Powiem Wam co mnie przez tyle czasu bolało.
Jestem z M. 5,5 roku, od roku mieszkamy razem. Pomijam fakt, że już od kilku lat marzyłam o tym, żeby być żoną M., ale wiedziałam, że np. musimy razem pomieszkać, żeby się przekonać tak naprawdę czy do siebie pasujemy, czy zwykła wspólna codzienność nas nie zniszczy. I choć bez kłótni się nie obyło, bo nasze charaktery nie pozwalają na życie bez absolutnie żadnych kłótni czy spięć, to jednak nadal jesteśmy razem.
Ale wracając do tych moich marzeń. Od związku z takim stażem już na poważnie oczekiwałam czegoś więcej. Nie raz mówiłam to M. Ale na tym się kończyło. Bo a to kasy brak, a to coś tam... Ale pieniądze na ślub są, nie ma jedynie chęci ze strony M.
Zabolało, dotarło to do mnie dopiero teraz, że on po prostu nie chce się ze mną żenić.
Czynnikiem, który spowodował, że przestałam w sobie to dusić było pytanie mojej siostry czy zostanę świadkiem na jej ślubie. Moja siostra ze swoim narzeczonym są zaręczeni od ponad roku, kiedy napisała mi SMS, że się zaręczyła, wybuchłam płaczem i z tej całej przykrości najzwyczajniej się upiłam. Ale potem się otrząsnęłam, bo niby się zaręczyli, ale planów ślubnych nie mieli. A tu taki szok - mają już datę, a ona poprosiła mnie na świadka.
Rozbiłam się. Ponownie się upiłam, do teraz czuję efekty tego, że przegięłam z alkoholem. M. to obeszło tyle, co zeszłoroczny śnieg. Żartował sobie, że ślub mają za rok, a kiedy będzie rozwód. Zbagatelizował to, że tak to przeżyłam, twierdzi, że wydziwiam. I choć wiem, że oni do siebie tak średnio pasują, to jednak sedno sprawy jest gdzieś indziej.
Dotarło do mnie, że z M. ślubu nie wezmę. Chyba przez tyle czasu zdążył się już przekonać czy mamy szansę na stworzenie rodziny, jak się dogadujemy w codziennym życiu, ale zawsze potrafi wymyślić milion powodów, dla których ślub nie, jeszcze nie teraz... Że po co się chajtać, a zaraz brać rozwód (btw. podejrzane, że już myśli o rozwodzie... bez komentarza), po co te koszty - że niby tylko dla papierka, a to że nie mamy gdzie mieszkać, bo jak "teściowa" wróci, to będzie nam ciężko w tym małym mieszkaniu (to przyznaję - z moją "teściową" mieszka się trudno, bo i ja i M. nie jesteśmy przesadnie porządni, a ona kocha pedantyczną czystość), a to, że pracy nie ma, a jak jest to na krótko i za grosze... SRANIE W BANIE. Tym tokiem rozumowania idąc, to NIGDY nie będzie takiego momentu w życiu, żeby był odpowiedni na założenie rodziny.
Mnie nie chodzi o papierek. Dla mnie ślub to wartość duchowa, nie papierkowa. Koszty? Powiedziałam mu, że wyjdę za niego choćby zaraz i w worku od ziemniaków - bez sukienki czy Bóg wie jakich ślubnych dupereli. Tya... Kolejne "nie" - M. twierdzi, żebyśmy najpierw pokończyli szkoły. On skończył, a mnie koniec szkoły nie jest do ślubu, ani w ogóle do szczęścia potrzebny. I bynajmniej nie rozumiem związku między moimi studiami a braniem ślubu.
A jeśli już mamy się bawić w sukienki, jakieś nieduże przyjęcie, to mam już powiedziane ze strony mojej rodziny, że jedni kupią mi sukienkę, drudzy dołożą się do przyjęcia, trzeci zapłacą za kościół, itp. Czyli koszty nikną w oczach, tak naprawdę to, co leżałoby w naszej gestii, to jakiś alkohol czy zespół, ewentualnie kamerzysta. To jest max 6 tys. złotych - czyli jak na koszty wesela to wcale niedużo. Ale on temat olewa.
Kiedyś bardzo chciał się ze mną ożenić. Tylko zmieniło się to ostatnio. Chyba nawet wiem czemu - kiedy słyszę te jego wymówki, to mam wrażenie, jakbym słyszała swoją "teściową" - te same argumenty. Nie wiem, czy ona myśli, że jak wyjdę za M., to zabiorę jej syna, czy co? Ja wiem, że oni są ze sobą blisko, bo przez pół życia mogli liczyć tylko na siebie, ale na Boga, czy to ma rzutować na to, że ja z M. nie stworzymy swojej własnej rodziny?! Nie wiem dlaczego ona tak bardzo nie chce, żebyśmy się pobrali. Milion powodów na nie. Ale to mnie akurat mało obchodzi. Najgorsze jednak jest to, że wmówiła swoje racje mojemu M.
W takim świetle, dla mnie ten związek zaczyna robić się pusty. I nie chodzi o to, że zależy mi tylko na tym ślubie i nic innego się nie liczy. Kocham M. ponad wszystko, jest dla mnie najważniejszy, bez wahania mogę powiedzieć, że poszłabym za nim w ogień. Ale dopełnieniem tej miłości byłoby dla mnie właśnie założenie rodziny. Prawdziwej, pełnej rodziny, której owocem miłości będzie dziecko. To jest dla mnie sens miłości. Nie jestem na tyle nowoczesna, żeby całe życie żyć na tak zwaną "kocią łapę", nie podoba mi się zachodzenie w ciążę przed ślubem, albo ślub na szybko, bo ciąża. Jesteśmy razem już tyle czasu - chyba powinien już wiedzieć, czy chce ze mną spędzić życie czy nie, a nie ciągle żyć w takim dla niego "wygodnym" stanie, że zawsze może się bez konsekwencji wycofać, bo żadne formalności nas nie łączą.
Nie wiem co mam dalej robić. M. mnie kompletnie nie rozumie, nie ma pojęcia albo nie chce wiedzieć, jak bardzo ta kwestia jest dla mnie ważna i jak bardzo przeżywam obecny stan rzeczy. Jeśli po przeczytaniu tej notki nadal to do niego nie dotrze, to już naprawdę nie wiem jak mam wytłumaczyć to, co czuję. Dałam Wam teraz całe moje serce na dłoni - wyrzuciłam z siebie wszystko, nie ma teraz w mojej głowie czegoś, czego by w tym poście nie było. Starałam się to ubrać w słowa najlepiej jak potrafię, żeby najtrafniej wyrazić to, co czuję.
Mam taki mętlik w głowie... I tak bardzo mnie to wszystko boli.
W notce urodzinowej wprost napisałam o czym marzę, głupio i naiwnie wierząc, że może się spełni. Jeśli ktoś nadal nie widzi tego, że tam wszystko jest napisane, to polecam zaznaczenie tekstu całej notki - miłego czytania.
Jest mi cholernie smutno, nie wiem co dalej...
Wiem, jak to zabrzmi, ale jeśli on naprawdę zachowuje się w taki sposób, to nie wiem, czy Wasz związek zdaje egzamin... Podoba mi się Twoja postawa.
OdpowiedzUsuńStrasznie mi się przykro zrobiło czytając Twoją notkę. Już wcześniej wiedziałam o czym marzysz i wiem jak to jest czekać na tą chwilę... tyle, że w moim życiu się to spełniło.
OdpowiedzUsuńNie dam Ci rady jedno czego Ci chcę życzyć, to żebyś niezależnie od biegu sytuacji była szczęśliwa.
3maj się !
A ja myślę, że powinnaś po prostu to wszystko co tu napisałaś powiedzieć M., wszystko co czujesz, co Cię boli, co Ci się nie podoba i przede wszystkim jaką to ma dla Ciebie wartość, jakie to jest dla Ciebie ważne... Może wówczas popatrzy na to z innej strony i postara się Ciebie zrozumieć... Oczywiście jego argumenty dla mnie są banalne, ewidentnie przedstawione po to, by tylko zbyć temat... Zawsze można zrobić małe przyjęcie dla najbliższych z obiadek, nawet i bez zespołu, wtedy nie wiadomo jakiej góry pieniędzy nie potrzeba... Trzymam kciuki, żeby wszystko się ułożyło i żeby Twoje marzenie się spełniło :*
OdpowiedzUsuńDla mnie bycie z kimś oznacza widzenie przyszłości tak samo. Dla Ciebie na pewno też. Jeśli jedna strona nie chce ślubu, to coś chyba jest nie tak. Z drugiej strony, może jego niechęć do tego kroku leży gdzieś głębiej, a boi się zwierzyć, przyznać? Nie usprawiedliwiam go, tylko szukam jakiejś poważniejszej przyczyny. No i ten wpływ jego matki. Skądś to znam. To uciążliwe. A powinien myśleć samodzielnie. Mam nadzieję, że ta notka, jakaś rozmowa rozwiążą ten problem i za jakiś czas napiszesz nam, że idziesz szukać sukni ślubnej :*
OdpowiedzUsuńOj, mnie też tak przykro teraz, gdy to przeczytałam :(
OdpowiedzUsuńJesteście już tak długo razem, dziwię się M... Tym bardziej, że kiedyś chciał.. Wiesz co, jak dla mnie, taki związek jest chyba skazany na koniec. Bo jeśli on się boi z Tobą wiązać, że nie będzie mógł swobodnie odejść, to w każdej chwili może odejść i takim sposobem to możesz żyć tylko w ciągłym stresie... Pogadaj z nim o tym jeszcze raz i wyjaśnij to tak jak tutaj. Podejmij jakąś decyzję.. Choć wiem, jak to jest pewnie trudne.
Jeśli facet ucieka do ślubu, to namawianie go do tego, czy rozmowy nie będą miały większego sensu. Albo sam coś w sobie zmieni, zrozumie.... albo chyba przyjdzie czas na pożegnanie.
OdpowiedzUsuńMoże wtedy coś do niego dotrze.
aivio
Ehhh szkoda... moim zdaniem M. boi sie malżenstwa skoro tak ucieka... to przykre :(
OdpowiedzUsuńMałżeństwo naprawdę zobowiązuje, a M. boi się odpowiedzialności. Nie jest dojrzały, co nasunęło mi się już, kiedy czytałam o Waszym okresie naprzemiennego kłócenia i godzenia się. Takiego faceta do ołtarza raczej nie poprowadzisz :(
OdpowiedzUsuńPrzykro mi to mówić, ale tak to widzę, a nie umiem kłamać.
Moja bliska znajoma ma bardzo podobną sytuację. Jest ze swoim 4 lata a on nie chce słyszeć o ślubie, bo pieniądze bo coś tam. Ona też nie chce wielkiego weseliska, może być skromna uroczystość ale on ciągle coś wydziwia. I jego bracia, choć młodsi i też znają się ze swoimi żonami krótko, mają już swoje rodziny. I tak jak jej, tak Tobie nie wiem co mam napisać. Z całego serca życzę Ci aby spełniły się Twoje marzenia ale nie znam recepty jak nakłonić Twojego do ślubu :(
OdpowiedzUsuńRóżne są powody strachu przed ślubem. O ile są to powody zrozumiałe to można zaczekać , ale jeśli to jest podejście faceta po co ślub skoro i tak będzie rozwód to już przestaje być zabawne. Współczuje Ci.
OdpowiedzUsuńNie napisałaś wyraźnie i wprost w notce z urodzin, że chcesz się hajtnąć. Zdziwiłam się kiedy teraz to napisałaś, ale w sumie ja akurat miałam prawo tego nie wiedzieć, bo to była chyba druga, max trzecia notka którą u Ciebie czytałam. Mam nadzieję, że tym razem dotrze do niego, jeśli przeczyta tą notkę. Zawsze zaręczyny to jeszcze nie ślub, a ślub to nie koniec świata i nawet wcale nie taki jakby się zdawało początek czegoś nowego, skoro już razem mieszkacie. Może pasowałoby jego mamę jakoś przeciągnąć na swoją stronę np opowiadając o niejakim kuzynie czy znajomym co to odwlekał ślub przez ładnych lat kilka, panna odeszła, inna go nie chciała i umarł z samotności :D No, moze z tym ostatnim to przegięłam, ale "resztę życia spędził jako stary kawaler" brzmi już bardziej możliwie :P
OdpowiedzUsuńCóż, sytuacja trudna, bo jeśli on nie chce się żenić, to go nie zmusisz, a jeśli zmusisz, to będziesz zawsze wiedziała, że ożenił się z Tobą z przymusu, bo Ty tak chciałaś. A jeśli mu ustąpisz i nie pobierzecie się, to Ty z kolei będziesz nieszczęśliwa. Niestety w tym przypadku dwie osoby muszą chcieć tego samego, bo to nie jest błaha sprawa jak to, co kto woli zjeść na obiad. Znam taki przypadek, on nie chciał, ona chciała i z wielkim żalem, ale rozstała się z nim....on ciagle żyje w konkubinacie z kimś innym, co widać jak mu ślub nie był po drodze....Wydaje mi się, że niechęć do ślubu często bierze sie z braku dojrzałości, wzięcia odpowiedzialności za los swój i żony w tym przypadku, taki ktoś chce mieć furtkę, żeby w razie czego odejść.... Może on po prostu potrzebuje wiecej czasu, w końcu jeszcze bardzo młodzi jesteście i za kilka lat może mu się odmienić...
OdpowiedzUsuńPrzykro mi :(
OdpowiedzUsuńWszystko do niego dotrze, zobaczysz, jestem tego pewna, ale... być może będzie już za późno. Podobnie było ze mną i Panem D. Oświadczył się po 6 latach związku, w momencie, kiedy mógł mnie już stracić - przez co ciężko jest teraz wszystko odbudować. Ocuciłam go z tego zaślepienia, że ciągle jestem tylko dla niego i to bez względu na wszystko, że ja do niego przyjeżdżam, wspieram go, świata poza nim nie widzę. Owszem, on czuł to samo, ale starał się mniej, niż oczekiwałam. Jednak w końcu przejrzał na oczy, zastosowałam dosyć mocny środek, za mocny, nie pytaj, jaki. Jednak poskutkował, bo mam cudownego mężczyznę. Myślę, że też musisz dać do zrozumienia Swojemu Mężczyźnie, że jesteś Kobietą z potrzebami, a jeśli on nie jest gotowy ich spełnić, przez co Ty nie będziesz czuła się 100% Kobietą, to po prostu Cię straci. 3 mam kciuki Kochana :*
OdpowiedzUsuńHalo! :P Co tam słychać u Ciebie? Jak się rozwiązała ta historia? :) Co tam się dzieje z Tobą? :)
OdpowiedzUsuń