wtorek, 29 października 2019

Dzień dobry :)

Dwa i pół roku nieobecności... No nie powiem, że to zleciało jakbym tu ostatni raz była wczoraj, ale jednak zleciało szybciej niż by się mogło wydawać, na nudę w tym czasie w życiu na pewno nie narzekałam.

Teraz z kolei chwilowo mam za to aż za dużo wolnego czasu. Ale po kolei...

Rok temu w maju Ukochany postanowił poprosić mnie o rękę - NARESZCIE :) chociaż już sporo wcześniej zaakceptowałam to, że będziemy żyć w paskudnym konkubinacie. Wiecie, nic na siłę, a przecież nie będziemy się rozstawać tylko dlatego, że gdzieś nam się w małym stopniu poglądy rozjechały w jednym tylko temacie, gdzie wszystko inne gra jak w zegarku, kochamy się, jest nam razem dobrze i generalnie jest pięknie.

Właśnie wtedy, kiedy moja wszelka czujność uśpiła się na dobre, M postanowił spełnić jedno z moich marzeń - żebym poleciała w końcu samolotem (nigdy wcześniej nie było okazji, a naprawdę bardzo chciałam lecieć samolotem chociaż raz w życiu), wykorzystał to, że byłam zaaferowana lotem i przemycił pierścionek przez kontrolę na lotnisku tuż pod moim nosem (byłam taka pochłonięta tym lotem, że nawet gdyby mu ten pierścionek wypadł pod moje nogi, to bym mu podała coś co mu upadło i nie zwróciłabym pewnie uwagi co to w ogóle było) i tak oto polecieliśmy w odwiedziny do Teściowej na kilka dni do Holandii.

Z perspektywy czasu dopiero zauważyłam jak bardzo wyłączyła mi się jakakolwiek spostrzegawczość na rzeczy dziwne. Nie zauważyłam, że:


  • M zachowywał się nerwowo już na miesiąc przed wyjazdem, bo skitrał pierścionek w domu i modlił się, żebym go nie znalazła do wyjazdu. Ja już tak mam, że czasem mnie napadnie, że potrzebuję właśnie teraz w tym momencie coś, co w szafce wegetuje już od kilku lat nieużywane, więc ryję po szafach jak dzik w żołędziach i szukam. Ale udało mu się. Nie zauważyłam też że przy pakowaniu się przed wyjazdem M jest nerwowy i pilnuje jednej szafki przede mną jak lew :D
  • Na lotnisku musiał wypakować ten pierścionek (na szczęście razem z pudełkiem, może też dlatego nie zauważyłam co on tam potajemnie wypakowuje na taśmę) podczas kontroli bezpieczeństwa, skupiłam się na swoich akcesoriach, u niego tylko zerknęłam na koniec czy na tackach nic nie zostało ;)
  • Kiedy zajechaliśmy już do Teściowej (warto tu wspomnieć, że Teściowa jest osobą bardzo energiczną, nie usiedzi w miejscu dłużej niż trwa wypalenie papierosa, ciągle musi coś robić), nie zdziwiło mnie jakimś cudem to, że kilka razy dziennie wspominała, że jest zmęczona i musi się położyć i czy nie wyszlibyśmy na godzinę na jakiś spacer jak ona będzie spać, żebyśmy nie musieli w domu jak trusie siedzieć.
  • Nie zdziwiło mnie też to, że M w końcu siedział już jak na szpilkach i z tego wszystkiego nie złożył mi nawet życzeń imieninowych, bo akurat moje imieniny wypadały podczas tego wyjazdu, Teściowa obcałowała mnie i złożyła życzenia w obecności M, a on widząc sytuację ani się nawet nie zreflektował, że też mógłby mi jakieś życzenia złożyć, siedział bez słowa przez kilka godzin :)


Ewidentnie, wszechświat sprzyjał M, żeby niespodzianka mu się udała. I się udała, jak się w końcu zebrał, uklęknął przede mną, dał pierścionek i zapytał czy zostanę jego żoną, byłam w tak ciężkim szoku co się dzieje, że bardziej skupiłam się na tym, żeby w końcu wziąć oddech i nie zemdleć, niż żeby mu odpowiedzieć :D po dłuższej chwili mojego stania przed nim w bezruchu i ciszy z oczami wybałuszonymi ze zdziwienia w końcu dopytał czy mu odpowiem w ogóle, bo nie wiem czy gdyby tego nie zrobił to nie stałabym tak do rana ;)

Po powrocie do Polski, kiedy już pochwaliłam się wszystkim pierścionkiem, stan zdrowia mojej Babci bardzo się pogorszył i w konsekwencji, niecały miesiąc później umarła :( bardzo to przeżyłam, z resztą przeżywam nadal, tyle że już trochę psychicznie się po tym podniosłam i nie zalewam się łzami przy każdym wspomnieniu o Babci. Sama będąc w rozsypce, dodatkowo starałam się stanąć na wysokości zadania i wspierać Dziadka w tej całej sytuacji, bo byli z Babcią przez całe życie praktycznie nierozłączni i stanowili absolutny i niepodważalny wzór co do tego jak wygląda miłość. Rozmowa z człowiekiem który znalazł się w takiej sytuacji nie czarujmy się, jest trudna i niestety było widać, że ludzie bali się odzywać do Dziadka w obawie co powiedzieć, jak sobie poradzić z jego reakcją, jak udźwignąć jego żałobę... Ja też się bałam, tym bardziej że sama byłam w nie lepszym stanie, ale nie mogłam Dziadka zostawić.

W konsekwencji tak silnego stresu, który przez kilka miesięcy nie odpuszczał właściwie wcale, padło mi zdrowie. Pojawiła się samonapędzająca się kula śnieżna nerwów i stresu - taki wyrzut kortyzolu rozregulował kompletnie większość hormonów w moim organizmie, co skutkowało między innymi bolącymi i potwornie opuchniętymi piersiami, jak dołożymy do tego, że Babcia umarła w konsekwencji raka piersi, to możecie sobie wyobrazić co zaczęło się dziać w mojej głowie kiedy pojawiły się u mnie te objawy...

Na szczęście znalazłam dobrego lekarza, który dokładnie sprawdził co się dzieje, przepisał właściwy lek we właściwej dawce i pod koniec roku stan mojego zdrowia wrócił do normy. W międzyczasie ustaliliśmy datę ślubu, ale przygotowania na tym generalnie utknęły na jakiś czas.

Po Nowym Roku stanowiliśmy ruszyć z przygotowaniami do ślubu i wtedy czasoprzestrzeń się zagięła i nie wiem jakim cudem ze stycznia zrobił się koniec lipca :)

3 sierpnia wzięliśmy ślub 😍 było cudownie, pogoda dopisała idealnie, mimo że dzień wcześniej i dzień później była lekko mówiąc nienajlepsza. Było ciepło, słonecznie, przyjemnie, cała impreza przebiegła tak jak powinna, udało nam się nie pomylić podczas przysięgi i nawet ładnie zatańczyć nasz pierwszy taniec mimo, że wcześniej ćwiczyliśmy go tylko 3 razy na dzień przed weselem :)) przyjęcie było nieduże, na 30 osób, ale były to osoby z którymi naprawdę chcieliśmy ten dzień spędzić (i chyba vice versa), więc goście również dopisali, do dzisiaj niektórzy chwalą, że bawili się wspaniale :)

Pod koniec września mój okres stwierdził, że się nie pojawi, a test ciążowy pokazał dwie kreseczki. Niestety tutaj chwilowo szczęśliwego zakończenia nie będzie, ponieważ kilka dni po zrobieniu testu trafiłam do szpitala z powodu plamienia, niestety na USG nie było kompletnie nic widać, beta HCG rosło, jednak nie aż tak szybko jak powinno, więc pojawiło się podejrzenie ciąży pozamacicznej, co po tygodniu potwierdziło się, ja dostałam krwotoku, w konsekwencji czego trafiłam na stół operacyjny w trybie natychmiastowym...

...i tak oto cierpię chwilowo na nadmiar wolnego czasu. Mam 30 dni zwolnienia poszpitalnego, powoli wracam do sprawności. Na szczęście już jestem w domu, bo dramatycznie znosiłam pobyt w szpitalu. Rozwaliło mnie to psychicznie, codziennie w szpitalu zalewałam się łzami i wyłam praktycznie całe dnie. I to nie chodzi o to, że straciłam ciążę. Tu się ogarnęłam szybko, dotarło do mnie że nie było szans w tym wypadku, nie było mojej ani niczyjej winy, po prostu się nie udało, ja też nie zdążyłam się nawet przyzwyczaić do faktu, że jestem w ciąży, oczywiście szkoda bardzo, bo to było planowane, ale widocznie tym razem nie było nam dane. Strasznie przeżywałam sam pobyt w szpitalu. Panicznie boję się igieł, kłucia, ran otwartych i dostałam to wszystko na raz w pakiecie. Codziennie po kilka zastrzyków, rana pooperacyjna i szwy, ból, kroplówki, wenflony, pobieranie krwi, potem przez pierwsze 2 dni zero jedzenia i picia, gdzie pozostałe osoby na sali dostawały jedzenie, jak to pachniało... Wyciąganie drenu szerokości palca na żywca, zakładanie szwów na niego na żywca... Nie byłam na to przygotowana, nie miałam też żadnej odporności psychicznej na to.

Kiedy w końcu usłyszałam zbawienne słowa "idzie Pani do domu", babki na sali stwierdziły, że dosłownie nastąpiła u mnie zmiana w zupełnie innego człowieka niż widziały przez poprzednie 5 dni. Chociaż po powrocie do domu też nie było wesoło, trzeba było ranę myć samemu (jak już wspomniałam, boję się panicznie, a musiałam to dotknąć i umyć mydłem, dosłownie mnie paraliżowało), szwy zaczynały ciągnąć, ich zdjęcie też przysporzyło problemów, bo jeden ze szwów pociągnięty przez całą ranę pooperacyjną nie chciał w ogóle wyjść, odesłano mnie z nim do szpitala, w szpitalu sami nie wiedzieli czy ten szew w ogóle należy wyjąć czy on jest wchłanialny... stałam w tym szpitalu znowu i płakałam - jak oni sami nie wiedzą to skąd ja mam to wiedzieć? Spuszczali mnie na drzewo a ja zostałam z drutem w brzuchu i nie wiadomo co z nim zrobić... Do tego po zdjęciu szwów z rany po drenie pojawiła się ropa... dopiero siostra mnie uspokoiła że dopóki nie mam gorączki, ognisko ropy nie powiększa się a z rany tylko się sączy, to jest wszystko w porządku, bo rana się zwyczajnie oczyszcza w ten sposób... Rzeczywiście tak było, bo po dwóch dniach po ropie nie było już śladu, ale mimo że już byłam w domu, to nadal psychicznie byłam rozwalona, zaczynałam wpadać w panikę, że znów co chwilę coś nie tak, że znów wrócę do szpitala, znów będzie powtórka tego wszystkiego...

Na szczęście M wspiera mnie jak tylko potrafi mimo że naprawdę momentami świrowałam, wiem o tym, ale czasami nie dało się nad tym zapanować, to się chyba nazywa histeria... bardzo mi pomaga. Teraz już jest dużo lepiej, w końcu jak przez kilka dni nie było żadnych więcej komplikacji, udaje mi się powoli łapać dystans i pozbierać się do kupy. Tak bardzo się cieszę, że go mam i że tak wspaniale stanął na wysokości zadania ❤️

Rana pooperacyjna jeszcze się goi i uniemożliwia mi robienie praktycznie wszystkiego, ale im bardziej zwiększa się zakres moich ruchów, tym bardziej zaczynam już wariować w domu :) jeszcze nie ma tragedii, ale zostały mi jeszcze prawie 3 tygodnie zwolnienia, a ja z tych, którzy naprawdę lubią swoją pracę ;)

No ale niech będzie, wykuruję się grzecznie :) co prawda do pełnej sprawności wrócę pewnie dopiero za jakieś pół roku, tyle też kazali czekać zanim znów zaczniemy się starać o dziecko (tak, na szczęście po tej operacji mogę jeszcze mieć dzieci, ale muszę to dokładniej planować, bo z racji ciąży pozamacicznej, kolejne ciąże z automatu będą ciążami podwyższonego ryzyka, ale może się uda jakimś cudem :)), do wesela leciało tak szybko, więc może jak wrócę do pracy, to znów czas przyspieszy, bo w domu na razie strasznie się dłuży :)

4 komentarze:

  1. I radość i smutek, pełen emocji czas, kiedy Cię tutaj nie było. Życzę Ci przede wszystkim zdrowia i dużo miłości na tej nowej wspólnej drodze❤️

    OdpowiedzUsuń
  2. Ewelinko, cieszę się że jesteś. Dużo zdrówka ;* i wszystkiego dobrego na nowej drodze życia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) Magdalena, prowadzisz może bloga? :) jeśli tak, zostaw jakiś namiar na siebie :)

      Usuń

Witaj!
Będzie mi bardzo miło, jeśli podzielisz się ze mną swoją opinią. Zostaw adres swojego bloga jeśli go posiadasz, bo chętnie wpadnę z rewizytą :)

Pamiętaj jednak, że jest to mój kawałek sieci, zatem uprasza się osoby komentujące o zachowanie kultury!!!!!