środa, 21 sierpnia 2013

Tak by mogło być.

Wróciłam do domu. W średnim nastroju, ale to mało istotne. Drzwi otworzył mi Ukochany. Po całym dniu mogłam się w niego wtulić i zostawić cały dzień za sobą. Mega przyjemnie. Potem Kochany poskromił ogarniające mnie lenistwo, "zmusił" mnie do małego ogarnięcia mieszkania, sam w tym czasie zrobił pyszny obiadek. Jak miło usiąść sobie z lampką domowego winka, w piżamce, przy filmie ze swoim facetem :))

To całkiem drobna uciecha dnia codziennego, a sprawia tyle radości...
Mogłoby tak być częściej.

piątek, 16 sierpnia 2013

List do Julii

Droga Julio!

Ostatnio żyję w świecie marzeń. Rzeczywistość jest tak bardzo różna od mojego wymarzonego świata... W moim świecie mam pracę, mam kochającego mężczyznę, mam rodzinę, dzieci, szczęśliwy dom i bliskich. A tu? W tym szarym świecie powoli kolekcjonuję pogubione elementy tej mojej układanki, ale jak tylko znajdę jakiś element, to ten poprzednio odnaleziony gubię... Mam wrażenie, że nigdy nie posklejam tego w całość. To syzyfowa praca... 

Nie było pracy, ale był Ukochany u boku, jest praca, to zaczynają się nowe zgrzyty między nami, babcia choruje i to poważnie, wciąż stąpam ze wszystkim po bardzo kruchym lodzie... Ja już nie mam na to siły. Wiem, że życie potrafi na człowieka zrzucić znacznie więcej trosk, ale litości, czemu ja nie mogę zaznać jakiejś stabilizacji? Zwykłej, najzwyklejszej, najprostszej stabilizacji?

To absolutnie nie jest zazdrość. Mnie się już po prostu serce kraje a oczy same zaczynają płakać, jak Facebook czy inne źródła informują mnie o kolejnych ślubach czy innych sukcesach moich znajomych. A ja się boję własnych uciech. Już wiem, że pojawiają się tylko po to, żeby zaraz siać spustoszenie w mojej psychice... To chyba jest jakieś fatum. Zaczynam się bać bycia szczęśliwą. Jak tylko odniosę jakiś sukces, to coś innego zaczyna się sypać. Już nie chcę tu być, wolę mój świat... 

Gdyby tylko istniała jakaś recepta na udane życie... Niektórzy mają wszystko - kochającą się rodzinę, pieniądze, zdrowie, a niektórzy nie mają nic, a jeszcze z innymi los bawi się w kotka i myszkę - to Ci dam, a to zabiorę - to jest sprawiedliwość? Czy to ze mną jest coś nie tak, czy ze światem dookoła?

Idę oczami wyobraźni usiąść z mężem w przydomowym ogródku, ciesząc się wolnym popołudniem... Niebawem już nikt mnie nie wyciągnie z tego mojego wyimaginowanego świata, nie mam sił na codzienność. 
Julio, pomóż...




poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Czyżby nareszcie światełko?

Tylko niestety tych światełek było już naprawdę wiele, a potem za każdym razem kończyło się porażką. Boże, tak strasznie chciałabym, żeby to nie był sen, że naprawdę dostałam dobrze płatną pracę na cały etat w przyjaznej firmie, i że już więcej nie będę miała dylematu co zrobić z ostatnią dychą na życie w połowie miesiąca... Tak strasznie się boję, że to zniknie jak bańka mydlana, bo naprawdę złapałam Pana Boga za nogi i błagam, żeby tak zostało.

Może w końcu to życie, którym żyję stanie się nareszcie moje, bo to co było do tej pory... to nie było życie. Gdyby nie to, że M. był obok, to już dawno bym się poddała.

Obiecuję tu wrócić, jak tylko mój poziom optymizmu i entuzjazmu się unormuje, co pewnie nastąpi po pierwszej wypłacie. A do tego czasu sobie i Wam życzę mnóstwo szczęścia. I bardzo dziękuję, że o mnie pamiętacie, szczególnie wtedy, kiedy ja bywam u Was cichaczem (bo jest sukces - bywam u Was :))



P.S. do poprzedniego posta i Waszych komentarzy - na kasjerkę do supermarketu się moje drogie nie nadaję, bo po pierwsze primo - za wysokie wykształcenie, a po drugie primo - jestem pełnosprawnym człowiekiem, a bez orzeczenia o niepełnosprawności w moim mieście nie ma szans robić kariery w supermarkecie. A i na telemarketera wymagają roku doświadczenia na podobnym stanowisku. To jest paranoja, wcale nie jest to zabawne, choć chciałabym, żebyśmy się z tego za parę lat śmiali.

Do przeczytania!

wtorek, 23 lipca 2013

Nie jest kolorowo.

Na samym wstępie chciałabym Was przeprosić za tą ciszę z mojej strony... Po prostu ostatnio nie składało mi się wcale ani na odwiedzanie mojego/Waszych blogów, ani tym bardziej na pisanie...

Co do poprzedniego posta - cóż, nadal mnie to boli i jeszcze długo będzie bolało, że to moja siostra wychodzi za mąż, a nie ja, ale przygryzam wargi i idę dalej, bo cóż ja mogę, kiedy nie mam pracy, a na życie zostało mi zaledwie 10zł. Coraz częściej ostatnio kłócimy się przez to z M., bo nie stać nas na zwyczajne codzienne życie, a gdzie tu jakieś plany...

Wysyłam miliony CV w setki różnych miejsc, w niektóre i po kilka razy, ale jak na razie (już przeszło 2 miesiące) bez efektu. Pracy nie ma, pieniędzy nie ma, dziwne, że jeszcze nie mam myśli samobójczych. Ale w obecnej sytuacji to już chyba kwestia czasu. Rozumiem, że da się żyć bez fanaberii, słodyczy czy rozrywek. Ale że bez przysłowiowego chleba?... Naprawdę nie jest kolorowo.

I właśnie dostałam sms od operatora mojej sieci komórkowej, że proszą mnie o zapłacenie zaległego rachunku + odsetki, bo zablokują mi połączenia i smsy...
Ja pierdole...

Nie wiem już co robić, czy w pogoni za zarobkiem wynieść się z tego miasta, czy uciec z kraju i zawiesić studia... Rozsądek mówi, że lepiej studia skończyć i dopiero wyjechać, ale przez te półtora roku wypadałoby jeszcze coś jeść, bo jak z głodu umrę, to i tak studiów nie skończę. Jestem w kropce, ba - w dupie jestem, a nie w kropce.

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Stało się.

To się musiało stać. Wspominałam już o ty tym od dawna. To była bomba zegarowa, która któregoś dnia musiała wybuchnąć. Ale nie spodziewałam się, że to już, choć sama prognozowałam, że będzie to właśnie czerwiec. Jednak jeszcze nie ustabilizowałam się psychicznie AŻ TAK, żeby powstrzymać jakkolwiek swoją reakcję na to wszystko.

Powiem Wam co mnie przez tyle czasu bolało.

Jestem z M. 5,5 roku, od roku mieszkamy razem. Pomijam fakt, że już od kilku lat marzyłam o tym, żeby być żoną M., ale wiedziałam, że np. musimy razem pomieszkać, żeby się przekonać tak naprawdę czy do siebie pasujemy, czy zwykła wspólna codzienność nas nie zniszczy. I choć bez kłótni się nie obyło, bo nasze charaktery nie pozwalają na życie bez absolutnie żadnych kłótni czy spięć, to jednak nadal jesteśmy razem.

Ale wracając do tych moich marzeń. Od związku z takim stażem już na poważnie oczekiwałam czegoś więcej. Nie raz mówiłam to M. Ale na tym się kończyło. Bo a to kasy brak, a to coś tam... Ale pieniądze na ślub są, nie ma jedynie chęci ze strony M.
Zabolało, dotarło to do mnie dopiero teraz, że on po prostu nie chce się ze mną żenić.
Czynnikiem, który spowodował, że przestałam w sobie to dusić było pytanie mojej siostry czy zostanę świadkiem na jej ślubie. Moja siostra ze swoim narzeczonym są zaręczeni od ponad roku, kiedy napisała mi SMS, że się zaręczyła, wybuchłam płaczem i z tej całej przykrości najzwyczajniej się upiłam. Ale potem się otrząsnęłam, bo niby się zaręczyli, ale planów ślubnych nie mieli. A tu taki szok - mają już datę, a ona poprosiła mnie na świadka.  
Rozbiłam się. Ponownie się upiłam, do teraz czuję efekty tego, że przegięłam z alkoholem. M. to obeszło tyle, co zeszłoroczny śnieg. Żartował sobie, że ślub mają za rok, a kiedy będzie rozwód. Zbagatelizował to, że tak to przeżyłam, twierdzi, że wydziwiam. I choć wiem, że oni do siebie tak średnio pasują, to jednak sedno sprawy jest gdzieś indziej.
Dotarło do mnie, że z M. ślubu nie wezmę. Chyba przez tyle czasu zdążył się już przekonać czy mamy szansę na stworzenie rodziny, jak się dogadujemy w codziennym życiu, ale zawsze potrafi wymyślić milion powodów, dla których ślub nie, jeszcze nie teraz... Że po co się chajtać, a zaraz brać rozwód (btw. podejrzane, że już myśli o rozwodzie... bez komentarza), po co te koszty - że niby tylko dla papierka, a to że nie mamy gdzie mieszkać, bo jak "teściowa" wróci, to będzie nam ciężko w tym małym mieszkaniu (to przyznaję - z moją "teściową" mieszka się trudno, bo i ja i M. nie jesteśmy przesadnie porządni, a ona kocha pedantyczną czystość), a to, że pracy nie ma, a jak jest to na krótko i za grosze... SRANIE W BANIE. Tym tokiem rozumowania idąc, to NIGDY nie będzie takiego momentu w życiu, żeby był odpowiedni na założenie rodziny.
Mnie nie chodzi o papierek. Dla mnie ślub to wartość duchowa, nie papierkowa. Koszty? Powiedziałam mu, że wyjdę za niego choćby zaraz i w worku od ziemniaków - bez sukienki czy Bóg wie jakich ślubnych dupereli. Tya... Kolejne "nie" - M. twierdzi, żebyśmy najpierw pokończyli szkoły. On skończył, a mnie koniec szkoły nie jest do ślubu, ani w ogóle do szczęścia potrzebny. I bynajmniej nie rozumiem związku między moimi studiami a braniem ślubu.
A jeśli już mamy się bawić w sukienki, jakieś nieduże przyjęcie, to mam już powiedziane ze strony mojej rodziny, że jedni kupią mi sukienkę, drudzy dołożą się do przyjęcia, trzeci zapłacą za kościół, itp. Czyli koszty nikną w oczach, tak naprawdę to, co leżałoby w naszej gestii, to jakiś alkohol czy zespół, ewentualnie kamerzysta. To jest max 6 tys. złotych - czyli jak na koszty wesela to wcale niedużo. Ale on temat olewa.

Kiedyś bardzo chciał się ze mną ożenić. Tylko zmieniło się to ostatnio. Chyba nawet wiem czemu - kiedy słyszę te jego wymówki, to mam wrażenie, jakbym słyszała swoją "teściową" - te same argumenty. Nie wiem, czy ona myśli, że jak wyjdę za M., to zabiorę jej syna, czy co? Ja wiem, że oni są ze sobą blisko, bo przez pół życia mogli liczyć tylko na siebie, ale na Boga, czy to ma rzutować na to, że ja z M. nie stworzymy swojej własnej rodziny?! Nie wiem dlaczego ona tak bardzo nie chce, żebyśmy się pobrali. Milion powodów na nie. Ale to mnie akurat mało obchodzi. Najgorsze jednak jest to, że wmówiła swoje racje mojemu M.

W takim świetle, dla mnie ten związek zaczyna robić się pusty. I nie chodzi o to, że zależy mi tylko na tym ślubie i nic innego się nie liczy. Kocham M. ponad wszystko, jest dla mnie najważniejszy, bez wahania mogę powiedzieć, że poszłabym za nim w ogień. Ale dopełnieniem tej miłości byłoby dla mnie właśnie założenie rodziny. Prawdziwej, pełnej rodziny, której owocem miłości będzie dziecko. To jest dla mnie sens miłości. Nie jestem na tyle nowoczesna, żeby całe życie żyć na tak zwaną "kocią łapę", nie podoba mi się zachodzenie w ciążę przed ślubem, albo ślub na szybko, bo ciąża. Jesteśmy razem już tyle czasu - chyba powinien już wiedzieć, czy chce ze mną spędzić życie czy nie, a nie ciągle żyć w takim dla niego "wygodnym" stanie, że zawsze może się bez konsekwencji wycofać, bo żadne formalności nas nie łączą.

Nie wiem co mam dalej robić. M. mnie kompletnie nie rozumie, nie ma pojęcia albo nie chce wiedzieć, jak bardzo ta kwestia jest dla mnie ważna i jak bardzo przeżywam obecny stan rzeczy. Jeśli po przeczytaniu tej notki nadal to do niego nie dotrze, to już naprawdę nie wiem jak mam wytłumaczyć to, co czuję. Dałam Wam teraz całe moje serce na dłoni - wyrzuciłam z siebie wszystko, nie ma teraz w mojej głowie czegoś, czego by w tym poście nie było. Starałam się to ubrać w słowa najlepiej jak potrafię, żeby najtrafniej wyrazić to, co czuję.

Mam taki mętlik w głowie... I tak bardzo mnie to wszystko boli.
W notce urodzinowej wprost napisałam o czym marzę, głupio i naiwnie wierząc, że może się spełni. Jeśli ktoś nadal nie widzi tego, że tam wszystko jest napisane, to polecam zaznaczenie tekstu całej notki - miłego czytania.

Jest mi cholernie smutno, nie wiem co dalej...




wtorek, 11 czerwca 2013

Słyszeć a słuchać.

Chyba każdy słucha jakiejś muzyki. Ja również. Choć ostatnio, bardziej bym powiedziała, że słyszałam muzykę, a nie słuchałam jej. Gdzieś w tle jakieś utwory w radio, czasem jakiś kanał muzyczny, niekiedy na laptopie playlista generowała dla moich uszu lubiane lub tolerowane przeze mnie dźwięki. Ale to cały czas była dla mnie tylko muzyka słyszana, nie słuchana. Nie wiem ja Wy, moi drodzy, ale ja między "słyszeć" a "słuchać" widzę wręcz przepaść.

I dopiero niedawno zdałam sobie sprawę z tego, jak dawno nie słuchałam muzyki. I jak wiele mi to dawało... Odkąd mieszkam z moim Ukochanym, rzadko zdarzało mi się słuchać muzyki, choć w mieszkaniu przeważnie słychać różne utwory. Czasem mądre, z przekazem, a czasem durnowate, jak większość utworów muzyki popularnej.

Jednak do słuchania muzyki potrzebuję być sama. Musi ona lecieć głośno. Nawet moje myśli nie są mile widziane podczas takiego spotkania, zagłuszam je dźwiękami płynącymi z głośników, a najlepiej z słuchawek. Wyłączam się wtedy.

Tak się szczęśliwie złożyło, że M. jest w posiadaniu naprawdę dobrych słuchawek, jakość dźwięku wymarzona. Pod wpływem impulsu pożyczyłam sobie te jego słuchawki kiedy zostałam sama, podkręciłam głośność do maximum... I doświadczyłam czegoś w rodzaju Katharsis. Udało się, odłączyłam się od świata, wyrzuciłam wszystkie kołatające się po mojej głowie myśli. Po tak długim czasie...

Słuchany przeze mnie utwór nie zawiera słów, to tylko melodia... A mimo to pozwolił uciec od tego, co mnie goniło. Leżąc na kanapie uciekłam tak daleko... :)

Podzielę się nim z Wami, może komuś przypadnie do gustu równie mocno, co mnie.

Polecam słuchanie w najwyższej możliwej rozdzielczości i niesugerowanie się rodzajem muzyki. :)
(w razie gdyby Video nie działało, podaję link https://www.youtube.com/watch?v=ak5wtsJQ3Nk)

wtorek, 4 czerwca 2013

Zapraszam na wycieczkę po Kaliszu :)

Pod wpływem niestety negatywnych emocji oraz oburzenia, postanowiłam pochylić się nad zabytkami w moim mieście. Kalisz jest miastem najstarszym w Polsce (nikt niech mi nie wmawia, że jest inaczej - choć inne miasta może też w tym czasie już istniały, to jednak Kalisz jako pierwszy w Polsce otrzymał statut miasta - Calisia) i jak na dziadka przystało, można tu sporo zobaczyć. I choć co niektórym może się wydawać, że jest tu tylko masa kościołów (prawda! :)), to są tu również inne ciekawe zabytki czy miejsca, które zaraz Wam pokażę :) Będzie to taka wycieczka głównie obrazowa i w pigułce, choć zdjęć jest sporo (każde zdjęcie po kliknięciu powinno się powiększyć), więc jak ktoś ma chwilę, to zachęcam do wirtualnej podróży :)

http://www.info.kalisz.pl/kal1914/zniszcz.htm

Jeśli się przyjrzycie, zobaczycie zarys dawnej osady, której centrum stanowi ratusz - linia drzew pokrywa się z linią muru wokół dawnego miasta :)

Zacznijmy od najstarszego punktu Kalisza - Zawodzie.

źródło: http://www.museo.pl/content/view/480/281/
źródło: http://garu.flog.pl/wpis/3618156/kosciol-sw-wojciecha-na-zawodziu-w-kaliszu


http://elesdia.res.pl/kalisz.php


Zawodzie to taki nasz kawałek Grodu Piastowskiego wewnątrz miasta :) Aż dziw bierze, że pan prezydent jeszcze nie zamienił np. tego kościółka z XI wieku na jakiś supermarket...

Jeśli chcecie to zapraszam na dni Kalisza:
9 - 10 czerwca XVII Jarmark Archeologiczny
godz. 10.00 – 18.00 wg odrębnego programu
Rezerwat Archeologiczny na Zawodziu
org. Muzeum Okręgowe Ziemi Kaliskiej
www.muzeum.kalisz.pl

Następnie przenieśmy się pod ratusz :) Tak wygląda dzisiaj...

źródło: http://www.poltrip.pl/galeria/kalisz-atrakcje-turystyczne,44/46/281/
Na początku nie było wieży -  Niemcy podczas wojny zburzyli ratusz kaliski doszczętnie, a po wojnie został zrekonstruowany i dodano wieżę z zegarem :)

źródło: http://fotoforum.gazeta.pl/72,2,784,44047727,44047727.html

źródło: http://fotopolska.eu/Kalisz/b3945,Ratusz.html
Tak prezentował się ratusz w 1976 roku :) Niby paskudny, ale stwierdzam, że swój urok miał, zwłaszcza z tymi starymi samochodami w tle :))

Teraz pokażę Wam taki szczególny kaliski pomnik... Ale zanim go ujrzycie, zarysuję Wam najpierw skąd pomysł na taki zabytek. Kiedyś w tym miejscu, gdzie teraz ów pomnik się znajduje, płynęła rzeka.

źródło: http://www.info.kalisz.pl/fotokal/babina.htm
źródło: http://www.info.kalisz.pl/fotokal/babina.htm
źródło: http://www.info.kalisz.pl/fotokal/babina.htm
Teraz, to miejsce wygląda tak: (pierwsze zdjęcie poniżej jest wykonane w tym samym miejscu, co pierwsze ponad tym nawiasem - chciałam Wam pokazać różnicę między "dawniej" a "dziś")


I reszta dawnej rzeki (pomiędzy dwoma ulicami, na dawnej rzece znajduje się skwer):

http://www.parki.org.pl/parki-miejskie/planty-miejskie-w-kaliszu


http://www.calisia.pl/articles/15840-brud-na-plantach
http://www.polskiekrajobrazy.pl/Galerie/276:Wielkopolska/70273:Kalisz_ul._Babina.html
Pytanie stulecia zatem brzmi: co stało się z rzeką?

Podczas wojny Niemcy starali się zniszczyć miasto. Wiele mieli pomysłów, miasto praktycznie odrodziło się jak feniks - z popiołów. W kwestii rzeki, najeźdźcy wpadli na to, aby ją zasypać... książkami z kaliskich bibliotek. Rzeka przestała istnieć, a ku pamięci wszystkim książkom, powstał jedyny w Polsce Pomnik Książki (który ma wartość historyczną...).

http://www.wiadomosci24.pl/artykul/pomnik_ksiazki_156608.html
http://www.panoramio.com/photo/22380713

Gdzie udamy się następnie? Hmmm... Myślę, że chwila odpoczynku przy kaliskim teatrze będzie w tym momencie zasadna :)

http://dawidborowiak.pl/nowy-wicedyrektor-kaliskiego-teatru-czyli-kto-komu-daje-stanowisko/

Postaram się teraz pokazać Wam katedrę św. Mikołaja w Kaliszu z 1253r., ale to tylko "postaram się", bo jest zbyt duża, żeby swobodnie uchwycić ją na jednym zdjęciu i pokazać cały jej urok :)

http://www.panoramio.com/photo/22715856
http://smolbattle.ru/index.php?showtopic=16013
http://smolbattle.ru/index.php?showtopic=16013

No i oczywiście mosty :) Mosty wszędzie! ;) Mamy ich tu chyba na chwilę obecną około 37 (dokładnie nie jestem pewna, takie dane mają tylko wykwalifikowani przewodnicy, bo to się ciągle zmienia) :) Oto kilka najciekawszych mostów:

Most kamienny (jeden z najstarszych):
http://elesdia.res.pl/kalisz.php
Uroczy mostek w parku miejskim:
http://www.skyscrapercity.com/showthread.php?t=531542
Nooooo, tego mostu pominąć nie mogę :))) Choć nie jest najpiękniejszy i ciężko go znaleźć, bo znajduje się w parku, to jednak ma dla mnie ogromną wartość :) Na nim właśnie, 5,5 roku temu mój M. zapytał mnie czy z nim będę :)) I jestem - już 2009 dni :D
http://www.skyscrapercity.com/showthread.php?t=531542

Most w Piwonicach - jest to magiczna przemiana brzydkiego kaczątka w łabędzia. Jeszcze parę lat temu, przejazd przez ten most groził co najmniej urwaniem koła, o ile nie wpadnięciem do rzeki przez jedną z dziur lub niezabezpieczonym osuwiskiem przy krańcach drogi...


I taka przemiana:

http://www.inwestycje.kalisz.pl/viewtopic.php?p=72351

A teraz powrócę do powodów mojego oburzenia... Spójrzcie na to:

http://fotopolska.eu/Kalisz/b31696,Dworzec_PKS_stary.html
Tak wyglądał kiedyś dworzec PKS w Kaliszu. Kipi PRL-em, ale miał urok. W dodatku został uznany jako zabytek. Wiecie co się z nim dzisiaj dzieje? "Kochany" prezydent mojego miasta sprzedał teren razem z gmachem dworca pod budowę galerii handlowej.

http://kalisz.naszemiasto.pl/artykul/1689535,kalisz-kolejny-etap-budowy-galerii-amber-zakonczony-grupa,id,t.html
Kpina jakaś. W Kaliszu ostatnimi czasy ciągle przybywa centrów handlowych, które świecą pustkami, bo przy takim bezrobociu, które wbrew pozorom ciągle rośnie - nikogo nie stać na zakupy w takich miejscach. Więc i sklepy nie mają się z czego w tych wszystkich galeriach utrzymywać, bo czynsze są kosmiczne. Dlatego przechadzając się kaliskimi galeriami na pewno uderzy Was to, że co trzeci sklep jest zlikwidowany... To samo tyczy się śródmieścia - co trzeci lokal pusty, a połowa z tego, co zostało to banki. Przykre...

Kolejny mój powód do zdenerwowania:


Koszary Godebskiego. Zabytek. Doprowadzony do takiej ruiny:



Obraz nędzy i rozpaczy... I zamiast się zabrać za odnowienie tego zabytku i może umieszczeniem tam jakiegoś wartościowego muzeum, to "mądry" prezydent Kalisza postanowił, że w tym właśnie miejscu powstanie.... Biedronka. Chyba już setna Biedronka w tym mieście (oczywiście przesadzam, ale jak na 120 tysięczne miasto, tyle Biedronek ile jest, to jest wystarczająco, a przecież mamy jeszcze oprócz Biedronek całą masę innych marketów...). Ale co tam, niech będzie jeszcze jedna...

Ale żebym się naprawdę zdenerwowała, to potrzeba przecież jeszcze jednego powodu. Oto Hotel Prosna:





Hotel też ma statut zabytku, jest w Kaliszu od zawsze. Nie jest jakiś specjalnie urodziwy, ale jest swego rodzaju symbolem tego miasta. I przedwczoraj dotarła do mnie informacja, że.... surprise, surprise! Chcą go wyburzyć i postawić na jego miejscu obiekt handlowy! Bo windy i korytarze są za wąskie na dzisiejsze standardy i budynek nie może już dłużej być hotelem... Do tej pory nikomu to nie przeszkadzało - przede wszystkim gościom hotelu czy firmom robiącym tam meetingi i prezentacje. Też macie wrażenie, że to "niespełnianie nowoczesnych standardów" to tylko pretekst do podania pieniążków pod stołem, żeby bogaty inwestor mógł pobudować coś, co nikomu nie jest potrzebne?

Serce mi się łamie co ten człowiek robi z moim miastem... Tylko pojawi się jakiś inwestor w obiekty handlowe, a on im własną duszę zaprzeda, byleby tylko kolejną galerię pobudować... Jak na niezbyt duże miasto mamy już 3 naprawdę duże galerie, a do tego cała masa marketów - tylko kupować nie ma komu, bo ludzi nie stać. Kalisz umiera. Młodzi ludzie uciekają stąd masowo, bo jedyne, co Cię tu po studiach czeka, to praca w sklepie po 20 godzin za jakieś marne grosze. A i tak sklep zamkną, bo nie ma kto w nim kupować... Paranoja... :(

Pokazałam tylko ułamek z tego, co można w Kaliszu i okolicach podziwiać :) Mam nadzieję, że ktoś się kiedyś skusi na wizytę w moim mieście :) A na sam koniec - gdzieś tu obecnie mieszkam, zgadujcie gdzie :D

http://www.panoramio.com/photo/22716036


A na poprawę nastroju.. Tak wygląda moje miasto nocą :)






Wszystkie zdjęcia użyte w tym poście pochodzą ze źródeł internetowych i mają na celu tylko i wyłącznie promocję miasta.