nie będę ani sekundy dłużej mieszkać w mieszkaniu jego matki i u boku kogoś, kto mnie tak potraktował. A skoro tak bardzo jest za swoją mamusią, że ślepo wierzy jej we wszystko, a mnie poniewiera jak śmiecia, to pewnie nie byłby to jedyny raz, kiedy tak się zachowa. A ja będąc z kimś muszę wiedzieć, że mam wsparcie w swoim mężczyźnie choćby skały srały, a nie że mnie kopnie boleśnie kiedy tylko mamunia tupnie.
Tym oto niezbyt przyjemnym sposobem rozwiązała się również reszta moich problemów - nie chcę wychodzić za mąż za kogoś, dla kogo jestem niczym. Chcę być z kimś, kto uszanuje mnie taką jaka jestem, będzie mnie właśnie taką kochał, zawsze stanie po mojej stronie choćbym nawet nie miała racji - ale budować z kimś przyszłość to być za sobą choćby nie wiem co się działo - tak mi ktoś ostatnio mądrze powiedział. Można potem, na osobności powiedzieć, że się mylę albo ze robię nie tak, ale na pewno nie życzę sobie takiego zachowania, jak powyżej.
Uświadomiłam sobie również, że M. wcale ślubu nie chciał. Pasowało mu tak, jak było - wolny związek, który można w razie byle kaprysu zakończyć, zero zobowiązań, a ja dla niego tylko byłam, dom mu ogarnęłam (choć M. i tak twierdzi, że nic nie robiłam, mimo, że sam palcem w domu nie kiwnął), gacie uprałam, kasa była fajna z mojej nowej pracy (chociaż nie, jak powiedziałam, że nie będę mu sponsorować co wieczór piwa, to już byłam niegodziwa, a przez jego piwa i hektolitry paliwa lane do samochodu nie starczało nam pieniędzy do końca miesiąca) i było dobrze.
Teraz w grudniu mieliśmy 6 rocznicę, miałam nadzieję, że da wyraz tego, że myśli o mnie poważnie, i co? Nic. Może na Święta? Nie, nic, jedyne, co się stało, to pokazał jaki jest i jak bardzo nie mogę na niego liczyć. Chociaż w zasadzie to jest coś - oszczędził mi kolejne lata życia w złudnej nadziei, że jestem dla niego kimś ważnym i że coś z tego związku będzie.
Ten związek powoli tracił wszelkie podstawy bycia i tym razem to już było za wiele.
Niech mi ktoś powie jak zrobić, żeby ten zawód na najbliższej osobie jaki mnie spotkał tak strasznie nie bolał, żeby zniknął ten ból spowodowany takim ogromnym rozczarowaniem...
Przyszła do mnie jego mamusia i wierzcie mi, próbowała mi wmówić, że nie mam prawa jej wytykać co robi :D ja pierdziele, a M. dalej stoi za nią...
Powiedziała mi niby że miał do niej pretensje, że mnie tak zezwała, ale oczekiwała, że ja ją pierwsza przeproszę. Przeprosiłam, bo już mam tego towarzystwa dosyć, więc mi wszystko jedno. To, co najważniejsze już i tak się dowiedziałam - na wsparcie M. nie mam co liczyć. I niby miał do niej pretensje, a i tak z nią siedzi 24/7, niby mnie bronił, a przed chwilą mi napisał że matka dla niego zawsze będzie najważniejsza - wszystko w temacie. Nic tu po mnie... Mam dosyć związku w którym na pierwszym planie jest matka M. Tylko że M. tego chyba nie rozumie.
sobota, 28 grudnia 2013
niedziela, 22 grudnia 2013
Życzenia Świąteczne
Moi Drodzy,
Każdy na pewno o czymś marzy, za czymś goni, aby osiągnąć pełnię szczęścia i satysfakcję.
Dlatego z okazji Świąt chciałabym Wam życzyć, żeby każdy z Was odnalazł to, czego szuka, to coś, co uczyni Was szczęśliwymi i spełnionymi. Niech wszystkie problemy magicznie znikną, a marzenia w końcu zaczną się spełniać...
W kwestii samych Świąt natomiast, życzę Wam przede wszystkim tego, żebyście poczuli tę świąteczną atmosferę nie dzięki reklamom, zakupom czy prezentom, tylko dzięki wewnętrznej radości i bliskości ukochanych osób. Jeśli nie jest możliwe, abyście ten czas spędzili z bliskimi, to niech świadomość i poczucie, że jest ktoś, dla kogo wstajecie rano po to, aby przeżyć kolejny dzień, uczyni te Święta wyjątkowymi. A jeśli nie ma ludzi, u boku których chcielibyście się znaleźć w tym czasie, z głębi serca życzę, aby takie osoby jak najszybciej znalazły drzwi do Waszego życia.
Niech ten czas będzie wyjątkowy...
Każdy na pewno o czymś marzy, za czymś goni, aby osiągnąć pełnię szczęścia i satysfakcję.
Dlatego z okazji Świąt chciałabym Wam życzyć, żeby każdy z Was odnalazł to, czego szuka, to coś, co uczyni Was szczęśliwymi i spełnionymi. Niech wszystkie problemy magicznie znikną, a marzenia w końcu zaczną się spełniać...
W kwestii samych Świąt natomiast, życzę Wam przede wszystkim tego, żebyście poczuli tę świąteczną atmosferę nie dzięki reklamom, zakupom czy prezentom, tylko dzięki wewnętrznej radości i bliskości ukochanych osób. Jeśli nie jest możliwe, abyście ten czas spędzili z bliskimi, to niech świadomość i poczucie, że jest ktoś, dla kogo wstajecie rano po to, aby przeżyć kolejny dzień, uczyni te Święta wyjątkowymi. A jeśli nie ma ludzi, u boku których chcielibyście się znaleźć w tym czasie, z głębi serca życzę, aby takie osoby jak najszybciej znalazły drzwi do Waszego życia.
Niech ten czas będzie wyjątkowy...
niedziela, 1 grudnia 2013
R.
Ten wpis miał wyglądać inaczej i miał się tu pojawić dawno temu, ale się nie udało. Był już nawet w części napisany, ale w jednym momencie stał się nieaktualny.
Miał kipieć optymizmem i radością, miał być totalnie pozytywny.
Ale taki nie będzie. Proszę, okażcie wyrozumiałość, bo już sama nie wiem który raz podchodzę do pisania, a i tak nie wiem, czy zdołam napisać to, co bym chciała, zanim się znów rozsypię.
Odkąd pierwszy raz zasiadłam do pisania tego posta wiele się pozmieniało. Nie wszystko na gorsze, ale wiadome jest, że bardzo złe wieści bez trudu zasłaniają pozytywy. W zasadzie zła rzecz wystąpiła w liczbie pojedynczej, niestety była tak silna, że przez parę dni mój świat przestał istnieć.
Wiecie jak to jest mieć coś i w przeciągu kilku sekund stracić to na zawsze?
Ja do niedawna mogłam to sobie jedynie wyobrazić. Ale 1 listopada wszystko się zmieniło... R. przyszedł, położył się jak zwykle pod moimi nogami, przytulił się - tak chciał spędzić swoje ostatnie chwile...Poczułam, że coś jest nie tak. W panice zawołałam M., wzięłam R. w ręce... widziałam i czułam, jak uchodzi z niego życie, jak w moich rękach pozostaje coraz bardziej bezwładne, małe ciałko...
Miesiąc temu odszedł nasz piesek, domownik, przyjaciel. W dzień Wszystkich Świętych... Bardzo ciężko przyszło nam pogodzić się z tym, że już go nie ma, że nie wita nas od progu kiedy wracamy do domu. Nie wiem czy do tej pory udało mi się z tym pogodzić, bo zdarza się, że nadal przed oczami staje mi opisana wyżej sytuacja... Choć wiem, że zrobiliśmy wszystko, co tylko mogliśmy, żeby mu pomóc, to i tak nie do końca akceptuję ten finał. I choć wiedziałam już po diagnozie, że przestają pracować nerki i wątroba, że to nasze ostatnie chwile, to i tak to wszystko stało się tak nagle i zupełnie nie w porę. Z dnia na dzień piesek nikł w oczach, choć początek jego choroby był bardzo gwałtowny. Wychodząc do pracy zostawiłam w domu rześkiego, zdrowego i radosnego psa, kiedy przyszłam, pies chował się przed światem, nie miał siły i cały trząsł się od wysokiej gorączki. Nie rozumiem jak to się mogło stać tak szybko...
Do tej pory rozklejam się próbując napisać ten post do końca... To było i nadal jest bardzo ciężkie dla nas. Ale w końcu muszę to z siebie gdzieś wyrzucić, bo to zbyt trudne, żeby radzić sobie z tym samemu...
Miał kipieć optymizmem i radością, miał być totalnie pozytywny.
Ale taki nie będzie. Proszę, okażcie wyrozumiałość, bo już sama nie wiem który raz podchodzę do pisania, a i tak nie wiem, czy zdołam napisać to, co bym chciała, zanim się znów rozsypię.
Odkąd pierwszy raz zasiadłam do pisania tego posta wiele się pozmieniało. Nie wszystko na gorsze, ale wiadome jest, że bardzo złe wieści bez trudu zasłaniają pozytywy. W zasadzie zła rzecz wystąpiła w liczbie pojedynczej, niestety była tak silna, że przez parę dni mój świat przestał istnieć.
Wiecie jak to jest mieć coś i w przeciągu kilku sekund stracić to na zawsze?
Ja do niedawna mogłam to sobie jedynie wyobrazić. Ale 1 listopada wszystko się zmieniło... R. przyszedł, położył się jak zwykle pod moimi nogami, przytulił się - tak chciał spędzić swoje ostatnie chwile...Poczułam, że coś jest nie tak. W panice zawołałam M., wzięłam R. w ręce... widziałam i czułam, jak uchodzi z niego życie, jak w moich rękach pozostaje coraz bardziej bezwładne, małe ciałko...
Miesiąc temu odszedł nasz piesek, domownik, przyjaciel. W dzień Wszystkich Świętych... Bardzo ciężko przyszło nam pogodzić się z tym, że już go nie ma, że nie wita nas od progu kiedy wracamy do domu. Nie wiem czy do tej pory udało mi się z tym pogodzić, bo zdarza się, że nadal przed oczami staje mi opisana wyżej sytuacja... Choć wiem, że zrobiliśmy wszystko, co tylko mogliśmy, żeby mu pomóc, to i tak nie do końca akceptuję ten finał. I choć wiedziałam już po diagnozie, że przestają pracować nerki i wątroba, że to nasze ostatnie chwile, to i tak to wszystko stało się tak nagle i zupełnie nie w porę. Z dnia na dzień piesek nikł w oczach, choć początek jego choroby był bardzo gwałtowny. Wychodząc do pracy zostawiłam w domu rześkiego, zdrowego i radosnego psa, kiedy przyszłam, pies chował się przed światem, nie miał siły i cały trząsł się od wysokiej gorączki. Nie rozumiem jak to się mogło stać tak szybko...
Do tej pory rozklejam się próbując napisać ten post do końca... To było i nadal jest bardzo ciężkie dla nas. Ale w końcu muszę to z siebie gdzieś wyrzucić, bo to zbyt trudne, żeby radzić sobie z tym samemu...
sobota, 19 października 2013
Prognoza na marzec
Wpis jest długi, ale chciałam przekazać wszystko tak jak jest, więc jeśli ktoś nie ma czasu lub nie chce mu się tego przeczytać dokładnie i ze zrozumieniem, to złota rada - odpuśćcie sobie od razu, bo nie po to starałam się napisać wszystko co mi zalega na sercu, żeby ktoś napisał pod spodem coś głupiego lub coś wskazującego na to, że nie przeczytał tego posta w całości... Takie komentowanie jest bez sensu, a ja zrozumiem, że nie każdy się odezwie.
Prawdę mówiąc, ostatnimi czasy nie pojawia się na moim blogu kontynuacja żadnych bolących i problematycznych wątków mojego życia. One cały czas istnieją, towarzyszą mi każdego dnia i bardzo często przychodzi mi się z nimi mierzyć, ale zdecydowałam, że nie pozwolę im zdominować wszystkiego. Jeśli jednak nic się nie zmieni, przyjdzie czas, że wszystko z siebie wyrzucę. Ale jeszcze nie teraz. Ostatnio doszedł do nich nowy wątek - choć nie jest być może na 100% pewny i być może nie warto martwić się na zapas, to ja już taka jestem, że jeśli pojawia się jakiś problem, a ja nie mam na niego rozwiązania, to będę go przeżywać.
Ale od początku. W marcu mojej teściowej kończy się kontrakt. Kolejnego na pewno nie będzie, a przynajmniej nie w marcu - taka polityka zakładu pracy. Kolejny może być dopiero około czerwca. Po dokonaniu pewnych nieskomplikowanych obliczeń, wychodzi nam pi razy drzwi 3 miesiące przerwy między kontraktami. I to jest właśnie problematyczna kwestia. Co zrobi teściowa przez te 3 miesiące?
Wyjścia są dwa, ale wyboru między jednym wyjściem a drugim może nie być. Pierwsze wyjście - zostać i pracować 3 miesiące bez kontraktu. Z jednej strony dobre rozwiązanie, bo jest się cały czas na miejscu, ma się podgląd na to, co dzieje się w pracy, jak rysuje się sytuacja z dalszą pracą i co najważniejsze - jest źródło jakichś pieniędzy. Z drugiej zaś strony, jest to swego rodzaju ryzyko dla zakładu, bo jak ich ktoś przyszpili, że ludzie pracują bez umów, to będą mieli masę problemów i nieprzyjemności. Więc mogą kazać odgórnie zjechać do Polski.
I drugie wyjście - zjechać do Polski. I to jest problem dla mnie, dla nas? Moja teściowa jest dosyć specyficzną osobą i generalnie mam powody przypuszczać, że ma mnie i M. za dwójkę bałaganiarzy. Fakt, pedantyczni to my nie jesteśmy zdecydowanie, ale też bez przesady, że u nas w mieszkaniu to tylko syf, kiła wędrowniczka (choć oczami mojej teściowej pewnie tak właśnie wyobraża sobie co my tu w domu mamy). Oboje pracujemy, często mamy jeszcze coś dodatkowego po godzinach, a do tego szkoła w weekend i po prostu brakuje nam albo czasu albo siły na utrzymanie nienagannego porządku. Nie wiem czy udało mi się zaznaczyć tą różnicę postrzegania porządku przez nas i przez moją teściową - dla nas "roboczy bałagan" to jeszcze nie bałagan, dla niej - syf totalny.
I powiedzcie mi teraz, jak trójka ludzi o tak sprzecznych poglądach na podstawowe zasady życiowe ma w zgodzie przeżyć pod jednym dachem 3 miesiące? Ja zdecydowanie nie zamierzam poświęcać więcej czasu na sprzątanie, bo lada moment muszę zacząć na dobre pisać pracę magisterską, a w marcu i kolejnych miesiącach stadium pisania powinno być już wielce zaawansowane. M. też ma sporo obowiązków plus dosyć stresującą pracę, więc sprzątanie po 10 godzinach nerwówki to ostatnia rzecz, na którą ma ochotę.
Można pomyśleć, że teściowa zajmie się ładem w domu, bo przecież tutaj pracy raczej w tak krótkim czasie i na tak krótko nie znajdzie, ale musiałabym nie znać nas i jej, żeby wierzyć w to, że nie zostaniemy z M. zjebani (przepraszam za przekleństwa, ale wydaje mi się, że to akurat najtrafniejsze określenie) za bałaganiarstwo, niesprzątanie po sobie i ogólnie niechlujny tryb życia.
Co więcej, jesteśmy, a głównie ja jestem, na straconej pozycji, bo mieszkamy w jej mieszkaniu... A ta kwestia jednak stawia zdanie mojej teściowej ponad nami... Ogólnie rzecz biorąc jest to temat na odrębny post i prawdopodobnie rozmyślając głębiej nad tym wszystkim skuszę się na napisanie co mi tutaj na sercu leży.
A pomijając całkowicie kwestie porządku w domu, mam jeszcze jedno duże zastrzeżenie do tego wszystkiego. Intymność w związku. Niby rzecz oczywista, że jak dwoje ludzi się kocha, to okazują to sobie (mniej lub bardziej, ale zawsze jakoś), a od czasu do czasu chcieliby zostać sami i być tylko dla siebie - chyba wiecie co mam na myśli :) No i obecność mojej teściowej tutaj to ogromna przeszkoda, nie tylko do chwil we dwoje, ale też do zwykłego okazywania sobie uczuć. Podczas ostatniej wizyty u niej na Zachodzie zostaliśmy z M. poinformowani, że bardzo ją denerwuje jak ktoś się "migdali" i najlepiej żebyśmy się do siebie nie kleili, nie przytulali, nie misiowali, tygryskowali, kochaniowali i co tylko jeszcze można podciągnąć pod "migdalenie się". Rozumiem, że jak się patrzy na dwoje ludzi wymieniających się śliną aż po migdałki, to rzeczywiście nic przyjemnego, nie wspominając już o mistrzach migdalenia się na poziomie hard w miejscach publicznych, ale pomijając to - W T F ?! Żeby nie móc się przytulić, złapać za rękę, czy obejrzeć TV wieczorem leżąc w objęciach Ukochanego i to niby w domu? Tydzień niemigdalenia się podczas wizyty na Zachodzie dało się wytrzymać, zaległości nadrabialiśmy wieczorem w pokoju :))) ale tutaj mamy pokoje bezpośrednio przechodzące do siebie, dzielą je tylko drzwi, a przed nami wizja życia w ten sposób przez 3 miesiące. Praktycznie cały czas na cenzurze... To mnie naprawdę przeraża! Tak naprawdę nie będzie okazji, żebyśmy pobyli sami czy choćby porozmawiali sobie bez udziału osób trzecich... Załamuje mnie to...
Cały czas jeszcze liczę na to, że może uda się to rozegrać w ten sposób, żeby teściowa nie zjeżdżała na tak długo, ale ostatnio przedstawiła M. pomysł założenia haka w samochodzie, bo jak będzie zjeżdżać, to chce wszystko zabrać a przez 1,5 roku sporo się tego nazbierało i do samochodu się nie zmieści - niechaj będzie więc hak i przyczepka. Zabrzmiało jak dla mnie dosyć złowrogo. Nie jestem pewna czy M. w ogóle zdaje sobie sprawę z tego co się będzie działo, jak jego mama wróci. On pewnie na razie bardziej się cieszy z tego, że przestanie ich dzielić 1000km. Nie dziwię się, pewnie też bym się cieszyła, gdyby moi rodzice mieli wracać z tak daleka po tak długim czasie... Ale to już taki etap w życiu, że z rodzicami najlepiej żyje się na odległość - choćby niewielką, ale już nie pod jednym dachem. Układamy sobie swoje własne życie, a tu nagle wizja, że zagości w nim osoba trzecia, która poukłada nas sobie tak jak jej się podoba.
Mieszkania na ten czas nam się w ogóle nie opłaca szukać, bo fundusze na to nie pozwolą, poza tym - jak już szukać mieszkania, to na dłużej. Ale to też bez sensu, bo po co ma to mieszkanie stać potem puste, jak teściowa znów pojedzie na Zachód... Choć nie powiem, coraz częściej rozmyślam nad tym, żeby poszukać mieszkania, żebyśmy to my tam byli jedynymi gospodarzami, a nie żyli u kogoś, tak jak teraz... To był dobry wstęp w samodzielne mieszkanie, ale niebawem trzeba będzie zrobić krok do przodu - ale o tym w innym poście, bo to wciąż ten sam wątek, który ucięłam parę linijek wcześniej ;) Do tego dojdzie też kwestia telewizora, ale o tym też innym razem.
Z jednej strony lepiej byłoby o tym jeszcze teraz nie myśleć, jeszcze niby sporo czasu zostało do marca, ale też nie chcę się potem ocknąć, że będzie problem na tydzień przed przyjazdem teściowej... Ehh... Nie mam pomysłu na tą sytuację.
poniedziałek, 14 października 2013
Zakupy i bloglovin
Te żółknące liście na drzewach są naprawdę przygnębiające... A jak do tego dochodzi mżący, zimny deszcz i mgła, to już w ogóle porażka. Gorszy już jest tylko śnieg. Naprawdę nie lubię jesieni. Dni stają się zauważalnie krótsze, pogoda nie rozpieszcza, a temperatura z dnia na dzień zmusza do cieplejszego ubierania się.
Lato, wróć!
Pociesza mnie fakt, że jeśli nadal w tym tempie będzie mi leciał czas, to zaraz zastanie mnie wiosna :)
Mój M. powoli załamuje ręce na to moje włosomaniactwo... A ja wcale nie uważam, że przesadzam! Od całkiem dawna nie byłam na takich zakupach, aby kupować coś z myślą o sobie. Do tej pory po prostu nie było mnie na to stać. Dlatego też w ciągu ostatnich kilku dni "zaszalałam" - kupiłam sobie jedwab do włosów i suszarkę. Do tej pory używałam jedwabiu z Biosilku, ale ze względu na alkohol w składzie nie do końca zadowalały mnie efekty po nim (a raczej ich prawie-brak), ale jeszcze nie upadłam na głowę, żeby wyrzucić pół buteleczki kosmetyku tylko dlatego, że nie pomaga - ale na całe szczęście nie szkodził, więc starałam się go możliwie szybko zużyć ;) Ku mojemu zadowoleniu, buteleczka po jedwabiu została już prawie pusta, zatem poszłam po bandzie i kupiłam zachwalany przez wszystkich jedwab z Biovaxu - zobaczymy jakie cuda podziała na mojej czuprynce.
Druga rzecz - kupiłam sobie suszarkę ;) M. twierdzi, że oszalałam, bo jest suszarka w domu, a ja sobie kupiłam kolejną... Rzeczywiście, suszarka jest, ale nie jest moja. Należy do mamy M. i choć mam pozwolenie na używanie, to i tak rzadko korzystałam, ponieważ dmucha ona tylko ciepłym powietrzem, które nie jest zbyt korzystne dla włosów. A teraz mało, że mam swoją własną w końcu suszarkę, to jeszcze ma zimny nawiew :D
A tak z kompletnie innej beczki...
Postanowiłam oficjalnie ulokować swojego bloga na czymś takim, jak bloglovin. I tak tam był (do tej pory nie wiem czemu i jak się tam znalazł ;)), więc stwierdziłam, że zgłębię tajniki tego portalu. Jak na razie jestem pozytywnie zaskoczona - jeśli mogę kogokolwiek z Was tam wyszukać i dodać do obserwowanych, to mam od razu podgląd na Wasze najnowsze wpisy :) Ciekawa sprawa :)))
Lato, wróć!
Pociesza mnie fakt, że jeśli nadal w tym tempie będzie mi leciał czas, to zaraz zastanie mnie wiosna :)
Mój M. powoli załamuje ręce na to moje włosomaniactwo... A ja wcale nie uważam, że przesadzam! Od całkiem dawna nie byłam na takich zakupach, aby kupować coś z myślą o sobie. Do tej pory po prostu nie było mnie na to stać. Dlatego też w ciągu ostatnich kilku dni "zaszalałam" - kupiłam sobie jedwab do włosów i suszarkę. Do tej pory używałam jedwabiu z Biosilku, ale ze względu na alkohol w składzie nie do końca zadowalały mnie efekty po nim (a raczej ich prawie-brak), ale jeszcze nie upadłam na głowę, żeby wyrzucić pół buteleczki kosmetyku tylko dlatego, że nie pomaga - ale na całe szczęście nie szkodził, więc starałam się go możliwie szybko zużyć ;) Ku mojemu zadowoleniu, buteleczka po jedwabiu została już prawie pusta, zatem poszłam po bandzie i kupiłam zachwalany przez wszystkich jedwab z Biovaxu - zobaczymy jakie cuda podziała na mojej czuprynce.
Druga rzecz - kupiłam sobie suszarkę ;) M. twierdzi, że oszalałam, bo jest suszarka w domu, a ja sobie kupiłam kolejną... Rzeczywiście, suszarka jest, ale nie jest moja. Należy do mamy M. i choć mam pozwolenie na używanie, to i tak rzadko korzystałam, ponieważ dmucha ona tylko ciepłym powietrzem, które nie jest zbyt korzystne dla włosów. A teraz mało, że mam swoją własną w końcu suszarkę, to jeszcze ma zimny nawiew :D
A tak z kompletnie innej beczki...
Postanowiłam oficjalnie ulokować swojego bloga na czymś takim, jak bloglovin. I tak tam był (do tej pory nie wiem czemu i jak się tam znalazł ;)), więc stwierdziłam, że zgłębię tajniki tego portalu. Jak na razie jestem pozytywnie zaskoczona - jeśli mogę kogokolwiek z Was tam wyszukać i dodać do obserwowanych, to mam od razu podgląd na Wasze najnowsze wpisy :) Ciekawa sprawa :)))
poniedziałek, 7 października 2013
Liebster Blog
Dawno, naprawdę dawno nie brałam udziału w żadnych blogowych zabawach, już nawet nie pamiętam przez kogo i do czego byłam nominowana czy wciągnięta... Nie miałam do tego głowy i w zasadzie nadal nie mam, ale że moje szalone myśli nie dają mi ani nawet trochę spokoju, kołaczą się po głowie, niestety znów coraz częściej wbijając mnie z tych samych powodów w podły nastrój, postanowiłam skorzystać z zaproszenia Pikantnie Słodkiej do zabawy i oderwać się trochę od tego wszystkiego ;)
1. Czy wierzysz w sny?
Ostatnimi czasy jak najbardziej. Czasami się sprawdzają...
2. Ulubiony kolor samochodu.
Mój :) Czyli ciemny fiolet metallic ;)
3. Czy czujesz się seksowna?
No pewnie :)
4. Jedna cecha jaką uwielbiasz i za jaką zakochałaś się w swoim Partnerze.
Dużo rzeczy w nim uwielbiam, a czemu się zakochałam? Cóż, kocha się za nic i pomimo wszystko :)
5. Mój Partner to...
...uparciuch i indywidualista.
6. Czynność bez której nie zaczynasz nigdy dnia to...
...picie mocnej kawy. Im bliżej zimy, tym ciężej mi z picia przynajmniej kilku kaw dziennie zrezygnować...
7. Ulubiony zapach perfum to...
...Avonowe: Incandessence, Pur Blanca, Treselle, Today, Perceive
8. Jesteś romantyczką czy realistką?
Bardzo chciałabym być romantyczką, ale niestety stałam się realistką...
9. Kawa czarna czy z mlekiem?
Z mlekiem zdecydowanie :)
10. Czy lubisz jeździć samochodem? Lepiej jako kierowca czy pasażer?
Lubiłam bardzo, teraz jeżdżę raczej dlatego, że muszę. No chyba, że jest mi wyjątkowo smutno lub jestem zła, wtedy wsiadam i jadę...
Moje pytania:
1. Rozmowa przez telefon czy w cztery oczy?
2. Ulubiony sposób spędzania wieczoru?
3. Do jakiej części swojego ciała masz najwięcej zażaleń?
4. Mój blog to dla mnie...?
5. W jakim kolorze najlepiej się czujesz?
6. Spodnie czy spódnica?
7. Co Ci się w sobie najbardziej podoba?
8. Wymarzone wakacje w...?
9. Film akcji czy komedia?
10. Ulubione wspomnienie?
A do zabawy zapraszam Anonimową, Anelise, Kasię, Kolczastą, Alicję, Prostą Sprężynkę i każdego, kto ma ochotę wziąć udział i odpowiedzieć na powyższe pytania :)
środa, 2 października 2013
Dopadło mnie...
... włosomaniactwo :)
Post typowo babski i to też nie każdą kobietę będzie interesował, ale trudno - to mi akurat teraz zaprząta głowę, więc sobie o tym skrobnę słów kilka, a co :)
Odkąd postanowiłam po farbowaniu wrócić do swojego naturalnego koloru włosów, zaczęłam o nie również trochę bardziej dbać. Przyznam, że wyglądały tragicznie - mało, że po ciągłym farbowaniu (na szczęście na ciemniejszy kolor, nie były rozjaśniane), to jeszcze non stop prostownica w akcji, no i ten cały epizod z paleniem papierosów... Te wszystkie grzeszki bardzo nadszarpnęły kondycję moich włosów mimo, że ogólnie są dosyć wytrzymałe ;) Kiedy w końcu dotarło do mnie, że jak tak dalej będzie, to mi wszystkie włosy wypadną, i ogólnie załamałam się tymi zmasakrowanymi miotełkami na końcach włosów (były nie tyle porozdwajane, co końcówki po prostu dzieliły się na kilka części, np. 5...), postanowiłam ściąć te najbardziej poniszczone partie włosów i zapadła decyzja - koniec z farbowaniem. Ale z racji tego, że porządnie nagrzeszyłam, to i tak niewiele im to pomogło.
Tak sobie przez 3 lata walczyłam o poprawę kondycji włosów, ale efekt najdłużej utrzymywał się 2 miesiące - i na nowo się rozdwajały, niszczyły, łamały. Nie było na to mocnych. A ja coraz bardziej chciałam mieć ładne włosy - naturalnie.
W końcu trafiłam na początku tego roku na jakiś blog o pielęgnacji włosów. Dziewczyna bardzo fajnie opisywała na nim które kosmetyki są dobre i dlaczego, a dodatkowo ma obszerną wiedzę na temat pielęgnacji włosów, więc bardziej może dla zabawy, ale w komentarzu opisałam jej moje kudły i zapytałam jak mam o nie dbać. Słuchajcie - dostałam chyba najtrafniejszą odpowiedź w życiu :) Po tygodniu stosowania się do jej sugestii w moje włosy weszło nowe życie - i to bez podcinania czy zmiany kosmetyków. Oczywiście z czasem zaczęłam wymieniać też kosmetyki na te polecane przez nią i w efekcie wsiąkłam totalnie w to włosomaniactwo :)
Nie mam aż tak dużo kosmetyków do pielęgnacji włosów. Mam 2 szampony, 2 odżywki, olejek, jedwab i spray na rozczesywanie :) Ale cała otoczka stosowania ich i innych włosowych rutyn stało się moim sposobem na relaks. Nie wiem dlaczego, ale dbanie o włosy zaczęło mi sprawiać przyjemność, tym większą, że gołym okiem widać efekty. Olejowanie, mycie, odżywkowanie, zabezpieczanie końcówek - takie moje małe SPA dla włosów :)
A najbardziej cieszą mnie komplementy, które słyszę od innych dziewczyn. Wiecie chyba, że ubóstwiam brązowy kolor włosów. Ostatnio znów nachodzą mnie myśli, żeby sięgnąć po farbę i stać się znów prawdziwą szatynką (teraz ciężko jednoznacznie powiedzieć, czy mój kolor włosów to jeszcze bardzo ciemny blond, czy już jasny brąz :)), jednak pod uwagę biorę tylko farby naturalne dostępne tylko w aptekach... i drogie jak złoto :D Ale jak by na to nie patrzeć - to i tak jest jakaś ingerencja we włosy, to wciąż jest farbowanie. I kiedyś rozmawiałam z dziewczynami na uczelni na temat farbowania i powiedziałam, że kusi mnie znów się zafarbować, to usłyszałam, że ładnie by mi było w brązie, ale im by było szkoda niszczyć takie ładne włosy :)))) Nic tak człowieka nie podnosi na duchu, jak to, że ludzie zauważają efekty tego, o co się tak bardzo stara :)
Czy jest tu może jeszcze jakaś włosomaniaczka? ;-)
niedziela, 22 września 2013
Chciałam o wszystkim... a będzie o niczym ;)
Chciałabym móc przekazać tutaj to, co mi w głowie siedzi, ale chwilowo jest to tak zagmatwane, że sama tego nie ogarniam. Nawet nie potrafię określić, czy te wszystkie procesy myślowe zmierzają w dobrą stronę - "dobra strona" to w tym przypadku pojęcie bardzo względne. Aktualnie składam się z kilku całkowicie różnych osobowości, co sprawia, że czasami sama siebie nie poznaję. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że ani mnie to parzy, ani ziębi. Nie jest mi z tym ani dobrze, ani źle. Ciekawe co z tego wyjdzie...
Poza tym czas ucieka mi przez palce... Naprawdę, dopiero co wstaję rano i zrzędzę, że nie lubię poniedziałków (choć do pracy chodzić lubię ;) - pierwszy dowód na to, że jestem dziwna), a tu już piątek, potem liczę na odpoczynek w weekend - i nic z tego, bo trzeba coś, gdzieś i to już, i weekend mija, i znów poniedziałek... Dopiero co zaczęłam pracę, a tu jeszcze tylko miesiąc do końca pierwszej umowy i zaraz zacznie się stres, czy mi ją przedłużą... Wciąż wszystko wydaje mi się odległe, np. szkoła, a tu już właściwie koniec wakacji, bo w pierwszy weekend października zjazd, zlatuje pędem. Nie wiem jak to się dzieje, ale jeszcze nigdy czas tak szybko mi nie leciał. Z tego wszystkiego często mi się śnią pędzące pociągi ;)
To ma też dobre strony - nie mam czasu specjalnie rozmyślać nad życiem. Przy takim tempie życia zaczynam skupiać się tylko na sprawach bieżących. Odkąd pracuję, nie zdarzyło się, żebym wybiegała planami do przodu na więcej niż tydzień. Póki co nie widzę w tym minusów - takie prawdziwe carpe diem :)
U Was bywam niestety po cichu. Ciekawość co tam u Was jest silna, więc mimo braku czasu i tak do Was zaglądam, ale na komentowanie niestety już chwili nie mam. Nie lubię komentować dla samej zasady, a coś tam jednak w miarę sensownego chciałabym napisać, a o to ciężko, jak właściwie jedną ręką szykuję obiad, drugą już ubieram buty, bo gdzieś muszę wyjść, a zezem rozbieżnym czytuję blogi :) Fajnie to musi wyglądać :)) A jakbyście posłuchali M. jak na mnie krzyczy, że już jesteśmy spóźnieni, a ja w blogosferze :D Ehhh... Mam nadzieję, że się nie gniewacie...
Poza tym czas ucieka mi przez palce... Naprawdę, dopiero co wstaję rano i zrzędzę, że nie lubię poniedziałków (choć do pracy chodzić lubię ;) - pierwszy dowód na to, że jestem dziwna), a tu już piątek, potem liczę na odpoczynek w weekend - i nic z tego, bo trzeba coś, gdzieś i to już, i weekend mija, i znów poniedziałek... Dopiero co zaczęłam pracę, a tu jeszcze tylko miesiąc do końca pierwszej umowy i zaraz zacznie się stres, czy mi ją przedłużą... Wciąż wszystko wydaje mi się odległe, np. szkoła, a tu już właściwie koniec wakacji, bo w pierwszy weekend października zjazd, zlatuje pędem. Nie wiem jak to się dzieje, ale jeszcze nigdy czas tak szybko mi nie leciał. Z tego wszystkiego często mi się śnią pędzące pociągi ;)
Pociąg lub kolej żelazna to jeden z najważniejszych symboli sennych, w którym odzwierciedla się przede wszystkim nastawienie do życia, doświadczenia, motywacje, wartości i cele. Sugeruje to lepsze poznanie siebie.
widzieć pędzący pociąg: zmiany
źródło: http://www.sennik.biz/sennik-pociag/
To ma też dobre strony - nie mam czasu specjalnie rozmyślać nad życiem. Przy takim tempie życia zaczynam skupiać się tylko na sprawach bieżących. Odkąd pracuję, nie zdarzyło się, żebym wybiegała planami do przodu na więcej niż tydzień. Póki co nie widzę w tym minusów - takie prawdziwe carpe diem :)
U Was bywam niestety po cichu. Ciekawość co tam u Was jest silna, więc mimo braku czasu i tak do Was zaglądam, ale na komentowanie niestety już chwili nie mam. Nie lubię komentować dla samej zasady, a coś tam jednak w miarę sensownego chciałabym napisać, a o to ciężko, jak właściwie jedną ręką szykuję obiad, drugą już ubieram buty, bo gdzieś muszę wyjść, a zezem rozbieżnym czytuję blogi :) Fajnie to musi wyglądać :)) A jakbyście posłuchali M. jak na mnie krzyczy, że już jesteśmy spóźnieni, a ja w blogosferze :D Ehhh... Mam nadzieję, że się nie gniewacie...
niedziela, 15 września 2013
Update + las :)
Trochę milczałam, ale chwilowo prowadzę dosyć intensywny i zabiegany tryb życia i po prostu się nie złożyło na przebywanie w wirtualnym świecie. A przez te wszystkie zamieszania i małą ilość wolnego czasu uciekła mi wena :) I choć miałabym na pewno o czym pisać, to zwyczajnie brak mi pomysłu na ubranie tego chociaż w sensowne (już nie mówiąc o tym, że w miłe do czytania) zdania... Ale postaram się w skrócie przedstawić co ważniejsze informacje.
Pierwsza fajna sprawa - jest wypłata :) I moja i eMowa, więc może niekoniecznie hulaj dusza - piekła nie ma, ale nareszcie zaświeciło nad nami światełko :) Nawet nie wiecie ile radości sprawia kupienie sobie jogurtów straciatella bez kalkulowania, że za ich cenę miałabym np. chleb i pasztet... Ach, nie wracajmy do tego. Skupiam się na tym, co jest teraz :)
Jeśli już mowa o pozytywach, to już chyba kiedyś wspominałam, że mój laptop istniał, ale już prawie w dwóch częściach, a nie ma lekko - trzeba będzie zacząć pisać pracę magisterską. M. załatwiał w środę jakieś interesy, fuchy - nie ważne, ważne jest to, że podbiegł nagle do mnie czekającej na niego w samochodzie z nowiutkim ultrabookiem w ręce. Matko, piękny i nieźle wyposażony - tylko przecież nie mam aż tyle gotówki wolnej do wydania (bo niestety jedyną opcją była gotówka i to najlepiej na już). Nic to, zabrał go, po chwili wrócił i ruszyliśmy dalej w trasę za sprawami do załatwienia. Na naszej trasie był również mój dom rodzinny, więc w niedługim czasie siedziałam u siebie w domu, gawędząc sobie z mamą. Temat zszedł na studia, i mimowolnie na mojego biednego laptopa, i nie wiem co mnie podkusiło, ale powiedziałam, że M. znalazł mi idealne zastępstwo dla niego, tylko nie mam aż tyle kasy na zaraz, żeby go kupić. Nie wierzyłam w to, co usłyszałam - mama powiedziała, że pożyczy mi pieniądze na laptopa, a ja sobie na spokojnie będę co miesiąc oddawać! W ciągu dwóch godzin miałam rozeznanie rynkowe czy aby na pewno warto kupować tego notebooka za tą cenę (okazało się, że to grosze, bo laptop jest wart minimum 3, a w większości sklepów nawet do 5 tysięcy) i czy ma dobre podzespoły. Okazało się, że "za" kupnem przemawia o wiele więcej rzeczy, niż "przeciw", a na drugi dzień, w czwartek, laptop był już u mnie :) Tego posta piszę już na moim nowiutkim ultrabooku :))))
Powiem Wam, że mój zakup laptopa bardzo ruszył moją siostrę i jej "narzeczonego". My się z siostrą naprawdę lubimy i kochamy, ale między nami istnieje pewnego rodzaju rywalizacja. Nawet nie podeszła, żeby zobaczyć mój nowy nabytek. M. postanowił im dopiec (widzi przecież co się dzieje i jak ja wszystko przeżywam) i sam poszedł im pokazywać mojego nowiutkiego laptopa. Ponoć miny mieli nietęgie... Zawsze to moja siostra chwaliła mi się coraz to nowszymi ciuszkami, biżuterią od narzeczonego i co tylko, a ten jej gach dopiekał nam poruszając tematy ślubu, a tu zonk - teraz STAĆ MNIE na taki zajebisty sprzęt... Z jednej strony się cieszę, że pokazałam im, że mam pieniądze, i że ich dotychczasowe zagrywki przestają na mnie robić wrażenie, ale z drugiej strony - tak, wracam na stare tory - wolałabym im dopiec pierścionkiem zaręczynowym...
Dobra, chciałam w ogóle nie wchodzić na temat mojej siostry, ale nie wyszło ;)
Pamiętacie posty, gdzie pisałam o tym, jak drę koty z moją mamą? Ostatnio, od nie pamiętam kiedy, mama sama podeszła do mnie, domyślam się, że z racji bycia blisko, moja siostra i ten jej K. wszystko słyszeli, i powiedziała mi, że jest ze mnie DUMNA, że potrafię sobie poradzić w życiu i cieszy się, że ma taką mądrą i samodzielną córkę. Normalnie szok, ale cieszę się, że ktoś docenia te moje wszystkie postępy, które małymi kroczkami robię. I to jeszcze kto - moja mama :D
W poprzedniej notce pisałam o wypadzie na grzyby, ale jednak nic nam z tego nie wyszło. Za to pojechaliśmy tydzień później :) Grzybów co prawda nie było zbyt wiele, bo jednak było dosyć sucho (a ja jestem wyjątkowo ślepa), ale przynajmniej pochodziłam sobie po lesie, ciesząc się spokojem i rześkością poranka :) Podzielę się z Wami widokami, jakimi cieszyłam oko :))
Zdjęcia robiłam telefonem, więc jakością nie grzeszą, ale mam nadzieję, że mimo to chociaż trochę oddają magię poranka w lesie ;)
Chciałam zrobić krótki update z ostatnich dni, a wyszedł mi mały felieton :D chyba wena wraca :)
Pierwsza fajna sprawa - jest wypłata :) I moja i eMowa, więc może niekoniecznie hulaj dusza - piekła nie ma, ale nareszcie zaświeciło nad nami światełko :) Nawet nie wiecie ile radości sprawia kupienie sobie jogurtów straciatella bez kalkulowania, że za ich cenę miałabym np. chleb i pasztet... Ach, nie wracajmy do tego. Skupiam się na tym, co jest teraz :)
Jeśli już mowa o pozytywach, to już chyba kiedyś wspominałam, że mój laptop istniał, ale już prawie w dwóch częściach, a nie ma lekko - trzeba będzie zacząć pisać pracę magisterską. M. załatwiał w środę jakieś interesy, fuchy - nie ważne, ważne jest to, że podbiegł nagle do mnie czekającej na niego w samochodzie z nowiutkim ultrabookiem w ręce. Matko, piękny i nieźle wyposażony - tylko przecież nie mam aż tyle gotówki wolnej do wydania (bo niestety jedyną opcją była gotówka i to najlepiej na już). Nic to, zabrał go, po chwili wrócił i ruszyliśmy dalej w trasę za sprawami do załatwienia. Na naszej trasie był również mój dom rodzinny, więc w niedługim czasie siedziałam u siebie w domu, gawędząc sobie z mamą. Temat zszedł na studia, i mimowolnie na mojego biednego laptopa, i nie wiem co mnie podkusiło, ale powiedziałam, że M. znalazł mi idealne zastępstwo dla niego, tylko nie mam aż tyle kasy na zaraz, żeby go kupić. Nie wierzyłam w to, co usłyszałam - mama powiedziała, że pożyczy mi pieniądze na laptopa, a ja sobie na spokojnie będę co miesiąc oddawać! W ciągu dwóch godzin miałam rozeznanie rynkowe czy aby na pewno warto kupować tego notebooka za tą cenę (okazało się, że to grosze, bo laptop jest wart minimum 3, a w większości sklepów nawet do 5 tysięcy) i czy ma dobre podzespoły. Okazało się, że "za" kupnem przemawia o wiele więcej rzeczy, niż "przeciw", a na drugi dzień, w czwartek, laptop był już u mnie :) Tego posta piszę już na moim nowiutkim ultrabooku :))))
Powiem Wam, że mój zakup laptopa bardzo ruszył moją siostrę i jej "narzeczonego". My się z siostrą naprawdę lubimy i kochamy, ale między nami istnieje pewnego rodzaju rywalizacja. Nawet nie podeszła, żeby zobaczyć mój nowy nabytek. M. postanowił im dopiec (widzi przecież co się dzieje i jak ja wszystko przeżywam) i sam poszedł im pokazywać mojego nowiutkiego laptopa. Ponoć miny mieli nietęgie... Zawsze to moja siostra chwaliła mi się coraz to nowszymi ciuszkami, biżuterią od narzeczonego i co tylko, a ten jej gach dopiekał nam poruszając tematy ślubu, a tu zonk - teraz STAĆ MNIE na taki zajebisty sprzęt... Z jednej strony się cieszę, że pokazałam im, że mam pieniądze, i że ich dotychczasowe zagrywki przestają na mnie robić wrażenie, ale z drugiej strony - tak, wracam na stare tory - wolałabym im dopiec pierścionkiem zaręczynowym...
Dobra, chciałam w ogóle nie wchodzić na temat mojej siostry, ale nie wyszło ;)
Pamiętacie posty, gdzie pisałam o tym, jak drę koty z moją mamą? Ostatnio, od nie pamiętam kiedy, mama sama podeszła do mnie, domyślam się, że z racji bycia blisko, moja siostra i ten jej K. wszystko słyszeli, i powiedziała mi, że jest ze mnie DUMNA, że potrafię sobie poradzić w życiu i cieszy się, że ma taką mądrą i samodzielną córkę. Normalnie szok, ale cieszę się, że ktoś docenia te moje wszystkie postępy, które małymi kroczkami robię. I to jeszcze kto - moja mama :D
W poprzedniej notce pisałam o wypadzie na grzyby, ale jednak nic nam z tego nie wyszło. Za to pojechaliśmy tydzień później :) Grzybów co prawda nie było zbyt wiele, bo jednak było dosyć sucho (a ja jestem wyjątkowo ślepa), ale przynajmniej pochodziłam sobie po lesie, ciesząc się spokojem i rześkością poranka :) Podzielę się z Wami widokami, jakimi cieszyłam oko :))
Zdjęcia robiłam telefonem, więc jakością nie grzeszą, ale mam nadzieję, że mimo to chociaż trochę oddają magię poranka w lesie ;)
Chciałam zrobić krótki update z ostatnich dni, a wyszedł mi mały felieton :D chyba wena wraca :)
sobota, 31 sierpnia 2013
Na +
Może jednak kiedyś będę szczęśliwa. Może po prostu ostatnie
wydarzenia miały nauczyć mnie, że w dorosłym życiu nie raz trzeba
stawiać czoła własnym słabościom lub przeciwnościom losu, przyjąć
wszystko na klatę, nie dać się złamać i iść dalej. Jeśli tylko uda mi
się zachować tą pracę, w której wydaje mi się jest coraz lepiej, to
może nareszcie będę mogła uformować swoje życie tak jak mi się podoba.
Po wstępnych analizach naszych finansów w nadchodzącym miesiącu nabrałam mega dużo optymizmu. Mimo, że będziemy musieli oddać wszystkie długi, które musieliśmy pozaciągać*, to i tak zostanie nam całkiem sporo kasy - wystarczy nawet na weterynarza dla psa, którego odkładamy od stycznia z powodu braku funduszy... I może nawet pójdę do fryzjera! :D
Niestety, nie potrafię się przemóc i zamiast przeżywać ślub mojej siostry - pomóc jej w przygotowaniach. Póki co, to jest nadal bolący temat, może kiedy w kwestii finansów odbijemy się na porządnie, to jakoś to zaakceptuję. Na razie nie daję rady - kiedy ja muszę wyliczać wszystko co do grosza, żeby mieć co jeść, oni trwonią pieniądze na prawo i lewo, a w dodatku jeszcze będą się chajtać - gdzie to moje marzenie i jest dla mnie tak samo nierealne, jak lot w kosmos. Niektórzy powinni wiedzieć, że bólu psychicznego najtrudniej się pozbyć - czegokolwiek by nie dotyczył, psychika jest wyjątkowo ciężka w rekonwalescencji. Potrzebuję jakiegoś mega pozytywnego bodźca, żeby z tego wyjść, choć i tak jest fajnie, że przestałam lecieć w dół i powoli idę już ku górze, ku lepszemu.
Z
przyjemniejszych rzeczy - może uda nam się jutro pojechać na grzyby :)
Lubię chodzić po lesie, najlepiej sama, wsłuchiwać się w odgłosy natury i
relaksować się każdym marznącym od rześkiego powietrza i wilgoci
skrawkiem mojego ciała, chłonąc ten cały spokój i równowagę... A jeszcze
jak do tego dojdzie satysfakcja ze znalezienia kilku pięknych grzybków, to już w ogóle rewelacja :))
Oby wypaliło ;)
Oprócz tego humor sukcesywnie poprawia mi mój Ukochany. Ostatnio jest dla mnie wyjątkowo dobry, choć ja daję mu nieźle popalić, a to humorami, a to nerwowością - on to dzielnie znosi, i choć zdarza się, że już traci do mnie cierpliwość, to stara się mimo wszystko, żebym się chociaż na chwilę uśmiechnęła. Kochany jest, naprawdę :)
* Oczywiście, w myśl zasady, że ja już po prostu mam taki urok, że muszę mieć wiatr w oczy, wpadłam w długi. Nie pisałam o tym wcześniej, bo już po prostu miałam dosyć skupiania się na moich kolejnych porażkach... Pechowo tak się złożyło, że akurat w sierpniu, kiedy dostałam pracę, ale wypłaty jeszcze nie, wyszedł mi przegląd w samochodzie, skończyła się polisa OC i na amen popsuł się akumulator, w efekcie czego zadłużyłam się na około 800 zł. Niestety pracuję dosyć daleko od miejsca zamieszkania (choć w dużych miastach taka odległość do pracy to norma, u mnie rodzi się problem z dojazdem, bo komunikacja miejska kuleje w takich przypadkach i konieczny jest transport własny). Pół wypłaty zatem pójdzie na oddanie długów, bo choć jestem wdzięczna rodzinie, że bez problemu poratowali mnie taką kwotą, to jednak nie cierpię mieć u ludzi długów, i choćby nie wiem co, to muszę im kasę oddać, bo nie zasnę spokojnie!
Choć wrzesień od zawsze był przeze mnie mało lubiany, to mam ogromną nadzieję, że w tym roku przyniesie same pozytywy!
Po wstępnych analizach naszych finansów w nadchodzącym miesiącu nabrałam mega dużo optymizmu. Mimo, że będziemy musieli oddać wszystkie długi, które musieliśmy pozaciągać*, to i tak zostanie nam całkiem sporo kasy - wystarczy nawet na weterynarza dla psa, którego odkładamy od stycznia z powodu braku funduszy... I może nawet pójdę do fryzjera! :D
Niestety, nie potrafię się przemóc i zamiast przeżywać ślub mojej siostry - pomóc jej w przygotowaniach. Póki co, to jest nadal bolący temat, może kiedy w kwestii finansów odbijemy się na porządnie, to jakoś to zaakceptuję. Na razie nie daję rady - kiedy ja muszę wyliczać wszystko co do grosza, żeby mieć co jeść, oni trwonią pieniądze na prawo i lewo, a w dodatku jeszcze będą się chajtać - gdzie to moje marzenie i jest dla mnie tak samo nierealne, jak lot w kosmos. Niektórzy powinni wiedzieć, że bólu psychicznego najtrudniej się pozbyć - czegokolwiek by nie dotyczył, psychika jest wyjątkowo ciężka w rekonwalescencji. Potrzebuję jakiegoś mega pozytywnego bodźca, żeby z tego wyjść, choć i tak jest fajnie, że przestałam lecieć w dół i powoli idę już ku górze, ku lepszemu.
Z
przyjemniejszych rzeczy - może uda nam się jutro pojechać na grzyby :)
Lubię chodzić po lesie, najlepiej sama, wsłuchiwać się w odgłosy natury i
relaksować się każdym marznącym od rześkiego powietrza i wilgoci
skrawkiem mojego ciała, chłonąc ten cały spokój i równowagę... A jeszcze
jak do tego dojdzie satysfakcja ze znalezienia kilku pięknych grzybków, to już w ogóle rewelacja :))Oby wypaliło ;)
Oprócz tego humor sukcesywnie poprawia mi mój Ukochany. Ostatnio jest dla mnie wyjątkowo dobry, choć ja daję mu nieźle popalić, a to humorami, a to nerwowością - on to dzielnie znosi, i choć zdarza się, że już traci do mnie cierpliwość, to stara się mimo wszystko, żebym się chociaż na chwilę uśmiechnęła. Kochany jest, naprawdę :)
* Oczywiście, w myśl zasady, że ja już po prostu mam taki urok, że muszę mieć wiatr w oczy, wpadłam w długi. Nie pisałam o tym wcześniej, bo już po prostu miałam dosyć skupiania się na moich kolejnych porażkach... Pechowo tak się złożyło, że akurat w sierpniu, kiedy dostałam pracę, ale wypłaty jeszcze nie, wyszedł mi przegląd w samochodzie, skończyła się polisa OC i na amen popsuł się akumulator, w efekcie czego zadłużyłam się na około 800 zł. Niestety pracuję dosyć daleko od miejsca zamieszkania (choć w dużych miastach taka odległość do pracy to norma, u mnie rodzi się problem z dojazdem, bo komunikacja miejska kuleje w takich przypadkach i konieczny jest transport własny). Pół wypłaty zatem pójdzie na oddanie długów, bo choć jestem wdzięczna rodzinie, że bez problemu poratowali mnie taką kwotą, to jednak nie cierpię mieć u ludzi długów, i choćby nie wiem co, to muszę im kasę oddać, bo nie zasnę spokojnie!
Choć wrzesień od zawsze był przeze mnie mało lubiany, to mam ogromną nadzieję, że w tym roku przyniesie same pozytywy!
poniedziałek, 26 sierpnia 2013
Czego wciąż mi brak?
I po weekendzie... Jak zwykle był za krótki, ale nawet w miarę przyjemny. Czemu w miarę?
Widzieliście w poprzednim poście, że staram się cieszyć tym co mam i nawet najdrobniejszymi odchyłami na plus od codzienności. Nawet mi to wychodzi, ale zawsze musi być coś, co mi cały misterny plan i skrawki silnej woli rozwali...
Moją czerwcową notkę, gdzie wylałam wszystkie swoje smutki i żale chyba już każdy zna. Widzę po statystykach, że wciąż jest czytywana przez Was. Od czerwca staram się ustabilizować psychicznie i uodpornić na ślubne przygotowania mojej siostry. Moim największym sukcesem jak dotąd było niemyślenie o tym. Może niezbyt mądre i skuteczne, ale pozwoliło mi przeżyć prawie 2 miesiące. Aż do tego weekendu...
Siedzieliśmy sobie rodzinnie przy grillu, przeróżne tematy przy tym poruszając. Dywagacje, mniej lub bardziej mądre (częściej mniej), trzymały się generalnie takich pól, które dla wszystkich były neutralne albo przyjemne. Aż w końcu, mój przyszły niedoszły szwagier wyrwał się jak guma z majtek (dosłownie, bo nie wiem jak inaczej określić sytuację, gdzie wszyscy rozprawiają załóżmy o kupnie nowego, większego i praktyczniejszego grilla na kolejny sezon, a ten się wyrywa na zupełnie inny temat i nie pozwala rozmowie wrócić na poprzedni tor mimo, że nikogo zarzucona kwestia specjalnie nie zafascynowała), które obrączki bardziej podobają się mojej matce. Mama odpowiedziała które i towarzystwo wrzuciło na tapetę nowy temat, a ten za chwilę znowu o obrączkach, że jemu te też podobają się bardziej, a w dodatku grawer mają w cenie, itp.
Byłam po piwie, to też mój poziom ignorancji był dość wysoki, ale nigdy stężenie procentowe długo się mnie nie trzyma... Po powrocie do domu nie mogłam sobie znaleźć miejsca, znów to wszystko wróciło... Może za wyjątkiem wątku mojej przyszłej (mam nadzieję) teściowej, bo to już sobie z M. wyjaśniliśmy, że w ogóle temat jej nie dotyczy. Ale wrócił ten cały żal...
Naprawdę nie dociera do mnie, że oni się nawzajem bardziej denerwują niż lubią, ale skoro trochę ze sobą są, to chyba do siebie przywykli, a ślub biorą ze względu na mieszkanie, które mają dostać po ślubie od dziadków K. To nie jest ważne, przynajmniej dla mnie. Ja widzę tylko tyle, znów tyle, że to są moje marzenia, które spełnia ktoś inny...
Jeszcze trochę wytrzymam. Mam pracę, w końcu wyjdziemy z dołka finansowego. Do tego czasu wytrzymam. Ale co będzie potem...
Widzieliście w poprzednim poście, że staram się cieszyć tym co mam i nawet najdrobniejszymi odchyłami na plus od codzienności. Nawet mi to wychodzi, ale zawsze musi być coś, co mi cały misterny plan i skrawki silnej woli rozwali...
Moją czerwcową notkę, gdzie wylałam wszystkie swoje smutki i żale chyba już każdy zna. Widzę po statystykach, że wciąż jest czytywana przez Was. Od czerwca staram się ustabilizować psychicznie i uodpornić na ślubne przygotowania mojej siostry. Moim największym sukcesem jak dotąd było niemyślenie o tym. Może niezbyt mądre i skuteczne, ale pozwoliło mi przeżyć prawie 2 miesiące. Aż do tego weekendu...
Siedzieliśmy sobie rodzinnie przy grillu, przeróżne tematy przy tym poruszając. Dywagacje, mniej lub bardziej mądre (częściej mniej), trzymały się generalnie takich pól, które dla wszystkich były neutralne albo przyjemne. Aż w końcu, mój przyszły niedoszły szwagier wyrwał się jak guma z majtek (dosłownie, bo nie wiem jak inaczej określić sytuację, gdzie wszyscy rozprawiają załóżmy o kupnie nowego, większego i praktyczniejszego grilla na kolejny sezon, a ten się wyrywa na zupełnie inny temat i nie pozwala rozmowie wrócić na poprzedni tor mimo, że nikogo zarzucona kwestia specjalnie nie zafascynowała), które obrączki bardziej podobają się mojej matce. Mama odpowiedziała które i towarzystwo wrzuciło na tapetę nowy temat, a ten za chwilę znowu o obrączkach, że jemu te też podobają się bardziej, a w dodatku grawer mają w cenie, itp.
Byłam po piwie, to też mój poziom ignorancji był dość wysoki, ale nigdy stężenie procentowe długo się mnie nie trzyma... Po powrocie do domu nie mogłam sobie znaleźć miejsca, znów to wszystko wróciło... Może za wyjątkiem wątku mojej przyszłej (mam nadzieję) teściowej, bo to już sobie z M. wyjaśniliśmy, że w ogóle temat jej nie dotyczy. Ale wrócił ten cały żal...
Naprawdę nie dociera do mnie, że oni się nawzajem bardziej denerwują niż lubią, ale skoro trochę ze sobą są, to chyba do siebie przywykli, a ślub biorą ze względu na mieszkanie, które mają dostać po ślubie od dziadków K. To nie jest ważne, przynajmniej dla mnie. Ja widzę tylko tyle, znów tyle, że to są moje marzenia, które spełnia ktoś inny...
Jeszcze trochę wytrzymam. Mam pracę, w końcu wyjdziemy z dołka finansowego. Do tego czasu wytrzymam. Ale co będzie potem...
środa, 21 sierpnia 2013
Tak by mogło być.
Wróciłam do domu. W średnim nastroju, ale to mało istotne. Drzwi otworzył mi Ukochany. Po całym dniu mogłam się w niego wtulić i zostawić cały dzień za sobą. Mega przyjemnie. Potem Kochany poskromił ogarniające mnie lenistwo, "zmusił" mnie do małego ogarnięcia mieszkania, sam w tym czasie zrobił pyszny obiadek. Jak miło usiąść sobie z lampką domowego winka, w piżamce, przy filmie ze swoim facetem :))
To całkiem drobna uciecha dnia codziennego, a sprawia tyle radości...
Mogłoby tak być częściej.
To całkiem drobna uciecha dnia codziennego, a sprawia tyle radości...
Mogłoby tak być częściej.
piątek, 16 sierpnia 2013
List do Julii
Droga Julio!
Ostatnio żyję w świecie marzeń. Rzeczywistość jest tak bardzo różna od mojego wymarzonego świata... W moim świecie mam pracę, mam kochającego mężczyznę, mam rodzinę, dzieci, szczęśliwy dom i bliskich. A tu? W tym szarym świecie powoli kolekcjonuję pogubione elementy tej mojej układanki, ale jak tylko znajdę jakiś element, to ten poprzednio odnaleziony gubię... Mam wrażenie, że nigdy nie posklejam tego w całość. To syzyfowa praca...
Nie było pracy, ale był Ukochany u boku, jest praca, to zaczynają się nowe zgrzyty między nami, babcia choruje i to poważnie, wciąż stąpam ze wszystkim po bardzo kruchym lodzie... Ja już nie mam na to siły. Wiem, że życie potrafi na człowieka zrzucić znacznie więcej trosk, ale litości, czemu ja nie mogę zaznać jakiejś stabilizacji? Zwykłej, najzwyklejszej, najprostszej stabilizacji?
To absolutnie nie jest zazdrość. Mnie się już po prostu serce kraje a oczy same zaczynają płakać, jak Facebook czy inne źródła informują mnie o kolejnych ślubach czy innych sukcesach moich znajomych. A ja się boję własnych uciech. Już wiem, że pojawiają się tylko po to, żeby zaraz siać spustoszenie w mojej psychice... To chyba jest jakieś fatum. Zaczynam się bać bycia szczęśliwą. Jak tylko odniosę jakiś sukces, to coś innego zaczyna się sypać. Już nie chcę tu być, wolę mój świat...
Gdyby tylko istniała jakaś recepta na udane życie... Niektórzy mają wszystko - kochającą się rodzinę, pieniądze, zdrowie, a niektórzy nie mają nic, a jeszcze z innymi los bawi się w kotka i myszkę - to Ci dam, a to zabiorę - to jest sprawiedliwość? Czy to ze mną jest coś nie tak, czy ze światem dookoła?
Idę oczami wyobraźni usiąść z mężem w przydomowym ogródku, ciesząc się wolnym popołudniem... Niebawem już nikt mnie nie wyciągnie z tego mojego wyimaginowanego świata, nie mam sił na codzienność.
Julio, pomóż...
Ostatnio żyję w świecie marzeń. Rzeczywistość jest tak bardzo różna od mojego wymarzonego świata... W moim świecie mam pracę, mam kochającego mężczyznę, mam rodzinę, dzieci, szczęśliwy dom i bliskich. A tu? W tym szarym świecie powoli kolekcjonuję pogubione elementy tej mojej układanki, ale jak tylko znajdę jakiś element, to ten poprzednio odnaleziony gubię... Mam wrażenie, że nigdy nie posklejam tego w całość. To syzyfowa praca...
Nie było pracy, ale był Ukochany u boku, jest praca, to zaczynają się nowe zgrzyty między nami, babcia choruje i to poważnie, wciąż stąpam ze wszystkim po bardzo kruchym lodzie... Ja już nie mam na to siły. Wiem, że życie potrafi na człowieka zrzucić znacznie więcej trosk, ale litości, czemu ja nie mogę zaznać jakiejś stabilizacji? Zwykłej, najzwyklejszej, najprostszej stabilizacji?
To absolutnie nie jest zazdrość. Mnie się już po prostu serce kraje a oczy same zaczynają płakać, jak Facebook czy inne źródła informują mnie o kolejnych ślubach czy innych sukcesach moich znajomych. A ja się boję własnych uciech. Już wiem, że pojawiają się tylko po to, żeby zaraz siać spustoszenie w mojej psychice... To chyba jest jakieś fatum. Zaczynam się bać bycia szczęśliwą. Jak tylko odniosę jakiś sukces, to coś innego zaczyna się sypać. Już nie chcę tu być, wolę mój świat...
Gdyby tylko istniała jakaś recepta na udane życie... Niektórzy mają wszystko - kochającą się rodzinę, pieniądze, zdrowie, a niektórzy nie mają nic, a jeszcze z innymi los bawi się w kotka i myszkę - to Ci dam, a to zabiorę - to jest sprawiedliwość? Czy to ze mną jest coś nie tak, czy ze światem dookoła?
Idę oczami wyobraźni usiąść z mężem w przydomowym ogródku, ciesząc się wolnym popołudniem... Niebawem już nikt mnie nie wyciągnie z tego mojego wyimaginowanego świata, nie mam sił na codzienność.
Julio, pomóż...
poniedziałek, 5 sierpnia 2013
Czyżby nareszcie światełko?
Tylko niestety tych światełek było już naprawdę wiele, a potem za każdym razem kończyło się porażką. Boże, tak strasznie chciałabym, żeby to nie był sen, że naprawdę dostałam dobrze płatną pracę na cały etat w przyjaznej firmie, i że już więcej nie będę miała dylematu co zrobić z ostatnią dychą na życie w połowie miesiąca... Tak strasznie się boję, że to zniknie jak bańka mydlana, bo naprawdę złapałam Pana Boga za nogi i błagam, żeby tak zostało.
Może w końcu to życie, którym żyję stanie się nareszcie moje, bo to co było do tej pory... to nie było życie. Gdyby nie to, że M. był obok, to już dawno bym się poddała.
Obiecuję tu wrócić, jak tylko mój poziom optymizmu i entuzjazmu się unormuje, co pewnie nastąpi po pierwszej wypłacie. A do tego czasu sobie i Wam życzę mnóstwo szczęścia. I bardzo dziękuję, że o mnie pamiętacie, szczególnie wtedy, kiedy ja bywam u Was cichaczem (bo jest sukces - bywam u Was :))
P.S. do poprzedniego posta i Waszych komentarzy - na kasjerkę do supermarketu się moje drogie nie nadaję, bo po pierwsze primo - za wysokie wykształcenie, a po drugie primo - jestem pełnosprawnym człowiekiem, a bez orzeczenia o niepełnosprawności w moim mieście nie ma szans robić kariery w supermarkecie. A i na telemarketera wymagają roku doświadczenia na podobnym stanowisku. To jest paranoja, wcale nie jest to zabawne, choć chciałabym, żebyśmy się z tego za parę lat śmiali.
Do przeczytania!
Może w końcu to życie, którym żyję stanie się nareszcie moje, bo to co było do tej pory... to nie było życie. Gdyby nie to, że M. był obok, to już dawno bym się poddała.
Obiecuję tu wrócić, jak tylko mój poziom optymizmu i entuzjazmu się unormuje, co pewnie nastąpi po pierwszej wypłacie. A do tego czasu sobie i Wam życzę mnóstwo szczęścia. I bardzo dziękuję, że o mnie pamiętacie, szczególnie wtedy, kiedy ja bywam u Was cichaczem (bo jest sukces - bywam u Was :))
P.S. do poprzedniego posta i Waszych komentarzy - na kasjerkę do supermarketu się moje drogie nie nadaję, bo po pierwsze primo - za wysokie wykształcenie, a po drugie primo - jestem pełnosprawnym człowiekiem, a bez orzeczenia o niepełnosprawności w moim mieście nie ma szans robić kariery w supermarkecie. A i na telemarketera wymagają roku doświadczenia na podobnym stanowisku. To jest paranoja, wcale nie jest to zabawne, choć chciałabym, żebyśmy się z tego za parę lat śmiali.
Do przeczytania!
wtorek, 23 lipca 2013
Nie jest kolorowo.
Na samym wstępie chciałabym Was przeprosić za tą ciszę z mojej strony... Po prostu ostatnio nie składało mi się wcale ani na odwiedzanie mojego/Waszych blogów, ani tym bardziej na pisanie...
Co do poprzedniego posta - cóż, nadal mnie to boli i jeszcze długo będzie bolało, że to moja siostra wychodzi za mąż, a nie ja, ale przygryzam wargi i idę dalej, bo cóż ja mogę, kiedy nie mam pracy, a na życie zostało mi zaledwie 10zł. Coraz częściej ostatnio kłócimy się przez to z M., bo nie stać nas na zwyczajne codzienne życie, a gdzie tu jakieś plany...
Wysyłam miliony CV w setki różnych miejsc, w niektóre i po kilka razy, ale jak na razie (już przeszło 2 miesiące) bez efektu. Pracy nie ma, pieniędzy nie ma, dziwne, że jeszcze nie mam myśli samobójczych. Ale w obecnej sytuacji to już chyba kwestia czasu. Rozumiem, że da się żyć bez fanaberii, słodyczy czy rozrywek. Ale że bez przysłowiowego chleba?... Naprawdę nie jest kolorowo.
I właśnie dostałam sms od operatora mojej sieci komórkowej, że proszą mnie o zapłacenie zaległego rachunku + odsetki, bo zablokują mi połączenia i smsy...
Ja pierdole...
Nie wiem już co robić, czy w pogoni za zarobkiem wynieść się z tego miasta, czy uciec z kraju i zawiesić studia... Rozsądek mówi, że lepiej studia skończyć i dopiero wyjechać, ale przez te półtora roku wypadałoby jeszcze coś jeść, bo jak z głodu umrę, to i tak studiów nie skończę. Jestem w kropce, ba - w dupie jestem, a nie w kropce.
Co do poprzedniego posta - cóż, nadal mnie to boli i jeszcze długo będzie bolało, że to moja siostra wychodzi za mąż, a nie ja, ale przygryzam wargi i idę dalej, bo cóż ja mogę, kiedy nie mam pracy, a na życie zostało mi zaledwie 10zł. Coraz częściej ostatnio kłócimy się przez to z M., bo nie stać nas na zwyczajne codzienne życie, a gdzie tu jakieś plany...
Wysyłam miliony CV w setki różnych miejsc, w niektóre i po kilka razy, ale jak na razie (już przeszło 2 miesiące) bez efektu. Pracy nie ma, pieniędzy nie ma, dziwne, że jeszcze nie mam myśli samobójczych. Ale w obecnej sytuacji to już chyba kwestia czasu. Rozumiem, że da się żyć bez fanaberii, słodyczy czy rozrywek. Ale że bez przysłowiowego chleba?... Naprawdę nie jest kolorowo.
I właśnie dostałam sms od operatora mojej sieci komórkowej, że proszą mnie o zapłacenie zaległego rachunku + odsetki, bo zablokują mi połączenia i smsy...
Ja pierdole...
Nie wiem już co robić, czy w pogoni za zarobkiem wynieść się z tego miasta, czy uciec z kraju i zawiesić studia... Rozsądek mówi, że lepiej studia skończyć i dopiero wyjechać, ale przez te półtora roku wypadałoby jeszcze coś jeść, bo jak z głodu umrę, to i tak studiów nie skończę. Jestem w kropce, ba - w dupie jestem, a nie w kropce.
poniedziałek, 17 czerwca 2013
Stało się.
To się musiało stać. Wspominałam już o ty tym od dawna. To była bomba zegarowa, która któregoś dnia musiała wybuchnąć. Ale nie spodziewałam się, że to już, choć sama prognozowałam, że będzie to właśnie czerwiec. Jednak jeszcze nie ustabilizowałam się psychicznie AŻ TAK, żeby powstrzymać jakkolwiek swoją reakcję na to wszystko.
Powiem Wam co mnie przez tyle czasu bolało.
Jestem z M. 5,5 roku, od roku mieszkamy razem. Pomijam fakt, że już od kilku lat marzyłam o tym, żeby być żoną M., ale wiedziałam, że np. musimy razem pomieszkać, żeby się przekonać tak naprawdę czy do siebie pasujemy, czy zwykła wspólna codzienność nas nie zniszczy. I choć bez kłótni się nie obyło, bo nasze charaktery nie pozwalają na życie bez absolutnie żadnych kłótni czy spięć, to jednak nadal jesteśmy razem.
Ale wracając do tych moich marzeń. Od związku z takim stażem już na poważnie oczekiwałam czegoś więcej. Nie raz mówiłam to M. Ale na tym się kończyło. Bo a to kasy brak, a to coś tam... Ale pieniądze na ślub są, nie ma jedynie chęci ze strony M.
Zabolało, dotarło to do mnie dopiero teraz, że on po prostu nie chce się ze mną żenić.
Czynnikiem, który spowodował, że przestałam w sobie to dusić było pytanie mojej siostry czy zostanę świadkiem na jej ślubie. Moja siostra ze swoim narzeczonym są zaręczeni od ponad roku, kiedy napisała mi SMS, że się zaręczyła, wybuchłam płaczem i z tej całej przykrości najzwyczajniej się upiłam. Ale potem się otrząsnęłam, bo niby się zaręczyli, ale planów ślubnych nie mieli. A tu taki szok - mają już datę, a ona poprosiła mnie na świadka.
Rozbiłam się. Ponownie się upiłam, do teraz czuję efekty tego, że przegięłam z alkoholem. M. to obeszło tyle, co zeszłoroczny śnieg. Żartował sobie, że ślub mają za rok, a kiedy będzie rozwód. Zbagatelizował to, że tak to przeżyłam, twierdzi, że wydziwiam. I choć wiem, że oni do siebie tak średnio pasują, to jednak sedno sprawy jest gdzieś indziej.
Dotarło do mnie, że z M. ślubu nie wezmę. Chyba przez tyle czasu zdążył się już przekonać czy mamy szansę na stworzenie rodziny, jak się dogadujemy w codziennym życiu, ale zawsze potrafi wymyślić milion powodów, dla których ślub nie, jeszcze nie teraz... Że po co się chajtać, a zaraz brać rozwód (btw. podejrzane, że już myśli o rozwodzie... bez komentarza), po co te koszty - że niby tylko dla papierka, a to że nie mamy gdzie mieszkać, bo jak "teściowa" wróci, to będzie nam ciężko w tym małym mieszkaniu (to przyznaję - z moją "teściową" mieszka się trudno, bo i ja i M. nie jesteśmy przesadnie porządni, a ona kocha pedantyczną czystość), a to, że pracy nie ma, a jak jest to na krótko i za grosze... SRANIE W BANIE. Tym tokiem rozumowania idąc, to NIGDY nie będzie takiego momentu w życiu, żeby był odpowiedni na założenie rodziny.
Mnie nie chodzi o papierek. Dla mnie ślub to wartość duchowa, nie papierkowa. Koszty? Powiedziałam mu, że wyjdę za niego choćby zaraz i w worku od ziemniaków - bez sukienki czy Bóg wie jakich ślubnych dupereli. Tya... Kolejne "nie" - M. twierdzi, żebyśmy najpierw pokończyli szkoły. On skończył, a mnie koniec szkoły nie jest do ślubu, ani w ogóle do szczęścia potrzebny. I bynajmniej nie rozumiem związku między moimi studiami a braniem ślubu.
A jeśli już mamy się bawić w sukienki, jakieś nieduże przyjęcie, to mam już powiedziane ze strony mojej rodziny, że jedni kupią mi sukienkę, drudzy dołożą się do przyjęcia, trzeci zapłacą za kościół, itp. Czyli koszty nikną w oczach, tak naprawdę to, co leżałoby w naszej gestii, to jakiś alkohol czy zespół, ewentualnie kamerzysta. To jest max 6 tys. złotych - czyli jak na koszty wesela to wcale niedużo. Ale on temat olewa.
Kiedyś bardzo chciał się ze mną ożenić. Tylko zmieniło się to ostatnio. Chyba nawet wiem czemu - kiedy słyszę te jego wymówki, to mam wrażenie, jakbym słyszała swoją "teściową" - te same argumenty. Nie wiem, czy ona myśli, że jak wyjdę za M., to zabiorę jej syna, czy co? Ja wiem, że oni są ze sobą blisko, bo przez pół życia mogli liczyć tylko na siebie, ale na Boga, czy to ma rzutować na to, że ja z M. nie stworzymy swojej własnej rodziny?! Nie wiem dlaczego ona tak bardzo nie chce, żebyśmy się pobrali. Milion powodów na nie. Ale to mnie akurat mało obchodzi. Najgorsze jednak jest to, że wmówiła swoje racje mojemu M.
W takim świetle, dla mnie ten związek zaczyna robić się pusty. I nie chodzi o to, że zależy mi tylko na tym ślubie i nic innego się nie liczy. Kocham M. ponad wszystko, jest dla mnie najważniejszy, bez wahania mogę powiedzieć, że poszłabym za nim w ogień. Ale dopełnieniem tej miłości byłoby dla mnie właśnie założenie rodziny. Prawdziwej, pełnej rodziny, której owocem miłości będzie dziecko. To jest dla mnie sens miłości. Nie jestem na tyle nowoczesna, żeby całe życie żyć na tak zwaną "kocią łapę", nie podoba mi się zachodzenie w ciążę przed ślubem, albo ślub na szybko, bo ciąża. Jesteśmy razem już tyle czasu - chyba powinien już wiedzieć, czy chce ze mną spędzić życie czy nie, a nie ciągle żyć w takim dla niego "wygodnym" stanie, że zawsze może się bez konsekwencji wycofać, bo żadne formalności nas nie łączą.
Nie wiem co mam dalej robić. M. mnie kompletnie nie rozumie, nie ma pojęcia albo nie chce wiedzieć, jak bardzo ta kwestia jest dla mnie ważna i jak bardzo przeżywam obecny stan rzeczy. Jeśli po przeczytaniu tej notki nadal to do niego nie dotrze, to już naprawdę nie wiem jak mam wytłumaczyć to, co czuję. Dałam Wam teraz całe moje serce na dłoni - wyrzuciłam z siebie wszystko, nie ma teraz w mojej głowie czegoś, czego by w tym poście nie było. Starałam się to ubrać w słowa najlepiej jak potrafię, żeby najtrafniej wyrazić to, co czuję.
Mam taki mętlik w głowie... I tak bardzo mnie to wszystko boli.
W notce urodzinowej wprost napisałam o czym marzę, głupio i naiwnie wierząc, że może się spełni. Jeśli ktoś nadal nie widzi tego, że tam wszystko jest napisane, to polecam zaznaczenie tekstu całej notki - miłego czytania.
Jest mi cholernie smutno, nie wiem co dalej...
Powiem Wam co mnie przez tyle czasu bolało.
Jestem z M. 5,5 roku, od roku mieszkamy razem. Pomijam fakt, że już od kilku lat marzyłam o tym, żeby być żoną M., ale wiedziałam, że np. musimy razem pomieszkać, żeby się przekonać tak naprawdę czy do siebie pasujemy, czy zwykła wspólna codzienność nas nie zniszczy. I choć bez kłótni się nie obyło, bo nasze charaktery nie pozwalają na życie bez absolutnie żadnych kłótni czy spięć, to jednak nadal jesteśmy razem.
Ale wracając do tych moich marzeń. Od związku z takim stażem już na poważnie oczekiwałam czegoś więcej. Nie raz mówiłam to M. Ale na tym się kończyło. Bo a to kasy brak, a to coś tam... Ale pieniądze na ślub są, nie ma jedynie chęci ze strony M.
Zabolało, dotarło to do mnie dopiero teraz, że on po prostu nie chce się ze mną żenić.
Czynnikiem, który spowodował, że przestałam w sobie to dusić było pytanie mojej siostry czy zostanę świadkiem na jej ślubie. Moja siostra ze swoim narzeczonym są zaręczeni od ponad roku, kiedy napisała mi SMS, że się zaręczyła, wybuchłam płaczem i z tej całej przykrości najzwyczajniej się upiłam. Ale potem się otrząsnęłam, bo niby się zaręczyli, ale planów ślubnych nie mieli. A tu taki szok - mają już datę, a ona poprosiła mnie na świadka.
Rozbiłam się. Ponownie się upiłam, do teraz czuję efekty tego, że przegięłam z alkoholem. M. to obeszło tyle, co zeszłoroczny śnieg. Żartował sobie, że ślub mają za rok, a kiedy będzie rozwód. Zbagatelizował to, że tak to przeżyłam, twierdzi, że wydziwiam. I choć wiem, że oni do siebie tak średnio pasują, to jednak sedno sprawy jest gdzieś indziej.
Dotarło do mnie, że z M. ślubu nie wezmę. Chyba przez tyle czasu zdążył się już przekonać czy mamy szansę na stworzenie rodziny, jak się dogadujemy w codziennym życiu, ale zawsze potrafi wymyślić milion powodów, dla których ślub nie, jeszcze nie teraz... Że po co się chajtać, a zaraz brać rozwód (btw. podejrzane, że już myśli o rozwodzie... bez komentarza), po co te koszty - że niby tylko dla papierka, a to że nie mamy gdzie mieszkać, bo jak "teściowa" wróci, to będzie nam ciężko w tym małym mieszkaniu (to przyznaję - z moją "teściową" mieszka się trudno, bo i ja i M. nie jesteśmy przesadnie porządni, a ona kocha pedantyczną czystość), a to, że pracy nie ma, a jak jest to na krótko i za grosze... SRANIE W BANIE. Tym tokiem rozumowania idąc, to NIGDY nie będzie takiego momentu w życiu, żeby był odpowiedni na założenie rodziny.
Mnie nie chodzi o papierek. Dla mnie ślub to wartość duchowa, nie papierkowa. Koszty? Powiedziałam mu, że wyjdę za niego choćby zaraz i w worku od ziemniaków - bez sukienki czy Bóg wie jakich ślubnych dupereli. Tya... Kolejne "nie" - M. twierdzi, żebyśmy najpierw pokończyli szkoły. On skończył, a mnie koniec szkoły nie jest do ślubu, ani w ogóle do szczęścia potrzebny. I bynajmniej nie rozumiem związku między moimi studiami a braniem ślubu.
A jeśli już mamy się bawić w sukienki, jakieś nieduże przyjęcie, to mam już powiedziane ze strony mojej rodziny, że jedni kupią mi sukienkę, drudzy dołożą się do przyjęcia, trzeci zapłacą za kościół, itp. Czyli koszty nikną w oczach, tak naprawdę to, co leżałoby w naszej gestii, to jakiś alkohol czy zespół, ewentualnie kamerzysta. To jest max 6 tys. złotych - czyli jak na koszty wesela to wcale niedużo. Ale on temat olewa.
Kiedyś bardzo chciał się ze mną ożenić. Tylko zmieniło się to ostatnio. Chyba nawet wiem czemu - kiedy słyszę te jego wymówki, to mam wrażenie, jakbym słyszała swoją "teściową" - te same argumenty. Nie wiem, czy ona myśli, że jak wyjdę za M., to zabiorę jej syna, czy co? Ja wiem, że oni są ze sobą blisko, bo przez pół życia mogli liczyć tylko na siebie, ale na Boga, czy to ma rzutować na to, że ja z M. nie stworzymy swojej własnej rodziny?! Nie wiem dlaczego ona tak bardzo nie chce, żebyśmy się pobrali. Milion powodów na nie. Ale to mnie akurat mało obchodzi. Najgorsze jednak jest to, że wmówiła swoje racje mojemu M.
W takim świetle, dla mnie ten związek zaczyna robić się pusty. I nie chodzi o to, że zależy mi tylko na tym ślubie i nic innego się nie liczy. Kocham M. ponad wszystko, jest dla mnie najważniejszy, bez wahania mogę powiedzieć, że poszłabym za nim w ogień. Ale dopełnieniem tej miłości byłoby dla mnie właśnie założenie rodziny. Prawdziwej, pełnej rodziny, której owocem miłości będzie dziecko. To jest dla mnie sens miłości. Nie jestem na tyle nowoczesna, żeby całe życie żyć na tak zwaną "kocią łapę", nie podoba mi się zachodzenie w ciążę przed ślubem, albo ślub na szybko, bo ciąża. Jesteśmy razem już tyle czasu - chyba powinien już wiedzieć, czy chce ze mną spędzić życie czy nie, a nie ciągle żyć w takim dla niego "wygodnym" stanie, że zawsze może się bez konsekwencji wycofać, bo żadne formalności nas nie łączą.
Nie wiem co mam dalej robić. M. mnie kompletnie nie rozumie, nie ma pojęcia albo nie chce wiedzieć, jak bardzo ta kwestia jest dla mnie ważna i jak bardzo przeżywam obecny stan rzeczy. Jeśli po przeczytaniu tej notki nadal to do niego nie dotrze, to już naprawdę nie wiem jak mam wytłumaczyć to, co czuję. Dałam Wam teraz całe moje serce na dłoni - wyrzuciłam z siebie wszystko, nie ma teraz w mojej głowie czegoś, czego by w tym poście nie było. Starałam się to ubrać w słowa najlepiej jak potrafię, żeby najtrafniej wyrazić to, co czuję.
Mam taki mętlik w głowie... I tak bardzo mnie to wszystko boli.
W notce urodzinowej wprost napisałam o czym marzę, głupio i naiwnie wierząc, że może się spełni. Jeśli ktoś nadal nie widzi tego, że tam wszystko jest napisane, to polecam zaznaczenie tekstu całej notki - miłego czytania.
Jest mi cholernie smutno, nie wiem co dalej...
wtorek, 11 czerwca 2013
Słyszeć a słuchać.
Chyba każdy słucha jakiejś muzyki. Ja również. Choć ostatnio, bardziej bym powiedziała, że słyszałam muzykę, a nie słuchałam jej. Gdzieś w tle jakieś utwory w radio, czasem jakiś kanał muzyczny, niekiedy na laptopie playlista generowała dla moich uszu lubiane lub tolerowane przeze mnie dźwięki. Ale to cały czas była dla mnie tylko muzyka słyszana, nie słuchana. Nie wiem ja Wy, moi drodzy, ale ja między "słyszeć" a "słuchać" widzę wręcz przepaść.
I dopiero niedawno zdałam sobie sprawę z tego, jak dawno nie słuchałam muzyki. I jak wiele mi to dawało... Odkąd mieszkam z moim Ukochanym, rzadko zdarzało mi się słuchać muzyki, choć w mieszkaniu przeważnie słychać różne utwory. Czasem mądre, z przekazem, a czasem durnowate, jak większość utworów muzyki popularnej.
Jednak do słuchania muzyki potrzebuję być sama. Musi ona lecieć głośno. Nawet moje myśli nie są mile widziane podczas takiego spotkania, zagłuszam je dźwiękami płynącymi z głośników, a najlepiej z słuchawek. Wyłączam się wtedy.
Tak się szczęśliwie złożyło, że M. jest w posiadaniu naprawdę dobrych słuchawek, jakość dźwięku wymarzona. Pod wpływem impulsu pożyczyłam sobie te jego słuchawki kiedy zostałam sama, podkręciłam głośność do maximum... I doświadczyłam czegoś w rodzaju Katharsis. Udało się, odłączyłam się od świata, wyrzuciłam wszystkie kołatające się po mojej głowie myśli. Po tak długim czasie...
Słuchany przeze mnie utwór nie zawiera słów, to tylko melodia... A mimo to pozwolił uciec od tego, co mnie goniło. Leżąc na kanapie uciekłam tak daleko... :)
Podzielę się nim z Wami, może komuś przypadnie do gustu równie mocno, co mnie.
Polecam słuchanie w najwyższej możliwej rozdzielczości i niesugerowanie się rodzajem muzyki. :)
(w razie gdyby Video nie działało, podaję link https://www.youtube.com/watch?v=ak5wtsJQ3Nk)
I dopiero niedawno zdałam sobie sprawę z tego, jak dawno nie słuchałam muzyki. I jak wiele mi to dawało... Odkąd mieszkam z moim Ukochanym, rzadko zdarzało mi się słuchać muzyki, choć w mieszkaniu przeważnie słychać różne utwory. Czasem mądre, z przekazem, a czasem durnowate, jak większość utworów muzyki popularnej.
Jednak do słuchania muzyki potrzebuję być sama. Musi ona lecieć głośno. Nawet moje myśli nie są mile widziane podczas takiego spotkania, zagłuszam je dźwiękami płynącymi z głośników, a najlepiej z słuchawek. Wyłączam się wtedy.
Tak się szczęśliwie złożyło, że M. jest w posiadaniu naprawdę dobrych słuchawek, jakość dźwięku wymarzona. Pod wpływem impulsu pożyczyłam sobie te jego słuchawki kiedy zostałam sama, podkręciłam głośność do maximum... I doświadczyłam czegoś w rodzaju Katharsis. Udało się, odłączyłam się od świata, wyrzuciłam wszystkie kołatające się po mojej głowie myśli. Po tak długim czasie...
Słuchany przeze mnie utwór nie zawiera słów, to tylko melodia... A mimo to pozwolił uciec od tego, co mnie goniło. Leżąc na kanapie uciekłam tak daleko... :)
Podzielę się nim z Wami, może komuś przypadnie do gustu równie mocno, co mnie.
Polecam słuchanie w najwyższej możliwej rozdzielczości i niesugerowanie się rodzajem muzyki. :)
(w razie gdyby Video nie działało, podaję link https://www.youtube.com/watch?v=ak5wtsJQ3Nk)
wtorek, 4 czerwca 2013
Zapraszam na wycieczkę po Kaliszu :)
Pod wpływem niestety negatywnych emocji oraz oburzenia, postanowiłam pochylić się nad zabytkami w moim mieście. Kalisz jest miastem najstarszym w Polsce (nikt niech mi nie wmawia, że jest inaczej - choć inne miasta może też w tym czasie już istniały, to jednak Kalisz jako pierwszy w Polsce otrzymał statut miasta - Calisia) i jak na dziadka przystało, można tu sporo zobaczyć. I choć co niektórym może się wydawać, że jest tu tylko masa kościołów (prawda! :)), to są tu również inne ciekawe zabytki czy miejsca, które zaraz Wam pokażę :) Będzie to taka wycieczka głównie obrazowa i w pigułce, choć zdjęć jest sporo (każde zdjęcie po kliknięciu powinno się powiększyć), więc jak ktoś ma chwilę, to zachęcam do wirtualnej podróży :)
Jeśli się przyjrzycie, zobaczycie zarys dawnej osady, której centrum stanowi ratusz - linia drzew pokrywa się z linią muru wokół dawnego miasta :)
Zacznijmy od najstarszego punktu Kalisza - Zawodzie.
Zawodzie to taki nasz kawałek Grodu Piastowskiego wewnątrz miasta :) Aż dziw bierze, że pan prezydent jeszcze nie zamienił np. tego kościółka z XI wieku na jakiś supermarket...
Jeśli chcecie to zapraszam na dni Kalisza:
9 - 10 czerwca XVII Jarmark Archeologiczny
godz. 10.00 – 18.00 wg odrębnego programu
Rezerwat Archeologiczny na Zawodziu
org. Muzeum Okręgowe Ziemi Kaliskiej
www.muzeum.kalisz.pl
Następnie przenieśmy się pod ratusz :) Tak wygląda dzisiaj...
Na początku nie było wieży - Niemcy podczas wojny zburzyli ratusz kaliski doszczętnie, a po wojnie został zrekonstruowany i dodano wieżę z zegarem :)
Tak prezentował się ratusz w 1976 roku :) Niby paskudny, ale stwierdzam, że swój urok miał, zwłaszcza z tymi starymi samochodami w tle :))
Teraz pokażę Wam taki szczególny kaliski pomnik... Ale zanim go ujrzycie, zarysuję Wam najpierw skąd pomysł na taki zabytek. Kiedyś w tym miejscu, gdzie teraz ów pomnik się znajduje, płynęła rzeka.
Teraz, to miejsce wygląda tak: (pierwsze zdjęcie poniżej jest wykonane w tym samym miejscu, co pierwsze ponad tym nawiasem - chciałam Wam pokazać różnicę między "dawniej" a "dziś")
I reszta dawnej rzeki (pomiędzy dwoma ulicami, na dawnej rzece znajduje się skwer):
Pytanie stulecia zatem brzmi: co stało się z rzeką?
Podczas wojny Niemcy starali się zniszczyć miasto. Wiele mieli pomysłów, miasto praktycznie odrodziło się jak feniks - z popiołów. W kwestii rzeki, najeźdźcy wpadli na to, aby ją zasypać... książkami z kaliskich bibliotek. Rzeka przestała istnieć, a ku pamięci wszystkim książkom, powstał jedyny w Polsce Pomnik Książki (który ma wartość historyczną...).
Gdzie udamy się następnie? Hmmm... Myślę, że chwila odpoczynku przy kaliskim teatrze będzie w tym momencie zasadna :)
Postaram się teraz pokazać Wam katedrę św. Mikołaja w Kaliszu z 1253r., ale to tylko "postaram się", bo jest zbyt duża, żeby swobodnie uchwycić ją na jednym zdjęciu i pokazać cały jej urok :)
No i oczywiście mosty :) Mosty wszędzie! ;) Mamy ich tu chyba na chwilę obecną około 37 (dokładnie nie jestem pewna, takie dane mają tylko wykwalifikowani przewodnicy, bo to się ciągle zmienia) :) Oto kilka najciekawszych mostów:
Most kamienny (jeden z najstarszych):
Uroczy mostek w parku miejskim:
Nooooo, tego mostu pominąć nie mogę :))) Choć nie jest najpiękniejszy i ciężko go znaleźć, bo znajduje się w parku, to jednak ma dla mnie ogromną wartość :) Na nim właśnie, 5,5 roku temu mój M. zapytał mnie czy z nim będę :)) I jestem - już 2009 dni :D
Most w Piwonicach - jest to magiczna przemiana brzydkiego kaczątka w łabędzia. Jeszcze parę lat temu, przejazd przez ten most groził co najmniej urwaniem koła, o ile nie wpadnięciem do rzeki przez jedną z dziur lub niezabezpieczonym osuwiskiem przy krańcach drogi...
I taka przemiana:
A teraz powrócę do powodów mojego oburzenia... Spójrzcie na to:
Tak wyglądał kiedyś dworzec PKS w Kaliszu. Kipi PRL-em, ale miał urok. W dodatku został uznany jako zabytek. Wiecie co się z nim dzisiaj dzieje? "Kochany" prezydent mojego miasta sprzedał teren razem z gmachem dworca pod budowę galerii handlowej.
Kpina jakaś. W Kaliszu ostatnimi czasy ciągle przybywa centrów handlowych, które świecą pustkami, bo przy takim bezrobociu, które wbrew pozorom ciągle rośnie - nikogo nie stać na zakupy w takich miejscach. Więc i sklepy nie mają się z czego w tych wszystkich galeriach utrzymywać, bo czynsze są kosmiczne. Dlatego przechadzając się kaliskimi galeriami na pewno uderzy Was to, że co trzeci sklep jest zlikwidowany... To samo tyczy się śródmieścia - co trzeci lokal pusty, a połowa z tego, co zostało to banki. Przykre...
Kolejny mój powód do zdenerwowania:
Koszary Godebskiego. Zabytek. Doprowadzony do takiej ruiny:
Obraz nędzy i rozpaczy... I zamiast się zabrać za odnowienie tego zabytku i może umieszczeniem tam jakiegoś wartościowego muzeum, to "mądry" prezydent Kalisza postanowił, że w tym właśnie miejscu powstanie.... Biedronka. Chyba już setna Biedronka w tym mieście (oczywiście przesadzam, ale jak na 120 tysięczne miasto, tyle Biedronek ile jest, to jest wystarczająco, a przecież mamy jeszcze oprócz Biedronek całą masę innych marketów...). Ale co tam, niech będzie jeszcze jedna...
Ale żebym się naprawdę zdenerwowała, to potrzeba przecież jeszcze jednego powodu. Oto Hotel Prosna:
Hotel też ma statut zabytku, jest w Kaliszu od zawsze. Nie jest jakiś specjalnie urodziwy, ale jest swego rodzaju symbolem tego miasta. I przedwczoraj dotarła do mnie informacja, że.... surprise, surprise! Chcą go wyburzyć i postawić na jego miejscu obiekt handlowy! Bo windy i korytarze są za wąskie na dzisiejsze standardy i budynek nie może już dłużej być hotelem... Do tej pory nikomu to nie przeszkadzało - przede wszystkim gościom hotelu czy firmom robiącym tam meetingi i prezentacje. Też macie wrażenie, że to "niespełnianie nowoczesnych standardów" to tylko pretekst do podania pieniążków pod stołem, żeby bogaty inwestor mógł pobudować coś, co nikomu nie jest potrzebne?
Serce mi się łamie co ten człowiek robi z moim miastem... Tylko pojawi się jakiś inwestor w obiekty handlowe, a on im własną duszę zaprzeda, byleby tylko kolejną galerię pobudować... Jak na niezbyt duże miasto mamy już 3 naprawdę duże galerie, a do tego cała masa marketów - tylko kupować nie ma komu, bo ludzi nie stać. Kalisz umiera. Młodzi ludzie uciekają stąd masowo, bo jedyne, co Cię tu po studiach czeka, to praca w sklepie po 20 godzin za jakieś marne grosze. A i tak sklep zamkną, bo nie ma kto w nim kupować... Paranoja... :(
Pokazałam tylko ułamek z tego, co można w Kaliszu i okolicach podziwiać :) Mam nadzieję, że ktoś się kiedyś skusi na wizytę w moim mieście :) A na sam koniec - gdzieś tu obecnie mieszkam, zgadujcie gdzie :D
A na poprawę nastroju.. Tak wygląda moje miasto nocą :)
Wszystkie zdjęcia użyte w tym poście pochodzą ze źródeł internetowych i mają na celu tylko i wyłącznie promocję miasta.
![]() |
| http://www.info.kalisz.pl/kal1914/zniszcz.htm |
Jeśli się przyjrzycie, zobaczycie zarys dawnej osady, której centrum stanowi ratusz - linia drzew pokrywa się z linią muru wokół dawnego miasta :)
Zacznijmy od najstarszego punktu Kalisza - Zawodzie.
![]() |
| źródło: http://www.museo.pl/content/view/480/281/ |
![]() |
| źródło: http://garu.flog.pl/wpis/3618156/kosciol-sw-wojciecha-na-zawodziu-w-kaliszu |
![]() |
| http://elesdia.res.pl/kalisz.php |
Zawodzie to taki nasz kawałek Grodu Piastowskiego wewnątrz miasta :) Aż dziw bierze, że pan prezydent jeszcze nie zamienił np. tego kościółka z XI wieku na jakiś supermarket...
Jeśli chcecie to zapraszam na dni Kalisza:
9 - 10 czerwca XVII Jarmark Archeologiczny
godz. 10.00 – 18.00 wg odrębnego programu
Rezerwat Archeologiczny na Zawodziu
org. Muzeum Okręgowe Ziemi Kaliskiej
www.muzeum.kalisz.pl
Następnie przenieśmy się pod ratusz :) Tak wygląda dzisiaj...
![]() |
| źródło: http://www.poltrip.pl/galeria/kalisz-atrakcje-turystyczne,44/46/281/ |
![]() |
| źródło: http://fotoforum.gazeta.pl/72,2,784,44047727,44047727.html |
![]() |
| źródło: http://fotopolska.eu/Kalisz/b3945,Ratusz.html |
Teraz pokażę Wam taki szczególny kaliski pomnik... Ale zanim go ujrzycie, zarysuję Wam najpierw skąd pomysł na taki zabytek. Kiedyś w tym miejscu, gdzie teraz ów pomnik się znajduje, płynęła rzeka.
![]() |
| źródło: http://www.info.kalisz.pl/fotokal/babina.htm |
![]() |
| źródło: http://www.info.kalisz.pl/fotokal/babina.htm |
![]() |
| źródło: http://www.info.kalisz.pl/fotokal/babina.htm |
I reszta dawnej rzeki (pomiędzy dwoma ulicami, na dawnej rzece znajduje się skwer):
![]() |
| http://www.parki.org.pl/parki-miejskie/planty-miejskie-w-kaliszu |
![]() |
| http://www.calisia.pl/articles/15840-brud-na-plantach |
![]() |
| http://www.polskiekrajobrazy.pl/Galerie/276:Wielkopolska/70273:Kalisz_ul._Babina.html |
Podczas wojny Niemcy starali się zniszczyć miasto. Wiele mieli pomysłów, miasto praktycznie odrodziło się jak feniks - z popiołów. W kwestii rzeki, najeźdźcy wpadli na to, aby ją zasypać... książkami z kaliskich bibliotek. Rzeka przestała istnieć, a ku pamięci wszystkim książkom, powstał jedyny w Polsce Pomnik Książki (który ma wartość historyczną...).
![]() |
| http://www.wiadomosci24.pl/artykul/pomnik_ksiazki_156608.html |
![]() |
| http://www.panoramio.com/photo/22380713 |
Gdzie udamy się następnie? Hmmm... Myślę, że chwila odpoczynku przy kaliskim teatrze będzie w tym momencie zasadna :)
![]() |
| http://dawidborowiak.pl/nowy-wicedyrektor-kaliskiego-teatru-czyli-kto-komu-daje-stanowisko/ |
Postaram się teraz pokazać Wam katedrę św. Mikołaja w Kaliszu z 1253r., ale to tylko "postaram się", bo jest zbyt duża, żeby swobodnie uchwycić ją na jednym zdjęciu i pokazać cały jej urok :)
![]() |
| http://www.panoramio.com/photo/22715856 |
![]() |
| http://smolbattle.ru/index.php?showtopic=16013 |
![]() |
| http://smolbattle.ru/index.php?showtopic=16013 |
No i oczywiście mosty :) Mosty wszędzie! ;) Mamy ich tu chyba na chwilę obecną około 37 (dokładnie nie jestem pewna, takie dane mają tylko wykwalifikowani przewodnicy, bo to się ciągle zmienia) :) Oto kilka najciekawszych mostów:
Most kamienny (jeden z najstarszych):
![]() |
| http://elesdia.res.pl/kalisz.php |
![]() |
| http://www.skyscrapercity.com/showthread.php?t=531542 |
![]() |
| http://www.skyscrapercity.com/showthread.php?t=531542 |
Most w Piwonicach - jest to magiczna przemiana brzydkiego kaczątka w łabędzia. Jeszcze parę lat temu, przejazd przez ten most groził co najmniej urwaniem koła, o ile nie wpadnięciem do rzeki przez jedną z dziur lub niezabezpieczonym osuwiskiem przy krańcach drogi...
![]() |
| http://www.inwestycje.kalisz.pl/viewtopic.php?p=72351 |
A teraz powrócę do powodów mojego oburzenia... Spójrzcie na to:
![]() |
| http://fotopolska.eu/Kalisz/b31696,Dworzec_PKS_stary.html |
![]() |
| http://kalisz.naszemiasto.pl/artykul/1689535,kalisz-kolejny-etap-budowy-galerii-amber-zakonczony-grupa,id,t.html |
Kolejny mój powód do zdenerwowania:
Koszary Godebskiego. Zabytek. Doprowadzony do takiej ruiny:
Obraz nędzy i rozpaczy... I zamiast się zabrać za odnowienie tego zabytku i może umieszczeniem tam jakiegoś wartościowego muzeum, to "mądry" prezydent Kalisza postanowił, że w tym właśnie miejscu powstanie.... Biedronka. Chyba już setna Biedronka w tym mieście (oczywiście przesadzam, ale jak na 120 tysięczne miasto, tyle Biedronek ile jest, to jest wystarczająco, a przecież mamy jeszcze oprócz Biedronek całą masę innych marketów...). Ale co tam, niech będzie jeszcze jedna...
Ale żebym się naprawdę zdenerwowała, to potrzeba przecież jeszcze jednego powodu. Oto Hotel Prosna:
Hotel też ma statut zabytku, jest w Kaliszu od zawsze. Nie jest jakiś specjalnie urodziwy, ale jest swego rodzaju symbolem tego miasta. I przedwczoraj dotarła do mnie informacja, że.... surprise, surprise! Chcą go wyburzyć i postawić na jego miejscu obiekt handlowy! Bo windy i korytarze są za wąskie na dzisiejsze standardy i budynek nie może już dłużej być hotelem... Do tej pory nikomu to nie przeszkadzało - przede wszystkim gościom hotelu czy firmom robiącym tam meetingi i prezentacje. Też macie wrażenie, że to "niespełnianie nowoczesnych standardów" to tylko pretekst do podania pieniążków pod stołem, żeby bogaty inwestor mógł pobudować coś, co nikomu nie jest potrzebne?
Serce mi się łamie co ten człowiek robi z moim miastem... Tylko pojawi się jakiś inwestor w obiekty handlowe, a on im własną duszę zaprzeda, byleby tylko kolejną galerię pobudować... Jak na niezbyt duże miasto mamy już 3 naprawdę duże galerie, a do tego cała masa marketów - tylko kupować nie ma komu, bo ludzi nie stać. Kalisz umiera. Młodzi ludzie uciekają stąd masowo, bo jedyne, co Cię tu po studiach czeka, to praca w sklepie po 20 godzin za jakieś marne grosze. A i tak sklep zamkną, bo nie ma kto w nim kupować... Paranoja... :(
Pokazałam tylko ułamek z tego, co można w Kaliszu i okolicach podziwiać :) Mam nadzieję, że ktoś się kiedyś skusi na wizytę w moim mieście :) A na sam koniec - gdzieś tu obecnie mieszkam, zgadujcie gdzie :D
![]() |
| http://www.panoramio.com/photo/22716036 |
A na poprawę nastroju.. Tak wygląda moje miasto nocą :)
Wszystkie zdjęcia użyte w tym poście pochodzą ze źródeł internetowych i mają na celu tylko i wyłącznie promocję miasta.
czwartek, 23 maja 2013
Urodzinowo
Raczej nie... ale co mi szkodzi - ponad wszystko marzę o tym, żeby zostać żoną M., urodzić zdrowe dzieci, mieć godną pracę i może kiedyś w przyszłości własny kąt. I choć dzieci mogłabym mieć choćby teraz, to nie chcę robić z nich źródła dochodu - pobierać pieniądze od państwa jako samotna matka. Ja mam faceta, nie jestem samotna i z całego serca chciałabym przed Bogiem przysiąc mu miłość!!!
Przeważnie dostaję w prezencie pieniądze, aby kupić sobie coś, co chcę. Ale tak naprawdę tego, czego chcę, nie mogę kupić sobie sama. Ani też wymusić na nikim otrzymania takiego prezentu. Jak myślicie - co to może być? Odpowiem: pierścionek zaręczynowy.
Ciekawe, czy ktoś, czytając między wierszami, odkryje to, co tak uporczywie chowam we własnej podświadomości...
To w pewnym sensie wyjątkowa i magiczna notka.
Jeśli ktoś
odkryje co jest tu napisane i chciałby się do tego odnieść, to proszę
Was - albo prywatnie, albo wcale. Chcę się tym dzielić tylko z tymi,
którzy chcą to przeczytać - reszta niech się głowi albo to oleje.
piątek, 17 maja 2013
Smile
Chyba moja psychika wysiadła pod tym nawałem problemów i utrudnień. Bo mojego zachowania na pewno nie można nazwać normalnym.
Kolejny problem, a ja siedzę i się śmieję.
No nie mam już na to siły. Ten rok jest dla mnie wyjątkowo pechowy. Wiem, że to na pewno nie koniec przykrych niespodzianek. Ale gdybym zaczęła się tym znów przejmować, to musiałabym zacząć już szukać solidnej liny i uczyć się robić dobry węzeł. Być może rozwścieczę los swoim obecnym zachowaniem - on mi rzuca kolejne kłody pod nogi, a ja mu odpowiadam uśmiechem, ale co tam. Łez już chyba nie mam, zaryzykuję więc zmarszczki od uśmiechu i zaczynam mieć wyjebane (sorry za przekleństwa, ale chwilowo nie dbam o słownictwo.).
Pójdę sobie zatem do apteki, znów pozbędę się kupy kasy, żeby jako tako zadbać o zdrowie, które też zaczyna mi się psuć, a potem umyję okna i zacznę pisać essay.
I w dupie mam wszystko.
Carpe diem.
Kolejny problem, a ja siedzę i się śmieję.
No nie mam już na to siły. Ten rok jest dla mnie wyjątkowo pechowy. Wiem, że to na pewno nie koniec przykrych niespodzianek. Ale gdybym zaczęła się tym znów przejmować, to musiałabym zacząć już szukać solidnej liny i uczyć się robić dobry węzeł. Być może rozwścieczę los swoim obecnym zachowaniem - on mi rzuca kolejne kłody pod nogi, a ja mu odpowiadam uśmiechem, ale co tam. Łez już chyba nie mam, zaryzykuję więc zmarszczki od uśmiechu i zaczynam mieć wyjebane (sorry za przekleństwa, ale chwilowo nie dbam o słownictwo.).Pójdę sobie zatem do apteki, znów pozbędę się kupy kasy, żeby jako tako zadbać o zdrowie, które też zaczyna mi się psuć, a potem umyję okna i zacznę pisać essay.
I w dupie mam wszystko.
Carpe diem.
poniedziałek, 13 maja 2013
Szczęście...
... zależy od tego, co myślimy, a nie od tego, co posiadamy?
Choć słońca za oknem ani śladu, na zewnątrz zimno, a deszcz od czasu do czasu ponuro stuka w parapet, to moje samopoczucie całkiem dobrze się trzyma. Siedzę przy rozwalonym laptopie, który w kupie trzyma się chyba tylko siłą mojej woli, znów bezrobotna i bez perspektyw... Ale to wszystko spływa po mnie tak samo, jak ten deszcz po parapecie. Wszystkie marzenia pochowałam tak głęboko, żeby przez najbliższe pół roku nie wchodziły mi w paradę i okazało się to strzałem w dziesiątkę.
Obok rozklekotanego laptopa stoi duży bukiet świeżego i różnokolorowego bzu. Tak właśnie pachnie wiosna. Wprawia mnie to w dobry nastrój mimo, że powodów do radości ciągle ubywa. Boli mnie ząb, nie mam pieniędzy na dentystę (nie jestem ubezpieczona, więc dentysta jedynie prywatnie), ponownie nie mam pracy, mój osobisty komputer jest w stanie agonalnym, a sesja letnia będzie wymagała ode mnie spędzenia kilku ładnych godzin przy komputerze. Postanowiłam skupić się przez najbliższy miesiąc na ukończeniu tego roku studiów - wyznaczenie sobie nowego celu bardzo pomogło.
Moja podświadomość pozbyła się wszelkich pragnień - wczoraj wyszłam przed dom, spojrzałam na granatowe chmury zwiastujące kolejny deszcz, wciągnęłam w płuca świeże, międzydeszczowe, pachnące bzem i kwitnącymi drzewami owocowymi powietrze, jakiś zbłąkany promyk słońca musnął mnie w twarz i poczułam się tak, jak dawno się nie czułam - wolna, lekka, jakby przeszłość i przyszłość nie istniała. Tylko ja i ta chwila. Piękne.
![]() |
Zdjęcie jest moją własnością i pochodzi ze strony http://www.photoblog.pl/papoy/98259310/30.html
Zgodnie z Dz.U.z 1994 nr 24, poz. 83 wraz z późn. zmianami ZABRANIA SIĘ
kopiowania treści, fragmentów treści oraz zdjęć umieszczonych na blogu,
które są moją własnością, chyba, że zaznaczono inaczej.
|
czwartek, 2 maja 2013
A jednak.
Mój skrajny pesymizm jednak okazuje się być w pełni uzasadnionym. Oprócz złotej zasady "carpe diem" będę musiała wcielić w życie jeszcze jedną - never get excited or happy.
Znowu. To się znowu stało. Znowu los dał mi chwilę radości po to, żeby potem móc dokopać mi mocniej, boleśniej. Wypełnia mnie tak wielki smutek, że nie mogę tego ująć w słowa. Po prostu nie jest mi dane być szczęśliwą...
Mętlik w głowie mam jeszcze większy niż miałam. Nie wiem co dalej, już nie mam siły.
Znowu. To się znowu stało. Znowu los dał mi chwilę radości po to, żeby potem móc dokopać mi mocniej, boleśniej. Wypełnia mnie tak wielki smutek, że nie mogę tego ująć w słowa. Po prostu nie jest mi dane być szczęśliwą...
Mętlik w głowie mam jeszcze większy niż miałam. Nie wiem co dalej, już nie mam siły.
wtorek, 23 kwietnia 2013
Kolejne dziwne przemyślenia
Podobno nie dostajemy więcej niż potrafimy unieść. Jeśli tak jest, to chyba rzeczywiście byłam już u kresu wytrzymałości, bo w końcu Bóg się zlitował i zdjął ze mnie część tego ciężaru, żebym mogła choć na chwilę odetchnąć. A może się mylę? Może los znów ze mnie zakpi i daje mi promyk nadziei po to, żeby zaraz znów to zabrać i żeby powrót do poprzedniego stanu zabolał bardziej? Któż to wie... Ja wiem jedno - tak długo byłam przytłoczona całą sytuacją, że nawet teraz, kiedy wydawać by się mogło, że może teraz wszystko się ułoży tak jak powinno, ja już nie potrafię ucieszyć się z tego tak jak kiedyś... Zamiast szczerze się uśmiechnąć i nabrać wiatru w żagle, czekam kiedy znów dostanę kopa od losu.
Doszłam do przedziwnego wniosku. Powinnam nauczyć się żyć tylko i wyłącznie dniem dzisiejszym. Nie rozpamiętywać dnia wczorajszego, nie planować dnia jutrzejszego, tylko czerpać szczęście z tego co mam dziś. To jest strasznie trudne, bo o ile da się nie rozpamiętywać tego co już było, o tyle trudno jest zaprzestać planować i patrzeć z wyprzedzeniem na swoją przyszłość. Może to ja sama sobie zgotowałam ten los, bo zaczęłam planować, dążyć do spełniania swoich marzeń, zatracając przy tym całą beztroskę i radość życia? Skoro dążąc do szczęścia staję się nieszczęśliwa, może powinnam po prostu być szczęśliwa nie starając się do tego szczęścia dążyć?...
Ciężko, zwłaszcza, że mam kilka marzeń i nawet nie potrafię opisać jak bardzo chciałabym, żeby się spełniły... Bez mojej pomocy na pewno się nie spełnią, więc jak tu być mądrym? Dopomagać im mimo, że tyle mnie to kosztuje, czy zostawić los jego własnemu biegowi?
Nie potrafię ogarnąć swojej psychiki. Naprawdę.
Ile tak jeszcze wytrzymam? Miesiąc, dwa? Więcej nie.
Niech ktoś rozplącze moje myśli, błagam...
Doszłam do przedziwnego wniosku. Powinnam nauczyć się żyć tylko i wyłącznie dniem dzisiejszym. Nie rozpamiętywać dnia wczorajszego, nie planować dnia jutrzejszego, tylko czerpać szczęście z tego co mam dziś. To jest strasznie trudne, bo o ile da się nie rozpamiętywać tego co już było, o tyle trudno jest zaprzestać planować i patrzeć z wyprzedzeniem na swoją przyszłość. Może to ja sama sobie zgotowałam ten los, bo zaczęłam planować, dążyć do spełniania swoich marzeń, zatracając przy tym całą beztroskę i radość życia? Skoro dążąc do szczęścia staję się nieszczęśliwa, może powinnam po prostu być szczęśliwa nie starając się do tego szczęścia dążyć?...Ciężko, zwłaszcza, że mam kilka marzeń i nawet nie potrafię opisać jak bardzo chciałabym, żeby się spełniły... Bez mojej pomocy na pewno się nie spełnią, więc jak tu być mądrym? Dopomagać im mimo, że tyle mnie to kosztuje, czy zostawić los jego własnemu biegowi?
Nie potrafię ogarnąć swojej psychiki. Naprawdę.
Ile tak jeszcze wytrzymam? Miesiąc, dwa? Więcej nie.
Niech ktoś rozplącze moje myśli, błagam...
Subskrybuj:
Posty (Atom)









































