sobota, 7 lipca 2012

O egzaminie licencjackim

Oficjalnie mogę powiedzieć, że rozpoczęłam wakacje. Nie do końca tak, jak chciałam, ale jednak dochodzę do wniosku, że lepiej byle jak niż wcale, ale o tym za chwilę i będzie długo, więc jak ktoś nie ma czasu lub ochoty, to może sobie odpuścić. ;)
A że znowu mało mnie tutaj - cóż, pogoda piękna, M. ma urlop, więc śmigamy na rowerach gdzie się da :)

Nawiązując do tematu byle jak rozpoczętych wakacji... Wszystkiemu winien jest egzamin licencjacki i mój pech. A pecha miałam od samego początku - najpierw byłam piąta na liście A do pana X w komisji, jednak chwilę po rozpoczęciu egzaminów przybiegła pani z sekretariatu i zamieniła listy. Po zmianach byłam dziewiąta na liście B do pani Y w komisji. Wszyscy, którzy egzamin zdawali u pana X, z wyjątkiem jednej dziewczyny, która autentycznie oprócz tego, że wiedziała jak się nazywa, to nie wiedziała nic, zdawali z dobrymi wynikami... Za to w komisji, gdzie przewodniczyła pani Y... No właśnie.
Z niektórymi ludźmi, którzy wchodzili przede mną na egzamin studiowałam nawet trzy lata, więc wiem jaki mają zasób wiedzy, jakie mieli oceny i czy mają gadane. Spokojnie mogę stwierdzić, że nawet ci, którzy byli przeciętni i wylosowali sobie dosyć trudne pytania wychodzili z czwórkami od pana X, ponieważ pan X podpowiadał i momentami nawet podsuwał poprawne odpowiedzi. Pani Y natomiast, złośliwie utrudniała wszystkim wszystko, o czym się niestety przekonałam na własnej skórze.
Weszłam, przywitałam się, usiadłam i wylosowałam sobie pytania. Spoglądam na karteczki z pytaniami - super! Pytania dosyć łatwe, materiał, który obejmowały, miałam dobrze powtórzony - będzie dobrze. Błąd...
Zaczynam odpowiadać na pierwsze pytanie. Odkąd studiuję, wymagało się od nas odpowiedzi na pytania według schematu 'od ogółu do szczegółu', również Poznań oznajmił nam, że takich odpowiedzi oczekuje, zatem zaczynam mówić ogólnie o temacie, którego dotyczy pytanie. Zdążyłam powiedzieć pół zdania, kiedy pani Y wcięła się w moją wypowiedź, pytając mnie o to, do czego właśnie zmierzałam. Wniosek mam jeden - nie słuchała mnie, bo z mojego krótkiego, bo krótkiego wstępu jasno wynikało, do czego zmierzam. Nie dałam się wybić z rytmu i mówię dalej. Odpowiedziałam na pytanie wyczerpująco (wiem, że odpowiedziałam wyczerpująco, bo na ten temat pisałam pracę dyplomową, zatem temat mam oczytany do obrzydzenia), a pani Y zaczyna mnie wypytywać dalej... o to, co już powiedziałam. Taaa...
Pytanie drugie - powiedziałam co wiedziałam, pomijam już fakt, że pani Y, patrząc na mnie i podobno słuchając mojej odpowiedzi zaczęła mi ziewać w twarz, nie racząc nawet zakryć przy tym otworu gębowego... Poczułam się delikatnie mówiąc zlekceważona. W głowie miałam jedną myśl - nie daj się wybić z rytmu odpowiedzi, więc dalej mówiłam, co wiem. Padło kilka dodatkowych pytań od komisji, ale zostałam uprzedzona, że te pytania nie są po to, żeby studenta pogrążyć, tylko wyciągnąć z niego więcej rzeczy, żeby naciągnąć ocenę, więc śmiało odpowiadałam dalej. Znów pani Y zaczęła mi się wcinać w zdanie... No do jasnej Anielki... Spokojnie...
Trzecie pytanie. Znałam odpowiedź tylko na połowę pytania, ale nic to - mówię, co wiem. Czytałam o tym trochę, miałam notatki od studentów z poprzednich lat, którzy zdawali licencjat na piątki, więc oczytana byłam całkiem nieźle. Pani Y znów na mnie patrzy i wcina mi się w słowo. Pyta. O szczegóły. Bardzo dogłębne szczegóły, więc w efekcie można powiedzieć, że wyłożyłam się na czymś, co wiedziałam bardzo dobrze. Przez chwilę, wychodząc z sali egzaminacyjnej, pomyślałam sobie, że się musiałam czegoś nie douczyć, więc podchodzę do reszty ludzi z mojej szkoły i pytam ich o te szczegóły, o które zostałam tak wnikliwie wypytana. Oni patrzą się na mnie tępym wzrokiem i pytają o co mi chodzi, przecież czegoś takiego nie było. W tym momencie już wiedziałam, że pani Y robiła wszystko, żeby mnie usadzić pomimo tego, że byłam dobrze przygotowana.
Wołają mnie do odczytania mojej oceny. Pani Y patrzy się na mnie niczym wielce urażony majestat i oznajmia mi, że moja odpowiedź była chaotyczna, coś tam wiedziałam, ale gubiłam się w tym, co mówiłam. No do chuja pana! Jak moja odpowiedź miała nie być chaotyczna, jak ona mi średnio co minutę wchodziła w słowo, przerywała, zmuszała do powtórzeń itp! Jednak to nie koniec mojego wkurzenia na tamtą chwilę...
Pani Y oznajmia mi, że z egzaminu otrzymuję trójkę, bo pierwsza odpowiedź była nawet ładna, a reszta tak sobie. I kontynuuje, że na dyplomie będzie 3.5, bo moja średnia z egzaminu dyplomowego w szkole i średnia szkolna były wysokie... Żałujcie, że nie widzieliście tego bólu na jej twarzy, kiedy to mówiła. Bardzo jej się musiał nie podobać ten fakt, że miałam dobre oceny. Z dyplomu 5, średnia szkolna 4. No to ona mi da trzyyy... żeby popsuć ten śliczny dyplom ;]
Chciałam ją zabić, ale że jest to karalne, to wyszłam z sali i się popłakałam. Nic innego mi nie pozostało względem tak rażącej niesprawiedliwości.
Z racji, że zaczynam szukać pracy, udałam się do sekretariatu po zaświadczenie o zdanym egzaminie. Pani w sekretariacie wyjmuje protokoły z egzaminu i szuka mojego. Kiedy zobaczyłam mój protokół, myślałam, że wrócę do tej sali egzaminacyjnej i naprawdę tą idiotkę skrzywdzę. Pamiętacie, co powiedziała mi jako komentarz do mojej odpowiedzi? Że pierwsza odpowiedź ładna a reszta tak sobie? Wiecie co zobaczyłam na protokole? Pytania 1,2 i 3 wzięte w klamrę i ocenione na 3 (każde pytanie miało osobną ocenę, ocena z egzaminu jest średnią z tych trzech ocen). Powiedzcie mi proszę, bo może to ja jestem taka głupia i nie potrafię tego ogarnąć - czym się zatem różni odpowiedź ładna od odpowiedzi takiej sobie, skoro i jedna i druga zostały ocenione na 3?

Mam wielki żal po tym egzaminie, wiem, że na czwórkę zasłużyłam. Rodzina i znajomi twierdzą, że zostałam tak potraktowana przez zawiść, bo poznańscy studenci zdawali ten egzamin wcześniej i pewnie nie wypadli zbyt kolorowo, więc żeby nie było, że kaliscy studenci są lepsi, pani Y postanowiła poprawić osiągi Poznania poprzez oblewanie lub słabe ocenianie Kalisza. Jest to możliwe, bo studenci germanistyki również wrócili rozżaleni swoim egzaminem z racji niesprawiedliwego oceniania. Rozmawiałam z dziewczyną, która miała średnią na koniec szkoły 5.0 i naprawdę nie ma rzeczy, której ona by nie wiedziała i nie umiała, a z licencjatu otrzymała 4,5. Wykładowcy z mojej szkoły w świetle tej niesprawiedliwości jasno powiedzieli, że to zawiść, że taka szkoła jak moja byłaby lepsza od poznańskiej czy wrocławskiej...

Niemniej, wakacje już mam. We wrześniu na poprawkę nie muszę się stawiać, więc chociaż o tyle dobrze. Jak zdam magistra, to na tą żałosną trójkę z licencjatu nikt nie będzie patrzał.


11 komentarzy:

  1. O jaka rzeźnia :(( komisja powinna pomagać studentom bo wiadomo - stres a nie jeszcze ich dobijać :(

    OdpowiedzUsuń
  2. Matko :( Pani Y jest równie popieprzona jak moja Dochtórka... na takie przypadki brak słów, więc po prostu przytulam :**

    OdpowiedzUsuń
  3. Współczuję Ci, bo ukończenie studiów z niższą oceną niż sobie wymarzyłaś nie jest pewnie miłe. Ale powiem Ci jak to się odnosi do życia, z perspektywy 2 lat po uzyskaniu magistra. Nikt nigdy nie pyta się jaką oceną masz na dyplomie, i jaką średnią uzyskałaś w trakcie studiów. Taka jest prawda. To jest zupełnie nieważne, wręcz nieistotne i nie ma co sobie tym głowę zawracać. Nie ma sensu i szkoda Twoich nerwów. Masz dyplom licencjata? Masz. I to jest najważniejsze. Wymiernikiem dobrze ukończonych studiów będzie znalezienie dobrej pracy. Bo po to się właśnie robi studia. A oceny są najmniej ważne. Nie przejmuj się i żyj dalej:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Wiem że może łatwo tak tylko napisać, ale olej to. Ty wiesz ze zasługiwałaś na wyzsza ocenę, dostałaś licencjat, a ocena z niego naprawde potem nie jest ważna. Świętuj koniec licencjatu a złośliwą babę zostaw jej własnemu sumieniu:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Współczuję tej baby, przepraszam za wyrażenie, ale nic minie przychodzi do głowy. Zapewne masz rację, że chciała zaniżyć Wam poziom szkoły, a co to mniejsze miasto ma być gorsze? To jest po prostu nie w porządku.

    OdpowiedzUsuń
  6. zawisc ludzka nie zna granic, kolejny raz sie to potwierdza...
    Niemniej jednak masz juz wyksztalcenie wyzsze, gratuluje :)
    A ocena sie nie przejmuj, bo i tak nikt na nia nie patrzy :)

    OdpowiedzUsuń
  7. ja na moje szczęście miałam dość dziwną obronę ;) nie dość że dwa w jednym bo jedna obrona i dwa tytuły bo i mgr inż to jeszcze miałam pania promotor która wylądowała nam w szpitalu i wróciła na 3 dni przed obroną, ale na szczęście komisja była ok.
    Ja też byłabym wciekła po takiej obronie ale masz rację na magisterce sobie odbijesz :)
    odpoczywaj :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Bardzo mi przykro to czytać :( Naprawdę, tym bradziej, że wiem, że niestety to nie zawsze jest tak, ze obrona jest jedynie formalnością a jakieś personalne rozgrywki na górze odbijają się na studentach :(

    OdpowiedzUsuń
  9. Cyrki się dzieją przed, na i po tych egzaminach. Cieszmy się, że to już za nami :)

    Magda-aivio

    OdpowiedzUsuń
  10. Brak słów co się dzieję, że coś musi być lepsze, że zamiast sprawiedliwie ocenić ucznia, nauczyciele bawią się w jakieś podchody!! Ja pierniczę!! W szkole, jak w polityce :/

    Mimo wszystko i tak gratuluję :* :*

    OdpowiedzUsuń
  11. Pamiętam te czasy i tą niesprawiedliwość na którą było się zupełnie bezradnym. Wiele razy tego doświadczyłam, miałam jednak to nieszczęście, że na magistrze mam 3 (a na licencjacie 5) i choć długo to trawiłam to jakoś przełknęłam.
    Wiem, że nie łatwo, ale wierzę, że i Ty z czasem przetrawisz.

    OdpowiedzUsuń

Witaj!
Będzie mi bardzo miło, jeśli podzielisz się ze mną swoją opinią. Zostaw adres swojego bloga jeśli go posiadasz, bo chętnie wpadnę z rewizytą :)

Pamiętaj jednak, że jest to mój kawałek sieci, zatem uprasza się osoby komentujące o zachowanie kultury!!!!!