wtorek, 23 kwietnia 2013

Kolejne dziwne przemyślenia

Podobno nie dostajemy więcej niż potrafimy unieść. Jeśli tak jest, to chyba rzeczywiście byłam już u kresu wytrzymałości, bo w końcu Bóg się zlitował i zdjął ze mnie część tego ciężaru, żebym mogła choć na chwilę odetchnąć. A może się mylę? Może los znów ze mnie zakpi i daje mi promyk nadziei po to, żeby zaraz znów to zabrać i żeby powrót do poprzedniego stanu zabolał bardziej? Któż to wie... Ja wiem jedno - tak długo byłam przytłoczona całą sytuacją, że nawet teraz, kiedy wydawać by się mogło, że może teraz wszystko się ułoży tak jak powinno, ja już nie potrafię ucieszyć się z tego tak jak kiedyś... Zamiast szczerze się uśmiechnąć i nabrać wiatru w żagle, czekam kiedy znów dostanę kopa od losu.

Doszłam do przedziwnego wniosku. Powinnam nauczyć się żyć tylko i wyłącznie dniem dzisiejszym. Nie rozpamiętywać dnia wczorajszego, nie planować dnia jutrzejszego, tylko czerpać szczęście z tego co mam dziś. To jest strasznie trudne, bo o ile da się nie rozpamiętywać tego co już było, o tyle trudno jest zaprzestać planować i patrzeć z wyprzedzeniem na swoją przyszłość. Może to ja sama sobie zgotowałam ten los, bo zaczęłam planować, dążyć do spełniania swoich marzeń, zatracając przy tym całą beztroskę i radość życia? Skoro dążąc do szczęścia staję się nieszczęśliwa, może powinnam po prostu być szczęśliwa nie starając się do tego szczęścia dążyć?...

Ciężko, zwłaszcza, że mam kilka marzeń i nawet nie potrafię opisać jak bardzo chciałabym, żeby się spełniły... Bez mojej pomocy na pewno się nie spełnią, więc jak tu być mądrym? Dopomagać im mimo, że tyle mnie to kosztuje, czy zostawić los jego własnemu biegowi?

Nie potrafię ogarnąć swojej psychiki. Naprawdę. 

Ile tak jeszcze wytrzymam? Miesiąc, dwa? Więcej nie.
Niech ktoś rozplącze moje myśli, błagam...


wtorek, 9 kwietnia 2013

If you don't understand my silence...

 ...how will you understand my words?



Nie, nie mam już siły. Starałam się, ale jednak to ponad moje możliwości.
Czasem, gdy jest człowiekowi naprawdę źle, pozostają mu marzenia.
Ja już nie marzę - za bardzo boli mnie ciągłe zderzanie się z rzeczywistością.
Nie potrafię już tego unieść, to dla mnie za dużo.
Zapomniałam już czym jest radość z życia.


Jedynym chyba, paradoksalnym, ale zawsze - plusem tej całej sytuacji jest to, że przynajmniej zdaję sobie sprawę z tego, że popadam w depresję.


środa, 20 marca 2013

Meanwhile in my mind...

Nie wiem jak mam ubrać w słowa mój obecny stan.
 
Zagubienie? To na pewno. Nie wiem co mam zrobić. Pracy już mi się odechciewa szukać, wątpię w siebie, wątpię w ludzi... Utknęłam i czuję jedną wielką niemoc, żeby jakoś się wydostać.
 
Smutek? O tak, przygniatający wręcz. Czegoś w moim życiu brakuje i coraz bardziej daje mi się to we znaki. W sumie zaczynam sobie zdawać sprawę cóż to jest, ale boję się to powiedzieć.
 
Żal? Też. Do wszystkich, i do nikogo. Do konkretnych osób i do ogółu ludzkości. O wszystko i o nic. O konkretne sytuacje, i zasadniczo o całokształt.
 
Słabość? W każdym wymiarze. Ani psychicznie nie mam już na nic siły, ani fizycznie. Czy to wina przesilenia wiosennego, przygnębiającej pogody, czy też moich wewnętrznych walk, sporów i niepokojów - nie wiem. Ale efekt jest jaki jest.
 
Niemoc? Owszem. Robię co tylko mogę, a mimo to nic się nie zmienia na lepsze. Wszystkiego się odechciewa.

Wszystkie te emocje upchnięte w jednym, niezbyt dużym człowieku to za dużo. Nakładają się na siebie i przytłaczają coraz bardziej.
Co prawda moim życiem nie dominują jedynie smutki, bo mam wspaniałego Mężczyznę, rodzinę, ale nie da się tych wszystkich powstałych ubytków załatać tym samym źródłem radości. Jak najbardziej cieszę się z tego co mam, bo mam naprawdę wiele, ale to, co mnie zaczyna miażdżyć od środka, w końcu przełoży się też i na moje szczęście. Jeśli jeszcze przez kilka miesięcy tak się będzie działo, to w końcu będę musiała to z siebie wyrzucić. A tak strasznie nie chcę...

Ciekawe czy jest choć jedna osoba, która z tych wszystkich elementów potrafi złożyć w całość to, co mnie gryzie. Bo to wbrew pozorom jest całość, ale ja staram się tego nie werbalizować. Chyba się boję wprost napisać o co mi chodzi. Jakie to irracjonalne...

Mój blog stał się biały. Chciałabym, żeby był kolorowy, ale kiedy zaczynam nadawać mu barw, czuję się tak, jakby przestawał być mój. Bo moje życie zdecydowanie płowieje z kolorów. Jeszcze jakieś są, ale coraz słabsze. Tutaj jest jedyne miejsce, w którym mogę zdjąć uśmiech z twarzy i dać upust wszystkiemu, choć i tak sama przed sobą przyznaję, że boję się powiedzieć co myślę i co mnie boli najbardziej.
Chciałabym komuś to wszystko powiedzieć w nadziei, że może zrobi mi się lżej i jakimś cudem znajdzie się rozwiązanie na wszystko, a jednocześnie nie mam zamiaru dzielić się tym, co czuję, nie chcę rozmawiać. Zamykam się sama w sobie z tym wszystkim wierząc, że jeśli to nie ujrzy światła dziennego, to przestanie istnieć...
To się kupy nie trzyma, ale tak właśnie wygląda moja psychika ostatnimi czasy.


czwartek, 28 lutego 2013

Jestem jeszcze bardziej zła niż byłam.

Moje drogie, jak piszę, że w ataku euforycznej radości macie mnie ściągać na ziemię, to tak właśnie jest. Już trochę (niewiele, ale zawsze trochę) na tym świecie żyję i zdążyłam się przekonać, że ja już tak mam, że jak coś jest dobrze, to zaraz dla równowagi coś zaczyna być źle. Od tego nie ma wyjątków...

Tak też jest i tym razem - choć mojej teściowej jednak najprawdopodobniej kontrakt za granicą przedłużą i już zaczynałam się cieszyć, to za to ja zostałam zwolniona. To nie żart, choć śmiech na sali jest...

Zależało mi na tej pracy. Może nie byłam do końca do niej przekonana, ale nie można mi zarzucić, że mi nie zależało. Starałam się robić wszystko najlepiej jak potrafię, robiłam sobie notatki z tego, czego nie umiem, żeby na przyszłość już wiedzieć, wykonywałam wszystkie polecenia szefostwa i co? Dziś mi podziękowano za pracę, od jutra mam nie przychodzić. A już sposób, w jaki to uczyniono, zasługuje chyba na największe owacje.

Z ludźmi na magazynie zdążyłam się polubić, z wzajemnością. Pomagaliśmy sobie wzajemnie - ja im w rozładunku czy spisywaniu towaru, oni mnie przy systemie, itp. Szefów natomiast w głębi duszy miałam za nowobogackich buców i jak się okazuje, nie pomyliłam się.

Szefowie wyjechali na dwa dni, wczoraj i dziś. Ale zdążyli zostawić magazynierowi kopertkę i instrukcje. Siedzę sobie dziś w biurze i wchodzi ów magazynier. Daje mi kopertę i z miną skazańca tłumaczy się, że szefowie kazali mu tu do mnie przyjść, dać mi tę kopertę z zapłatą za luty i przekazać, że od jutra mam nie przychodzić. Osłupiałam. Tyle, o ile była jakaś szansa, że nie sprawdzę się na tym stanowisku, to nie spodziewałam się, że nie stać ich będzie na powiedzenie mi tego osobiście.

Po piętnastu minutach dotarło do mnie co się stało i zadzwoniłam do mamy. Powiedziałam jaka jest sytuacja, i choć sama wiedziałam, że pierwsze co, to muszę to wyjaśnić z którymś z szefów, to jednak wolałam zasięgnąć porady co ja mam w ogóle powiedzieć, itp. I dobrze zrobiłam, bo nie dostałam wypowiedzenia, a umowa istniała i to na czas nieokreślony - jeszcze by się okazało, że wyparliby się, że kazali coś takiego magazynierowi powiedzieć i to ja sobie bez powodu przestałam przychodzić do pracy, bo żadnego wypowiedzenia umowy nie było. Zadzwoniłam do szefa. Po półtorej godziny w końcu udało mi się z nim zamienić słowo ;] Powiedział mi, że nie sprawdziłam się, że jednak oni oczekują czegoś więcej od osoby na tym stanowisku, że nie mam pojęcia o prowadzeniu biura... Myślałam, że mnie krew zaleje. Robiłam wszystko, co mi powiedzieli, że mam robić, zajmowałam się nawet rozliczaniem faktur, choć to już broszka księgowej, ale to za mało. Powinnam się znać na finansach, rozliczaniu pracowników i innych tego typu rzeczach. Bo, choć nie powiedzieli tego wprost, to jasno zrozumiałam o co chodzi - chcą mieć księgową i sekretarkę w jednym, bo teraz muszą zatrudniać dwie osoby - księgową i sekretarkę, a im się marzy więcej kasy i zamiast dwóch pracowników wolą zatrudnić jednego, który będzie zapierdalał za dwóch.

Czuję się wykorzystana, bo teraz widzę, że oni już od początku wiedzieli, że podziękują mi po miesiącu, jak tylko im ten burdel ogarnę (bo poprzednia dziewczyna się na nich wkurzyła, zwolniła się i zostawiła ich ze wszystkim, a oni nie wiedzieli w co ręce włożyć) i to za psie pieniądze, bo wiadomo, że nie pracowałam za normalną kasę, bo to był okres próbny. Od początku mówiłam o tym otwarcie, że na księgowości i finansach się nie znam, a mimo to mnie zatrudnili. I teraz nagle zaczęło im to przeszkadzać? Pewnie nie, od razu wiedzieli, że biorą mnie do pracy na krótki okres czasu, bo mają bałagan w papierach oraz towar ma przyjechać i trzeba będzie do UC dostarczyć tłumaczenie faktur (a za profesjonalne tłumaczenie ktoś by ich sporo skasował).

Bycie chociaż w 80% szczęśliwą chyba nie jest mi pisane. Zawsze coś się posypie jak tylko zaczynam sobie wszystko układać...

czwartek, 21 lutego 2013

Jestem zła.

Nie potrafię nawet zebrać myśli, żeby coś napisać...
Cóż mogę powiedzieć - nadal mam mieszane odczucia co do mojej nowej pracy. Przyczyn jest kilka, choć pośród nich przodują dwie: po pierwsze - nudzi mi się tam okrutnie, a po drugie - nie wiem czy powinnam była wiedzieć dlaczego moja poprzedniczka już nie pracuje na stanowisku, które objęłam ponad tydzień temu. Z jednej strony dobrze, że wiem, a z drugiej zaczynam się negatywnie nastawiać co do tej pracy. I bądź tu człowieku mądry...
A tak przede wszystkim jestem zła.
Głównie dlatego, że najprawdopodobniej teściowej nie przedłużą kontraktu za granicą i będzie zjeżdżać do kraju. Ku*wa! Będzie kibel, zwłaszcza finansowy... A już było dobrze, a już się wszystko zaczynało układać... Mogłam przewidzieć, że robi się zbyt pięknie. Prawdopodobnie przyjdzie nam teraz dzielić mieszkanie z mamą M., mama M. nie będzie przecież od razu miała pracy, więc koszty życia z dwóch marnych pensji przyjdzie nam podzielić na trzy, a na domiar złego, o najlepszych przyjemnościach, czyli upojnych chwilach we dwoje będziemy mogli śmiało zapomnieć. Nic nam już z życia nie zostanie...
Jeśli jeszcze kiedyś coś mi się zacznie układać, a ja zacznę się tym ekscytować, to błagam, niech mnie ktoś skutecznie ściągnie na ziemię i przypomni, że przecież ja zawsze, prędzej czy później, mam pod górkę...
A oprócz tego jestem zła, bo, może dla niektórych to grosze, ale dla mnie osiem tysięcy złotych to dosyć spora gotówka, a przez to, że nie jestem w stanie wejść w jej posiadanie, przeszedł mi koło nosa naprawdę fajny, przyszłościowy i rodzinny samochód.

Czyli podsumowując, zimowa (choć nie do końca spowodowana pogodą) deprecha gotowa.

Panie Boże, miej litość, albo chociaż daj mi siły...

czwartek, 7 lutego 2013

Pewna historia + przemyślenia bliźniaczki


Coś w tej filozofii chyba jest. Mam, a właściwie miałam za dużo wolnego czasu, kiedy M. jest w pracy siedzę (siedziałam) cały dzień sama i chcąc nie chcąc, nachodziło i nadal nachodzi mnie wiele przemyśleń.

Chyba mogę się już pochwalić, że udało mi się znaleźć pracę. Pełny etat, osiem godzin siedzenia w biurze, utrzymywanie kontaktów z zagranicznymi klientami :) Mam nadzieję, że w praktyce okaże się równie fajna i przyjemna co z opowiadań szefostwa na rozmowie :)
W ogóle ciekawa historia z tą pracą - zasiadam rano do laptopa i jako, że mam już wyrobiony odruch uruchomienia wszystkich możliwych stron z ofertami pracy, zaczynam otwierać wszystkie zakładki. Na jednej ze stron ukazało się ogłoszenie pt. "Zatrudnię pracownika biurowego". Klik. Przeglądam wymagania. Wołam M. i prezentuję mu ogłoszenie, pokazując każdy podpunkt wymagań na to stanowisko: pierwsze - spełniam, drugie - spełniam, trzecie, czwarte, piąte - spełniam. M. patrzy się na mnie i oznajmia, że mam tam wysłać CV. OK, loguję się na pocztę, załadowuję CV, kilka słów skrobnęłam, że chętnie umówię się na spotkanie i klik - wysłano. Stwierdziwszy, że nie ma już żadnych ani mniej ani bardziej interesujących ofert, odwiedziłam jeszcze FB i wyłączyłam komputer. Idę do kuchni - stop, telefon dzwoni. Nie znam numeru, ale odbieram.
"Dzień dobry, XY, firma Z z tej strony, czy z panią Eweliną mam przyjemność?" - odzywa się głos w słuchawce. No oczywiście, że ma ze mną przyjemność, zatem pan kontynuuje: "Wysłała do nas pani swoje CV dzisiaj, zgadza się?" - no, zgadza się, więc pan oznajmia, że "Chcielibyśmy panią zatem zaprosić do nas na rozmowę, czy dzień jutrzejszy, godzina 12:00 pani odpowiada?". No odpowiada, przecież jestem prawie bezrobotna :D (ale to już zostawiłam dla siebie, wersja oficjalna była, że mi odpowiada) ;) "Zatem jesteśmy umówieni, do zobaczenia!"
Dzień jutrzejszy stał się dzisiejszym, godzina 11:30 - wyruszam z domu. Oczywiście na miejscu jestem o 11:45, nie o 12:00, ale co tam, idę. To jest moja zmora - przesadna punktualność. Wolę być dużo za wcześnie, niż nawet minutę za późno. Ale do rzeczy. Wchodzę, wita mnie dwóch jegomości - właściciele. Nie zwykłam owijać w bawełnę istotnych dla mnie spraw, więc pochwaliłam się kwalifikacjami, podkreślając, że nadaję się na to stanowisko, ale zaznaczyłam też, że jestem lektorem w pewnej szkole językowej, przedstawiłam kiedy tam pracuję, na co panom miny nieco zrzedły. Myślę sobie - no przecież w CV jest jak byk napisane, że tam pracuję w takich i takich godzinach, w tym i tym dniu, to skoro mnie zaprosili na rozmowę, to chyba są tego świadomi? Ehh, powiedzieli, że do końca tygodnia podejmą decyzję czy mnie zatrudnią, po czym pożegnaliśmy się i pojechałam do domu. Już w drzwiach oznajmiłam M., że nic z tej pracy nie będzie, bo koliduje ona lekko z moimi zajęciami w szkole i panom to chyba mocno przeszkadzało. Trudno, nie pierwsza osoba mi podziękowała z tego powodu (lub dlatego, że się uczę - ale do jasnej Anielki, wszystko jest w CV, więc po co mnie zapraszają na rozmowy, skoro już z góry wiedzą, że pracuję w szkole językowej i uczę się zaocznie, i że im to będzie przeszkadzało? Bez komentarza...). Jakoś to przełknęłam, po czym poczułam wewnętrzną potrzebę... pozmywania naczyń :D Ledwo zamoczyłam ręce w misce, dzwoni telefon. Odbieram i słyszę w słuchawce: "Dzień dobry pani Ewelino, X Y z tej strony, firma Z, była pani u nas dzisiaj na rozmowie. Chciałem panią poinformować, że zdecydowaliśmy się podjąć z panią współpracę i w związku z tym chciałem panią zaprosić jutro do nas w celu omówienia warunków zatrudnienia" :D Tego się kompletnie nie spodziewałam, ale niemniej ucieszyłam się ogromnie :)

I teraz przemyślenia. Pewnie zastanawiacie się kim jest bliźniaczka :) To ja - mój znak zodiaku, co jest dość istotne w tej sprawie, bo słynie on ze zmienności i ogólnej niestabilności :D
Nie lubię niepewnych sytuacji, niesamowicie podoba mi się wizja pewnego zatrudnienia na dłuższy czas, bo właśnie coś takiego zaoferowała mi owa firma, ale też nie lubię nudy i monotonii. Zaczęłam się zastanawiać, jakim cudem niektórzy ludzie spędzają większość swojej kariery zawodowej w jednym miejscu! Bo prawdę mówiąc, choć wizja pracy w tej firmie mi się bardzo podoba, to jednak mimo tego optymizmu nie widzę siebie tam np. za 5 czy 10 lat. Nie pomyślcie sobie, że mi odbija i szukam dziury w całym, co to, to nie! Szalenie się cieszę, że w końcu udało mi się znaleźć w miarę pewne źródło dochodu i to na dłuższy czas i pokładam w tej pracy sporo nadziei na ułożenie sobie życia w końcu, ale po prostu znam siebie, swoją naturę i zastanawiam się, czy ta praca da mi to coś, co sprawi, że poświęcę się jej na dobre. Do tej pory nic takiego mi się jeszcze nie przytrafiło, nie potrafię sobie siebie wyobrazić w mojej wymarzonej pracy - taka nie istnieje. A przynajmniej nie byłaby to jedna praca. Żadne zajęcie nie jest w stanie zaabsorbować mnie na dobre, bo prędzej czy później temat staje się dla mnie oklepany i zaczynam szukać nowych wyzwań. I to wcale nie chodzi o życie na pełnych obrotach - po prostu czasem właśnie wyobrażam sobie siebie w pracy spokojnej i statecznej, jak właśnie praca biurowa, a innym razem mam ochotę na jakieś wyzwanie, na sprawdzenie siebie w czymś kompletnie nowym lub o wiele bardziej wymagającym.

Znając życie, pewnie i tak będę trzymać się tej pracy tak długo, jak tylko się da, bo rynek pracy jest jaki jest i na szaleństwa nie pozwala, ale kto wie, może za te kilka lat, kiedy zacznę się wypalać zawodowo, nadarzy się okazja na zmianę miejsca zamieszkania, zmianę pracy i nowe wyzwania :)

Niemniej, teraz jest czas na radość - w końcu sytuacja ulega poprawie :))) Oby tak dalej!

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Mętlik

To siedzenie w domu wkrótce doprowadzi mnie do szału. Fakt, taki odpoczynek był mi potrzebny, ale co za dużo to niezdrowo, już wystarczy. Ale to nie jest wcale takie proste - co prawda ferie się skończyły i będę raz na jakiś czas chodzić do pracy, ale potrzebna mi jest jakaś stała i poważnie płatna praca (nie to co te żartobliwe dwie godziny w tygodniu w szkole językowej... Mam na myśli normalne zarobki w granicach chociaż tej najniższej krajowej).

Ale w tej kwestii cisza. Kilkanaście razy na dobę przeglądam strony z ofertami pracy, ale jak dotąd zero odzewu. Jeśli do czerwca ten stan się nie zmieni, to będę zmuszona zawiesić studia i jechać za granicę lub przenieść się do większego miasta i tam próbować swoich sił. A szansa, że się nic nie zmieni jest spora - sama już się zdążyłam przekonać, że po skończeniu studiów nie mogłam przez kilka miesięcy znaleźć pracy. Do czerwca w nędzy jakoś dociągnę, ale później będzie źle, bo w wakacje raczej nikomu nie pali się do nauki języka, umowa ze szkołą językową mi wygaśnie i pozostanę bez środków do życia.

Ogólnie robi mi się mętlik w głowie, który niestety pogłębia się i któregoś dnia będzie miał potężne skutki. Może nie jutro, nie za tydzień, nie za miesiąc, ale sądzę, że do tego "magicznego" okresu czerwca mój mętlik osiągnie apogeum i będzie to już jawne załamanie nerwowe. Wiele spraw nawarstwia się i nakłada na siebie, a ja nie jestem w stanie nic z tym zrobić. Nie teraz. Na chwilę obecną, po logicznej analizie mojej sytuacji uznałam, że jednak muszę wykazać się cierpliwością - te kilka miesięcy musi minąć, zanim cokolwiek się wyjaśni, ustabilizuje bądź też na odwrót - nastąpi całkowita dezorganizacja. Próba jakiegokolwiek działania teraz nic nie da, wręcz może zaszkodzić. A niestety, coraz więcej złych emocji się we mnie zbiera i obawiam się chwili, kiedy te wszystkie żale i pretensje w końcu postanowią wyjść na światło dzienne.
Nie wiem jak wytrzymam te 150 dni jednej wielkiej niepewności.