Moje drogie, jak piszę, że w ataku euforycznej radości macie mnie ściągać na ziemię, to tak właśnie jest. Już trochę (niewiele, ale zawsze trochę) na tym świecie żyję i zdążyłam się przekonać, że ja już tak mam, że jak coś jest dobrze, to zaraz dla równowagi coś zaczyna być źle. Od tego nie ma wyjątków...
Tak też jest i tym razem - choć mojej teściowej jednak najprawdopodobniej kontrakt za granicą przedłużą i już zaczynałam się cieszyć, to za to ja zostałam zwolniona. To nie żart, choć śmiech na sali jest...
Zależało mi na tej pracy. Może nie byłam do końca do niej przekonana, ale nie można mi zarzucić, że mi nie zależało. Starałam się robić wszystko najlepiej jak potrafię, robiłam sobie notatki z tego, czego nie umiem, żeby na przyszłość już wiedzieć, wykonywałam wszystkie polecenia szefostwa i co? Dziś mi podziękowano za pracę, od jutra mam nie przychodzić. A już sposób, w jaki to uczyniono, zasługuje chyba na największe owacje.
Z ludźmi na magazynie zdążyłam się polubić, z wzajemnością. Pomagaliśmy sobie wzajemnie - ja im w rozładunku czy spisywaniu towaru, oni mnie przy systemie, itp. Szefów natomiast w głębi duszy miałam za nowobogackich buców i jak się okazuje, nie pomyliłam się.
Szefowie wyjechali na dwa dni, wczoraj i dziś. Ale zdążyli zostawić magazynierowi kopertkę i instrukcje. Siedzę sobie dziś w biurze i wchodzi ów magazynier. Daje mi kopertę i z miną skazańca tłumaczy się, że szefowie kazali mu tu do mnie przyjść, dać mi tę kopertę z zapłatą za luty i przekazać, że od jutra mam nie przychodzić. Osłupiałam. Tyle, o ile była jakaś szansa, że nie sprawdzę się na tym stanowisku, to nie spodziewałam się, że nie stać ich będzie na powiedzenie mi tego osobiście.
Po piętnastu minutach dotarło do mnie co się stało i zadzwoniłam do mamy. Powiedziałam jaka jest sytuacja, i choć sama wiedziałam, że pierwsze co, to muszę to wyjaśnić z którymś z szefów, to jednak wolałam zasięgnąć porady co ja mam w ogóle powiedzieć, itp. I dobrze zrobiłam, bo nie dostałam wypowiedzenia, a umowa istniała i to na czas nieokreślony - jeszcze by się okazało, że wyparliby się, że kazali coś takiego magazynierowi powiedzieć i to ja sobie bez powodu przestałam przychodzić do pracy, bo żadnego wypowiedzenia umowy nie było. Zadzwoniłam do szefa. Po półtorej godziny w końcu udało mi się z nim zamienić słowo ;] Powiedział mi, że nie sprawdziłam się, że jednak oni oczekują czegoś więcej od osoby na tym stanowisku, że nie mam pojęcia o prowadzeniu biura... Myślałam, że mnie krew zaleje. Robiłam wszystko, co mi powiedzieli, że mam robić, zajmowałam się nawet rozliczaniem faktur, choć to już broszka księgowej, ale to za mało. Powinnam się znać na finansach, rozliczaniu pracowników i innych tego typu rzeczach. Bo, choć nie powiedzieli tego wprost, to jasno zrozumiałam o co chodzi - chcą mieć księgową i sekretarkę w jednym, bo teraz muszą zatrudniać dwie osoby - księgową i sekretarkę, a im się marzy więcej kasy i zamiast dwóch pracowników wolą zatrudnić jednego, który będzie zapierdalał za dwóch.
Czuję się wykorzystana, bo teraz widzę, że oni już od początku wiedzieli, że podziękują mi po miesiącu, jak tylko im ten burdel ogarnę (bo poprzednia dziewczyna się na nich wkurzyła, zwolniła się i zostawiła ich ze wszystkim, a oni nie wiedzieli w co ręce włożyć) i to za psie pieniądze, bo wiadomo, że nie pracowałam za normalną kasę, bo to był okres próbny. Od początku mówiłam o tym otwarcie, że na księgowości i finansach się nie znam, a mimo to mnie zatrudnili. I teraz nagle zaczęło im to przeszkadzać? Pewnie nie, od razu wiedzieli, że biorą mnie do pracy na krótki okres czasu, bo mają bałagan w papierach oraz towar ma przyjechać i trzeba będzie do UC dostarczyć tłumaczenie faktur (a za profesjonalne tłumaczenie ktoś by ich sporo skasował).
Bycie chociaż w 80% szczęśliwą chyba nie jest mi pisane. Zawsze coś się posypie jak tylko zaczynam sobie wszystko układać...
czwartek, 28 lutego 2013
czwartek, 21 lutego 2013
Jestem zła.
Nie potrafię nawet zebrać myśli, żeby coś napisać...
Cóż mogę powiedzieć - nadal mam mieszane odczucia co do mojej nowej pracy. Przyczyn jest kilka, choć pośród nich przodują dwie: po pierwsze - nudzi mi się tam okrutnie, a po drugie - nie wiem czy powinnam była wiedzieć dlaczego moja poprzedniczka już nie pracuje na stanowisku, które objęłam ponad tydzień temu. Z jednej strony dobrze, że wiem, a z drugiej zaczynam się negatywnie nastawiać co do tej pracy. I bądź tu człowieku mądry...
A tak przede wszystkim jestem zła.
Głównie dlatego, że najprawdopodobniej teściowej nie przedłużą kontraktu za granicą i będzie zjeżdżać do kraju. Ku*wa! Będzie kibel, zwłaszcza finansowy... A już było dobrze, a już się wszystko zaczynało układać... Mogłam przewidzieć, że robi się zbyt pięknie. Prawdopodobnie przyjdzie nam teraz dzielić mieszkanie z mamą M., mama M. nie będzie przecież od razu miała pracy, więc koszty życia z dwóch marnych pensji przyjdzie nam podzielić na trzy, a na domiar złego, o najlepszych przyjemnościach, czyli upojnych chwilach we dwoje będziemy mogli śmiało zapomnieć. Nic nam już z życia nie zostanie...
Jeśli jeszcze kiedyś coś mi się zacznie układać, a ja zacznę się tym ekscytować, to błagam, niech mnie ktoś skutecznie ściągnie na ziemię i przypomni, że przecież ja zawsze, prędzej czy później, mam pod górkę...
A oprócz tego jestem zła, bo, może dla niektórych to grosze, ale dla mnie osiem tysięcy złotych to dosyć spora gotówka, a przez to, że nie jestem w stanie wejść w jej posiadanie, przeszedł mi koło nosa naprawdę fajny, przyszłościowy i rodzinny samochód.
Czyli podsumowując, zimowa (choć nie do końca spowodowana pogodą) deprecha gotowa.
Panie Boże, miej litość, albo chociaż daj mi siły...
Cóż mogę powiedzieć - nadal mam mieszane odczucia co do mojej nowej pracy. Przyczyn jest kilka, choć pośród nich przodują dwie: po pierwsze - nudzi mi się tam okrutnie, a po drugie - nie wiem czy powinnam była wiedzieć dlaczego moja poprzedniczka już nie pracuje na stanowisku, które objęłam ponad tydzień temu. Z jednej strony dobrze, że wiem, a z drugiej zaczynam się negatywnie nastawiać co do tej pracy. I bądź tu człowieku mądry...
A tak przede wszystkim jestem zła.
Głównie dlatego, że najprawdopodobniej teściowej nie przedłużą kontraktu za granicą i będzie zjeżdżać do kraju. Ku*wa! Będzie kibel, zwłaszcza finansowy... A już było dobrze, a już się wszystko zaczynało układać... Mogłam przewidzieć, że robi się zbyt pięknie. Prawdopodobnie przyjdzie nam teraz dzielić mieszkanie z mamą M., mama M. nie będzie przecież od razu miała pracy, więc koszty życia z dwóch marnych pensji przyjdzie nam podzielić na trzy, a na domiar złego, o najlepszych przyjemnościach, czyli upojnych chwilach we dwoje będziemy mogli śmiało zapomnieć. Nic nam już z życia nie zostanie...
Jeśli jeszcze kiedyś coś mi się zacznie układać, a ja zacznę się tym ekscytować, to błagam, niech mnie ktoś skutecznie ściągnie na ziemię i przypomni, że przecież ja zawsze, prędzej czy później, mam pod górkę...
A oprócz tego jestem zła, bo, może dla niektórych to grosze, ale dla mnie osiem tysięcy złotych to dosyć spora gotówka, a przez to, że nie jestem w stanie wejść w jej posiadanie, przeszedł mi koło nosa naprawdę fajny, przyszłościowy i rodzinny samochód.
Czyli podsumowując, zimowa (choć nie do końca spowodowana pogodą) deprecha gotowa.
Panie Boże, miej litość, albo chociaż daj mi siły...
czwartek, 7 lutego 2013
Pewna historia + przemyślenia bliźniaczki
Coś w tej filozofii chyba jest. Mam, a właściwie miałam za dużo wolnego czasu, kiedy M. jest w pracy siedzę (siedziałam) cały dzień sama i chcąc nie chcąc, nachodziło i nadal nachodzi mnie wiele przemyśleń.
Chyba mogę się już pochwalić, że udało mi się znaleźć pracę. Pełny etat, osiem godzin siedzenia w biurze, utrzymywanie kontaktów z zagranicznymi klientami :) Mam nadzieję, że w praktyce okaże się równie fajna i przyjemna co z opowiadań szefostwa na rozmowie :)
W ogóle ciekawa historia z tą pracą - zasiadam rano do laptopa i jako, że mam już wyrobiony odruch uruchomienia wszystkich możliwych stron z ofertami pracy, zaczynam otwierać wszystkie zakładki. Na jednej ze stron ukazało się ogłoszenie pt. "Zatrudnię pracownika biurowego". Klik. Przeglądam wymagania. Wołam M. i prezentuję mu ogłoszenie, pokazując każdy podpunkt wymagań na to stanowisko: pierwsze - spełniam, drugie - spełniam, trzecie, czwarte, piąte - spełniam. M. patrzy się na mnie i oznajmia, że mam tam wysłać CV. OK, loguję się na pocztę, załadowuję CV, kilka słów skrobnęłam, że chętnie umówię się na spotkanie i klik - wysłano. Stwierdziwszy, że nie ma już żadnych ani mniej ani bardziej interesujących ofert, odwiedziłam jeszcze FB i wyłączyłam komputer. Idę do kuchni - stop, telefon dzwoni. Nie znam numeru, ale odbieram.
"Dzień dobry, XY, firma Z z tej strony, czy z panią Eweliną mam przyjemność?" - odzywa się głos w słuchawce. No oczywiście, że ma ze mną przyjemność, zatem pan kontynuuje: "Wysłała do nas pani swoje CV dzisiaj, zgadza się?" - no, zgadza się, więc pan oznajmia, że "Chcielibyśmy panią zatem zaprosić do nas na rozmowę, czy dzień jutrzejszy, godzina 12:00 pani odpowiada?". No odpowiada, przecież jestem prawie bezrobotna :D (ale to już zostawiłam dla siebie, wersja oficjalna była, że mi odpowiada) ;) "Zatem jesteśmy umówieni, do zobaczenia!"
Dzień jutrzejszy stał się dzisiejszym, godzina 11:30 - wyruszam z domu. Oczywiście na miejscu jestem o 11:45, nie o 12:00, ale co tam, idę. To jest moja zmora - przesadna punktualność. Wolę być dużo za wcześnie, niż nawet minutę za późno. Ale do rzeczy. Wchodzę, wita mnie dwóch jegomości - właściciele. Nie zwykłam owijać w bawełnę istotnych dla mnie spraw, więc pochwaliłam się kwalifikacjami, podkreślając, że nadaję się na to stanowisko, ale zaznaczyłam też, że jestem lektorem w pewnej szkole językowej, przedstawiłam kiedy tam pracuję, na co panom miny nieco zrzedły. Myślę sobie - no przecież w CV jest jak byk napisane, że tam pracuję w takich i takich godzinach, w tym i tym dniu, to skoro mnie zaprosili na rozmowę, to chyba są tego świadomi? Ehh, powiedzieli, że do końca tygodnia podejmą decyzję czy mnie zatrudnią, po czym pożegnaliśmy się i pojechałam do domu. Już w drzwiach oznajmiłam M., że nic z tej pracy nie będzie, bo koliduje ona lekko z moimi zajęciami w szkole i panom to chyba mocno przeszkadzało. Trudno, nie pierwsza osoba mi podziękowała z tego powodu (lub dlatego, że się uczę - ale do jasnej Anielki, wszystko jest w CV, więc po co mnie zapraszają na rozmowy, skoro już z góry wiedzą, że pracuję w szkole językowej i uczę się zaocznie, i że im to będzie przeszkadzało? Bez komentarza...). Jakoś to przełknęłam, po czym poczułam wewnętrzną potrzebę... pozmywania naczyń :D Ledwo zamoczyłam ręce w misce, dzwoni telefon. Odbieram i słyszę w słuchawce: "Dzień dobry pani Ewelino, X Y z tej strony, firma Z, była pani u nas dzisiaj na rozmowie. Chciałem panią poinformować, że zdecydowaliśmy się podjąć z panią współpracę i w związku z tym chciałem panią zaprosić jutro do nas w celu omówienia warunków zatrudnienia" :D Tego się kompletnie nie spodziewałam, ale niemniej ucieszyłam się ogromnie :)
I teraz przemyślenia. Pewnie zastanawiacie się kim jest bliźniaczka :) To ja - mój znak zodiaku, co jest dość istotne w tej sprawie, bo słynie on ze zmienności i ogólnej niestabilności :D
Nie lubię niepewnych sytuacji, niesamowicie podoba mi się wizja pewnego zatrudnienia na dłuższy czas, bo właśnie coś takiego zaoferowała mi owa firma, ale też nie lubię nudy i monotonii. Zaczęłam się zastanawiać, jakim cudem niektórzy ludzie spędzają większość swojej kariery zawodowej w jednym miejscu! Bo prawdę mówiąc, choć wizja pracy w tej firmie mi się bardzo podoba, to jednak mimo tego optymizmu nie widzę siebie tam np. za 5 czy 10 lat. Nie pomyślcie sobie, że mi odbija i szukam dziury w całym, co to, to nie! Szalenie się cieszę, że w końcu udało mi się znaleźć w miarę pewne źródło dochodu i to na dłuższy czas i pokładam w tej pracy sporo nadziei na ułożenie sobie życia w końcu, ale po prostu znam siebie, swoją naturę i zastanawiam się, czy ta praca da mi to coś, co sprawi, że poświęcę się jej na dobre. Do tej pory nic takiego mi się jeszcze nie przytrafiło, nie potrafię sobie siebie wyobrazić w mojej wymarzonej pracy - taka nie istnieje. A przynajmniej nie byłaby to jedna praca. Żadne zajęcie nie jest w stanie zaabsorbować mnie na dobre, bo prędzej czy później temat staje się dla mnie oklepany i zaczynam szukać nowych wyzwań. I to wcale nie chodzi o życie na pełnych obrotach - po prostu czasem właśnie wyobrażam sobie siebie w pracy spokojnej i statecznej, jak właśnie praca biurowa, a innym razem mam ochotę na jakieś wyzwanie, na sprawdzenie siebie w czymś kompletnie nowym lub o wiele bardziej wymagającym.
Znając życie, pewnie i tak będę trzymać się tej pracy tak długo, jak tylko się da, bo rynek pracy jest jaki jest i na szaleństwa nie pozwala, ale kto wie, może za te kilka lat, kiedy zacznę się wypalać zawodowo, nadarzy się okazja na zmianę miejsca zamieszkania, zmianę pracy i nowe wyzwania :)
Niemniej, teraz jest czas na radość - w końcu sytuacja ulega poprawie :))) Oby tak dalej!
poniedziałek, 28 stycznia 2013
Mętlik
To siedzenie w domu wkrótce doprowadzi mnie do szału. Fakt, taki odpoczynek był mi potrzebny, ale co za dużo to niezdrowo, już wystarczy. Ale to nie jest wcale takie proste - co prawda ferie się skończyły i będę raz na jakiś czas chodzić do pracy, ale potrzebna mi jest jakaś stała i poważnie płatna praca (nie to co te żartobliwe dwie godziny w tygodniu w szkole językowej... Mam na myśli normalne zarobki w granicach chociaż tej najniższej krajowej).
Ale w tej kwestii cisza. Kilkanaście razy na dobę przeglądam strony z ofertami pracy, ale jak dotąd zero odzewu. Jeśli do czerwca ten stan się nie zmieni, to będę zmuszona zawiesić studia i jechać za granicę lub przenieść się do większego miasta i tam próbować swoich sił. A szansa, że się nic nie zmieni jest spora - sama już się zdążyłam przekonać, że po skończeniu studiów nie mogłam przez kilka miesięcy znaleźć pracy. Do czerwca w nędzy jakoś dociągnę, ale później będzie źle, bo w wakacje raczej nikomu nie pali się do nauki języka, umowa ze szkołą językową mi wygaśnie i pozostanę bez środków do życia.
Ogólnie robi mi się mętlik w głowie, który niestety pogłębia się i któregoś dnia będzie miał potężne skutki. Może nie jutro, nie za tydzień, nie za miesiąc, ale sądzę, że do tego "magicznego" okresu czerwca mój mętlik osiągnie apogeum i będzie to już jawne załamanie nerwowe. Wiele spraw nawarstwia się i nakłada na siebie, a ja nie jestem w stanie nic z tym zrobić. Nie teraz. Na chwilę obecną, po logicznej analizie mojej sytuacji uznałam, że jednak muszę wykazać się cierpliwością - te kilka miesięcy musi minąć, zanim cokolwiek się wyjaśni, ustabilizuje bądź też na odwrót - nastąpi całkowita dezorganizacja. Próba jakiegokolwiek działania teraz nic nie da, wręcz może zaszkodzić. A niestety, coraz więcej złych emocji się we mnie zbiera i obawiam się chwili, kiedy te wszystkie żale i pretensje w końcu postanowią wyjść na światło dzienne.
Nie wiem jak wytrzymam te 150 dni jednej wielkiej niepewności.
Ale w tej kwestii cisza. Kilkanaście razy na dobę przeglądam strony z ofertami pracy, ale jak dotąd zero odzewu. Jeśli do czerwca ten stan się nie zmieni, to będę zmuszona zawiesić studia i jechać za granicę lub przenieść się do większego miasta i tam próbować swoich sił. A szansa, że się nic nie zmieni jest spora - sama już się zdążyłam przekonać, że po skończeniu studiów nie mogłam przez kilka miesięcy znaleźć pracy. Do czerwca w nędzy jakoś dociągnę, ale później będzie źle, bo w wakacje raczej nikomu nie pali się do nauki języka, umowa ze szkołą językową mi wygaśnie i pozostanę bez środków do życia.
Ogólnie robi mi się mętlik w głowie, który niestety pogłębia się i któregoś dnia będzie miał potężne skutki. Może nie jutro, nie za tydzień, nie za miesiąc, ale sądzę, że do tego "magicznego" okresu czerwca mój mętlik osiągnie apogeum i będzie to już jawne załamanie nerwowe. Wiele spraw nawarstwia się i nakłada na siebie, a ja nie jestem w stanie nic z tym zrobić. Nie teraz. Na chwilę obecną, po logicznej analizie mojej sytuacji uznałam, że jednak muszę wykazać się cierpliwością - te kilka miesięcy musi minąć, zanim cokolwiek się wyjaśni, ustabilizuje bądź też na odwrót - nastąpi całkowita dezorganizacja. Próba jakiegokolwiek działania teraz nic nie da, wręcz może zaszkodzić. A niestety, coraz więcej złych emocji się we mnie zbiera i obawiam się chwili, kiedy te wszystkie żale i pretensje w końcu postanowią wyjść na światło dzienne.
Nie wiem jak wytrzymam te 150 dni jednej wielkiej niepewności.
niedziela, 20 stycznia 2013
Kosmetykowe aktualności :)
Bardzo jestem nerwowa i rozdrażniona ostatnimi czasy, więc dla relaksu i odstresowania napiszę dzisiaj o kosmetykach :) Kiedyś już o tym pisałam (tutaj), ale parę nowych nabytków dołączyło do tego zacnego grona, więc postanowiłam poświęcić im chwilkę.
Na pierwszy ogień - cienie do powiek. Nie, to nie żart :) Co prawda pisałam kiedyś, że się nie maluję, to teraz już ten stan częściowo uległ zmianie. I nie dlatego, że bez makijażu czuję się brzydka, czy coś z tych rzeczy - nadal częściej wychodzę z domu bez makijażu niż z, ale po prostu polubiłam zabawy kolorami na moich oczach :)
Od gimnazjum chyba w mojej kosmetyczce zalegał cień do powiek mniej więcej taki:
... i doczekać się użycia nie mógł. Aż do ostatnich kilku tygodni, kiedy to postanowiłam się z nim przeprosić :) Zainteresował mnie makijaż "smokey eyes" i przypomniałam sobie, że mam cień, którym mogłabym poeksperymentować.
Na jakiś czas mi wystarczyło, dobrze się czułam w tych kolorach, ale... Nie za bardzo mogłam z nimi szaleć - ten makijaż był idealnie uniwersalny, pasował do wszystkiego, ale pod wpływem kilku stron internetowych prezentujących naprawdę nieziemskie makijaże zapragnęłam czegoś więcej. Jednak nie do końca byłam odważna, żeby kupić sobie odcień inny niż złoty albo brązowy, aż do ubiegłego tygodnia, kiedy to nadarzyła mi się okazja do zakupienia czterokolorowej paletki cieni z Avonu za grosze :) A że otrzymałam od M. błogosławieństwo do zakupu tegoż kosmetyku, to nabyłam go niezwłocznie :) Teraz mam okazję eksperymentować również z takimi kolorami:
Z początku miałam pewne wątpliwości, że może się pospieszyłam z zakupem i nie do końca przemyślałam te kolory, ale teraz nie żałuję :) Możecie mi wierzyć, że te odcienie można łączyć w dowolnych konfiguracjach i za każdym razem wyglądają świetnie ;) Tyle tylko, że nigdy nie malowałam oczu na niebiesko czy fioletowo, więc miałam pewne obiekcje co do wychodzenia z domu właśnie z takimi kolorami na powiekach. Ale widząc makijaże tego typu:
szybko przekonałam się, że wystarczy wprawna ręka (wiadomo, nie od razu mi taki makijaż wyszedł, ale jest coraz lepiej :D) i odważniejszy makijaż jest całkiem w porządku :)
Postanowiłam od nowego roku zadbać również o włosy, bo choć odkąd sięgam pamięcią staram się, by wyglądały ładnie i zdrowo, to ostatnio było z nimi źle. Nie palę, nie farbuję od kilku lat ani nie katuję moich włosów prostownicą, a mimo to były w opłakanym stanie.
Zakupiłam więc taki szampon:
Co prawda włosy miałam po nim naprawdę fajne, to jednak były na tyle słabe, że i tak się łamały i rozdwajały... Postanowiłam więc, że idę do fryzjera. W planach miałam podcięcie końcówek, ale w ostatniej chwili doszłam do wniosku, że jeśli nie podetnę włosów na tyle, żeby pozbyć się tych zniszczonych, to i tak szybko wrócą do tego samego stanu, w jakim były. Dlatego zdecydowałam się podciąć je trochę bardziej i pocieniować :) I choć chyba jak każda kobieta - na początku szczerze żałowałam tej decyzji, bo wydawało mi się, że teraz moje włosy są za krótkie (a chyba wiecie, że ubóstwiam długie włosy), ale później, kiedy koleżanki szczerze zakochały się w moich włosach pytając czy cokolwiek z nimi w życiu robiłam, bo są takie ładne i naturalne jak u dziecka , uznałam, że jednak dobrze postąpiłam :) Włosy rosną mi szybko, więc najpóźniej za 4 miesiące z powrotem będą takie jak przed wizytą u fryzjera, a przynajmniej odżyły i wyglądają super :)
Niemniej teraz stałam się już ostrożniejsza i powzięłam więcej kroków, żeby zostały takie fajne na dłużej :) Nie przyszło mi to łatwo, bo jestem sknera i często szkoda mi pieniędzy na kupno jakichś odżywek i innych tego typu cudów (cieni do powiek też :D), ale udało mi się ustrzelić fajne promocje i za 10 zł obkupiłam się w kolejny szampon i jedwab do włosów:
Oba szampony mogę Wam polecić, bo są tak do bólu naturalne, że nawet łupieżu po nich nie ma, a ja mam tendencje do tego typu efektów ubocznych. A jedwabiu chyba Drogie Panie nie muszę specjalnie zachwalać - wszystkie wiemy, że jest rewelacyjny :) Tylko drogi :D Pewnie gdyby nie to, że powyższy egzemplarz udało mi się zakupić za 4 zł, to bym się na niego nie zdecydowała ;)
Niestety wciąż mam problem ze spierzchniętymi ustami i nie znalazłam jeszcze żadnego kremu, balsamu lub pomadki, która by mi w tej kwestii pomogła raz a dobrze. A jak się można łatwo domyślić - nie wydam majątku na jakiś specyfik w ciemno :D Więc jeśli znacie jakieś ciekawe propozycje, które mogłyby mi pomóc, to podzielcie się nimi ze mną :)
Na pierwszy ogień - cienie do powiek. Nie, to nie żart :) Co prawda pisałam kiedyś, że się nie maluję, to teraz już ten stan częściowo uległ zmianie. I nie dlatego, że bez makijażu czuję się brzydka, czy coś z tych rzeczy - nadal częściej wychodzę z domu bez makijażu niż z, ale po prostu polubiłam zabawy kolorami na moich oczach :)
Od gimnazjum chyba w mojej kosmetyczce zalegał cień do powiek mniej więcej taki:
... i doczekać się użycia nie mógł. Aż do ostatnich kilku tygodni, kiedy to postanowiłam się z nim przeprosić :) Zainteresował mnie makijaż "smokey eyes" i przypomniałam sobie, że mam cień, którym mogłabym poeksperymentować.
Na jakiś czas mi wystarczyło, dobrze się czułam w tych kolorach, ale... Nie za bardzo mogłam z nimi szaleć - ten makijaż był idealnie uniwersalny, pasował do wszystkiego, ale pod wpływem kilku stron internetowych prezentujących naprawdę nieziemskie makijaże zapragnęłam czegoś więcej. Jednak nie do końca byłam odważna, żeby kupić sobie odcień inny niż złoty albo brązowy, aż do ubiegłego tygodnia, kiedy to nadarzyła mi się okazja do zakupienia czterokolorowej paletki cieni z Avonu za grosze :) A że otrzymałam od M. błogosławieństwo do zakupu tegoż kosmetyku, to nabyłam go niezwłocznie :) Teraz mam okazję eksperymentować również z takimi kolorami:
Z początku miałam pewne wątpliwości, że może się pospieszyłam z zakupem i nie do końca przemyślałam te kolory, ale teraz nie żałuję :) Możecie mi wierzyć, że te odcienie można łączyć w dowolnych konfiguracjach i za każdym razem wyglądają świetnie ;) Tyle tylko, że nigdy nie malowałam oczu na niebiesko czy fioletowo, więc miałam pewne obiekcje co do wychodzenia z domu właśnie z takimi kolorami na powiekach. Ale widząc makijaże tego typu:
szybko przekonałam się, że wystarczy wprawna ręka (wiadomo, nie od razu mi taki makijaż wyszedł, ale jest coraz lepiej :D) i odważniejszy makijaż jest całkiem w porządku :)
Postanowiłam od nowego roku zadbać również o włosy, bo choć odkąd sięgam pamięcią staram się, by wyglądały ładnie i zdrowo, to ostatnio było z nimi źle. Nie palę, nie farbuję od kilku lat ani nie katuję moich włosów prostownicą, a mimo to były w opłakanym stanie.
Zakupiłam więc taki szampon:
Co prawda włosy miałam po nim naprawdę fajne, to jednak były na tyle słabe, że i tak się łamały i rozdwajały... Postanowiłam więc, że idę do fryzjera. W planach miałam podcięcie końcówek, ale w ostatniej chwili doszłam do wniosku, że jeśli nie podetnę włosów na tyle, żeby pozbyć się tych zniszczonych, to i tak szybko wrócą do tego samego stanu, w jakim były. Dlatego zdecydowałam się podciąć je trochę bardziej i pocieniować :) I choć chyba jak każda kobieta - na początku szczerze żałowałam tej decyzji, bo wydawało mi się, że teraz moje włosy są za krótkie (a chyba wiecie, że ubóstwiam długie włosy), ale później, kiedy koleżanki szczerze zakochały się w moich włosach pytając czy cokolwiek z nimi w życiu robiłam, bo są takie ładne i naturalne jak u dziecka , uznałam, że jednak dobrze postąpiłam :) Włosy rosną mi szybko, więc najpóźniej za 4 miesiące z powrotem będą takie jak przed wizytą u fryzjera, a przynajmniej odżyły i wyglądają super :)
Niemniej teraz stałam się już ostrożniejsza i powzięłam więcej kroków, żeby zostały takie fajne na dłużej :) Nie przyszło mi to łatwo, bo jestem sknera i często szkoda mi pieniędzy na kupno jakichś odżywek i innych tego typu cudów (cieni do powiek też :D), ale udało mi się ustrzelić fajne promocje i za 10 zł obkupiłam się w kolejny szampon i jedwab do włosów:
Oba szampony mogę Wam polecić, bo są tak do bólu naturalne, że nawet łupieżu po nich nie ma, a ja mam tendencje do tego typu efektów ubocznych. A jedwabiu chyba Drogie Panie nie muszę specjalnie zachwalać - wszystkie wiemy, że jest rewelacyjny :) Tylko drogi :D Pewnie gdyby nie to, że powyższy egzemplarz udało mi się zakupić za 4 zł, to bym się na niego nie zdecydowała ;)
Niestety wciąż mam problem ze spierzchniętymi ustami i nie znalazłam jeszcze żadnego kremu, balsamu lub pomadki, która by mi w tej kwestii pomogła raz a dobrze. A jak się można łatwo domyślić - nie wydam majątku na jakiś specyfik w ciemno :D Więc jeśli znacie jakieś ciekawe propozycje, które mogłyby mi pomóc, to podzielcie się nimi ze mną :)
wtorek, 15 stycznia 2013
Niestety...
Pierwotnie ten post miał być o czymś innym. Wersja ostateczna jednak jest kompletnie inna, a to dlatego, że jednak moja potrzeba wyżalenia się jest większa od potrzeby napisania notki lekkiej, łatwej i przyjemnej. Może uda mi się to następnym razem.
Skończył się mój staż i zaczęły się problemy. Co prawda warunkiem stażu było to, że pracodawca musi dać mi umowę na minimum 3 miesiące i już wiem, że będę ją miała i to nawet do czerwca, ale finansowo jestem zrujnowana. Umowę dostanę jako lektor języka obcego, fajnie (!), szkoda tylko, że... dla jednej grupy. Nie ma szans, że za takie pieniądze da się żyć. Nie ma perspektyw, że dostanę chociaż jeszcze jedną grupę, a i nie da rady, żebym pracowała chociaż dorywczo w sekretariacie - raczej nie będzie budżetu z centrali na pracownika biurowego. Zaczekam jeszcze kilka dni, aż centrala przyśle ostateczną wersję budżetu, żeby na 100% wiedzieć czy jest szansa, że zostanę w sekretariacie i w przypadku, gdyby się jednak nie udało - cóż, znów muszę rozpocząć poszukiwania pracy...
W takich momentach jak teraz, naprawdę gdzieś mam ten nasz kraj. Co prawda mam jakieś tam kwalifikacje - odbyty staż, studia, międzynarodowe egzaminy, praca jako lektor, ale co z tego, skoro i tak pracy nigdzie nie znajdę. Nawet nie wiecie, jak bardzo chciałabym zawiesić te całe studia i jechać w świat, ułożyć sobie w końcu życie, a nie siwizny dostawać w wieku 23 lat, bo nie ma dla mnie pracy. To jest takie frustrujące, że człowiek się stara, uczy, podnosi kwalifikacje tylko po to, żeby być wykształconym bezrobotnym lub zarabiać takie grosze, że wstyd o tym mówić głośno. Mam tego dość...
Na koniec chciałam jeszcze przypomnieć, żebyście zostawiali mi adresy Waszych blogów jeśli jeszcze tego nie zrobiliście, bo staram się zrekonstruować moją listę odwiedzanych blogów...
Skończył się mój staż i zaczęły się problemy. Co prawda warunkiem stażu było to, że pracodawca musi dać mi umowę na minimum 3 miesiące i już wiem, że będę ją miała i to nawet do czerwca, ale finansowo jestem zrujnowana. Umowę dostanę jako lektor języka obcego, fajnie (!), szkoda tylko, że... dla jednej grupy. Nie ma szans, że za takie pieniądze da się żyć. Nie ma perspektyw, że dostanę chociaż jeszcze jedną grupę, a i nie da rady, żebym pracowała chociaż dorywczo w sekretariacie - raczej nie będzie budżetu z centrali na pracownika biurowego. Zaczekam jeszcze kilka dni, aż centrala przyśle ostateczną wersję budżetu, żeby na 100% wiedzieć czy jest szansa, że zostanę w sekretariacie i w przypadku, gdyby się jednak nie udało - cóż, znów muszę rozpocząć poszukiwania pracy...
W takich momentach jak teraz, naprawdę gdzieś mam ten nasz kraj. Co prawda mam jakieś tam kwalifikacje - odbyty staż, studia, międzynarodowe egzaminy, praca jako lektor, ale co z tego, skoro i tak pracy nigdzie nie znajdę. Nawet nie wiecie, jak bardzo chciałabym zawiesić te całe studia i jechać w świat, ułożyć sobie w końcu życie, a nie siwizny dostawać w wieku 23 lat, bo nie ma dla mnie pracy. To jest takie frustrujące, że człowiek się stara, uczy, podnosi kwalifikacje tylko po to, żeby być wykształconym bezrobotnym lub zarabiać takie grosze, że wstyd o tym mówić głośno. Mam tego dość...
Na koniec chciałam jeszcze przypomnieć, żebyście zostawiali mi adresy Waszych blogów jeśli jeszcze tego nie zrobiliście, bo staram się zrekonstruować moją listę odwiedzanych blogów...
sobota, 5 stycznia 2013
Powrót do rzeczywistości
Wróciłam. Głupie studia. Gdyby nie one, to bym nie wracała :) Nie żartuję...
Już od jakiegoś czasu istnieje w mojej głowie plan, żeby wyjechać z Polski. W zasadzie nie ma się temu co dziwić - nie mam tu perspektyw na życie. Po skończeniu studiów praca za najniższą krajową, o ile w ogóle takowa się znajdzie... A koszty życia nieproporcjonalnie wyższe niż dostępne środki finansowe... Dołowała mnie ta świadomość, ale dopiero teraz, kiedy wiem jak jest tam, naprawdę nie wiem po co jeszcze jestem tu. Niestety, jeszcze przynajmniej dwa lata będę się gnieść w tym kraju, starając się jakoś sobie poradzić. Jakiś cień nadziei jest, że sobie tu ułożę życie na akceptowalnym poziomie, ale cóż mi po tym, jak zaznałam przez chwilę innego życia.
Niektórzy mogą uważać, że patriotyzmu we mnie nie ma za grosz, że odwracam się od mojej Ojczyzny widząc luksusy i wdzięki obczyzny - niestety poniekąd mają rację. Kiedyś było inaczej. Kiedyś marzyłam sobie, że do czegoś w życiu dojdę, będę miała rodzinę i nie będę narzekać na brak pieniędzy (nie mówię teraz o Bóg wie jakich luksusach - po prostu żeby nie odliczać do pierwszego, odmawiając sobie i bliskim wszystkich przyjemności), i te marzenia dotyczyły tego miejsca, z którego pochodzę. A potem dorosłam, zobaczyłam jaki bój stacza młody człowiek próbując się jakoś ustawić, jak ciężko trzeba pracować, żeby zapewnić byt swojej rodzinie, i moje marzenia zmieniły lokalizację - nadal marzę o tym samym, tyle tylko, że gdzieś tam, za granicą. Początkowo uważałam, że lokalizacja ta byłaby jako stadium przejściowe (zarobić tam i żyć tu), ale... Po co? Po co w zasadzie mam tu wracać?
Byłam i widziałam. Inne życie, innych ludzi. Życie na poziomie, ludzi miłych i kulturalnych, uśmiechniętych i zadowolonych. Obcy na ulicy uśmiechają się i witają mijając Cię, mimo, że widzą Cię pierwszy i pewnie ostatni raz w życiu. Świat krąży wokół pieniędzy, nie da się temu zaprzeczyć. Tam, gdzie pieniędzy nie ma, jest bieda - choćby nie wiem jak wspaniali ludzie byli, to są smutni, zmęczeni, zdołowani, bo każdego dnia ciężko pracują na to, żeby przeżyć. Polacy patrzą na siebie często z zawiścią... I choć pieniądze potrafią zmienić człowieka, to jednak jeśli nie brak środków do życia, jest się o wiele szczęśliwszym - i to właśnie odczułam będąc tam. Nikt na nikogo nie patrzy wilkiem dlatego, że ten paraduje po ulicy dobrze ubrany, korzysta z dobrego telefonu lub jeździ dobrym samochodem.
"Polacy tym się różnią od ludzi z Zachodu, że jeśli sąsiad Polaka ma trzy krowy, a Polak tylko dwie, to Polak życzy sąsiadowi, żeby ta jedna krowa mu zdechła, żeby sąsiad nie miał lepiej od niego, a człowiek niezawistny, widząc, że sąsiad ma trzy krowy, a on tylko dwie, zrobi co może, żeby też mieć trzy lub nawet cztery krowy, życząc swojemu sąsiadowi jak najlepiej." Nie pamiętam od kogo to kiedyś usłyszałam, ale dopiero poznając mentalność tamtych ludzi widzę, ile prawdy jest w powyższym stwierdzeniu. Przykre to jest, ale prawdziwe...
Jakoś ciężko mi teraz, kiedy widzę moje miasto. Wydawało mi się, że powoli, bo powoli, ale się rozwija, a teraz widzę, jak daleka droga jest jeszcze do tego, żebym mogła bez problemu zacząć tutaj żyć, bez zmartwień o pracę, o pieniądze... Nawet sam wygląd tego miasta tak rażąco odbiega od ideału... Teraz dopiero mam oczy otwarte. Teraz dopiero otwieram się na opcję stałego wyjazdu za granicę. Może za te dwa lata już bez resztek żalu stąd wyjadę, by wracać tylko na Święta czy czyjeś urodziny...
Czas pokaże.
Kończąc moje wywody, chciałabym prosić Was o zostawianie pod tą notką adresów Waszych blogów, bo dopiero teraz zauważyłam, że skasowały mi się wszystkie linki, kiedy zmieniłam szablon... Zatem wracam do normalnego wyglądu, a Was proszę o zostawianie namiarów na siebie, bo wszystkich adresów nie jestem w stanie sobie przypomnieć :(
Już od jakiegoś czasu istnieje w mojej głowie plan, żeby wyjechać z Polski. W zasadzie nie ma się temu co dziwić - nie mam tu perspektyw na życie. Po skończeniu studiów praca za najniższą krajową, o ile w ogóle takowa się znajdzie... A koszty życia nieproporcjonalnie wyższe niż dostępne środki finansowe... Dołowała mnie ta świadomość, ale dopiero teraz, kiedy wiem jak jest tam, naprawdę nie wiem po co jeszcze jestem tu. Niestety, jeszcze przynajmniej dwa lata będę się gnieść w tym kraju, starając się jakoś sobie poradzić. Jakiś cień nadziei jest, że sobie tu ułożę życie na akceptowalnym poziomie, ale cóż mi po tym, jak zaznałam przez chwilę innego życia.
Niektórzy mogą uważać, że patriotyzmu we mnie nie ma za grosz, że odwracam się od mojej Ojczyzny widząc luksusy i wdzięki obczyzny - niestety poniekąd mają rację. Kiedyś było inaczej. Kiedyś marzyłam sobie, że do czegoś w życiu dojdę, będę miała rodzinę i nie będę narzekać na brak pieniędzy (nie mówię teraz o Bóg wie jakich luksusach - po prostu żeby nie odliczać do pierwszego, odmawiając sobie i bliskim wszystkich przyjemności), i te marzenia dotyczyły tego miejsca, z którego pochodzę. A potem dorosłam, zobaczyłam jaki bój stacza młody człowiek próbując się jakoś ustawić, jak ciężko trzeba pracować, żeby zapewnić byt swojej rodzinie, i moje marzenia zmieniły lokalizację - nadal marzę o tym samym, tyle tylko, że gdzieś tam, za granicą. Początkowo uważałam, że lokalizacja ta byłaby jako stadium przejściowe (zarobić tam i żyć tu), ale... Po co? Po co w zasadzie mam tu wracać?
Byłam i widziałam. Inne życie, innych ludzi. Życie na poziomie, ludzi miłych i kulturalnych, uśmiechniętych i zadowolonych. Obcy na ulicy uśmiechają się i witają mijając Cię, mimo, że widzą Cię pierwszy i pewnie ostatni raz w życiu. Świat krąży wokół pieniędzy, nie da się temu zaprzeczyć. Tam, gdzie pieniędzy nie ma, jest bieda - choćby nie wiem jak wspaniali ludzie byli, to są smutni, zmęczeni, zdołowani, bo każdego dnia ciężko pracują na to, żeby przeżyć. Polacy patrzą na siebie często z zawiścią... I choć pieniądze potrafią zmienić człowieka, to jednak jeśli nie brak środków do życia, jest się o wiele szczęśliwszym - i to właśnie odczułam będąc tam. Nikt na nikogo nie patrzy wilkiem dlatego, że ten paraduje po ulicy dobrze ubrany, korzysta z dobrego telefonu lub jeździ dobrym samochodem.
"Polacy tym się różnią od ludzi z Zachodu, że jeśli sąsiad Polaka ma trzy krowy, a Polak tylko dwie, to Polak życzy sąsiadowi, żeby ta jedna krowa mu zdechła, żeby sąsiad nie miał lepiej od niego, a człowiek niezawistny, widząc, że sąsiad ma trzy krowy, a on tylko dwie, zrobi co może, żeby też mieć trzy lub nawet cztery krowy, życząc swojemu sąsiadowi jak najlepiej." Nie pamiętam od kogo to kiedyś usłyszałam, ale dopiero poznając mentalność tamtych ludzi widzę, ile prawdy jest w powyższym stwierdzeniu. Przykre to jest, ale prawdziwe...
Jakoś ciężko mi teraz, kiedy widzę moje miasto. Wydawało mi się, że powoli, bo powoli, ale się rozwija, a teraz widzę, jak daleka droga jest jeszcze do tego, żebym mogła bez problemu zacząć tutaj żyć, bez zmartwień o pracę, o pieniądze... Nawet sam wygląd tego miasta tak rażąco odbiega od ideału... Teraz dopiero mam oczy otwarte. Teraz dopiero otwieram się na opcję stałego wyjazdu za granicę. Może za te dwa lata już bez resztek żalu stąd wyjadę, by wracać tylko na Święta czy czyjeś urodziny...
Czas pokaże.
Kończąc moje wywody, chciałabym prosić Was o zostawianie pod tą notką adresów Waszych blogów, bo dopiero teraz zauważyłam, że skasowały mi się wszystkie linki, kiedy zmieniłam szablon... Zatem wracam do normalnego wyglądu, a Was proszę o zostawianie namiarów na siebie, bo wszystkich adresów nie jestem w stanie sobie przypomnieć :(
Subskrybuj:
Posty (Atom)







