A wracając do spraw bardziej przyziemnych, to sporo się działo podczas mojej nieobecności. W końcu mam chwilę, żeby usiąść i w spokoju napisać posta, bo odkąd zniknęłam, mam naprawdę śladowe ilości wolnego czasu, w którym rzecz jasna nie da rady odpocząć, bo wystarczy, że przez moment posiedzę bezczynnie i już rodzą się we mnie wyrzuty sumienia, że siedzę, a tyle rzeczy jeszcze do zrobienia... Jestem już tak zmęczona, że niedługo przestanę mieć kontakt ze światem zewnętrznym, a jakoś nie widzę szans na odpoczynek...
Praktyki mi na szczęście idą względnie dobrze, bo licealiści mnie nie zjedli, jednak strasznie się mnie boją, całkowicie nie wiem czemu, bo mają ze mną tyle luzu, że bajka ;) A ja słowa od nich nie mogę kupić... Może po prostu trafiłam na takie ciche klasy... Z jednej strony dobrze, bo nie mam problemów z dyscypliną, ale czasem chciałabym od nich usłyszeć choć jedno słowo ;)
A teraz niestety... Nie żyje. W połowie września dostały się na niego mszyce, z mojej winy :( i Dżony zachorował, najpierw opadły mu liście, potem kwiaty, a na końcu łodyżka po łodyżce zaczęły czernieć i usychać... Teraz z ziemi wystaje kilka zeschniętych kikutów po łodygach, ale nie wyrzucę go, może odchoruje, odpocznie i na wiosnę znów ożyje...
Miałam jobla na punkcie tego kwiata, więc możecie sobie wyobrazić jaki mam do siebie ogromny żal, że naraziłam go na to robactwo i spóźniłam się z zakupem specyfiku na mszyce... :(
Może teraz rzucę trochę światła jednak, bo przecież moje życie to nie tylko szkoła, praktyki i żal po ukochanym kwiatku... Przestaliśmy się z M. gryźć jak dzieci o byle pierdołę :) Co prawda spory są zawsze obecne w życiu wszelkich ludzi, ale przynajmniej nie wybuchają już między nami wielkie wojny i awantury.
Oraz kolejna radosna nowinka - gdzieś na przestrzeni lutego, na 99% zmieniam miejsce zamieszkania :) Co prawda to mnie lekko mówiąc przeraża w niemałym stopniu, ale mimo wszystko jestem szczęśliwa, że w końcu będę miała mojego ukochanego Mężczyznę obok siebie rano, po południu, wieczorem i w nocy :)
Niestety jest kilka spraw, które osłabiają mój entuzjazm... Martwi mnie np. reakcja moich dziadków na taką rewolucję, bo nie jesteśmy małżeństwem i boję się, że się na mnie na śmierć pogniewają, bo są bardzo religijni i takich rzeczy w ogóle nie akceptują... Rodzice po pewnym czasie od usłyszenia propozycji, żebyśmy zamieszkali razem, pogodzili się z tym, że nie przykują mnie do kaloryfera żeby mnie zatrzymać w domu, bo jestem już na tyle dorosła, że jak zadecyduję że się wyprowadzam, to po prostu tak zrobię, i oznajmili, że nie będą robić mi wyrzutów czy problemów. Ale babcia z dziadkiem to już niestety inne pokolenie, a mentalności zwłaszcza ludzi starszych nie da się tak łatwo zmienić...
Martwi mnie również zmiana wymiaru naszych relacji z M., bo teraz mogą się pojawić między nami nowe spory, o wiele poważniejsze, jak np. pieniądze, czy podział obowiązków w domu. To jest pewne, że trochę czasu nam zajmie nauczenie się żyć ze sobą, ale boję się, że do tego czasu się nawzajem pozabijamy...
Boję się też, że M. nie będzie zadowolony z mieszkania ze mną, bo wyznaję twardo zasadę podziału obowiązków w domu i mimo, że on też utrzymuje, że obowiązkami powinno się dzielić, to jednak może przeżyć niemały szok przy nowym porządku. Co więcej, nie jestem szczególnie utalentowaną kucharką, bo tak naprawdę nie miałam zbyt wielu okazji na gotowanie w życiu, radzę sobie jedynie z kilkoma najbardziej podstawowymi obiadami, i niestety nic poza tym. A ile można w kółko jeść schabowe na zmianę z kurczakiem i karkówką? Tym bardziej, że chodzę do szkoły dzień w dzień i często obiad w moim wykonaniu będzie przypominał makaron w sosie lub inne danie tzw. "na łatwiznę", a M. niestety siedzi w pracy dłużej niż ja w szkole, to też pewnie tworzenie nawet prowizorycznych obiadów spadnie na mnie i mój brak talentu.
Nie mniej, mimo tych wszystkich obaw cieszę się, że będziemy mogli pobyć ze sobą dłużej niż kilka godzin dziennie, które i tak w większości przesypiamy ;) Zwłaszcza, że stosunki między nami bardzo się od ostatniego czasu poprawiły, więc i uczucia rozkwitły na nowo, z większą siłą. Oby wszystko się udało :))
No to będzie się działo i dzieje się.
OdpowiedzUsuńWiesz, jest jeden sposób, żeby rzadziej się kłócić podczas podziału obowiązków domowych.
Swoje wymagania warto przedstawiać w formie poważnej, ale egzekwować już nieco mniej poważnie, czyli na śmiesznie.
I wtedy może najwyżej wyniknąć kupa śmiechu ze wspólnego gospodarowania czy wynoszenia worka śmieci, o który Twój mężczyzna potknie się w progu, o ile zapomni wynieść :)
Powodzenia!
iw
To jest całkiem niezły pomysł, tylko obawiam się, że przy setnym razie niewyniesienia przez niego śmieci, puszczą mi nerwy :) ze wszystkiego można się śmiać, oczywiście, ale do czasu ;)
UsuńPozdrawiam :))
Bardzo sie ciesze, ze tak sie wszystko poukladalo. Na poczatku na pewno beda pojawialy sie mniesze lub wieksze zgrzyty, Wasz zwiazek wkroczy w zupelnie inny wymiar, moim zdaniem lepszy, ale z czasem przyzwyczaicie sie do siebie i na pewno bedzie ok :) Mowie z wlasnego doswiadczenia ;) I pamietaj, ze grunt to kompromisy i wzajemna pomoc, bo bez tego ani rusz. A talentem kulinarnym sie nie przejmuj, wszystkiego sie nauczysz metoda prob i bledow :) Mam tez nadzieje, ze dziadkowie (moze nie od razu, ale jednak) zaakceptuja Wasza decyzje. Przeciez Cie kochaja i chca, zebys byla szczesliwa, prawda? :)
OdpowiedzUsuńI nie martw sie na zapas. Wszystko bedzie super, zobaczysz.
No liczę na to, że nie będą się zbyt długo gniewać, ale jak się ma do czynienia z takimi ludźmi honoru, to nie jest pewne, że się jeszcze kiedyś do mnie odezwą...
UsuńStaram się nie martwić na zapas, ale ja już tak mam, że zawsze panikuję bardziej niż to potrzebne :)
Ze mnie też była lipna kucharka. Potrafiłam przypalić nawet wodę. A mój mąż był w tych klockach super, bo jemu matka od małego wpajała i uczyła jak gotować obiadki, a mnie nikt nie nauczył, bo... nie miał kto. I co? Nie obawiałam się tego jak będzie, bo przecież po pierwsze masz chłopa, to Cię może czegoś nauczyć, a nie wierzę, że jesteś jakaś zacofana, by nie umieć zrobić dobrego obiadku. Gotowanie nie jest trudne - uwierz :) Troszkę więcej wiary w siebie :) Po drugie jest internet, tam również są proste, łatwe przepisy, na pewno sobie poradzisz :*
OdpowiedzUsuńCieszę się bardzo, że zamieszkacie ze sobą. I proszę Cię nie martw się na zapas, nie myśl o tym z góry, że może być źle. Zamiast tego, myśl pozytywniej, że będzie dobrze. Nie rozumiem dlaczego ludzie sami sobie wszystko komplikują, z góry zakładając i obawiając się, że coś będzie nie tak... przecież to od nas zależy jak będzie. Nie kreujmy negatywnych emocji...po co? :)
Masz rację, tylko martwi mnie też bardzo reakcja moich dziadków... Moja rodzinka i tak ma okrojony skład przez wszelkie różne afery i awantury, więc nie chciałabym tracić kontaktu z dziadkami...
UsuńMam nadzieję, że wszystko pójdzie po Waszej myśli. Myślę, że wiele spraw będzie dużo bardziej pozytywnych, że wspólne mieszkanie wynagrodzi Wam wszystko. Związek przechodzi różne etapy, w gruncie rzeczy najważniejsze jest to, że się kochacie i przetrwaliście każdą burzę... Dasz radę i sprawdzisz się w każdej domowej czynności, nie ma co się schizować :)
OdpowiedzUsuńCo do komentarza u mnie - nie wróciliśmy do siebie. Mam nowego faceta, który stety niestety ma na imię tak samo, jak mój były...
Mam nadzieję, że tak będzie :)
UsuńW kwestii Twojego faceta - chyba muszę na poważnie nadrobić zaległości ;)
To się u Ciebie poukładało w końcu :)
OdpowiedzUsuńPowiem Ci, że u nas ten podział obowiązków to jakaś masakra jest. Nie wiem jak powinno się mówić do mojego faceta żeby trafiało jeśli chodzi o porządek. Oby u Was było lepiej;)
Właśnie taką wizję mam przed oczami i staram się jej pozbyć :D Do M. czasami też można mówić jak do ściany i to mnie troszkę martwi :)
UsuńZe mnie kucharka też żadna :P Ale jakby mnie przycisnęło, to od biedy najprostszy obiad może by się udał :P Chociaż ja od zawsze mówiłam, że będę miała męża, który będzie gotował. Co do kwiatka, to.... nie napisze nic, bo mnie okrzyczysz, znowu :D
OdpowiedzUsuńNo napisz, już większego ochrzanu jak za Witka nie możesz dostać... chyba :D
UsuńKwiatek to tylko kwiatek, roślinka i tyle :P Nic takiego no, więc nie wiem czemu tak Ci go szkoda :D Ładny był, ale no.. beeeeez przesady :P
UsuńO nie, moja droga ;) to nie był taki zwykły kwiatek... On był niezwykły, bo od niezwykłej osoby :)
UsuńBędzie dobrze, bo jak się ludzie kochają to i schabowe w kółko mogą jeść, a jak komuś się znudzą to ta osoba sama coś nowego upichci ;)
OdpowiedzUsuńTo najmniejszy problem. Jeśli dwie osoby tego samego pragną ( bycia razem) to dopasowanie choć może czasem będzie szło jak po grudzie to jednak jest do wypracowania. Najważniejsze to nie spinać się i nie popełniać błędu myślowego, ze jeśli druga osoba z czegoś się nie wywiązała, to robi to specjalnie i na złość...A każdy konflikt rozładować poczuciem humoru...bo przecież np. nie pozmywane naczynia to nie koniec świata.
Dacie radę !
pozdrawiam :)
Pokładam nadzieję w tym, że zapewne masz rację :) pozdrawiam :))
UsuńNo, to będzie dla Was prawdziwe wyzwanie :)
OdpowiedzUsuńA co do gotowania to jak zamieszkałam z Ry to dzwoniłam do mamy i pytałam co mam upić, jak ugotować etc. Ba ! Co mam powiedzieć w mięsnym nawet pytałam. Do dzisiaj pomimo, że nie mieszkam już z nią 7 lat dzwonię żeby zapytać jak się robi ogórkową i żur :D
Kup książkę kucharską, albo w necie poszukaj. Na serwisie wielkiezarcie.pl masz od razu komentarze czy dobre czy nie ;)
A co do dziadków, może na razie zachowanie to dla siebie. Chyba lepsze to niż obrażenie ?
Pewnie ja też będę dzwonić do rodziców i dziadków w sprawach kulinarnych jeszcze długu długo :) No cóż, moi dziadkowie już są takimi ludźmi, że to w co wierzą kładą ponad wszystko, i dla nich to nic wielkiego wyrzec się wnuczki, bo postąpiła nie tak jak oni by tego chcieli... A przecież nie da się przed nimi ukryć faktu, że się wyprowadziłam z domu, skoro mieszkam z nimi...
UsuńKochana też się tego obawiałam, że co będzie jak z Żabcia zamieszkam... a jednak nie jest źle :) Owszem kłócimy się i w ogóle ale te złe chwile pokrywają dobre gdy po ciężkim dniu możemy usiąść i porozmawiać... ;)
OdpowiedzUsuńJa z dziadkami miałam to samo... na początku owszem obrazili się i w ogóle ale teraz chyba to zaakceptowali i u Was na pewno też tak będzie. Mówię Ci :)
A co do gotowania to ja też bóg wie czego gotować nie umiem ale od czego są książki kucharskie? Popróbuj coś łatwego, szybkiego a na pewno będzie pyszne ;) Dasz radę ;*
Mam nadzieję, że jak już się obrażą, to nie na długo, że im przejdzie, bo to taka głupia sytuacja, że nie wiem czy żyć z nimi w zgodzie czy iść za marzeniami...
UsuńKochana, nie mogę się dostać na Twojego bloga :(
UsuńJeśli chodzi o ACTA to ja trochę zgłupiałam i tak naprawde nie do końca wiem z czym to się wiążę i kogo słuchać..
OdpowiedzUsuńCo do wspólnego mieszkania - a może warto zawczasu ustalić jakieś zasady? My tak zrobiliśmy - normalnie spisaliśmy punkt po punkcie co i jak i naprawde dalo to nam jakieś poczucie bezpieczeństwa i podstawę :)
A ogólnie musze powiedziec, że nie mieliśmy żadnych problemów z mieszkaniem ze sobą razem :)
Biedny Dżonny :(((
Co prawda nie czytałam tego dokumentu, ale jak już ktoś powiedział, że jakaś jego część godzi w prywatność w internecie, to jestem bardzo przeciw, a mój sprzeciw umacnia się, kiedy słyszę, jak bardzo rząd olewa ludzi w państwie i ich protesty itp.
UsuńCoś będziemy musieli wymyślić w kwestii wspólnych zasad, bardzo prawdopodobne że takowa lista powstanie, żeby było czarno na białym kto jest za co odpowiedzialny :) Nie wiem jakim człowiekiem jest Franek i jaki miał styl życia zanim zamieszkaliście razem, niemniej M. jest czasami mało reformowalny i na pewno przyzwyczajony do wygody, więc na pewno jakaś krzywda mu się będzie dziać przy tych nowych zasadach, ale staram się nie przejmować na zapas :)
No biedny, biedny... Codziennie na niego patrzę w nadziei, że zobaczę jakiś mały zielony pędzik...
GRatuluje decyzjii o wspolnym zamieszkaniu. Pewnie że na poczatku będziecie się więcej kłocić, to chyba normalne, i kazdy z nas przez to musiał przejść. Trzeba się po prostu dotrzeć, zaakceptować ze druga osoba ma na najprostsze domowe sprawy inny punkt widzenia, a potem zyć długo i szczęśliwie z mała kłotnią co jakiś czas ;))
OdpowiedzUsuńObyśmy się nie zdążyli pozabijać zanim osiągniemy to zakończenie "żyć długo i szczęśliwie" ;)
UsuńU nas rzeczywiście zanim zamieszkaliśmy razem przeszliśmy kilka sztormów, ale kiedy w końcu mogliśmy się budzić i zasypiać przy sobie wszelkie inne problemy zeszły na dalszy plan i nasz związek naprawdę przeszedł pozytywną metamorfozę.
OdpowiedzUsuńA gotowania można się nauczyć, ja do dziś nie czuję się swobodnie w kuchni, ale wiem, że Ł. docenia to, że próbuję, staram się (bo też jest tak, że nawet jak pracowałam to wracał później do domu i na mnie spoczywał obowiązek obiadowy) więc głowa do góry. Narazie będziesz robić to co umiesz a z czasem sama nabierzesz ochoty żeby zrobić coś nowego.
Cieszę się z tej Waszej perspektywy, bo pamiętam jak bardzo tego pragnęłaś i przeżywałaś to, że nic się nie zmienia.
Co do dziadków to będą musieli to zaakceptować, to Wasze życie.
Zablokowałam bloga, jeśli chciałabyś zaproszenie to proszę o maila na adres: inesaaa@o2.pl
UsuńMam nadzieję, że to zaakceptują, bo jak ich znam, to są gotowi przestać mnie uznawać za swoją wnuczkę w imię swoich poglądów, a pewnie będę za nich uważana za czarną owcę przynoszącą wstyd rodzinie :(
UsuńNie ma związku bez "burz" większych czy mniejszych. I nie ważne czy ma się siebie na co dzień czy też rzadziej. No ale faktem jest , że będąc ze sobą ciągle tych powodów się znajduje więcej , ale są to zazwyczaj pierdoły dlatego warto odpuścić czasami :)
OdpowiedzUsuńJa się właśnie boję tego, że to nie będą pierdoły tak jak dotychczas, tylko właśnie wtedy zaczną się poważne problemy...
Usuńsuper! Mam nadzieję, że mieszkanie w nowym miejscu, przyniesie Ci szczęśliwe chwile. Z dziadkami, na pewno będzie kłopot, więc może na razie im po prostu o tym nie mów....
OdpowiedzUsuńMagda-avio
Muszę, bo jak nie powiem to i tak zauważą, że się wyprowadziłam, bo mieszkam z nimi...
UsuńMyślę,ze nie będzie tak źle z tą ich kontrola.Ludzie na to nie pozwolą...a Tobie życzę Miłości i spełnienia wszelkiego...Pozdrawiam cieplutko...
OdpowiedzUsuńMam taką nadzieję, na razie wszystko jest na dobrej drodze, żeby tej kontroli nie było, ale kto wie...
UsuńRównież pozdrawiam :)
To fajnie, że razem zamieszkacie, ja osobiście bardzo polecam, sama mam takie doświadczenie i bardzo pomogło, kiedy już wyszłam z mąż. Za wiele się nie zmieniło, jeśli chodzi o relacje wzajemne, bo jak widzicie się codziennie to raczej trudno ukryć swoje wady i przyzwyczajenia. Także powodzenia. Nie polecam zaś bycia cierpiętnicą i usługiwaczką, bo każdy ma dwie rączki i koło siebie umie zrobić, ale też trzeba sobie pomagać. Wszystko zależy od sytuacji.... Pozdrawiam
OdpowiedzUsuńP.S. Ja z kolei mam pecha do ochidei, już dwie mi padły i strasznie się wkurzyłam.
Wiadomo, że nie będę usługiwaczką, bo choćby nie wiem co, to będę egzekwować podział obowiązków w domu ;)
UsuńWiesz, pewnie bym tak za tą różą nie rozpaczała, gdyby to był jeden z wielu zwykłych kwiatów, ale on jest naprawdę wyjątkowy dla mnie...
Biedny Johnny, biedna Ty... :(
OdpowiedzUsuńMoże w nowym mieszkaniu, na nowej drodze znajdzie się jego godny następca? Tak się cieszę z urzeczywistnienia Twoich marzeń!
Powodzenia, kochana :) :**
Ja cały czas mam nadzieję, że nie będzie trzeba żadnego następcy dla Dżonego, tylko że jemu się w końcu przypomni o życiu :))
UsuńNie dziękuję :)))
W takim razie trzymam za niego kciuki! :)
UsuńDzięki :)
UsuńPamiętaj że wspólne życie to sztuka kompromisu. Ale muszą to wiedzieć OBIE strony. Egzekwując swoje bez żadnych ustępstw, wcześniej czy później doprowadzisz do końca. Cierpliwości i szczęścia .............
OdpowiedzUsuńBez przesady, drogi Czarcie, aż tak paskudną babą nie jestem, by za żadne skarby świata nie iść na ustępstwa :) Niemniej, pewne reguły są potrzebne, a odchylanie się od nich nie może stać się normą - to miałam na myśli :)
Usuń