środa, 29 września 2010

Koniec wakacji

Przedostatni dzień wolności. Od piątku będę zmuszona codziennie stawiać się na uczelni po to, żeby wynudzić się przez kilka jakże długich godzin, zyskać poczucie straconego dnia i doznać olśnienia, że mój entuzjazm, związany z kierunkiem studiów (teoretycznie studiuję to, co lubię) zostaje skutecznie z godziny na godzinę studzony.
Pociesza mnie jedynie fakt, że wraz z rozpoczęciem roku akademickiego czas zaczyna niesamowicie pędzić, mimo chwilowego zatrzymania podczas trwania wykładów. Pierwszy rok przeleciał nawet nie wiem kiedy - wydawało mi się, że dopiero ustąpił stres związany z rozpoczęciem nowego etapu w moim życiu, a już stałam przed salą egzaminacyjną, czekając na egzaminy końcowe.
Mam taką cichą nadzieję, że i ten rok minie całkiem szybko. Chciałabym mieć już studia za sobą.
Zanim zaczęłam studiowanie, każdy powtarzał mi, że studia to najlepszy czas w życiu. Bzdury :-) Moja uczelnia jest niesamowicie wymagająca, wykładowcy zadają prace domowe jak dzieciom w podstawówce, a od studentów oczekuje się chodzenia 24/7 przygotowanymi do zajęć. Gdzie w tym znaleźć czas na życie prywatne? No ja znajduję, ale dzieje się to kosztem nauki, gdyż walnięta nie jestem, żeby jak cyborg wykonywać wszystkie polecenia wykładowców - eat/sleep/English. Często akurat na Inglisz brakuje czasu - na szczęście są poprawki ;-)
Mam jeszcze jedną nadzieję - że ten rok przetrwam podobnie do poprzedniego lub też nawet lepiej - będę miała wakacje, a nie okres przygotowawczy do egzaminów poprawkowych :-)) Słyszałam, że na mojej uczelni wszyscy zdają na trzeci rok, a egzaminy to tylko formalność, ale ... strzeżonego... i tak dalej :-) Może mi się uda trochę bardziej zabrać za naukę w tym roku, ale nic nie obiecuję, bo jestem człowiekiem leniwym i takie przedsięwzięcia mogą się nie udać z przyczyn technicznych ;-)
A teraz udam się na godziwe lenistwo, gdyż muszę upamiętnić zakończenie wakacji i nacieszyć się ostatnimi dniami wolnego xD

wtorek, 28 września 2010

Ciuchy z second-handu

Zapytano mnie ostatnio co sądzę na temat ciuchów z lumpeksów, czy ubieranie się w takich sklepach jakoś poniża człowieka w mojej opinii.
No cóż, w moim przypadku było to chyba pytanie retoryczne, gdyż odpowiedź można z góry przewidzieć - nie, nie mam absolutnie nic do ciuchów z second-handu, ani też pod żadnym pozorem nie uważam kogoś za gorszego z tego powodu, iż ma w swojej garderobie odzież używaną.
Sama lubię czasem wpaść do jakiegoś sklepu z odzieżą na wagę, gdyż przyznam szczerze, że niejednokrotnie znajduję naprawdę świetne ciuszki, często markowe i praktycznie nowe za śmieszne pieniądze.
Nie powiem, że nie dbam o wygląd, bo dbam chyba aż za bardzo. Jednak priorytetem dla mnie nie jest ani marka ubrań ani miejsce ich zakupu - mają być ładne, schludne i przypadające do gustu. A takich ciuchów w lumpeksach jest sporo.
Większości słowo "lumpeks" kojarzy się pewnie z ortalionowymi dresami i znoszonymi, porozciąganymi, niemodnymi swetrami. Takie kreacje dalej są częstymi bywalcami tego typu sklepów, jednak ich obecność nie wyklucza możliwości znalezienia naprawdę przyjemnych ciuszków.
To nie jest dla mnie żaden wstyd, że niektóre moje ubrania pochodzą z second-handu. Nie uważam się z tego powodu za kogoś gorszego. Jeśli ktoś postrzega mnie z tego powodu za gorszą, to ma problem. Tak, on ma problem, a nie ja, bo mnie jest z tym dobrze :-)
A nawet jak się zdarzy, że ktoś jednak się wstydzi swoich ubrań ze względu na ich pochodzenie, to powiedzcie mi, kto Wam każe się przyznawać, gdzie zostały kupione? Można coś nazmyślać, a w duchu się cieszyć, że udało Wam się znaleźć takiego zarąbistego ciucha ;-)
W moim przypadku to akurat żadna tajemnica skąd mam ciuchy - jedne są ze sklepów zwyczajnych - butików, inne z markowych (czasem mnie stać na szaleństwa ;-)), a jeszcze inne właśnie z second-handu. Jednak ktokolwiek by mnie nie zapytał gdzie kupiłam daną część garderoby, to obojętnie co by to nie było i gdzie by nie zostało kupione, to zawsze odpowiem, że albo nie pamiętam, albo że nie wiem, bo dostałam od kogoś ;-) Nie jest to spowodowane wstydem, ani niczym w ten deseń. Po prostu bardzo nie lubię, gdy ktoś ma takiego samego ciucha jak ja, a jeśli nie powiem, skąd daną rzecz mam, to zmniejszam szanse na to, że ktoś będzie chodził ubrany tak samo :-P Dosyć podłe, no ale co poradzę, że bywam taka okropna :-))

wtorek, 21 września 2010

Mieszkać razem, czy nie mieszkać?...

Wciąż będąc w temacie awantur z moją matką, moja rozmowa z babcią zeszła na temat wspólnego mieszkania przed ślubem. Uznałam to za dość ciekawą wymianę zdań, gdyż i jedna i druga strona ma sporo racji, a decyzja w tej kwestii zależy w głównej mierze od przekonań jednostki.

Moja babcia uważa, że mieszkanie młodych ludzi ze sobą przed ślubem jest złe. Przecież po to ze sobą chodzą, randkują, poznają się, żeby wiedzieć, czy partner jest odpowiednią osobą do założenia rodziny. Tak samo ten czas spotykania się, młodzi ludzie powinni przeznaczać na omawianie pewnych kwestii przyszłościowych - jakie są ich poglądy na temat podziału obowiązków w domu, pracy, rodziny.
Przyznam szczerze, że poglądy mojej babci nie są złe, ale według mnie trochę powinny zostać skorygowane.

Wiadomo, to już nie są te same czasy z młodości mojej babci. Kiedyś słowo ludzkie miało duże znaczenie, dziś już niekoniecznie. Dlatego dawniej, jeśli ktoś coś powiedział, przynajmniej w większości przypadków, było to niemalże jak umowa ustna. Można było ludziom wierzyć, że dotrzymają słowa i nie będą się wykręcać, że nic podobnego nigdy nie mówili.

Jak już wiadomo, zwłaszcza ludziom z roczników mojej babci, "to już nie te czasy".
Nie raz można się przekonać, że za czasów "beztroskiego latania" lub też nawet narzeczeństwa, osoba, z którą chciałoby się wiązać przyszłość była zupełnie inna. Przecież spotykając się, nawet codziennie, ale nie mieszkając ze sobą, nie jesteśmy czasem w stanie wyłapać pewnych nawyków drugiej osoby. Niekiedy te nawyki potrafią zaważyć na związku, a tak łatwo je ukryć nie mieszkając razem - wystarczy o nich nie mówić, a w obecności partnera zachowywać się normalnie.

Wychodzę z założenia, że gdyby większość małżeństw rozwiedzionych mieszkało ze sobą przed ślubem chociaż pół roku, prawdopodobnie nie zdecydowałoby się na "sakramentalne tak", jeśli dane by im było się przekonać, jaki ich partner jest na co dzień.
Wspólne mieszkanie, przynajmniej dla mnie, jest jedną z okazji "dotarcia się" partnerów.
Jeśli ktoś tak bardzo przestrzega np. "seks tylko po ślubie", to i tak nie widzę problemu. Przecież można razem mieszkać nie dzieląc między sobą łóżka lub nie dopuszczając do sytuacji intymnych.

W ludziach starszych pewne przekonania są nie do wykorzenienia, tak samo np. u mojej babci - mimo tej rozmowy i tak uważa, że to "nie po Bożemu" mieszkać ze sobą nie będąc małżeństwem, ale muszę przyznać, że nie była całkowicie zamknięta na mój punkt widzenia i przyznała mi rację, że z dwojga złego lepiej wiedzieć jaki przyszły mąż lub przyszła żona jest, niż potem bezcześcić sakrament małżeństwa przez rozwody, separacje itp.
Fakt, czasem takie sytuacje się zdarzają, że rozwód jest jedynym rozwiązaniem, bo niektórych rzeczy nie da się wcześniej przewidzieć, np. zdrady czy pijaństwa, kiedy przyjdą gorsze dni. Jednak dużo małżeństw rozpada się na przykład tylko dlatego, że partnerzy nie potrafią się dogadać - wtedy widać, że wspólne mieszkanie albo wyeliminowałoby ten problem, albo nie dopuściło do małżeństwa, bo od razu młodzi mogliby się przekonać, że jednak nie są dla siebie stworzeni.

Ja i tak zrobię po swojemu, w zgodzie z moimi poglądami, niezależnie od tego, jaką opinię na ten temat ma moja rodzina, bo to moje życie i moja przyszłość. Ich zdanie szanuję jak najbardziej, ale mam prawo nie brać go pod uwagę przy podejmowaniu moich z życiowych decyzji. Tak samo mam nadzieję, że oni uszanują moje przedsięwzięcia i nie odwrócą się ode mnie tylko dlatego, że mają inne przekonania.

piątek, 17 września 2010

Odpowiedź

W odpowiedzi na wszystkie komentarze pod poprzednią notką postanowiłam utworzyć nowy wpis, bo nie jestem pewna, czy komentarze przewidują taką ilość znaków w treści, jaką chciałabym zawrzeć, żeby wszystko napisać.

Dodam jeszcze coś z "nowości" - moja matka oznajmiła, że na utrzymanie moje i mojej siostry nie da ani grosza, bo całą swoją pensję będzie przeznaczała na swoje mieszkanie. Mając na względzie fakt, że ja jeszcze studiuję, w dodatku w trybie dziennym, więc się sama nie mogę utrzymywać, a moja siostra jest w klasie maturalnej, zatem tym bardziej nie może się sama utrzymywać, sądzę, że jak moja matka nie zmieni zdania, to sprawę pieniędzy rozstrzygniemy w sądzie. Z resztą po tym jej stwierdzeniu mam ochotę tego darmozjada wyrzucić, bo siedzi w domu, prąd, wodę, gaz zużywa, a zaraz zawinie dupę i sobie pójdzie, oczywiście nie zostawiając nam "ani grosza"...

Wracam już do tematu odpowiedzi na komentarze.
Moja matka zdecydowanie nie potrafi się pogodzić z faktem, że jej kontrola nade mną nieubłaganie spada do zera.  To jest człowiek, który zawsze rządzi, czy się go o to prosi czy nie, a tu spotkała niemiłą dla niej niespodziankę - dorosła córka, na którą coraz ciężej wywrzeć wpływ, bo zaczyna własne życie i podejmuje własne decyzje, a ona na to nic nie poradzi.

Tak, moja matka na pewno ma coś z głową nie tak, nie mówię tego złośliwie, po prostu stwierdzam fakty. Naturalnie nikt z tym nic nie zrobi, bo przecież nikt jej nie zmusi, żeby może skorzystała z jakiejś specjalistycznej pomocy, bo w jej mniemaniu ona jest całkowicie normalna, to my jesteśmy nienormalni. Co więcej, założę się, że nawet gdyby się teraz okazało, że ona jednak chodzi do psychologa, to robi z siebie ofiarę, że ma takie niedobre dzieci, mąż jej nie szanuje, a ona nas wszystkich przecież tak kocha, a my nią pomiatamy i traktujemy ją jak śmiecia.
Jak mój ojciec się wkurzył i powiedział, że ma się wyprowadzić, bo podniosła rękę na mnie i na niego, to zeszła do moich dziadków i powiedziała, że jej niedobry mąż ją wyrzucił właśnie z domu i wszyscy ją potraktowaliśmy jak śmiecia. Wybielanie się i robienie z siebie ofiary jak widać doprowadziła do perfekcji....

To teraz analiza pt. "Co robić?".
Wynajem mieszkania... No, tak by było najlepiej, ale nie wiem skąd pieniądze. Nie wiadomo jeszcze nawet ile dokładnie Misiu zarobi, bo coś się to wlecze i wlecze... A mieszkanie, czy nawet kawalerka w możliwych warunkach trochę kosztuje (Żono Programisty, w moim mieście średnio opłata za mieszkanie małe - 500 zł + 200 zł czynsz + opłaty za wodę, gaz, prąd, media). Babcia mnie nie przygarnie, ani jedna ani druga, bo z jedną mieszkam (jaki w tym sens uciekać od matki będąc nadal w tym samym mieszkaniu?), a druga posiada bardzo małe mieszkanie, w dodatku bez ogrzewania i ciepłej wody.

Na pewno tata i babcie by mi finansowo pomagali, ale wysunęła się kwestia mojej matki i pieniędzy - ona nam nie da ani grosza, jak się nie uspokoi to jeszcze sąd o alimenty... Sądzę, że to i tak by było trochę mało na życie. Poza tym (Słońce, nie obraź się!) mam wrażenie, że mój osobisty Facet jeszcze nie chce ze mną mieszkać. Może w przyszłym roku... Ale to też nie z nastaniem dnia 1 stycznia...

A moja praca? Może być, ale raczej nie pogodzę jej ze studiami, nawet, gdyby była na pół etatu... Musiałabym wziąć urlop dziekański... Zajęcia trwają przeważnie do godz. 16 więc co, od razu po szkole lecieć do roboty i padnięta wieczorem, bez obiadu i kolacji do łóżka, a rano z powrotem na uczelnię? Nie uśmiecha mi się to zbytnio... I tu się czuję rozdarta - z jednej strony kusi, żeby pracę znaleźć i zarobić na swój start, a z drugiej strony przy opcji "urlop dziekański" przedłuży mi się czas studiowania, a zostały mi jedynie 2 lata do licencjata, potem już mam zawód i mogę pracować w szkole. Ciężka sprawa...

No to może kiedy matka się wyprowadzi, to będę mogła zostać? Nawet jak matka się wyniesie, to to już nie będzie taki dom, jaki bym chciała żeby był. Wspomnienia. Poza tym i tak będę dążyć do usamodzielnienia się, bo pozostaje jeszcze kwestia taka, że mam z siostrą wspólny pokój, i mimo, że ją lubię i kocham, to czasem mnie okropnie drażni mieszkanie z nią. Jednak dwie dorosłe baby w jednym pomieszczeniu to nie jest najlepszy pomysł.

No i jeszcze "co na to tato?". Tato też ma jej serdecznie dość i to on pierwszy jej powiedział, że ma się wynosić. Tata staje w mojej obronie, ale nie możemy też działać za szybko, trzeba najpierw dać mojej matce pole do popisu, a potem coś wytworzyć, żeby ją utemperować jej własnymi metodami. A ona wymyśla co rusz coś nowego, jak choćby to, że ona na utrzymanie moje i mojej siostry nie będzie dawała pieniędzy.
Czasami się zastanawiam, co ona chce osiągnąć tym, że wszędzie, gdzie tylko może próbuje sobie narobić wrogów. Przyznaję, wychodzi jej to rewelacyjnie, tylko nie wiem co to ma na celu. Moja matka ma problemy z kręgosłupem i prawdopodobnie przyjdzie dzień prędzej czy później, że przestanie chodzić. Nie wiem czy jest tego świadoma, że nikt jej nie pomoże, skoro wszystkie mosty za sobą pali i we własnych dzieciach już ma wrogów...

Do mojej matki raczej nie dotrze, że ona może kogoś krzywdzić i coś robić źle. Ona wie, co robi i święcie wierzy w to, że zawsze robi dobrze i nigdy się nie myli. Odkąd żyję nie słyszałam, żeby choć raz przyznała się, że się pomyliła. Nawet jeśli się ewidentnie pomyliła, to nie powie "Przepraszam, mój błąd" tylko zarzuci wszystkim dookoła, że to ich wina, że coś zostało zrobione źle. Zawsze wszyscy są wszystkiemu winni, nigdy ona.

Już od jakiegoś czasu jestem nerwowa o wiele bardziej niż zwykle, przykro mi z tego powodu, ale ciężko nad sobą panować, skoro co chwilę mi matka do oczu skacze... Niestety odbija się to na niewinnych, często na moim Mężczyźnie, przepraszam za to, ale nie mam gdzie tych nerwów rozładować, ani kiedy złapać równowagę, bo przecież codziennie wracam do domu, w którym jest moja matka...


Może ktoś z Was jest bogaty, zlituje się i wyśle mi na konto mały prezent? :-) albo ma mieszkanie wolne :))
Żartuję. Muszę teraz myśleć na wszystkie sposoby co mogę zrobić, żeby w końcu zaznać chociaż tyci spokoju...

I dziękuję Wam za miłe słowa, naprawdę się ciepło na sercu człowiekowi robi, kiedy spotyka się ze zrozumieniem innych :-)

czwartek, 16 września 2010

Matka...?

Ciekawe ile osób czytających mnie odnosi wrażenie, że jestem szczęśliwa, nie mam żadnych większych problemów, beztrosko sobie studiuję, a od czasu do czasu snuję plany na przyszłość.
A słyszeliście kiedyś takie stwierdzenie, że "pozory mylą"?
Otóż mylą.
Nie bez powodu chciałabym się wyprowadzić z domu. Nie bez powodu nachodzą mnie myśli o rzuceniu studiów i pójściu do pracy. A to wszystko przez osobę, zdawałoby się, najbliższą...
Długo to w sobie tłumiłam, ale w końcu wezmę to z siebie wyrzucę, może mi będzie chociaż trochę lżej.
Nie wiem w którym momencie mojego życia tak bardzo podpadłam mojej matce. Po prostu nie wiem. Kiedy sięgam pamięcią bardzo mocno wstecz, to w zasadzie zawsze tak było, że coś do mnie miała. A ostatnimi czasy bardziej się to nasiliło.
Mojej matce przeszkadzam w całej swojej okazałości. Że moja grzywka jest taka a nie inna, że mam takie oczy jakie mam, że tak się patrzę, a nie inaczej, że kiedy siedzę przy stole to trzymam rękę w taki sposób, a nie w inny, że się odzywam, że się nie odzywam, że coś robię, że czegoś nie robię... Dużo by wymieniać. A podsumowując - wszystko robię nie tak.
Być może dałoby mi to do myślenia, że może faktycznie dużo rzeczy robię źle, gdyby nie fakt, że moja własna matka nie ma do mnie za grosz szacunku. "Ty idiotko, kretynko, krowo, może byś czasem użyła mózgu?" - tak się zwraca kochająca matka? Nie żeby to mi się należało - ja do matki zawsze miałam szacunek, choć nigdy na niego nie zasługiwała, po prostu zawsze wpajano mi, że matkę należy zawsze kochać i szanować, bez względu na to jaka jest. Ale ostatnio przesadziła na tyle, że już szczątki tego "szacunku" mojego do niej rozpadły się chyba bezpowrotnie.
Któregoś dnia zapomniałam o suszeniu grzybów (wystarczyło włączyć piekarnik) i zaczęła się na mnie wydzierać (wydzierać, to chyba za lekkie słowo, ale już nie będę używać brzydszych określeń), że ona nie wie jak można było zapomnieć. Wtrącę tylko w tym miejscu, że moja matka ma niesamowitą sklerozę - potrafi zapomnieć to, co się do niej mówiło w ciągu 10-ciu minut lub krócej. Więc mimo jej krzyków mówię spokojnie, że każdemu się zdarzy zapomnieć. Zgadnijcie, co usłyszałam w odpowiedzi. Że owszem, zdarza się zapomnieć, ale normalnym ludziom, a nie mnie, bo ja przecież wcale mózgu nie używam...
Miłe, prawda? Naprawdę nie wiem czym sobie zasłużyłam na takie traktowanie.
Moja matka jest niezwykle specyficznym człowiekiem. To jest furiatka i klasyczny choleryk. Nikt inny nie ma racji, tylko ona, świat by bez niej nie istniał, a my, nędzni domownicy, bez niej byśmy z głodu i brudu pomarli. "Ona traktuje ten dom jak hotel" - tak powiedział jeden z domowników. W zasadzie to tak jest - wychodzi rano, wraca późnym popołudniem (w tym czasie pewnie przez jakąś chwilę pracuje, potem lata na zakupy, spotkania i Bóg jeden wie co jeszcze), siada przed telewizorem i do późnej nocy go ogląda. W międzyczasie włączy komputer, pogra, poczatuje, porandkuje (tak, moja matka lubi randkować przez internet...i dobrze jej z tym mimo, że ewidentnie pokazuje przez to brak szacunku do mojego ojca, a jej męża) i z powrotem wraca przed ekran telewizora. W domu nie robi nic, bywa tu tylko przelotnie i tylko po to, żeby się wyspać i pooglądać programy w telewizji i zrobić od czasu do czasu jakąś aferę.
Co idzie za tym, że to choleryczka, to fakt, iż z nią nie można rozmawiać. "Rozmowa" polega na tym, że mimo, że nie ma racji, to krzykiem próbuje wszystkich przekonać, że tylko ona wie najlepiej, co powinno się zrobić i jak. W jej własnej opinii ona nie ma wad.
Ostatnio zaczęła mi robić na złość otwierając okna w moim pokoju wiedząc, że moja siostra jest chora, a mnie było zimno. Gdy próbowałam zamknąć okno i otworzyć balkon, skoro chciała świeże powietrze w domu, to rzuciła się na mnie i zaczęła mnie rękami okładać po głowie. W mojej obronie stanął ojciec - na niego też się rzuciła...
To tylko namiastka tego, co ona ostatnio wyprawia, ale już po prostu wszystkiego nie chce mi się opisywać...
Chyba jasne, że z takim człowiekiem nie da się mieszkać. Razem z siostrą i ojcem powiedzieliśmy, wręcz zażądaliśmy (może w mało kulturalny sposób, ale emocje jednak robią swoje), żeby się wyprowadziła, ale niestety, minęło kilka dni, a ona wciąż jest w domu.
Babcia od strony mojej matki jest zszokowana, że moja matka, a jej córka, podniosła na mnie rękę, bo w jej domu nikt jej nigdy nie bił, a babcia miała zawsze naprawdę anielską cierpliwość do niej (która się często kończyła, więc wyobraźcie sobie co z mojej matki za człowiek).
Moja matka na zakończenie powiedziała mi jedynie, że to ja najwięcej mącę w tym domu i wszystko co się dzieje złego to moja wina...
Przez tego człowieka mój dom nie kojarzy mi się z miejscem, do którego wracam z chęcią, aby odpocząć po ciężkim dniu... Nigdy nie lubiłam wracać do domu, bo wiedziałam, że gdy tylko przekroczę próg, będzie na mnie czekała awantura, choćby z najmniejszego, najbardziej błahego powodu.

Matka - osoba, która kocha bez względu na wszystko, całym sercem, a miłość matczyna jest największą istniejącą miłością - nigdy tego nie doświadczyłam.

Nie wiem co jej zrobiłam, że tak mnie nienawidzi. Przy ludziach udaje, jaka to ona ze mnie jest dumna, jaka jestem wspaniała, a gdy już nikogo obcego w pobliżu nie ma, nie zapomni mi uświadomić, że dla niej jestem zerem...

poniedziałek, 13 września 2010

Szalona, niepoprawna marzycielka...

Mam ja dzisiaj dziwne pomysły. Siedzę i przeglądam mieszkania w Internecie w moim mieście. Kilka mi się bardzo podoba, zatem robię się coraz bardziej zła, że nie mogę mieć któregoś z nich... Pracy nie mam, pieniędzy nie mam, za to mam mnóstwo chęci. W tym wypadku jednak chęci bez pieniędzy są niczym...
Po raz któryś już tam kolejny mnie szlag trafia, że poszłam do liceum zamiast do technikum i muszę teraz siedzieć i się uczyć, zamiast na poważnie przeglądać oferty mieszkaniowe.
"Na wszystko przyjdzie czas" - tylko że ja chcę JUŻ!
W akcie desperacji pójdę po kupon Lotto ;-) Może się los do marudnej baby uśmiechnie kiedyś :-) 
Jestem wyjątkowo marudna dzisiaj. Aż mnie samej to przeszkadza... Już mnie nawet bolący brzuch nie drażni tak bardzo co brak perspektywy na jakiś swój kącik, nawet mały, byle swój...
Robię się coraz większą materialistką. Nie, nie kocham kogoś, bo ma pieniądze, nie przyjaźnię się z ludźmi tylko dlatego, że mają pieniądze, nie uważam, że do szczęścia mi są potrzebne tylko pieniądze, ale bez tych głupich pieniędzy nie mogę zrobić dosłownie nic. Dlatego się "materializuję", bo zauważam, że skoro świat się opiera na pieniądzach, to i ja swoje poniekąd szczęście muszę od mamony uzależnić... Nie podoba mi się to podejście okropnie, ale co zrobić.
Nawet za wszy nic nie kupię, bo i wszy nie mam ;-) Ale to chyba akurat dobrze :-P
Marzy mi się użerać z bankami o kredyty, z developerami, notariuszami i Bóg wie kim jeszcze, wszystko przeżyję, żeby móc w końcu zamieszkać z ukochanym Mężczyzną na swoich 48 metrach kwadratowych :-D
Oszalałam ;-) ale w tym szaleństwie jest metoda :-)

piątek, 10 września 2010

Jak uzbierać 3 mln złotych

Witajcie Podglądacze!
Widzę ilu Was tutaj zagląda - całkiem sporo, a komentują dwie osoby... Gryzie Was ten blog? Zapewniam, że gdy wchodzicie tutaj, to klawiatura nie dostaje ostrych jak brzytwy zębów i nie poodgryza wam palców, kiedy będziecie chcieli słówko skrobnąć...
Dobra, mniejsza z tym, przecież nikogo nie zmuszę, żeby pisał co myśli.

Odwiedzając wczoraj moją mamę w szpitalu, zaczęliśmy sobie rozmawiać na temat mieszkania, że powinniśmy sobie z M mieszkanie kupić, a nie wynajmować. Piękny plan, tylko skąd pieniądze?
I tak od słowa do słowa temat zszedł na gry liczbowe typu Lotto. Moja mama stwierdziła, że nie wygram, a jedynie stracę fortunę na wysyłanie kuponów. Wymyśliła, że zamiast je wysyłać, powinnam sobie codziennie odkładać do skarbonki te 3 zł to prędzej pieniądze jakieś uzbieram. I tak mi wyliczyła, że gdy będę odkładać 3 zł dziennie, to 3 mln złotych uzbieram za... około 2 800 lat 8-) (dokładnie już nie pamiętam). Założyła też bardziej optymistyczną opcję, że będę odkładać razem z Miśkiem - ja 3 zł i on 3 zł dziennie, wtedy 3 mln uzbieramy jedynie za 1 400 lat ;-) Prawda, że powinniśmy zacząć już zbierać? :))
Przekonała mnie mama tymi swoimi obliczeniami, więc poszłam i wysłałam kolejny kupon :) Chyba jednak prędzej trafię w Lotto szóstkę, niż uzbieram te 3 miliony ;-)

W końcu pogoda ładna, to może uda mi się mojego Niedźwiedzia Domowego wyciągnąć na spacer? Chociaż obawiam się, że jak się zgodzi, to znów ni stąd ni zowąd pojawią się chmury i zacznie padać, bo on już tak ma, że jak mu się chce iść na spacer, to ściąga deszcz :D Szaman jeden ;-)