poniedziałek, 17 października 2011

Znów nastała tutaj cisza...

... i najmocniej Was wszystkich za to przepraszam... Po prostu staram się jakoś uporządkować wszystko, naukę i resztę zajęć, i naprawdę zostaje mi niewiele czasu, a jak już chwila jest, to chętnie spędzam ją z moim Kochanym :)

Powolutku zaczynam ogarniać to wszystko, co spadło mi nagle na głowę z początkiem roku akademickiego. Mieliście rację, że wszystko wydaje się takie straszne, bo spadło na mnie wszystko na raz, a z czasem da się wszystko jakoś przewartościować i uporządkować. Może w tym roku kalendarzowym nie uporam się z tym na tyle, żeby móc zacząć szukać pracy, ale od nowego roku mam nadzieję ruszyć również z planami życiowymi do przodu i jeśli wszystko pójdzie tak jak bym chciała żeby poszło, najpóźniej na wiosnę zacząć szukać mieszkania. Matko, jak ja bym chciała, żeby mi się wszystko udało zrealizować...

Nie wiem jedynie jak to będzie z pracą M. Niby jakoś sobie wszystko na razie poukładali w grafiku i praca na popołudnie doszła do skutku, ale nie wiadomo jeszcze jak to dalej będzie. Bardzo liczę na to, że jedyne co się zmieni to ubędzie mu nadgodzin, bo niby pracuje 8 godzin dziennie, a cały dzień siedzi w pracy jak na razie, a dla mnie czas znajduje dopiero wieczorem... Tak nie powinno być, w umowie ma 8 godzin dziennie, nadgodziny rozumiem, bo czasem już się tak zdarzy, że po prostu trzeba, ale nie codziennie... Ostatecznie bilans dzienny mu wychodzi 9-11 godzin, ja się pytam co to ma być?! Trudna sprawa, bo to jego pierwsza praca gdzie zagrzał miejsce na dłużej i lepiej się nie wychylać, ale też tak być nie powinno, że dzień w dzień nadgodziny i nikt mu za to nie płaci... :( Gdyby jeszcze z tego pieniążki były, to jakoś bym to musiała znieść, albo nawet bym zniosła bez problemu, bo może bylibyśmy w stanie wynająć w końcu mieszkanie, ale taka praca charytatywna to po prostu wyzysk... Ani czasu w rezultacie nie ma, ani pieniędzy. Krew mi się gotuje jak o tym myślę...

W sprawach realizacji moich planów życiowych - nie wiem, jakiej szukać pracy, żeby była w elastycznych godzinach i nie wymagała zaświadczenia sanepidu (nie uśmiecha mi się odnawianie badań co 3 miesiące ;/)... Pozostaje chyba tylko telemarketing, ale jakoś chyba nie umiem przekonać kogoś, komu zabieram wolny lub wręcz przeciwnie - pracujący czas, do zakupu jakiejś usługi, której sama za Chiny Ludowe bym nie chciała i sama siebie potraktowałabym zbywająco ;) Ciężka sprawa... Chociaż... Są jeszcze korepetycje, ale nie dam rady na prywatnych korkach dorobić sobie tyle, żeby móc mieszkać z M. Ktoś mi kiedyś tu na blogu podsunął całkiem sensowną propozycję pracy w jakiejś sieci supermarketów, przejrzałam warunki pracy tam i byłyby nawet OK, tylko zawsze jest jakieś ale. W moim mieście nie ma tej sieci sklepów, a w innych, typu Carrefour czy Tesco... Cóż, wszyscy, których znam i pracują tam, marzą o tym, by dać stamtąd nogę, bo zasadniczo w większości placówek panuje praca niemal niewolnicza, więc chyba podziękuję. No i zonk. Nie mam już naprawdę za grosz weny twórczej, żeby wymyślić jakąś sensowną propozycję.

Wybaczcie ciszę również u Was. Czytam Wasze wpisy, ale zazwyczaj nie mam już tyle czasu, żeby komentować. W końcu się ogarnę, obiecuję, i zacznę się bardziej udzielać społecznie, a póki co próbuję ustawić swoje życie do pionu :)

piątek, 7 października 2011

Dołek gotowy.

Mam ochotę usiąść i płakać. Wiedziałam, że ten rok akademicki nie rysuje mi się zbyt kolorowo, ale też nie przypuszczałam, że będzie aż taki czarny... Minął dopiero pierwszy tydzień zajęć, a ja już powoli nie wiem w co mam włożyć ręce, żeby się ze wszystkim wyrobić. A chciałam znaleźć sobie pracę, a tu się okazuje, że i bez tego będę miała dość problemów na głowie...

300 stron jakiejś noweli do przeczytania i streszczenia + wypisanie nowych słówek z całej książki, nie, nie na raz, ale na cały semestr, tylko jest haczyk - szanowna pani wykładowczyni dyrektorka zarządziła, że co miesiąc będzie nasze wypociny nad nowelą zbierać i patrzeć czy jesteśmy systematyczni.
Do połowy października wybrać temat pracy dyplomowej, do listopada wykonać plan pracy, do grudnia oddać pierwszy rozdział.
Przynajmniej 2 godziny w tygodniu prowadzenie zajęć + wykonać do każdych zajęć konspekty, przynajmniej 2 godziny obserwowania zajęć + sprawozdania z każdej godziny.
W planie widnieją dwie literatury - brytyjska i amerykańska - na każdą średnio co 2 tygodnie przypada jakaś niemała lektura do przeczytania.
Na semestr portfolio z gramatyki praktycznej zawierające co najmniej 400 testów.
To perspektywa najbliższego semestru po pierwszym tygodniu, mam dziwne przeczucie, że będzie tylko gorzej... :(
Nie wiem, może to tylko ja tak pesymistycznie do tego podchodzę, ale mnie się wydaje, że na moje plany życiowe tak jakby już nie ma miejsca... Czuję się taka zrezygnowana... A już było tak blisko, tak się nastawiłam na znalezienie pracy i poszukiwanie mieszkania, a tu po prostu gówno - inaczej tego nie mogę ująć. Chce mi się wyć...

Na dodatek M. będzie pracował co drugi tydzień na popołudnie, a zważając na to, że ciągle robi nadgodziny, to naszych spotkań nie ma już gdzie ulokować w czasie, bo doba jest na takie eksperymenty za krótka. A bądźmy szczerzy - związek, w którym dwoje ludzi widuje się co dwa tygodnie na zaledwie 2-3 godziny dziennie bez możliwości posiadania chociaż 10 minut prywatności, nie mówiąc już przypadkiem o jakiejkolwiek bliskości poza buziakiem, to związek bez szans. Ani jedno ani drugie tego nie wytrzyma, każde zacznie mieć swoje życie i pójdzie w swoją stronę. Już teraz między nami jest coraz gorzej, bo mój nastrój na myśl o tym, co przed nami coraz bardziej się pogarsza, a M. jest bardzo cięty na moje złe samopoczucie, co również spędza mi sen z powiek, bo każdy ma prawo do martwienia się i złego samopoczucia, tyle, że ja jak widać nie. A nie potrafię już robić dobrej miny do złej gry, bo mnie to już po prostu przerasta...

Szczerze, nie mam siły nawet o jakąkolwiek poprawę czegokolwiek walczyć. Tak mnie to wszystko dołuje, że nie daję rady. Mam ochotę skreślić całe moje życie, bo NIC w nim nie jest tak, jak miało być, nawet po tym całym zapierdolu nie mam co liczyć na chwilę odpoczynku w ramionach M., bo praca, praca, praca... Rozejdziemy się, jeśli dalej tak się wszystko ma układać... Kogo to obchodzi, że każdy, i student i pracownik, chce mieć życie prywatne, a nie tylko obowiązki... Gdybyśmy chociaż mieszkali razem, to ostatecznie po całym dniu moglibyśmy się spotkać wieczorem, i cała noc również byłaby tylko nasza, ale jak już pod górkę mieć, to po całej linii... Dopóki nie zacznę pracować, to nie ma takiej możliwości, żebyśmy mieszkali razem, a ja nie mam kiedy pracować, żeby nie zawalić szkoły. Mam dość, ta cała sytuacja jest bez wyjścia, a jedyne możliwe zakończenie, to złe zakończenie. Moje życie chyli się ku upadkowi.


Mam już tego wszystkiego do kur** nędzy dość!!!

wtorek, 4 października 2011

Milczek

Przepraszam na samym wstępie za tą ciszę. Mogę Wam przysiąc, że bywam u każdego i czytam Wasze wpisy od deski do deski, tylko nie potrafię z siebie wydusić słowa. Ani u Was, ani u siebie. Naprawdę dopada mnie jakieś jesienne przygnębienie i mobilizowanie się do chodzenia do szkoły oraz do praktyk, które nieuchronnie nadciągają, wysysa ze mnie resztki sił do życia. Dodatkowo, w związku z uczęszczaniem na III rok studiów, mam do ogarnięcia sporo nowych spraw, w tym pracę dyplomową, zatem muszę uważnie gospodarować energią życiową, której mi ledwo co starcza. Zaglądam tu w wolnej chwili, aby odsapnąć od biegu codziennego życia oraz oderwać się od tego co mnie otacza, ale nie starcza mi inwencji twórczej na odzywanie się.

Wstyd, wstyd, wstyd! Ale obiecuję w weekend zdać relację z pierwszego tygodnia szkoły i zalążka praktyk, a póki co dalej będę bywać tu i u Was po cichutku :) Szybkiego nadejścia weekendu Wam życzę :))