Na początku wspomnę o moim kręgosłupie, bo wielu z Was się o mnie troszczy :) - prawdopodobnie wysunął mi się dysk, ale sam się wsunął... Teraz już mnie praktycznie wcale nie boli, ale jestem trochę zła, że tak późno dostałam się do tego lekarza, bo gdyby mnie przyjął chociaż dwa dni wcześniej to cały mój ból miałby podany na tacy, a tak poszłam jak już mnie niewiele bolało, to moją dolegliwość rozpoznał jedynie dzięki mojemu opisowi co, gdzie i jak mnie bolało... Echh...
I wracając do tego, o czym chciałam dzisiaj wspomnieć...
Jest dziwnie... Jeśli stan dziwności się nie zmieni do następnego posta, to napiszę co jest dziwne, a jeśli wszystko wróci do normy, to zapomnimy o tym.
A przede wszystkim jest stresująco... Strasznie zaczynam się bać nadchodzących praktyk w liceum. Niby wiem jak młodzież działa, bo dopiero co sama liceum kończyłam, a jednak ogarnia mnie jakiś niewyjaśniony strach, który prawie całkowicie spędza mi sen z powiek... Zaczynam się na poważnie zastanawiać, czy bycie nauczycielem to jest moje powołanie, bo zwyczajnie nie odczuwam żadnej radości na myśl o praktykach, tylko strach. Naturalnie nie wycofam się w ostatnim roku, jaki mi do ukończenia tego cyrku został, ale jednak nie jestem pewna jak sobie w kwestii starcia z licealistami poradzę.
Chyba zaczyna mnie dopadać jesienna chandra... :(
środa, 28 września 2011
czwartek, 22 września 2011
Wieści różnej treści
Sytuacja między nami wraca do normy, chociaż bardzo powoli, bo M. chory, ja się ledwo ruszam z powodu bolącego kręgosłupa, tak więc mamy bardzo pod górkę, żeby się w ogóle spotkać... Obydwoje przesadziliśmy z naszymi reakcjami, M. przyznał, że sytuacji, która to wszystko wywołała mógł zapobiec, i w rezultacie dramat rozegrał się o nic, tylko mój PMS rozdmuchał mały problem do rangi mega przestępstwa, a M. dał mu się sprowokować...
Wiecie, zazwyczaj horoskopy czytam tylko dla zabawy, bo w nie nie wierzę, ale to co ujrzałam wczoraj po prostu mnie wmurowało w ziemię... Dziwnie się czuję, kiedy to co czytam, mogę co do słowa odnieść do wydarzeń w moim życiu...
Co się stało, że cierpię z powodu kręgosłupa?
Właściwie plecy bolą mnie już tydzień, ale wcześniej wiedziałam, że to moja zasługa, bo przez chwilę nieuwagi znów mnie gdzieś zawiało i problem gotowy. Niestety nie udało mi się tego zwalczyć... Bo ból przeszedł już z zaziębionych pleców na wyższy szczebel - ból kręgosłupa. Możecie mi wierzyć, że naprawdę mnie boli, gdyż ja, nawet to pogrubię i podkreślę: wybieram się do lekarza! Tak, tak... Mało, że nie mogę się ruszać, to jeszcze drętwieje mi noga... Coś mi ewidentnie uciska nerwy i muszę coś z tym zrobić, bo nie pomaga mi już nic z domowej apteczki i medycyny ludowej... Kilka dni temu o mały włos nie powybijałam sobie zębów o umywalkę - kiedy myłam zęby, przez kręgosłup przeszedł mi tak gwałtowny i silny ból, że nogi mi się ugięły i gdyby nie to, że za mną była pralka, o którą zdążyłam się oprzeć, to dzisiaj nie miałabym już kompletnego uzębienia, za to miałabym pewnie pokazowo poobijaną twarz. Niestety ból nie odpuszcza, a wręcz pojawia się coraz częściej, więc chyba muszę się ratować pomocą wykwalifikowanych medyków...
Dzisiaj byłam u fryzjera, żeby mi umyli włosy, bo ostatnio, kiedy sama próbowałam to zrobić, to po prostu położyłam się na wannie i płakałam z bólu. Mam długie i gęste włosy, więc po namoczeniu zrobiły się tak ciężkie, że mój kręgosłup tego nie wytrzymywał...
Szczególnie w takich momentach marzę o tym, żebyśmy mieszkali razem... Bo razem nawet chorowanie jest fajne :) I bądź co bądź, trochę wkurza mnie, że moim chorym facetem zajmuje się jego mama, a nie ja :(
Niby cały czas gdzieś na horyzoncie pali się światełko na wspólne zamieszkanie, ale to tylko na razie taka mała iskierka... Jakby tylko ktoś powiedział choćby dzisiaj, że jest gdzieś w moim mieście nieduże mieszkanie z niezbyt wygórowanym czynszem, to stanę na głowie, żeby znaleźć jakąś pracę i pogodzić ją ze studiami, żebyśmy tylko mogli razem zamieszkać....
Wiecie, zazwyczaj horoskopy czytam tylko dla zabawy, bo w nie nie wierzę, ale to co ujrzałam wczoraj po prostu mnie wmurowało w ziemię... Dziwnie się czuję, kiedy to co czytam, mogę co do słowa odnieść do wydarzeń w moim życiu...
(Po kliknięciu obrazek się powiększy)
Co się stało, że cierpię z powodu kręgosłupa?
Właściwie plecy bolą mnie już tydzień, ale wcześniej wiedziałam, że to moja zasługa, bo przez chwilę nieuwagi znów mnie gdzieś zawiało i problem gotowy. Niestety nie udało mi się tego zwalczyć... Bo ból przeszedł już z zaziębionych pleców na wyższy szczebel - ból kręgosłupa. Możecie mi wierzyć, że naprawdę mnie boli, gdyż ja, nawet to pogrubię i podkreślę: wybieram się do lekarza! Tak, tak... Mało, że nie mogę się ruszać, to jeszcze drętwieje mi noga... Coś mi ewidentnie uciska nerwy i muszę coś z tym zrobić, bo nie pomaga mi już nic z domowej apteczki i medycyny ludowej... Kilka dni temu o mały włos nie powybijałam sobie zębów o umywalkę - kiedy myłam zęby, przez kręgosłup przeszedł mi tak gwałtowny i silny ból, że nogi mi się ugięły i gdyby nie to, że za mną była pralka, o którą zdążyłam się oprzeć, to dzisiaj nie miałabym już kompletnego uzębienia, za to miałabym pewnie pokazowo poobijaną twarz. Niestety ból nie odpuszcza, a wręcz pojawia się coraz częściej, więc chyba muszę się ratować pomocą wykwalifikowanych medyków...
Dzisiaj byłam u fryzjera, żeby mi umyli włosy, bo ostatnio, kiedy sama próbowałam to zrobić, to po prostu położyłam się na wannie i płakałam z bólu. Mam długie i gęste włosy, więc po namoczeniu zrobiły się tak ciężkie, że mój kręgosłup tego nie wytrzymywał...
Szczególnie w takich momentach marzę o tym, żebyśmy mieszkali razem... Bo razem nawet chorowanie jest fajne :) I bądź co bądź, trochę wkurza mnie, że moim chorym facetem zajmuje się jego mama, a nie ja :(
Niby cały czas gdzieś na horyzoncie pali się światełko na wspólne zamieszkanie, ale to tylko na razie taka mała iskierka... Jakby tylko ktoś powiedział choćby dzisiaj, że jest gdzieś w moim mieście nieduże mieszkanie z niezbyt wygórowanym czynszem, to stanę na głowie, żeby znaleźć jakąś pracę i pogodzić ją ze studiami, żebyśmy tylko mogli razem zamieszkać....
wtorek, 20 września 2011
Gratulacje dla mnie ;]
Wszystko zepsułam.
Choć teraz wiem, że przez moje usta na M. wydzierał się mój PMS, to wcale nie jest mi przez to lepiej... Facet nie jest w stanie pojąć do końca dlaczego zamiast mnie odezwał się do niego PMS, a ja nie byłam w stanie tego powstrzymać, bo opis tego stanu u kobiety zna tylko z Wikipedii, a rękę dam sobie obciąć, że święcie wierzy, że to jest wszystko przesadzone, bo przecież można nad sobą zapanować jeśli się chce. Ja chcę nad sobą panować i staram się, ale to jest dosłownie ułamek sekundy i cała moja zła strona wymyka się spod kontroli i gada rzeczy, których nigdy nie chciałabym nikomu powiedzieć... Zatem nie wierzę, że M. uzna, że naprawdę nie mogłam tego zatrzymać...
Zła jestem na siebie cholernie, bo pewnie gdyby nie te pieprzone hormony to ugryzłabym się w język, a tak dałam piękny popis takiej wersji siebie, jakiej sama jeszcze nie znałam i wstyd mi, że potrafię być taką zołzą. Choć miałam powód, żeby być na Niego wkurzoną, to jednak mocno przesadziłam, zarówno w mojej reakcji jak i w doborze słów... Nie będę zaskoczona, jeśli już się do mnie nie odezwie, ja też nie chciałabym ze sobą być, a tym bardziej układać planów na przyszłość z taką sobą, jaką się wczoraj okazałam. Bo oprócz tego, że bywam miła i sympatyczna, to niestety przychodzą dni, kiedy pokazuję swoją złą stronę i to się nie zmieni aż do menopauzy, więc chyba nie będę Go już sobą katować.
W jednej chwili straciłam wszystko to, co najbardziej kocham. Wszystkie plany i marzenia. A najbardziej boli, kiedy wszystko traci się z własnej winy...
Gdybym tylko mogła cofnąć czas... :(
Jeszcze raz gratulacje dla mnie.
Brawa dla tej pani...
Choć teraz wiem, że przez moje usta na M. wydzierał się mój PMS, to wcale nie jest mi przez to lepiej... Facet nie jest w stanie pojąć do końca dlaczego zamiast mnie odezwał się do niego PMS, a ja nie byłam w stanie tego powstrzymać, bo opis tego stanu u kobiety zna tylko z Wikipedii, a rękę dam sobie obciąć, że święcie wierzy, że to jest wszystko przesadzone, bo przecież można nad sobą zapanować jeśli się chce. Ja chcę nad sobą panować i staram się, ale to jest dosłownie ułamek sekundy i cała moja zła strona wymyka się spod kontroli i gada rzeczy, których nigdy nie chciałabym nikomu powiedzieć... Zatem nie wierzę, że M. uzna, że naprawdę nie mogłam tego zatrzymać...
Zła jestem na siebie cholernie, bo pewnie gdyby nie te pieprzone hormony to ugryzłabym się w język, a tak dałam piękny popis takiej wersji siebie, jakiej sama jeszcze nie znałam i wstyd mi, że potrafię być taką zołzą. Choć miałam powód, żeby być na Niego wkurzoną, to jednak mocno przesadziłam, zarówno w mojej reakcji jak i w doborze słów... Nie będę zaskoczona, jeśli już się do mnie nie odezwie, ja też nie chciałabym ze sobą być, a tym bardziej układać planów na przyszłość z taką sobą, jaką się wczoraj okazałam. Bo oprócz tego, że bywam miła i sympatyczna, to niestety przychodzą dni, kiedy pokazuję swoją złą stronę i to się nie zmieni aż do menopauzy, więc chyba nie będę Go już sobą katować.
W jednej chwili straciłam wszystko to, co najbardziej kocham. Wszystkie plany i marzenia. A najbardziej boli, kiedy wszystko traci się z własnej winy...
Gdybym tylko mogła cofnąć czas... :(
Jeszcze raz gratulacje dla mnie.
Brawa dla tej pani...
Crying is how your body speaks
when your mouth can’t explain
the pain you feel.
niedziela, 11 września 2011
Refleksje przyszłościowe
Mam nadzieję, że teraz już nic mi nie stanie na przeszkodzie w pisaniu, bo prawdę mówiąc zbieram się do napisania tego posta już chyba z tydzień, ale jak dotąd z dość marnym efektem. Szkoda czasu na wymienianie owych przeszkód, w każdym razie bardzo liczę na to, że już się nie pojawią i będę mogła bywać tutaj dokładnie tyle czasu ile powinnam :) I z tej okazji dzisiaj będzie dużo czytania, więc nie pogniewam się, jak ktoś nie dotrwa do końca ;)
Tradycyjnie, wydarzenia w moim życiu galopują na oślep, zmieniają się z prędkością światła, niosą za sobą różne nastroje i emocje - raz jest wybitnie źle, raz bajkowo dobrze... Wolałabym, żeby zawsze było bajkowo dobrze, albo chociaż dobrze, bo takie gwałtowne skoki nastrojów związanych z różnymi sytuacjami są bardzo nieprzyjemne...
Ciągle brakuje nam pieniędzy na realizację swoich marzeń... Wczoraj moi dziadkowie opowiadali o weselu, na którym byli nasi sąsiedzi - możecie mi wierzyć, jak słyszę o takich rzeczach to krew się we mnie gotuje, bo gdybym to ja miała do dyspozycji taką kasę, to mało, że wyprawiłabym wesele, to jeszcze postawiła niemały dom i go wykończyła co do najdrobniejszego szczegółu... Podobno młoda para wyprawiła wesele na ponad 260 osób, dodatkowo wesele trwało 3 dni, jedzenia i picia było do oporu, każdy z gości miał zagwarantowane 3 noclegi w nie byle jakich hotelach, orkiestrę sprowadzili z drugiego końca Polski, bo taki mieli kaprys, i każdy z gości, nie para czy rodzina, ale każda pojedyncza osoba będąca na weselu, oczywiście pełnoletnia, dostawała ćwiartkę i paczkę z ciastem...
Płakać mi się chce, naprawdę... Niektórzy ludzie są tak obrzydliwie bogaci, żyją jak królowie a ja bym po prostu chciała założyć rodzinę, już nawet odpuściłam w czasie marzenia na moje własne M, w zupełności zadowolę się spółdzielczym mieszkaniem czynszowym... Po prostu chcę w końcu mieć męża, którego nie mam tylko dlatego, że nie mamy pieniędzy na wesele i utrzymanie się chociaż w przeciętnym standardzie (bo stać nas na mieszkanie, ale będziemy musieli liczyć pieniądze co do grosza, prosić rodzinę o pomoc finansową, a o dzieciach możemy zapomnieć, bo zanim byśmy się odbili finansowo, to dużo czasu minie...).
Nie wiem ile pracy mnie czeka w tym roku akademickim, ale bardzo liczę na to, że w miarę sprawnie sobie z tym wszystkim poradzę, żeby móc podjąć jakąś pracę w elastycznych godzinach. Wierzcie mi, że gdybym zarobiła chociaż 500 zł miesięcznie, to moglibyśmy zacząć myśleć o znalezieniu mieszkania, a za jakiś czas o ślubie...
Bardzo mi zależy na tym wszystkim, bo nasz związek cierpi przez to, że jesteśmy już ze sobą dosyć długo, a nawet nie mieszkamy razem. Tyle się rodzi niepotrzebnych bzdurnych sporów, które nie miałyby miejsca, gdybyśmy chociaż mieszkali ze sobą, a dają nam one mocno w kość, osłabiają nasze relacje, dają złudzenie, że nie jesteśmy ze sobą szczęśliwi. Obydwoje to widzimy i co do tego się zgadzamy, ale te konflikty rodzą się same i wszystko niszczą...
M. nawet do tego stopnia chciałby to wszystko urzeczywistnić (kocham Go jeszcze mocniej za to, jak mu cholernie zależy, żebyśmy w końcu mogli być razem :*), że uważa, że powinniśmy zaliczyć "wpadkę" (oczywiście planowaną, bo co do dzieci się zgadzamy i ich chcemy), bo wtedy cała rodzina się zepnie, żeby nas ochajtać i znaleźć nam mieszkanie, wszystko będzie w trybie ekspresowym, bez tego cudowania co teraz, że musimy o wszystkim myśleć sami, mimo że perspektywy mamy żadne. Poniekąd ma rację, ale ja jednak wolę, żeby wszystko było po kolei, najpierw ślub, potem dzieci. Chciałabym, żebyśmy się pobrali dlatego, że chcemy a nie dlatego że "musimy" (bo dla całego społeczeństwa właśnie tak to będzie wyglądało, że pobraliśmy się tylko dlatego, że dziecko w drodze... Nieważne, że my wiemy swoje, że celowo wpadliśmy, żeby być razem, ale otoczenie by nas truło).
Nie chciałabym, żebyście pisali, że powinnam wrzucić na luz, bo jestem młoda, mam jeszcze czas na rodzinę i tak dalej, bo ja dokładnie przeanalizowałam wszystkie za i przeciw, wiem, że ani teraz nam nie jest łatwo, ani łatwo nie będzie później, kiedy się pobierzemy, bo zamiast tych problemów pojawią się nowe, ale wiem jedno - im dłużej żyjemy osobno, tym gorzej na tym wychodzimy, a nie chciałabym, żebyśmy się kiedyś rozeszli właśnie przez jakąś pierdołę, która wynika z tego, że coraz krócej się widujemy, a każde z nas ma swoje życie... 4 lata bycia razem to sporo, czegoś się już od takiego związku wymaga, a my nie możemy wymagać mimo, że chcemy, bo nie ma pieniędzy na awans choćby w narzeczeństwo...
Rozpisałam się za wszystkie godziny mojej nieobecności ;) Ale musiałam wyrzucić z siebie wszystko, co mnie gryzie. Nie jest mi co prawda lepiej z tego powodu, bo sytuacja się w żaden sposób dzięki temu nie zmieniła, ale przynajmniej może chociaż część z Was zostawi jakieś mądre słowa :)
Tradycyjnie, wydarzenia w moim życiu galopują na oślep, zmieniają się z prędkością światła, niosą za sobą różne nastroje i emocje - raz jest wybitnie źle, raz bajkowo dobrze... Wolałabym, żeby zawsze było bajkowo dobrze, albo chociaż dobrze, bo takie gwałtowne skoki nastrojów związanych z różnymi sytuacjami są bardzo nieprzyjemne...
Ciągle brakuje nam pieniędzy na realizację swoich marzeń... Wczoraj moi dziadkowie opowiadali o weselu, na którym byli nasi sąsiedzi - możecie mi wierzyć, jak słyszę o takich rzeczach to krew się we mnie gotuje, bo gdybym to ja miała do dyspozycji taką kasę, to mało, że wyprawiłabym wesele, to jeszcze postawiła niemały dom i go wykończyła co do najdrobniejszego szczegółu... Podobno młoda para wyprawiła wesele na ponad 260 osób, dodatkowo wesele trwało 3 dni, jedzenia i picia było do oporu, każdy z gości miał zagwarantowane 3 noclegi w nie byle jakich hotelach, orkiestrę sprowadzili z drugiego końca Polski, bo taki mieli kaprys, i każdy z gości, nie para czy rodzina, ale każda pojedyncza osoba będąca na weselu, oczywiście pełnoletnia, dostawała ćwiartkę i paczkę z ciastem...
Płakać mi się chce, naprawdę... Niektórzy ludzie są tak obrzydliwie bogaci, żyją jak królowie a ja bym po prostu chciała założyć rodzinę, już nawet odpuściłam w czasie marzenia na moje własne M, w zupełności zadowolę się spółdzielczym mieszkaniem czynszowym... Po prostu chcę w końcu mieć męża, którego nie mam tylko dlatego, że nie mamy pieniędzy na wesele i utrzymanie się chociaż w przeciętnym standardzie (bo stać nas na mieszkanie, ale będziemy musieli liczyć pieniądze co do grosza, prosić rodzinę o pomoc finansową, a o dzieciach możemy zapomnieć, bo zanim byśmy się odbili finansowo, to dużo czasu minie...).
Nie wiem ile pracy mnie czeka w tym roku akademickim, ale bardzo liczę na to, że w miarę sprawnie sobie z tym wszystkim poradzę, żeby móc podjąć jakąś pracę w elastycznych godzinach. Wierzcie mi, że gdybym zarobiła chociaż 500 zł miesięcznie, to moglibyśmy zacząć myśleć o znalezieniu mieszkania, a za jakiś czas o ślubie...
Bardzo mi zależy na tym wszystkim, bo nasz związek cierpi przez to, że jesteśmy już ze sobą dosyć długo, a nawet nie mieszkamy razem. Tyle się rodzi niepotrzebnych bzdurnych sporów, które nie miałyby miejsca, gdybyśmy chociaż mieszkali ze sobą, a dają nam one mocno w kość, osłabiają nasze relacje, dają złudzenie, że nie jesteśmy ze sobą szczęśliwi. Obydwoje to widzimy i co do tego się zgadzamy, ale te konflikty rodzą się same i wszystko niszczą...
M. nawet do tego stopnia chciałby to wszystko urzeczywistnić (kocham Go jeszcze mocniej za to, jak mu cholernie zależy, żebyśmy w końcu mogli być razem :*), że uważa, że powinniśmy zaliczyć "wpadkę" (oczywiście planowaną, bo co do dzieci się zgadzamy i ich chcemy), bo wtedy cała rodzina się zepnie, żeby nas ochajtać i znaleźć nam mieszkanie, wszystko będzie w trybie ekspresowym, bez tego cudowania co teraz, że musimy o wszystkim myśleć sami, mimo że perspektywy mamy żadne. Poniekąd ma rację, ale ja jednak wolę, żeby wszystko było po kolei, najpierw ślub, potem dzieci. Chciałabym, żebyśmy się pobrali dlatego, że chcemy a nie dlatego że "musimy" (bo dla całego społeczeństwa właśnie tak to będzie wyglądało, że pobraliśmy się tylko dlatego, że dziecko w drodze... Nieważne, że my wiemy swoje, że celowo wpadliśmy, żeby być razem, ale otoczenie by nas truło).
Nie chciałabym, żebyście pisali, że powinnam wrzucić na luz, bo jestem młoda, mam jeszcze czas na rodzinę i tak dalej, bo ja dokładnie przeanalizowałam wszystkie za i przeciw, wiem, że ani teraz nam nie jest łatwo, ani łatwo nie będzie później, kiedy się pobierzemy, bo zamiast tych problemów pojawią się nowe, ale wiem jedno - im dłużej żyjemy osobno, tym gorzej na tym wychodzimy, a nie chciałabym, żebyśmy się kiedyś rozeszli właśnie przez jakąś pierdołę, która wynika z tego, że coraz krócej się widujemy, a każde z nas ma swoje życie... 4 lata bycia razem to sporo, czegoś się już od takiego związku wymaga, a my nie możemy wymagać mimo, że chcemy, bo nie ma pieniędzy na awans choćby w narzeczeństwo...
Rozpisałam się za wszystkie godziny mojej nieobecności ;) Ale musiałam wyrzucić z siebie wszystko, co mnie gryzie. Nie jest mi co prawda lepiej z tego powodu, bo sytuacja się w żaden sposób dzięki temu nie zmieniła, ale przynajmniej może chociaż część z Was zostawi jakieś mądre słowa :)
piątek, 26 sierpnia 2011
W prawie telegraficznym skrócie ;)
Trochę pomilczałam, ale czasem lepiej milczeć, niż robić głupoty. Przeczekałam te nieprzyjemne chwile i dzięki temu blog ocalał, bo niewiele brakowało, aby bezpowrotnie zniknął.Znowu mi jakieś chochliki, prawdopodobnie te stąd - z bloga, małpy złośliwe, zaczęły mieszać w życiorysie i o mały włos pognałabym je razem z tym blogiem. Jednak szkoda by mi było opuszczać to miejsce i Was, więc po prostu zrobiłam sobie wolne od tego miejsca i na szczęście wszystko wróciło do normy.
Niewiele się u mnie zmieniło, poza tym, że uciekła mi szansa na comiesięczne stypendium, które być może umożliwiłoby mi zamieszkanie z M. Wcale nie chodzi o to, że miałam za słabe oceny - po prostu według nowych przepisów jestem... zbyt zamożna, żeby takie stypendium otrzymać. Szlag by ich trafił... Moje plany znów odsuwają się w czasie... :[
Oprócz tego przyszła kolejna partia kartek do klejenia, więc nie mam zbyt wiele czasu, a jak już mam, to (nie bijcie) nie spędzam go przy komputerze tylko albo na sprzątaniu, albo na świeżym powietrzu, bo lato się w końcu namyśliło i pogoda przepiękna :)
Obiecuję wszystkie zaległości ponadrabiać w najbliższym czasie, a póki co uciekam znów od komputera :))
Niewiele się u mnie zmieniło, poza tym, że uciekła mi szansa na comiesięczne stypendium, które być może umożliwiłoby mi zamieszkanie z M. Wcale nie chodzi o to, że miałam za słabe oceny - po prostu według nowych przepisów jestem... zbyt zamożna, żeby takie stypendium otrzymać. Szlag by ich trafił... Moje plany znów odsuwają się w czasie... :[
Oprócz tego przyszła kolejna partia kartek do klejenia, więc nie mam zbyt wiele czasu, a jak już mam, to (nie bijcie) nie spędzam go przy komputerze tylko albo na sprzątaniu, albo na świeżym powietrzu, bo lato się w końcu namyśliło i pogoda przepiękna :)
Obiecuję wszystkie zaległości ponadrabiać w najbliższym czasie, a póki co uciekam znów od komputera :))
sobota, 13 sierpnia 2011
Tajemniczy powód szczęścia :)
Nadszedł czas wyjawić z jakiego powodu mam ochotę tańczyć z radości :) Emocje już nieco opadły, więc jestem w stanie sklecić kilka sensownych zdań na ten temat.
Po powrocie znad morza odwiedziliśmy z M. moją babcię. Babcia weszła na temat wspólnego życia młodych ludzi - że nie ma łatwo, bo ani pracy dobrej nie ma, ani pieniędzy, to też przed młodymi żadne perspektywy nie stoją, a już szczególnie przede mną i przed M. Ja nie pracuję, bo studia mi to uniemożliwiają, M. pracuje, ale mimo pełnego etatu zarabia grosze, nie jest powiedziane, że po skończeniu studiów znajdę pracę, bo w moim mieście ciężko z takimi sprawami...
Można zatem wynieść wnioski, że przyszłość przed nami maluje się nie za ciekawie. Tym bardziej, że chciałabym zrobić zaocznie studia magisterskie (to kosztuje), M. chciałby iść na studia w przyszłym roku (zaocznie, bo pracuje, a to też kosztuje), więc o pieniądzach możemy słuchać tylko z opowiadań osób zamożnych.
I wracając do babci - babcia zaczęła szukać możliwości, sposobów i okazji, żeby ubarwić nieco tę czarną wizję NASZEJ przyszłości. Poruszyła ten temat na poważnie, M. się w rozmowę zaangażował, co mnie bardzo zaskoczyło, bo unika takich tematów jak ognia, i jakoś to wszystko poszło do przodu. Sam zaczął temat rozwijać, postanowił...
Sama się sobie dziwię, bo jestem straszna płaczka, jeśli chodzi o przeżywanie silnych emocji, ale udało mi się nie zacząć ryczeć, kiedy usłyszałam słowa wstępu do rozmowy, wychodzące z ust M.: "Jest taka sprawa, że ja i Ewelina myślimy powoli o ślubie i zamieszkaniu razem...". Ale za to teraz jak sobie to przypomnę, to mam łzy w oczach :))
Takie słowa od swojego Ukochanego Mężczyzny, którego krew zalewa, jak ktoś wspomni o ślubie czy mieszkaniu, który unika tematu jak ognia... Chyba nie dziwne, że skoro sam z siebie takie oświadczenie wygłosił, to ja jestem cała w skowronkach i ze łzami szczęścia w oczach? :)
Tak więc wszystko zaczęło się toczyć błyskawicznie - dziadkowie i babcia zaproponowali pomoc finansową na miarę swoich możliwości, moi rodzice, a głównie mama (?) zaproponowali założenie przeze mnie i przez M. książeczek mieszkaniowych i odkładać co miesiąc jakąś kwotę na nasze mieszkanie. Oznajmiła też, że będzie na moją książeczkę płacić co miesiąc, dopóki nie zdecydujemy się na zakup mieszkania oraz że połowę kosztów naszego wesela pokryje, na drugą połowę musi zbierać M. :) Mama M. zaproponowała, żebyśmy kupili jednopokojowe mieszkanie, a ona zamieni się z nami - będzie mieszkać sama więc jeden pokój jej wystarczy, a my możemy mieszkać tam, gdzie teraz mieszka M. - 2 pokoje.
Boże, myślałam, że nigdy nie otworzą mi się te drzwi, za którymi kryje się to marzenie, i nagle wszystko powoli staje się w zasięgu ręki... Nie wiedziałam, że spotkamy się z taką życzliwością otoczenia, choć tak naprawdę nikt nie ma pieniędzy, każdy żyje od wypłaty do wypłaty, a jednak zadeklarowali swoją pomoc...
Chciałabym zacząć pracę w jakiejś szkole języków obcych, mam nadzieję, że mój plan zajęć mi to w tym roku umożliwi - wtedy będę w stanie odkładać więcej pieniędzy :) Albo chociaż żeby znaleźć ze 3 osoby, które co tydzień będą się zgłaszać na korepetycje - kokosów nie będzie, ale zawsze będzie z czego te kilka groszy odłożyć - jak się nie ma nic, to każdy grosz się liczy.
Fakt jest faktem, jesteśmy obydwoje w czarnej dupie póki co, musimy zaczynać budować wszystkie nasze plany i marzenia od zera, ale z pomocą zaoferowaną przez nasze rodziny na pewno nam się uda :)))
I jak tu nie tańczyć z radości? :))
Po powrocie znad morza odwiedziliśmy z M. moją babcię. Babcia weszła na temat wspólnego życia młodych ludzi - że nie ma łatwo, bo ani pracy dobrej nie ma, ani pieniędzy, to też przed młodymi żadne perspektywy nie stoją, a już szczególnie przede mną i przed M. Ja nie pracuję, bo studia mi to uniemożliwiają, M. pracuje, ale mimo pełnego etatu zarabia grosze, nie jest powiedziane, że po skończeniu studiów znajdę pracę, bo w moim mieście ciężko z takimi sprawami...
Można zatem wynieść wnioski, że przyszłość przed nami maluje się nie za ciekawie. Tym bardziej, że chciałabym zrobić zaocznie studia magisterskie (to kosztuje), M. chciałby iść na studia w przyszłym roku (zaocznie, bo pracuje, a to też kosztuje), więc o pieniądzach możemy słuchać tylko z opowiadań osób zamożnych.
I wracając do babci - babcia zaczęła szukać możliwości, sposobów i okazji, żeby ubarwić nieco tę czarną wizję NASZEJ przyszłości. Poruszyła ten temat na poważnie, M. się w rozmowę zaangażował, co mnie bardzo zaskoczyło, bo unika takich tematów jak ognia, i jakoś to wszystko poszło do przodu. Sam zaczął temat rozwijać, postanowił...
...porozmawiać o tym z moimi dziadkami i rodzicami!
Sama się sobie dziwię, bo jestem straszna płaczka, jeśli chodzi o przeżywanie silnych emocji, ale udało mi się nie zacząć ryczeć, kiedy usłyszałam słowa wstępu do rozmowy, wychodzące z ust M.: "Jest taka sprawa, że ja i Ewelina myślimy powoli o ślubie i zamieszkaniu razem...". Ale za to teraz jak sobie to przypomnę, to mam łzy w oczach :))
Takie słowa od swojego Ukochanego Mężczyzny, którego krew zalewa, jak ktoś wspomni o ślubie czy mieszkaniu, który unika tematu jak ognia... Chyba nie dziwne, że skoro sam z siebie takie oświadczenie wygłosił, to ja jestem cała w skowronkach i ze łzami szczęścia w oczach? :)
Tak więc wszystko zaczęło się toczyć błyskawicznie - dziadkowie i babcia zaproponowali pomoc finansową na miarę swoich możliwości, moi rodzice, a głównie mama (?) zaproponowali założenie przeze mnie i przez M. książeczek mieszkaniowych i odkładać co miesiąc jakąś kwotę na nasze mieszkanie. Oznajmiła też, że będzie na moją książeczkę płacić co miesiąc, dopóki nie zdecydujemy się na zakup mieszkania oraz że połowę kosztów naszego wesela pokryje, na drugą połowę musi zbierać M. :) Mama M. zaproponowała, żebyśmy kupili jednopokojowe mieszkanie, a ona zamieni się z nami - będzie mieszkać sama więc jeden pokój jej wystarczy, a my możemy mieszkać tam, gdzie teraz mieszka M. - 2 pokoje.
Boże, myślałam, że nigdy nie otworzą mi się te drzwi, za którymi kryje się to marzenie, i nagle wszystko powoli staje się w zasięgu ręki... Nie wiedziałam, że spotkamy się z taką życzliwością otoczenia, choć tak naprawdę nikt nie ma pieniędzy, każdy żyje od wypłaty do wypłaty, a jednak zadeklarowali swoją pomoc...
Chciałabym zacząć pracę w jakiejś szkole języków obcych, mam nadzieję, że mój plan zajęć mi to w tym roku umożliwi - wtedy będę w stanie odkładać więcej pieniędzy :) Albo chociaż żeby znaleźć ze 3 osoby, które co tydzień będą się zgłaszać na korepetycje - kokosów nie będzie, ale zawsze będzie z czego te kilka groszy odłożyć - jak się nie ma nic, to każdy grosz się liczy.
Fakt jest faktem, jesteśmy obydwoje w czarnej dupie póki co, musimy zaczynać budować wszystkie nasze plany i marzenia od zera, ale z pomocą zaoferowaną przez nasze rodziny na pewno nam się uda :)))
I jak tu nie tańczyć z radości? :))
czwartek, 11 sierpnia 2011
Zaległe nominacje :)
Tak jak obiecałam, muszę wywiązać się z zabaw blogowych :) Bardzo dziękuję Pani N. i Kołysance za nominowanie mnie :* do „One lovely blog award”.
Muszę teraz wymienić 7 rzeczy, których jeszcze o mnie nie wiecie... Będzie ciężko, bo chyba już wszystko wiecie, ale postaram się wymyślić jeszcze coś, co może Was zaskoczyć ;)
- Kocham wygłupy mojego M. :)) Ten człowiek jednym słowem, dosłownie - jednym słowem, potrafi mnie rozśmieszyć tak, że łzy mi lecą ze śmiechu i to nawet wtedy, kiedy jestem zła lub mi smutno :)
- Mam prawdziwego jobla na punkcie... czystości mojego laptopa :D Potrafię go myć i wycierać z kurzu po kilka razy dziennie, jak tylko zobaczę, że chociaż w jednym miejscu zdążył się osadzić fąfel kurzu :P
- Mam też jobla na punkcie czystości mojego samochodu. Tak już mam ubzdurane, że moje auto to moja wizytówka, więc musi należycie wyglądać. Mój samochód ma już 16 lat, a niejednokrotnie ludzie jak go widzą to są w szoku, że jest tak dobrze utrzymany. Jak znajdę gdzieś jakieś zdjęcie to Wam pokażę ;) Wsiadając do mojej Słomki ludzie komentują to tak: "O kur**, jak tu czysto", albo "Tu jest czyściej niż w samochodzie prosto z salonu..." ;)
- Uwielbiam jeść pomidory ;) Ale nie lubię soku pomidorowego :D
- Lubię rozwiązywać krzyżówki panoramiczne oraz nałogowo grać w World of Goo (przeszłam grę) i Angry Birds (przeszłam, ale teraz gram na nowo w celu zdobywania gwiazdek) ;-)
- Nie cierpię dotykowych telefonów, chyba wciąż żyję w erze kamienia łupanego ;) Niestety, niedługo będę zmieniać telefon i to na dotykowy, ale chyba sobie dam radę i może pokonam tą niechęć ;)
- Siódmy fakt, o którym jeszcze nie wiecie, a o którym już co nieco wspomniałam w poprzednim poście, zachowam jeszcze w tajemnicy, ale już niedługo powiem o co chodzi :))))))
A teraz nominacje (nie wiem ile ma ich dokładnie być, więc jadę na żywioł :)) :
- Ana
- Anairda
- Anonimowa A.
- Donna
- Ewka
- Free Spirit
- Hexe
- Kfiatushek
- Lady
- M&JC
- Margolka
- Nabi
- Niedyskretna
- Onylia
- Storczyk
- Szczęściara
Subskrybuj:
Posty (Atom)

