Mam nadzieję, że teraz już nic mi nie stanie na przeszkodzie w pisaniu, bo prawdę mówiąc zbieram się do napisania tego posta już chyba z tydzień, ale jak dotąd z dość marnym efektem. Szkoda czasu na wymienianie owych przeszkód, w każdym razie bardzo liczę na to, że już się nie pojawią i będę mogła bywać tutaj dokładnie tyle czasu ile powinnam :) I z tej okazji dzisiaj będzie dużo czytania, więc nie pogniewam się, jak ktoś nie dotrwa do końca ;)
Tradycyjnie, wydarzenia w moim życiu galopują na oślep, zmieniają się z prędkością światła, niosą za sobą różne nastroje i emocje - raz jest wybitnie źle, raz bajkowo dobrze... Wolałabym, żeby zawsze było bajkowo dobrze, albo chociaż dobrze, bo takie gwałtowne skoki nastrojów związanych z różnymi sytuacjami są bardzo nieprzyjemne...
Ciągle brakuje nam pieniędzy na realizację swoich marzeń... Wczoraj moi dziadkowie opowiadali o weselu, na którym byli nasi sąsiedzi - możecie mi wierzyć, jak słyszę o takich rzeczach to krew się we mnie gotuje, bo gdybym to ja miała do dyspozycji
taką kasę, to mało, że wyprawiłabym wesele, to jeszcze postawiła niemały dom i go wykończyła co do najdrobniejszego szczegółu... Podobno młoda para wyprawiła wesele na ponad 260 osób, dodatkowo wesele trwało 3 dni, jedzenia i picia było do oporu, każdy z gości miał zagwarantowane 3 noclegi w nie byle jakich hotelach, orkiestrę sprowadzili z drugiego końca Polski, bo taki mieli kaprys, i każdy z gości, nie para czy rodzina, ale każda pojedyncza osoba będąca na weselu, oczywiście pełnoletnia, dostawała ćwiartkę i paczkę z ciastem...
Płakać mi się chce, naprawdę... Niektórzy ludzie są tak obrzydliwie bogaci, żyją jak królowie a ja bym po prostu chciała założyć rodzinę, już nawet odpuściłam w czasie marzenia na moje własne M, w zupełności zadowolę się spółdzielczym mieszkaniem czynszowym... Po prostu chcę w końcu mieć męża, którego nie mam tylko dlatego, że nie mamy pieniędzy na wesele i utrzymanie się chociaż w przeciętnym standardzie (bo stać nas na mieszkanie, ale będziemy musieli liczyć pieniądze co do grosza, prosić rodzinę o pomoc finansową, a o dzieciach możemy zapomnieć, bo zanim byśmy się odbili finansowo, to dużo czasu minie...).
Nie wiem ile pracy mnie czeka w tym roku akademickim, ale bardzo liczę na to, że w miarę sprawnie sobie z tym wszystkim poradzę, żeby móc podjąć jakąś pracę w elastycznych godzinach. Wierzcie mi, że gdybym zarobiła chociaż 500 zł miesięcznie, to moglibyśmy zacząć myśleć o znalezieniu mieszkania, a za jakiś czas o ślubie...
Bardzo mi zależy na tym wszystkim, bo nasz związek cierpi przez to, że jesteśmy już ze sobą dosyć długo, a nawet nie mieszkamy razem. Tyle się rodzi niepotrzebnych bzdurnych sporów, które nie miałyby miejsca, gdybyśmy chociaż mieszkali ze sobą, a dają nam one mocno w kość, osłabiają nasze relacje, dają złudzenie, że nie jesteśmy ze sobą szczęśliwi. Obydwoje to widzimy i co do tego się zgadzamy, ale te konflikty rodzą się same i wszystko niszczą...
M. nawet do tego stopnia chciałby to wszystko urzeczywistnić (kocham Go jeszcze mocniej za to, jak mu cholernie zależy, żebyśmy w końcu mogli być razem :*), że uważa, że powinniśmy zaliczyć "wpadkę" (oczywiście planowaną, bo co do dzieci się zgadzamy i ich chcemy), bo wtedy cała rodzina się zepnie, żeby nas ochajtać i znaleźć nam mieszkanie, wszystko będzie w trybie ekspresowym, bez tego cudowania co teraz, że musimy o wszystkim myśleć sami, mimo że perspektywy mamy żadne. Poniekąd ma rację, ale ja jednak wolę, żeby wszystko było po kolei, najpierw ślub, potem dzieci. Chciałabym, żebyśmy się pobrali dlatego, że chcemy a nie dlatego że "musimy" (bo dla całego społeczeństwa właśnie tak to będzie wyglądało, że pobraliśmy się tylko dlatego, że dziecko w drodze... Nieważne, że my wiemy swoje, że celowo wpadliśmy, żeby być razem, ale otoczenie by nas truło).
Nie chciałabym, żebyście pisali, że powinnam wrzucić na luz, bo jestem młoda, mam jeszcze czas na rodzinę i tak dalej, bo ja dokładnie przeanalizowałam wszystkie za i przeciw, wiem, że ani teraz nam nie jest łatwo, ani łatwo nie będzie później, kiedy się pobierzemy, bo zamiast tych problemów pojawią się nowe, ale wiem jedno - im dłużej żyjemy osobno, tym gorzej na tym wychodzimy, a nie chciałabym, żebyśmy się kiedyś rozeszli właśnie przez jakąś pierdołę, która wynika z tego, że coraz krócej się widujemy, a każde z nas ma swoje życie... 4 lata bycia razem to sporo, czegoś się już od takiego związku wymaga, a my nie możemy wymagać mimo, że chcemy, bo nie ma pieniędzy na awans choćby w narzeczeństwo...
Rozpisałam się za wszystkie godziny mojej nieobecności ;) Ale musiałam wyrzucić z siebie wszystko, co mnie gryzie. Nie jest mi co prawda lepiej z tego powodu, bo sytuacja się w żaden sposób dzięki temu nie zmieniła, ale przynajmniej może chociaż część z Was zostawi jakieś mądre słowa :)