piątek, 19 września 2014

Ile można?


Za każdym jednym razem, jak już mi się wydaje, że jestem na dobrej drodze ku spełnieniu mniejszych lub większych pragnień czy marzeń, to los ubawiony, że uwierzyłam, że choć raz coś może się udać, pokazuje mi, że to był tylko żart, i że jednak będzie nie po mojemu, nie tak jakbym chciała.


Mam już tak bardzo dosyć.
Wiecznie wiatr w oczy...

piątek, 12 września 2014

Jej wesele

Jakiś czas temu moja siostra wyszła za mąż. 
 
Wiecie chyba jak bardzo chciałam być na jej miejscu.
Przez długi czas targała mną zazdrość i żal, choć chyba nigdy tego nikomu nie pokazałam. Chociaż łzy cisnęły mi się nie raz do oczu, kiedy patrzałam na wiszącą na wieszaku białą sukienkę kiedy zasypiałam i budziłam się rano (uroki wspólnego pokoju), czekającą na ten dzień... nie wiem czy ktokolwiek cokolwiek zauważył. Ale to dobrze.

Ale tuż przed weselem dotarło do mnie, że nikt nie jest winny temu, że mnie się coś w życiu nie udaje.
Postanowiłam, że zrobię co mogę, żeby ten dzień był dla niej jak najpiękniejszy.

A i mnie było o wiele lepiej :)

 
I złapałam welon :)

niedziela, 7 września 2014

TE dni

Nie mogę nic poradzić. Chciałabym zachować stoicki spokój, bo przecież wiem, że nie ma się czym denerwować, ale mimowolnie narasta we mnie złość, na wszystkich, na wszystko, na siebie. W jednej chwili mam ochotę wziąć do ręki coś, co efektownie będę mogła rozpieprzyć o podłogę, 30 sekund później mam ochotę płakać bez jakiegoś większego powodu, a za chwile kocham wszystkich i wszystko dookoła. I znów narasta we mnie złość, nad którą ciężko zapanować. I za chwilę zaczynam się śmiać, jakby wcześniej nigdy nie było żadnych złych emocji.

PMS jest straszny. Bez kija i czekolady lepiej nie podchodzić.
Szkoda, że nie każdy to rozumie.



sobota, 26 lipca 2014

Kim Ty jesteś, M.?

Tak bardzo chciałabym, żeby między nami znów zaczęło się układać... Ale to umiera, jestem bezsilna... Staram się ze wszystkich sił, żeby wykorzystać każdą szansę jaką sobie wypracujemy, ale niestety... jest to jednostronne. On jest dla mnie najważniejszy, nie ślub, chcę być z nim, po prostu być, ale chyba On tego nie chce.... Zaczynam dochodzić do wniosku, że narzucam się komuś, kto mnie nie chce, ale to cały mój świat, który kocham całą sobą i od dawna jest dla mnie wszystkim, nie potrafię zrozumieć dlaczego On mnie odrzuca...

M. wycofuje się za każdym razem, zawsze mniej więcej po tygodniu okazuje się, że nie jest gotowy, że go rzekomo męczę. Przykład najświeższy - spotkaliśmy się w niedzielę, długo rozmawialiśmy, wydawało mi się, że M. dużo rzeczy przemyślał i wydawałoby się, że to ma jednak sens, że warto o to walczyć, na następny dzień znów się spotkaliśmy, pogadaliśmy, powygłupialiśmy się, M. nawet mi powiedział, że jestem jego jedynym szczęściem, które samo do niego przyszło (tak się poznaliśmy), szczęśliwy jak dziecko, które dostało wymarzony prezent, nazajutrz to samo, a potem cisza.
M. się nie odzywa, nie wiem co jest grane. Okazało się, że był bardzo długo w pracy, od rana do nocy. Na drugi dzień mieliśmy się spotkać, więc napisał że się zgadamy, bo ma coś jeszcze do załatwienia. Napisałam sms kiedy wróciłam po pracy do domu, że jestem już i już nie dostałam odpowiedzi, myślałam, że może odsypia to siedzenie w pracy, wiadomo, 16h pracy fizycznej nawet najsilniejszego wykonczy. Ale później też się nie odezwał. Zapytałam w piątek rano czy między nami wszystko jest ok, bo wydaje mi się, że mnie ignoruje. Po kilku godzinach doczekałam się odpowiedzi: "Odkad sie pogodzilismy czuje sie jakbys "siedziala" mi na glowie...". Że co? Pytałam owszem co się stało, że jest tak długo w pracy, martwiłam się, że mi nie odpisywał... Ale to chyba oczywiste... I to dostaję w zamian. "Coraz bardziej watpie w naprawe tego...". Kolejne moje wiadomości również pozostają bez odpowiedzi...

Nie rozumiem tego, nie rozumiem jego zachowania... To nie pierwszy raz. Kolejny raz zachowuje się tak samo, jak tylko zaczyna się coś układać, to po kilku dniach pisze, że jednak nie, wynajduje jakiś problem i wszystko pęka jak bańka mydlana... Czy ja rzeczywiście jestem aż tak upierdliwa i beznadziejna, że przytłaczam go swoją osobą? Wydaje mi się, że moje zachowanie zwyczajnie mieści się w normie kogoś, kto kocha i tęskni...

Zastanawiam się, czy on kogoś ma. Czy jest już inna, z którą woli spędzać czas, którą obdarzył uczuciem, którego mi z jego strony brakuje. Czy jest już inna, która zapchała dziurę po mnie w jego życiu, czy teraz już inna daje mu szczęście, że mnie z taką łatwością ignoruje, jakbym nigdy nie istniała...

Nie poznaję już tego człowieka...

Ja wiem, że pewnie powinnam odpuścić, bo takie zachowanie M. świadczy już chyba tylko o tym, że mój czas w jego życiu się skończył, ale nie tak łatwo odpuścić kogoś, kogo się tak kocha. Tak mnie denerwuje mówienie komuś, że znajdzie się ktoś inny kto na pewno będzie na nas zasługiwać, ale czy bierze się pod uwagę, że może my nikogo innego nie chcemy?...

środa, 16 lipca 2014

Do M.

Podobno odkąd nie piszę tutaj co czuję, to ciężko mnie rozszyfrować. Pewnie tak jest, bo sama przed sobą uciekam, dlatego nie potrafię tu wrócić i wprost napisać co mi ciąży na sercu.

Niech więc będzie, wrócę tu i powiem Ci, co mnie niszczy. Choć Ty i tak to już dobrze wiesz, to napiszę to tutaj, tak jak to czuję i jak to dalej widzę.

Zacznę może od wpisu, który pojawił się tutaj rok temu. KLIK. Przeczytaj każde słowo uważnie, bo tak naprawdę to co pojawi się tu dalej, to tylko jego kontynuacja.

Zobacz sam ile czasu już na Ciebie czekam, zobacz ile czasu bez skutku, zobacz, jak mnie to boli. Choć rok temu już to we mnie pękło, to nic się w tej kwestii nie zmieniło, zawsze znalazło się tysiąc powodów, aby odwlekać ten krok, zawsze było coś. Przez ROK ten post wcale nie stracił na aktualności. Każde słowo jest wciąż takie prawdziwe, jakby pisane przed chwilą... Dobrze wiedziałeś, że chciałam tego tak bardzo, a i tak nigdy nie znalazłeś dobrej chwili. I nigdy jej nie znajdziesz, bo nie chcesz.

Byłam przy Tobie w każdej jednej najgorszej chwili Twojego życia w ciągu ostatnich siedmiu lat, dzieliłam z Tobą każdą radość, trzymałam Cię, żebyś nie poleciał na dno. Nie raz zostałam potraktowana... źle, chociaż plus, że przynajmniej to już do Ciebie dotarło.

Nie dociera tylko jedno - tracisz mnie. Tak bardzo jak nigdy. I jeśli się nie ockniesz, to na zawsze. To, co powinieneś o mnie wiedzieć, to już dobrze wiesz, znasz mnie na wylot, wiesz jak będzie wyglądać Twoje życie ze mną. A i tak określasz branie ślubu "pochopnym", brak mi słów.

Już nie mam siły na Ciebie czekać dłużej, to jest ten moment, kiedy z chłopca musisz stać się mężczyzną i podjąć bardzo ważną decyzję. Albo staniesz na wysokości zadania, albo odejdę. Nie pójdę już na żadne ustępstwa, bo odpuszczałam zdecydowanie zbyt długo, teraz niech ktoś w końcu pomyśli o mnie. Że wymagam od związku po tylu latach sformalizowania, że mam swoje potrzeby, których od dawna nikt nie zaspokaja. Moja wewnętrzna frustracja rosła, aż w końcu przestałam już dawać z siebie wszystko, zaczęłam domagać się głośno czego chcę od Ciebie. I zignorowałeś to. To był ten moment, kiedy to wszystko zaczęło popadać w ruinę, przegapiłeś to. Bardzo bym chciała, żebyś wybrał mnie, ale z dnia na dzień, kiedy się "namyślasz" kolejny i kolejny dzień, zaczynam w to wątpić, tracę i siłę i nadzieję. Jeśli zależałoby Ci na mnie, to nie musiałbyś się nad tym zastanawiać wcale po tylu latach... a jednak to robisz.

Wiesz jak zachowaliby się inni mężczyźni na Twoim miejscu, ot choćby i od Twojego Przyjaciela; wiedz, że na moim miejscu mało która by tyle czasu czekała. Ja czekam wciąż, bo Cię kocham, ale Ty chyba nie zdajesz sobie sprawy jak wiele dostałeś od życia. Obyś sobie to uświadomił teraz, a nie jak stracisz to wszystko.

To jest Twoje życie i Twoje decyzje, postępuj tak, żebyś Ty był szczęśliwy.
Ja obieram już inny kierunek, albo obudzisz się i złapiesz mnie za rękę, żebym zawróciła jeśli to ja daję Ci szczęście, albo pójdę dalej sama, w inną stronę...

Finał tej bajki jest wyłącznie w Twoich rękach...


sobota, 19 kwietnia 2014

Jest tu ktoś?

Nie było mnie tu wieki i wiele się przez ten czas działo. Może to kiedyś opowiem, może nie...
Po takiej przerwie ciężko jest cokolwiek napisać, w sumie nie wiadomo od czego zacząć, co warto powiedzieć, a co lepiej przemilczeć...

Ale na sam początek chciałabym prosić wszystkich którzy mi pouciekali albo pozamykali blogi o kontakt/zaproszenia lub nowe namiary na was. Chciałabym znów trochę zacząć tutaj bywać i przynajmniej dowiedzieć się co u was...



sobota, 28 grudnia 2013

Sytuacja wyjaśniona

Wszystkie moje problemy i niejasności rozwiał sam M. To jest akurat do przewidzenia, że życie zawsze, ale to zawsze pisze swój własny scenariusz, często nie licząc się z tym, jakiego zakończenia byśmy oczekiwali. Chociaż w tym wszystkim jest jeden, zasadniczy plus - nareszcie wiem, na czym stoję, wiem, jak muszę dalej sobą kierować, wiem również, że na siłę nikt nikogo jeszcze chyba nie uszczęśliwił.

Ale od początku. Pewnie kilka z Was się zastanawiało jak żyję, a ja bezczelnie nic nie pisałam. Proszę o wyrozumiałość - czekałam. Czekałam, czy ja sama to jakoś rozwiążę, czy jednak sprawy same nabiorą właściwego kierunku, no i się doczekałam.

Wyjechaliśmy z M. do jego matki na zachód na Święta. Od samego początku coś było bardzo nie tak - ledwo zajechaliśmy, to zamiast powitania czekała na nas nieprzyjemna niespodzianka. Matka M. pijana. Nawet nie wiecie, jak mi strasznie było żal M., jechał tyle kilometrów, żeby po prawie pół roku zobaczyć się z matką i zastał taki widok. Był tak zły, że chciał wracać od razu jak to zobaczył, ale jednak ostatecznie zostaliśmy. To był początek końca.

Kilka dni później, matka M. wstała z jakimiś dziwnymi fochami, wyleciała na nas z pretensjami odkąd tylko wstaliśmy, że w dupie ma takie święta, to ostatnie święta spędzone razem, ma dość patrzenia na nasze "srające miny". M. wstał i wyszedł, ja dojadłam sałatkę wciąż słuchając tej wiązanki. Gotowało się we mnie, bo przecież to nie jest tylko nasza wina, że nasze humory były jakie były. W końcu wstałam i na kolejny zarzut, że mamy zjebane miny odpowiedziałam grzecznie matce M., że to nie jest tylko i wyłącznie nasza wina. A ta, wierzcie mi, chyba jakiejś histerii dostała, zaczęła się na mnie drzeć, że jestem głupią smarkulą, że to co ona tu robi i w jakim stanie się znajduje to tylko jej sprawa i że niby co tu zastaliśmy? Pamiętając ciągle ten przykry obrazek z momentu zjawienia się u matki M. i jego minę, żal i złość, odpowiedziałam wciąż grzecznie, że to co tu zastaliśmy to był obraz nędzy i rozpaczy. Usłyszałam kolejną wiązankę i to w tonacji takiej, że chyba cały dom słyszał. Poszłam, umyłam talerz, wróciłam, żeby go odłożyć na miejsce i ciąg dalszy wrzasków - żebym ja się lepiej nad sobą zastanowiła, bo jestem taka, sraka i owaka. Dajecie wiarę? Żeby mnie za nic tak zwyzywała? Ja mówię kulturalnie, nawet na sekundę głosu nie podniosłam, a w odwecie słyszę epitety wszelakie... Brakło mi na to słów, więc powiedziałam, że to jest śmieszne i wyszłam, a ona wyleciała za mną! Myślałam przez chwilę, że mnie uderzy w twarz i sama chyba leciała do mnie z tym zamiarem, ale w ostatniej chwili zmieniła "trajektorię lotu" i zaczęła się dobijać do drzwi pokoju mojego i M., drąc się przy tym jak nie wiem. Potem odeszła, a ja usłyszałam wiązankę jeszcze lepszą, niż wszystkie poprzednie: że jestem suką, szmatą, kurwą i jeszcze parę innych. Nie wiem czemu zaczęła się tak zachowywać, ale dla mnie jej zachowanie jest co najmniej anormalne. W żaden sposób jej nie obraziłam, w sposób kulturalny stwierdziłam fakt, który zaiste miał miejsce, więc o co chodzi?

Za chwilę wpada M. do pokoju, pyta się mnie co ja jej powiedziałam, ale że upłakana siedziałam po pas, to mu nie byłam w stanie odpowiedzieć. Poszedł do pokoju swojej matki, wrócił po jakimś czasie i pyta się mnie "Czy nie uważam, że jego matkę wypadałoby przeprosić?" - że co?! Za co?! Że ona mnie zwymyślała, obraziła, okazała totalny brak szacunku do drugiego człowieka? Nikt, nikt mnie nie będzie obrażać. To, że jestem młodsza, to nie znaczy, że nie należy mi się dokładnie tyle samo szacunku co jej.

Kolejne wydarzenia potoczyły się tak, że M. mimo, że wie, jak zwyzywała mnie jego matka, jakie wyzwiska rzucała pod moim adresem, jak mnie potraktowała Bóg jeden wie dlaczego, to wyobraźcie sobie... jest na mnie obrażony. Tak, trzyma stronę swojej matki. Mojej wersji wydarzeń nawet nie raczył poznać, mamusia powiedziała, a M. ślepo wierzy, traktując mnie jak... no właśnie, jak?

Kolejny dzień siedzę sama w pokoju i czekam, aż wrócimy do Polski. M. nawet spał u matki w pokoju jednoosobowym, bo ja jestem taka zła, że nie zhańbił się spędzeniem nocy w jednym pomieszczeniu ze mną. Obrażony na mnie śmiertelnie. Ale przez to właśnie zmądrzałam... I przekonałam się jaką mam wspaniałą rodzinę, która od razu mnie wsparła.

Wiecie jak ja się teraz czuję? Upokorzona i znieważona przez kogoś, kogo kochałam całą sobą. Okazało się, że mimo, że jesteśmy razem 6 lat, ja nic dla niego nie znaczę. Mamusia tupnęła, a M. poleciał za nią. To tak bardzo boli, że okazałam się dla niego tak mało ważna. Zawiodłam się, tak ogromnie, że nie umiem tego nawet opisać. I naprawdę mam gdzieś jej zachowanie, zabolało mnie to, jak zachował się M.

Podjęłam decyzję - po powrocie do Polski pakuję się i się od niego wyprowadzam. Nie będę ani sekundy dłużej mieszkać w mieszkaniu jego matki i u boku kogoś, kto mnie tak potraktował. A skoro tak bardzo jest za swoją mamusią, że ślepo wierzy jej we wszystko, a mnie poniewiera jak śmiecia, to pewnie nie byłby to jedyny raz, kiedy tak się zachowa. A ja będąc z kimś muszę wiedzieć, że mam wsparcie w swoim mężczyźnie choćby skały srały, a nie że mnie kopnie boleśnie kiedy tylko mamunia tupnie.

Tym oto niezbyt przyjemnym sposobem rozwiązała się również reszta moich problemów - nie chcę wychodzić za mąż za kogoś, dla kogo jestem niczym. Chcę być z kimś, kto uszanuje mnie taką jaka jestem, będzie mnie właśnie taką kochał, zawsze stanie po mojej stronie choćbym nawet nie miała racji - ale budować z kimś przyszłość to być za sobą choćby nie wiem co się działo - tak mi ktoś ostatnio mądrze powiedział. Można potem, na osobności powiedzieć, że się mylę albo ze robię nie tak, ale na pewno nie życzę sobie takiego zachowania, jak powyżej.

Uświadomiłam sobie również, że M. wcale ślubu nie chciał. Pasowało mu tak, jak było - wolny związek, który można w razie byle kaprysu zakończyć, zero zobowiązań, a ja dla niego tylko byłam, dom mu ogarnęłam (choć M. i tak twierdzi, że nic nie robiłam, mimo, że sam palcem w domu nie kiwnął), gacie uprałam, kasa była fajna z mojej nowej pracy (chociaż nie, jak powiedziałam, że nie będę mu sponsorować co wieczór piwa, to już byłam niegodziwa, a przez jego piwa i hektolitry paliwa lane do samochodu nie starczało nam pieniędzy do końca miesiąca) i było dobrze.
Teraz w grudniu mieliśmy 6 rocznicę, miałam nadzieję, że da wyraz tego, że myśli o mnie poważnie, i co? Nic. Może na Święta? Nie, nic, jedyne, co się stało, to pokazał jaki jest i jak bardzo nie mogę na niego liczyć. Chociaż w zasadzie to jest coś - oszczędził mi kolejne lata życia w złudnej nadziei, że jestem dla niego kimś ważnym i że coś z tego związku będzie.

Ten związek powoli tracił wszelkie podstawy bycia i tym razem to już było za wiele.
Niech mi ktoś powie jak zrobić, żeby ten zawód na najbliższej osobie jaki mnie spotkał tak strasznie nie bolał, żeby zniknął ten ból spowodowany takim ogromnym rozczarowaniem...

Przyszła do mnie jego mamusia i wierzcie mi, próbowała mi wmówić, że nie mam prawa jej wytykać co robi :D ja pierdziele, a M. dalej stoi za nią...
Powiedziała mi niby że miał do niej pretensje, że mnie tak zezwała, ale oczekiwała, że ja ją pierwsza przeproszę. Przeprosiłam, bo już mam tego towarzystwa dosyć, więc mi wszystko jedno. To, co najważniejsze już i tak się dowiedziałam - na wsparcie M. nie mam co liczyć. I niby miał do niej pretensje, a i tak z nią siedzi 24/7, niby mnie bronił, a przed chwilą mi napisał że matka dla niego zawsze będzie najważniejsza - wszystko w temacie. Nic tu po mnie... Mam dosyć związku w którym na pierwszym planie jest matka M. Tylko że M. tego chyba nie rozumie.