niedziela, 22 września 2013

Chciałam o wszystkim... a będzie o niczym ;)

Chciałabym móc przekazać tutaj to, co mi w głowie siedzi, ale chwilowo jest to tak zagmatwane, że sama tego nie ogarniam. Nawet nie potrafię określić, czy te wszystkie procesy myślowe zmierzają w dobrą stronę - "dobra strona" to w tym przypadku pojęcie bardzo względne. Aktualnie składam się z kilku całkowicie różnych osobowości, co sprawia, że czasami sama siebie nie poznaję. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że ani mnie to parzy, ani ziębi. Nie jest mi z tym ani dobrze, ani źle. Ciekawe co z tego wyjdzie...

Poza tym czas ucieka mi przez palce... Naprawdę, dopiero co wstaję rano i zrzędzę, że nie lubię poniedziałków (choć do pracy chodzić lubię ;) - pierwszy dowód na to, że jestem dziwna), a tu już piątek, potem liczę na odpoczynek w weekend - i nic z tego, bo trzeba coś, gdzieś i to już, i weekend mija, i znów poniedziałek... Dopiero co zaczęłam pracę, a tu jeszcze tylko miesiąc do końca pierwszej umowy i zaraz zacznie się stres, czy mi ją przedłużą... Wciąż wszystko wydaje mi się odległe, np. szkoła, a tu już właściwie koniec wakacji, bo w pierwszy weekend października zjazd, zlatuje pędem. Nie wiem jak to się dzieje, ale jeszcze nigdy czas tak szybko mi nie leciał. Z tego wszystkiego często mi się śnią pędzące pociągi ;)

Pociąg lub kolej żelazna to jeden z najważniejszych symboli sennych, w którym odzwierciedla się przede wszystkim nastawienie do życia, doświadczenia, motywacje, wartości i cele. Sugeruje to lepsze poznanie siebie.
widzieć pędzący pociąg: zmiany
źródło: http://www.sennik.biz/sennik-pociag/ 

To ma też dobre strony - nie mam czasu specjalnie rozmyślać nad życiem. Przy takim tempie życia zaczynam skupiać się tylko na sprawach bieżących. Odkąd pracuję, nie zdarzyło się, żebym wybiegała planami do przodu na więcej niż tydzień. Póki co nie widzę w tym minusów - takie prawdziwe carpe diem :)

U Was bywam niestety po cichu. Ciekawość co tam u Was jest silna, więc mimo braku czasu i tak do Was zaglądam, ale na komentowanie niestety już chwili nie mam. Nie lubię komentować dla samej zasady, a coś tam jednak w miarę sensownego chciałabym napisać, a o to ciężko, jak właściwie jedną ręką szykuję obiad, drugą już ubieram buty, bo gdzieś muszę wyjść, a zezem rozbieżnym czytuję blogi :) Fajnie to musi wyglądać :)) A jakbyście posłuchali M. jak na mnie krzyczy, że już jesteśmy spóźnieni, a ja w blogosferze :D Ehhh... Mam nadzieję, że się nie gniewacie...


niedziela, 15 września 2013

Update + las :)

Trochę milczałam, ale chwilowo prowadzę dosyć intensywny i zabiegany tryb życia i po prostu się nie złożyło na przebywanie w wirtualnym świecie. A przez te wszystkie zamieszania i małą ilość wolnego czasu uciekła mi wena :) I choć miałabym na pewno o czym pisać, to zwyczajnie brak mi pomysłu na ubranie tego chociaż w sensowne (już nie mówiąc o tym, że w miłe do czytania) zdania... Ale postaram się w skrócie przedstawić co ważniejsze informacje.

Pierwsza fajna sprawa - jest wypłata :) I moja i eMowa, więc może niekoniecznie hulaj dusza - piekła nie ma, ale nareszcie zaświeciło nad nami światełko :) Nawet nie wiecie ile radości sprawia kupienie sobie jogurtów straciatella bez kalkulowania, że za ich cenę miałabym np. chleb i pasztet... Ach, nie wracajmy do tego. Skupiam się na tym, co jest teraz :)

Jeśli już mowa o pozytywach, to już chyba kiedyś wspominałam, że mój laptop istniał, ale już prawie w dwóch częściach, a nie ma lekko - trzeba będzie zacząć pisać pracę magisterską. M. załatwiał w środę jakieś interesy, fuchy - nie ważne, ważne jest to, że podbiegł nagle do mnie czekającej na niego w samochodzie z nowiutkim ultrabookiem w ręce. Matko, piękny i nieźle wyposażony - tylko przecież nie mam aż tyle gotówki wolnej do wydania (bo niestety jedyną opcją była gotówka i to najlepiej na już). Nic to, zabrał go, po chwili wrócił i ruszyliśmy dalej w trasę za sprawami do załatwienia. Na naszej trasie był również mój dom rodzinny, więc w niedługim czasie siedziałam u siebie w domu, gawędząc sobie z mamą. Temat zszedł na studia, i mimowolnie na mojego biednego laptopa, i nie wiem co mnie podkusiło, ale powiedziałam, że M. znalazł mi idealne zastępstwo dla niego, tylko nie mam aż tyle kasy na zaraz, żeby go kupić. Nie wierzyłam w to, co usłyszałam - mama powiedziała, że pożyczy mi pieniądze na laptopa, a ja sobie na spokojnie będę co miesiąc oddawać! W ciągu dwóch godzin miałam rozeznanie rynkowe czy aby na pewno warto kupować tego notebooka za tą cenę (okazało się, że to grosze, bo laptop jest wart minimum 3, a w większości sklepów nawet do 5 tysięcy) i czy ma dobre podzespoły. Okazało się, że "za" kupnem przemawia o wiele więcej rzeczy, niż "przeciw", a na drugi dzień, w czwartek, laptop był już u mnie :) Tego posta piszę już na moim nowiutkim ultrabooku :))))

Powiem Wam, że mój zakup laptopa bardzo ruszył moją siostrę i jej "narzeczonego". My się z siostrą naprawdę lubimy i kochamy, ale między nami istnieje pewnego rodzaju rywalizacja. Nawet nie podeszła, żeby zobaczyć mój nowy nabytek. M. postanowił im dopiec (widzi przecież co się dzieje i jak ja wszystko przeżywam) i sam poszedł im pokazywać mojego nowiutkiego laptopa. Ponoć miny mieli nietęgie... Zawsze to moja siostra chwaliła mi się coraz to nowszymi ciuszkami, biżuterią od narzeczonego i co tylko, a ten jej gach dopiekał nam poruszając tematy ślubu, a tu zonk - teraz STAĆ MNIE na taki zajebisty sprzęt... Z jednej strony się cieszę, że pokazałam im, że mam pieniądze, i że ich dotychczasowe zagrywki przestają na mnie robić wrażenie, ale z drugiej strony - tak, wracam na stare tory - wolałabym im dopiec pierścionkiem zaręczynowym...

Dobra, chciałam w ogóle nie wchodzić na temat mojej siostry, ale nie wyszło ;)

Pamiętacie posty, gdzie pisałam o tym, jak drę koty z moją mamą? Ostatnio, od nie pamiętam kiedy, mama sama podeszła do mnie, domyślam się, że z racji bycia blisko, moja siostra i ten jej K. wszystko słyszeli, i powiedziała mi, że jest ze mnie DUMNA, że potrafię sobie poradzić w życiu i cieszy się, że ma taką mądrą i samodzielną córkę. Normalnie szok, ale cieszę się, że ktoś docenia te moje wszystkie postępy, które małymi kroczkami robię. I to jeszcze kto - moja mama :D

W poprzedniej notce pisałam o wypadzie na grzyby, ale jednak nic nam z tego nie wyszło. Za to pojechaliśmy tydzień później :) Grzybów co prawda nie było zbyt wiele, bo jednak było dosyć sucho (a ja jestem wyjątkowo ślepa), ale przynajmniej pochodziłam sobie po lesie, ciesząc się spokojem i rześkością poranka :) Podzielę się z Wami widokami, jakimi cieszyłam oko :))

Zdjęcia robiłam telefonem, więc jakością nie grzeszą, ale mam nadzieję, że mimo to chociaż trochę oddają magię poranka w lesie ;)









Chciałam zrobić krótki update z ostatnich dni, a wyszedł mi mały felieton :D  chyba wena wraca :)