Ten wpis miał wyglądać inaczej i miał się tu pojawić dawno temu, ale się nie udało. Był już nawet w części napisany, ale w jednym momencie stał się nieaktualny.
Miał kipieć optymizmem i radością, miał być totalnie pozytywny.
Ale taki nie będzie. Proszę, okażcie wyrozumiałość, bo już sama nie wiem który raz podchodzę do pisania, a i tak nie wiem, czy zdołam napisać to, co bym chciała, zanim się znów rozsypię.
Odkąd pierwszy raz zasiadłam do pisania tego posta wiele się pozmieniało. Nie wszystko na gorsze, ale wiadome jest, że bardzo złe wieści bez trudu zasłaniają pozytywy. W zasadzie zła rzecz wystąpiła w liczbie pojedynczej, niestety była tak silna, że przez parę dni mój świat przestał istnieć.
Wiecie jak to jest mieć coś i w przeciągu kilku sekund stracić to na zawsze?
Ja do niedawna mogłam to sobie jedynie wyobrazić. Ale 1 listopada wszystko się zmieniło... R. przyszedł, położył się jak zwykle pod moimi nogami, przytulił się - tak chciał spędzić swoje ostatnie chwile...Poczułam, że coś jest nie tak. W panice zawołałam M., wzięłam R. w ręce... widziałam i czułam, jak uchodzi z niego życie, jak w moich rękach pozostaje coraz bardziej bezwładne, małe ciałko...
Miesiąc temu odszedł nasz piesek, domownik, przyjaciel. W dzień Wszystkich Świętych... Bardzo ciężko przyszło nam pogodzić się z tym, że już go nie ma, że nie wita nas od progu kiedy wracamy do domu. Nie wiem czy do tej pory udało mi się z tym pogodzić, bo zdarza się, że nadal przed oczami staje mi opisana wyżej sytuacja... Choć wiem, że zrobiliśmy wszystko, co tylko mogliśmy, żeby mu pomóc, to i tak nie do końca akceptuję ten finał. I choć wiedziałam już po diagnozie, że przestają pracować nerki i wątroba, że to nasze ostatnie chwile, to i tak to wszystko stało się tak nagle i zupełnie nie w porę. Z dnia na dzień piesek nikł w oczach, choć początek jego choroby był bardzo gwałtowny. Wychodząc do pracy zostawiłam w domu rześkiego, zdrowego i radosnego psa, kiedy przyszłam, pies chował się przed światem, nie miał siły i cały trząsł się od wysokiej gorączki. Nie rozumiem jak to się mogło stać tak szybko...
Do tej pory rozklejam się próbując napisać ten post do końca... To było i nadal jest bardzo ciężkie dla nas. Ale w końcu muszę to z siebie gdzieś wyrzucić, bo to zbyt trudne, żeby radzić sobie z tym samemu...
Biedactwo. Myślę, że musicie przelać swoją miłość na nową, małą istotkę. Na pewno będzie lepiej. Wiadomo, że to nie będzie ten sam pies, ale zazwyczaj kupno nowego psa bardzo pomaga. Wiem z doświadczenia :)
OdpowiedzUsuńBardzo mi przykro...:(
OdpowiedzUsuńAnelise ma rację. Ja też tak robiłam po stracie zwierzaczka i pomagało.
bardzo mi przykro ...
OdpowiedzUsuńnasz piesek w podobnym czasie został zagryziony :( i póki co wbrew powyższym opiniom nie chcemy kolejnego a przynajmniej przez jakiś czas
ściskam mocno
My uważamy tak samo, żadnego kolejnego zwierzęcia nie chcemy. I to nie tylko dlatego, że całe dnie oboje spędzamy w pracy i po pierwsze - nie miałby kto tego psa czy kota wychować (a inne, mniejsze zwierzątka nie wchodzą w grę), a po drugie jaki jest sens kupowania zwierzęcia, jak będzie cały czas samo w pustym mieszkaniu? Ale głównie nie chcemy kolejnego dlatego, że R. to nie był tylko pies, to był członek rodziny, prawdziwy przyjaciel i to po prostu nie przechodzi mi nawet przez myśl, żeby wypełniać na siłę pustkę po nim "byle czym" (bo choć pewnie kochałabym kolejnego zwierzaka, to jednak to już nie będzie to samo, co R.).
UsuńCzłonka rodziny, bliskiej osoby, przyjaciela, nie da się ot tak zastąpić. Po prostu się nie da.
Zgadzam się z Tobą. Pustki po jednym zwierzaku nie zastąpi się innym, choć może szybciej przechodzi czy coś. Tak czy tak w moim odczuciu to nie będzie to samo.
UsuńU nas też praca nie pozwalałaby na wychowanie nowego psa, mamy kota już wychowanego i wystarczy.
ściskam
Zgadzam się z dziewczynami wyżej. Nowy zwierzak sprawi, że poczujesz się lepiej. :)
OdpowiedzUsuńMagda-aivio
OdpowiedzUsuńehh...sama to przeżywałam 2 lata temu...
OdpowiedzUsuń:(((
UsuńBardzo mi przykro :(
OdpowiedzUsuńOjj przykro mi :( Też płakałam za moim chomikiem i za każdym razem jak patrzyłam na puste akwarium to miałam łzy w oczach...
OdpowiedzUsuńutrata go musiala byc bardzo bolesna;/. zwlaszcza ,ze trakuje sie go jak czlonka rodziny i gdy go nie ma odczuwa sie straszna pustke.
OdpowiedzUsuńEwelina, strasznie przykro... w tym roku straciłam szynszylka, który był ze mną, odkąd skończył dwa miesiące. Dożył dziewięciu lat. Obie tęsknimy za swoimi przyjaciółmi :(
OdpowiedzUsuńSmutne, przykre, ehh jak sobie pomyślę, że i mnie to kiedyś czeka, tyle wspomnień, ehh...ale nie ma co sie zmartwiać na zapas...moze któregoś dnia jakiś pies albo kot sam Cię znajdzie, bywa i tak. Nawet jesli nie będziesz chciała...A ile miał lat?
OdpowiedzUsuń