piątek, 7 listopada 2014

Jest mi naprawdę źle

Po pierwsze jestem potwornie zmęczona. Wszystkim. Męczy mnie praca, bo coraz więcej mam na głowie, czasem nie mam nawet czasu na śniadanie... Dodatkowo ostatnio zdarzył się wyjazd służbowy, który pożarł mi cały wolny weekend - praca od czwartku do niedzieli włącznie po 15h... Powrót prosto do pracy... Nie mogę się od tamtego czasu pozbierać...

Do tego męczy mnie szkoła. Im bliżej do końca, już tylko 2,5 miesiąca, tym gorzej. Nawet nie tyle co trzeba chodzić na wykłady, bo w tym semestrze bulę kasę praktycznie za to, że siedzę w domu, ale trzeba pisać pracę, a nie mam już na to siły... Trzeba zasiąść, zasięgnąć fachowej literatury, zebrać myśli, skupić się i coś 'mądrego' napisać... Chwilowo to ponad moje siły, ale przecież skrajnym idiotyzmem byłoby poddanie się w tym miejscu, w którym jestem.

A wisienką na torcie, powodującą chyba moje największe zużycie, głównie psychiczne, jest mój związek, a raczej coś na kształt związku. Dopóki jest o co, to trzeba walczyć - to się tyczy wszystkiego właściwie. Więc i tutaj dokładane były wszelkie, chyba, starania, żeby nie zjebać za przeproszeniem tego, co przez tyle lat powstawało.
Ja wiem, że z tego co ja tu narzekam, to niejedna się puknie w głowę czytając że ten związek jeszcze istnieje. Ale wierzcie mi, że ja tutaj wywalam tylko to co mnie boli, a nie piszę nic o tym, co mnie cieszy. Serio. Moje życie to nie pasmo nieszczęść, ale boję się pisać o wszystkim co mnie spotyka pozytywnego, bo przewrotność losu mi zawsze wszystko w niedługim czasie pieprzy. Miał powstać post o pozytywach, ale chyba jeszcze nie czas na to.

Miał ów post powstać głównie z tego powodu, że w końcu znów uda nam się z M. razem zamieszkać. Bo związek nawet się zrobił fajny, widać było każde najmniejsze nawet staranie o to, ale wisiał nad nim jeden, acz zasadniczy mankament - brak mieszkania razem. My się widujemy już co drugi tydzień, bo M. pracuje zmianowo i naprawdę to nie tak powinno wyglądać, żeby po 7 latach odbudowując związek, spotkać się ze sobą praktycznie na kawę, bo na jakieś konkretniejsze spotkanie mamy czas czasami w weekendy. No i fajnie, oboje pracujemy, nasza relacja stanęła bardzo wyraźnie na nogi i cóż się więc stało?

M zjebał. Tak, zjebał. Podobno szukaliśmy już jakiegoś mieszkania i M. pierdolił wszystkie realne okazje na fajne i nawet niskobudżetowe mieszkania. Tłumaczył mi później, że się boi że nam kasy braknie, whatever. Gdybyśmy mieli wspólny budżet, to wierzcie mi na brak kasy byśmy nie narzekali. No chyba, żeby nam się raz w miesiącu zamarzyły wycieczki zagraniczne i jakieś topowe gadżety typu iPhone 6 Plus, czy coś. Więc realnie awykonalne. Ale M. i jego czarnowidztwo spierdoliło sprawę.
Kilka mieszkań przeszło nam koło nosa, aż w końcu nie wytrzymałam, powiedziałam mu że nie wyobrażam sobie ciągnięcia tego związku na zasadzie luźnych spotkań na chwilę co jakiś czas, albo w końcu zaczniemy wracać do jednego domu albo kończymy tą zabawę (bo inaczej tego nazwać chyba nie można). M. przemyślał, porozumieliśmy się, że do końca października ma czas na ogarnięcie się i zadziałanie w sprawie mieszkania, czy to u mnie w domu rodzinnym (kwestia przekonania dziadków, do których dom należy, bo dla nich mieszkanie razem bez ślubu to jest po prostu nie do przyjęcia) albo gdziekolwiek indziej - zostawiłam temat w jego rękach, zaznaczając, że jeśli zmarnuje tą szansę, to rozstajemy się i tyle. Cały miesiąc chodził zdenerwowany, że musi odbyć rozmowę z moimi dziadkami. Październik dobiegł końca. Po Wszystkich Świętych spotkaliśmy się, ale nic się nie odezwałam na temat mieszkania, M też nie, później poszliśmy do mojej siostry i z rozmowy wynikło, że M. chce sobie wyremontować pokój, w którym obecnie mieszka (beze mnie rzecz jasna).
Chwilunia - nie planuje się remontu mieszkania, które się chce opuścić... Zabolało mnie to, atmosfera się posypała. M. walnął focha, bo inaczej sobie wieczór wyobrażał, ale mnie się już znudziło robienie dobrej miny do złej gry.

Domyślam się, że wie, że spieprzył szansę jaką mu dałam, niemniej przestaliśmy już rozmawiać. Nie wiem czy to ja mam się czuć winna za zepsucie mu wieczora? Wydaje mi się, że gdyby jemu na mnie zależało, to nadal było by miło i sielankowo. Miał wszystko w swoich rękach i to co jest, to jego zasługa.

Ja już nie wiem czy w ogóle jestem w związku i czy chcę w związku być. W TAKIM związku. Zawiodłam się na M. cholernie, liczyłam, że zachowa się jak facet i niestety się przeliczyłam. Nie wyobrażam sobie kontynuacji tej znajomości bez podjęcia konkretnych i już bym rzekła radykalnych kroków ze strony M. W gębie każdy potrafi być mocny ale mnie już gadanie nie rusza. Wnioskuję jednak, że takich działań nie będzie, bo on się nie umie ogarnąć. Albo nie chce albo nie umie, nie wnikam, dla mnie ważny jest efekt tego zachowania.

M. nawet napędzał moje zachcianki finansowe typu kupno nowego telefonu, byle, żebym ulokowała gdzieś kasę i nie wylatywała z tym, że wolę trzymać pieniądze, bo się przydadzą jak zamieszkamy razem... Zawsze jak tak mówiłam, to przewracał oczami i nic nie odpowiadał. Za to chęć kupna czegokolwiek kwitował gromką radością. I tylko słyszałam co on musi w tym miesiącu kupić do samochodu i znów nie będzie miał kasy... Jezu, jak mnie to wkurwia!

Mam wrażenie, że mimo że zeszliśmy się już dość dawno temu, to on przy rodzinie udaje, że mnie nie ma. Pomijam fakt, że ani on nie chce odwiedzać mojej rodziny ani nie proponuje mi odwiedzenia z nim jego rodziny, to nigdy raczej nie wspomina o tym, że jest ze mną. Wstydzi się mnie?

To wszystko klei mi się w jedną gówniarską postawę jakiegoś niezdecydowanego jak baba faceta. W sumie nawet gorzej niż baba, bo kobieta jak się uprze i jej na czymś zależy, to postawi na swoim. A tutaj to jakiś cyrk...
Mam do M o to ogromny żal... Naprawdę ogromny...

Dla mnie wymarzona relacja z moim partnerem to taka, że wracam do domu, w którym on jest, że mogę z nim rozmawiać wiedząc, że nawet jak mnie opieprzy, że robię źle, to mnie wspiera i jest po mojej stronie. Nawet jak na siebie powarczymy, nie zgramy się totalnie to nic, przecież tak też się zdarza, ważne, że zaraz będzie dobrze. I ta wymarzona pewność, że druga osoba po prostu będzie. Bo sama świadomość, że ktoś jest i czeka na ciebie jest tak banalna, a tak ważna... A ja tej pewności nie mam, nigdy nie wiem, czy nagle nie zastanie mnie jakiś foch, którego oczywiście nie da się szybko rozwiązać, bo zanim my się w ogóle zobaczymy... Wiecznie rozmowy przez sms, brakuje mi kontaktu... Bycie z drugą osobą powinno być naszą chlubą, nie rozumiem idei zejścia się i ukrywania tego przed światem. To wszystko jest kompletnie nie tak. Jeśli jemu to nie przeszkadza i dalej myślał, że na ściemnianiu ten związek pociągnie, to chyba coś jest nie tak. Dla mnie coś takiego nie ma racji bytu.
Już nie...

Mam ochotę wyjechać gdzieś daleko, żeby odciąć się od wszystkich i od wszystkiego...
Wszystko, czego najbardziej pragnę, jest najbardziej poza moim zasięgiem...

To się jeszcze da posklejać, ale już konkretnym działaniem i ogromną determinacją, a tego chyba już nie ma, a może nigdy nie było?..


piątek, 10 października 2014

...

Los kpi ze mnie, jawnie, bezczelnie i po całości.
Już mnie to kurwa momentami zaczyna bawić. 
Bo płakać już nie mam siły.

A i walczyć też nie ma o co...



piątek, 19 września 2014

Ile można?


Za każdym jednym razem, jak już mi się wydaje, że jestem na dobrej drodze ku spełnieniu mniejszych lub większych pragnień czy marzeń, to los ubawiony, że uwierzyłam, że choć raz coś może się udać, pokazuje mi, że to był tylko żart, i że jednak będzie nie po mojemu, nie tak jakbym chciała.


Mam już tak bardzo dosyć.
Wiecznie wiatr w oczy...

piątek, 12 września 2014

Jej wesele

Jakiś czas temu moja siostra wyszła za mąż. 
 
Wiecie chyba jak bardzo chciałam być na jej miejscu.
Przez długi czas targała mną zazdrość i żal, choć chyba nigdy tego nikomu nie pokazałam. Chociaż łzy cisnęły mi się nie raz do oczu, kiedy patrzałam na wiszącą na wieszaku białą sukienkę kiedy zasypiałam i budziłam się rano (uroki wspólnego pokoju), czekającą na ten dzień... nie wiem czy ktokolwiek cokolwiek zauważył. Ale to dobrze.

Ale tuż przed weselem dotarło do mnie, że nikt nie jest winny temu, że mnie się coś w życiu nie udaje.
Postanowiłam, że zrobię co mogę, żeby ten dzień był dla niej jak najpiękniejszy.

A i mnie było o wiele lepiej :)

 
I złapałam welon :)

niedziela, 7 września 2014

TE dni

Nie mogę nic poradzić. Chciałabym zachować stoicki spokój, bo przecież wiem, że nie ma się czym denerwować, ale mimowolnie narasta we mnie złość, na wszystkich, na wszystko, na siebie. W jednej chwili mam ochotę wziąć do ręki coś, co efektownie będę mogła rozpieprzyć o podłogę, 30 sekund później mam ochotę płakać bez jakiegoś większego powodu, a za chwile kocham wszystkich i wszystko dookoła. I znów narasta we mnie złość, nad którą ciężko zapanować. I za chwilę zaczynam się śmiać, jakby wcześniej nigdy nie było żadnych złych emocji.

PMS jest straszny. Bez kija i czekolady lepiej nie podchodzić.
Szkoda, że nie każdy to rozumie.



sobota, 26 lipca 2014

Kim Ty jesteś, M.?

Tak bardzo chciałabym, żeby między nami znów zaczęło się układać... Ale to umiera, jestem bezsilna... Staram się ze wszystkich sił, żeby wykorzystać każdą szansę jaką sobie wypracujemy, ale niestety... jest to jednostronne. On jest dla mnie najważniejszy, nie ślub, chcę być z nim, po prostu być, ale chyba On tego nie chce.... Zaczynam dochodzić do wniosku, że narzucam się komuś, kto mnie nie chce, ale to cały mój świat, który kocham całą sobą i od dawna jest dla mnie wszystkim, nie potrafię zrozumieć dlaczego On mnie odrzuca...

M. wycofuje się za każdym razem, zawsze mniej więcej po tygodniu okazuje się, że nie jest gotowy, że go rzekomo męczę. Przykład najświeższy - spotkaliśmy się w niedzielę, długo rozmawialiśmy, wydawało mi się, że M. dużo rzeczy przemyślał i wydawałoby się, że to ma jednak sens, że warto o to walczyć, na następny dzień znów się spotkaliśmy, pogadaliśmy, powygłupialiśmy się, M. nawet mi powiedział, że jestem jego jedynym szczęściem, które samo do niego przyszło (tak się poznaliśmy), szczęśliwy jak dziecko, które dostało wymarzony prezent, nazajutrz to samo, a potem cisza.
M. się nie odzywa, nie wiem co jest grane. Okazało się, że był bardzo długo w pracy, od rana do nocy. Na drugi dzień mieliśmy się spotkać, więc napisał że się zgadamy, bo ma coś jeszcze do załatwienia. Napisałam sms kiedy wróciłam po pracy do domu, że jestem już i już nie dostałam odpowiedzi, myślałam, że może odsypia to siedzenie w pracy, wiadomo, 16h pracy fizycznej nawet najsilniejszego wykonczy. Ale później też się nie odezwał. Zapytałam w piątek rano czy między nami wszystko jest ok, bo wydaje mi się, że mnie ignoruje. Po kilku godzinach doczekałam się odpowiedzi: "Odkad sie pogodzilismy czuje sie jakbys "siedziala" mi na glowie...". Że co? Pytałam owszem co się stało, że jest tak długo w pracy, martwiłam się, że mi nie odpisywał... Ale to chyba oczywiste... I to dostaję w zamian. "Coraz bardziej watpie w naprawe tego...". Kolejne moje wiadomości również pozostają bez odpowiedzi...

Nie rozumiem tego, nie rozumiem jego zachowania... To nie pierwszy raz. Kolejny raz zachowuje się tak samo, jak tylko zaczyna się coś układać, to po kilku dniach pisze, że jednak nie, wynajduje jakiś problem i wszystko pęka jak bańka mydlana... Czy ja rzeczywiście jestem aż tak upierdliwa i beznadziejna, że przytłaczam go swoją osobą? Wydaje mi się, że moje zachowanie zwyczajnie mieści się w normie kogoś, kto kocha i tęskni...

Zastanawiam się, czy on kogoś ma. Czy jest już inna, z którą woli spędzać czas, którą obdarzył uczuciem, którego mi z jego strony brakuje. Czy jest już inna, która zapchała dziurę po mnie w jego życiu, czy teraz już inna daje mu szczęście, że mnie z taką łatwością ignoruje, jakbym nigdy nie istniała...

Nie poznaję już tego człowieka...

Ja wiem, że pewnie powinnam odpuścić, bo takie zachowanie M. świadczy już chyba tylko o tym, że mój czas w jego życiu się skończył, ale nie tak łatwo odpuścić kogoś, kogo się tak kocha. Tak mnie denerwuje mówienie komuś, że znajdzie się ktoś inny kto na pewno będzie na nas zasługiwać, ale czy bierze się pod uwagę, że może my nikogo innego nie chcemy?...

środa, 16 lipca 2014

Do M.

Podobno odkąd nie piszę tutaj co czuję, to ciężko mnie rozszyfrować. Pewnie tak jest, bo sama przed sobą uciekam, dlatego nie potrafię tu wrócić i wprost napisać co mi ciąży na sercu.

Niech więc będzie, wrócę tu i powiem Ci, co mnie niszczy. Choć Ty i tak to już dobrze wiesz, to napiszę to tutaj, tak jak to czuję i jak to dalej widzę.

Zacznę może od wpisu, który pojawił się tutaj rok temu. KLIK. Przeczytaj każde słowo uważnie, bo tak naprawdę to co pojawi się tu dalej, to tylko jego kontynuacja.

Zobacz sam ile czasu już na Ciebie czekam, zobacz ile czasu bez skutku, zobacz, jak mnie to boli. Choć rok temu już to we mnie pękło, to nic się w tej kwestii nie zmieniło, zawsze znalazło się tysiąc powodów, aby odwlekać ten krok, zawsze było coś. Przez ROK ten post wcale nie stracił na aktualności. Każde słowo jest wciąż takie prawdziwe, jakby pisane przed chwilą... Dobrze wiedziałeś, że chciałam tego tak bardzo, a i tak nigdy nie znalazłeś dobrej chwili. I nigdy jej nie znajdziesz, bo nie chcesz.

Byłam przy Tobie w każdej jednej najgorszej chwili Twojego życia w ciągu ostatnich siedmiu lat, dzieliłam z Tobą każdą radość, trzymałam Cię, żebyś nie poleciał na dno. Nie raz zostałam potraktowana... źle, chociaż plus, że przynajmniej to już do Ciebie dotarło.

Nie dociera tylko jedno - tracisz mnie. Tak bardzo jak nigdy. I jeśli się nie ockniesz, to na zawsze. To, co powinieneś o mnie wiedzieć, to już dobrze wiesz, znasz mnie na wylot, wiesz jak będzie wyglądać Twoje życie ze mną. A i tak określasz branie ślubu "pochopnym", brak mi słów.

Już nie mam siły na Ciebie czekać dłużej, to jest ten moment, kiedy z chłopca musisz stać się mężczyzną i podjąć bardzo ważną decyzję. Albo staniesz na wysokości zadania, albo odejdę. Nie pójdę już na żadne ustępstwa, bo odpuszczałam zdecydowanie zbyt długo, teraz niech ktoś w końcu pomyśli o mnie. Że wymagam od związku po tylu latach sformalizowania, że mam swoje potrzeby, których od dawna nikt nie zaspokaja. Moja wewnętrzna frustracja rosła, aż w końcu przestałam już dawać z siebie wszystko, zaczęłam domagać się głośno czego chcę od Ciebie. I zignorowałeś to. To był ten moment, kiedy to wszystko zaczęło popadać w ruinę, przegapiłeś to. Bardzo bym chciała, żebyś wybrał mnie, ale z dnia na dzień, kiedy się "namyślasz" kolejny i kolejny dzień, zaczynam w to wątpić, tracę i siłę i nadzieję. Jeśli zależałoby Ci na mnie, to nie musiałbyś się nad tym zastanawiać wcale po tylu latach... a jednak to robisz.

Wiesz jak zachowaliby się inni mężczyźni na Twoim miejscu, ot choćby i od Twojego Przyjaciela; wiedz, że na moim miejscu mało która by tyle czasu czekała. Ja czekam wciąż, bo Cię kocham, ale Ty chyba nie zdajesz sobie sprawy jak wiele dostałeś od życia. Obyś sobie to uświadomił teraz, a nie jak stracisz to wszystko.

To jest Twoje życie i Twoje decyzje, postępuj tak, żebyś Ty był szczęśliwy.
Ja obieram już inny kierunek, albo obudzisz się i złapiesz mnie za rękę, żebym zawróciła jeśli to ja daję Ci szczęście, albo pójdę dalej sama, w inną stronę...

Finał tej bajki jest wyłącznie w Twoich rękach...