poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Czego wciąż mi brak?

I po weekendzie... Jak zwykle był za krótki, ale nawet w miarę przyjemny. Czemu w miarę?
Widzieliście w poprzednim poście, że staram się cieszyć tym co mam i nawet najdrobniejszymi odchyłami na plus od codzienności. Nawet mi to wychodzi, ale zawsze musi być coś, co mi cały misterny plan i skrawki silnej woli rozwali...

Moją czerwcową notkę, gdzie wylałam wszystkie swoje smutki i żale chyba już każdy zna. Widzę po statystykach, że wciąż jest czytywana przez Was. Od czerwca staram się ustabilizować psychicznie i uodpornić na ślubne przygotowania mojej siostry. Moim największym sukcesem jak dotąd było niemyślenie o tym. Może niezbyt mądre i skuteczne, ale pozwoliło mi przeżyć prawie 2 miesiące. Aż do tego weekendu...

Siedzieliśmy sobie rodzinnie przy grillu, przeróżne tematy przy tym poruszając. Dywagacje, mniej lub bardziej mądre (częściej mniej), trzymały się generalnie takich pól, które dla wszystkich były neutralne albo przyjemne. Aż w końcu, mój przyszły niedoszły szwagier wyrwał się jak guma z majtek (dosłownie, bo nie wiem jak inaczej określić sytuację, gdzie wszyscy rozprawiają załóżmy o kupnie nowego, większego i praktyczniejszego grilla na kolejny sezon, a ten się wyrywa na zupełnie inny temat i nie pozwala rozmowie wrócić na poprzedni tor mimo, że nikogo zarzucona kwestia specjalnie nie zafascynowała), które obrączki bardziej podobają się mojej matce. Mama odpowiedziała które i towarzystwo wrzuciło na tapetę nowy temat, a ten za chwilę znowu o obrączkach, że jemu te też podobają się bardziej, a w dodatku grawer mają w cenie, itp.

Byłam po piwie, to też mój poziom ignorancji był dość wysoki, ale nigdy stężenie procentowe długo się mnie nie trzyma... Po powrocie do domu nie mogłam sobie znaleźć miejsca, znów to wszystko wróciło... Może za wyjątkiem wątku mojej przyszłej (mam nadzieję) teściowej, bo to już sobie z M. wyjaśniliśmy, że w ogóle temat jej nie dotyczy. Ale wrócił ten cały żal...

Naprawdę nie dociera do mnie, że oni się nawzajem bardziej denerwują niż lubią, ale skoro trochę ze sobą są, to chyba do siebie przywykli, a ślub biorą ze względu na mieszkanie, które mają dostać po ślubie od dziadków K. To nie jest ważne, przynajmniej dla mnie. Ja widzę tylko tyle, znów tyle, że to są moje marzenia, które spełnia ktoś inny...

Jeszcze trochę wytrzymam. Mam pracę, w końcu wyjdziemy z dołka finansowego. Do tego czasu wytrzymam. Ale co będzie potem...

8 komentarzy:

  1. Twoje ostatnie notki nie są przesiąknięte optymizmem, to prawda. Na pewno masz powody, dla których czujesz się tak a nie inaczej. Ale moim zdaniem absolutnie nie możesz tak reagować, jak to opisałaś!
    Przygotowania ślubne, kupno mieszkania czy zajście w ciążę to nie są wyznaczniki szczęścia. Na pewno nie dla każdego. Obsesyjne dążenie do osiągnięcia tych celów nie prowadzą do niczego dobrego. Wszystko przyjdzie w swoim czasie, niestety taka jest prawda. Dla kogoś będzie to w wieku 20 lat, a dla kogoś 10 lat później. To, że chcielibyśmy jak najszybciej to normalnie, ale aż taki żal, którym emanujesz zdecydowanie Ci nie pomaga, a nawet szkodzi. Szczęście nie przychodzi do kogoś, kto przesiąknięty jest pesymizmem, a marzenia nie spełniają się osobom wiecznie niezadowolonym, mającym do całego świata pretensje. Jasne, jest czasami ciężko, każdemu. Ale musisz zrozumieć, że taka postawa niczego Ci nie ułatwia.

    OdpowiedzUsuń
  2. No właśnie... w końcu masz pracę, macie szanse wyjść z dołka finansowego, ustabilizować troszkę Wasze życie... Dajcie sobie trochę czasu, żeby wyjść na prostą i za jakiś czas może spróbuj jeszcze raz podjąć ten temat z Ukochanym... Powiedz Mu co tak naprawdę czujesz, że jest to dla Ciebie ogromnie ważne, niech jest tego świadomy... Może w końcu Go coś ruszy?

    Nie przejmuj się, proszę... Spróbuj obrać inną taktykę. Pomóż siostrze w przygotowaniach, wspieraj ją, ciesz się z nią tymi chwilami... Dzięki temu nabierzesz troszkę doświadczenia i łatwiej będzie Co zorganizować Twój ślub i wesele... ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Moje koleżanki trajkoczą głównie o... związkach. Jakie to nie są szczęśliwie, jacy ich obecni albo przyszli niedoszli wspaniali, że och i ach... Nie widzą w tym nic nietaktownego, a jak śmiem mruknąć, że singielki się nie pognębia, odparowują, cobym sobie kogoś znalazła i dalej swoje. W przeciwieństwie do nich nie łażę po dyskotekach i klubach co weekend, zatem nie mam możliwości poznawania nowych osób na taką skalę, a co tu dużo gadać: marzę o uczuciu.
    Skala problemu nieporównywalnie mniejsza, ale odczucia podobne.

    OdpowiedzUsuń
  4. Kiedyś słyszałam taki tekst: ''Najgorzej jest mieć marzenie i wiedzieć, że się nie spełni'' Ale u Ciebie jest jeszcze nadzieja...

    OdpowiedzUsuń
  5. Nawet nie wiesz,
    ile jest w Tobie siły.
    Nie wiesz, ile możesz znieść
    i ile jeszcze dla Ciebie
    przygotowano.
    Nigdy nie spotyka
    nas większe nieszczęście
    niż to, które możemy udźwignąć.
    Twoje życie jest na Twoją miarę.
    I nawet gdy coś
    przygniata Cię do ziemi,
    pamiętaj, że od dna też można się odbić.

    MUSI BYĆ LEPIEJ.... I BĘDZIE.....TEGO CI ŻYCZĘ...

    OdpowiedzUsuń
  6. Twoje marzenia na pewno się spełnią, prędzej czy później. Życie jest jakie jest i każdy z nas ma w nim choć chwilę zarezerwowaną na szczęście. ;)
    Magda-aivio

    OdpowiedzUsuń

Witaj!
Będzie mi bardzo miło, jeśli podzielisz się ze mną swoją opinią. Zostaw adres swojego bloga jeśli go posiadasz, bo chętnie wpadnę z rewizytą :)

Pamiętaj jednak, że jest to mój kawałek sieci, zatem uprasza się osoby komentujące o zachowanie kultury!!!!!