sobota, 15 września 2012

...

M. wyjechał. 
Jest ponad 1000 km ode mnie. 
Niby tylko na 5 dni, ale dla mnie to 5 długich dni bez całego mojego świata. 
Cząstka mnie wyrwała się i pojechała hen, na zachód, z Nim. 
Na samą myśl, że go nie ma, że jestem w Jego mieszkaniu, takim pustym, pełnym Jego rzeczy, chce mi się płakać.
Ciężko mi... 
Staram się wypełnić sobie czas do granic możliwości, ale wystarczy chwila, że pomyślę, że go nie ma i łzy same stają mi w oczach... 
Wróci - wiem, teraz to już w zasadzie 4 dni. Ale nawet tylko godzina bez Niego, to aż godzina, a co dopiero 4 dni...

Najgorsza jest świadomość tylu kilometrów, które nas dzielą...


Krzysztof Kiljański & Kayah - Prócz Ciebie nic

środa, 12 września 2012

Babskie sprawy - nadwaga

Ostatnio oglądałam pewien lifestyle'owy program pt. "Sexy dieta" *. Bohaterkami odcinków są kobiety, które, głównie przez własne niedbalstwo, złe nawyki żywieniowe i niekorzystny dla zdrowia tryb życia, przybrały na wadze i nie potrafią znaleźć w sobie motywacji, żeby schudnąć. 

Zazwyczaj patrzałam na to bez większych emocji. Większość tych kobiet przytyła po ciąży i zamiast od razu wziąć się za siebie, kontynuowały wszystkie złe nawyki. Ciężko się utożsamić z kimś, kogo sytuacja jest zupełnie inna niż nasza, ponieważ nie jestem osobą grubą. Mam wręcz kilka kilogramów niedowagi, więc problemy z nadwagą od czasów liceum są mi kompletnie obce.

Jednak kiedy obejrzałam odcinek, którego bohaterką była dwudziestosiedmioletnia eks-tancerka, szczęka mi opadła. Dwa lata wstecz była szczuplutką, wysportowaną dziewczyną, natomiast kiedy porzuciła taniec dla kariery zawodowej (praca biurowa), przez te dwa lata przytyła... 20 kg! Możecie sobie wyobrazić, że omal nie spadłam z krzesła...

Dziewczyna pochłaniała tony smażonych lub gotowych potraw, jadła czekoladę i inne słodycze na potęgę, jej styl życia nie przewidywał zbyt dużo ruchu... Kiedy tańczyła, ruch pozwalał jej spalać te wszystkie puste kalorie, ale odkąd "usiadła" za biurkiem, wszystko zaczęło się odkładać na brzuchu i udach.

Patrzałam na to ze zgrozą... Widziałam przecież... siebie. Tak, siebie. Jem stanowczo za dużo czekolady i czipsów. Pochłaniam również całą masę smażonych rzeczy. Czasami dołączam do diety dania gotowe lub z papierka. Mój tryb życia przestaje uwzględniać ruch - staram się o pracę biurową, czyli siedzenie po kilka godzin dziennie... Zdaję sobie sprawę, że mam dobrą przemianę materii i ciężko mi nadrobić nawet te kilogramy, których mi do normalnej wagi brakuje, ale przecież to nie będzie trwało wiecznie. Co jeśli przegapię ten moment osiągnięcia prawidłowej wagi i zacznę niezdrowo tyć?

Przeraziłam się. Uświadomiłam sobie, że nawet wtedy, kiedy nie musimy zbytnio przywiązywać uwagi do tego, co jemy, bo nie odbija się to na naszej figurze, to warto jednak ograniczyć niezdrowe jedzenie i dołączyć do codziennego życia trochę ruchu. Nie chcę któregoś pięknego dnia zobaczyć siebie w lustrze w wersji XXL tylko z powodu własnego niedbalstwa... Nic nie jest wieczne, więc może warto się zatroszczyć o niektóre rzeczy, póki jeszcze się je ma, zamiast potem desperacko dążyć do dawnej wspaniałości, winiąc się na każdym kroku za obecny stan rzeczy?...

Dostałam motywację, żeby wziąć się za siebie, zacząć zdrowszy tryb życia. Muszę wzbogacić swoje umiejętności kucharskie o przygotowywanie potraw bez takiej ilości tłuszczu, postawić na pieczenie i gotowanie. Mam zamiar również przeprosić się z warzywami, bo obecnie oprócz ogórka i pomidora, które kładę na śniadaniowych kanapkach, nie jem warzyw. Z kawy (której ilość mogę chyba liczyć już w hektolitrach) akurat rezygnować nie muszę, ponieważ doczytałam, że ta kawa, którą pijam, nijak nie szkodzi zdrowiu, bo jest naturalna i dolewam do niej mleko, więc plus, że będę się nadawała zimą i jesienią do życia :)

Pora wziąć się za siebie, póki jeszcze niczego nie zepsułam :)


*Link do odcinka znajduje się pod nazwą programu, jeśli mi któraś z Was nie wierzy, to poświęćcie około 40 min na obejrzenie go...

sobota, 8 września 2012

Znów o pracy ;)

Dogodzić Polakowi to naprawdę trudne zadanie ;) A że ja Polka z krwi i kości, to i mnie dogodzić ciężko :)


Z czym tym razem? Ano z pracą. Dwa miesiące narzekałam, że nigdzie nie mogę znaleźć pracy. No i teraz, pod koniec sierpnia coś zaczęło drgać do przodu, ale... Drgnęło jedno, drgnęło drugie... Drgnęło i trzecie, a za trzecim czwarte... Za czwartym piąte!... I jest klops :D Jak tak, to pracy nie było i było źle. Teraz praca jest, ale mam taki wybór, że nie wiem co mam zrobić! I też jest źle...

Tym bardziej nie wiem co zrobić, bo połowa ofert to oferty stażu z UP, a te wykluczają pracę jeszcze gdzieś indziej, na innym etacie, bo UP daje mi staż dlatego, że jestem bez pracy i znaleźć jej nie mogę, a jak znajdę, to stażu nie ma. A staż ma to do siebie, że liczy się do lat pracy, gwarantuje mi trzymiesięczne zatrudnienie po stażu i mam pewną pensję przez ten cały czas. Natomiast oferty, które znalazłam i rozmowy kwalifikacyjne zakończyły się sukcesem, to oferty pracy w zawodzie (nauczyciel języka obcego), ale na tzw. "śmieciowe" umowy i bez gwarantowanego zarobku (zarobek zależy od tego ile i jakie grupy dostanę), czyli może się zdarzyć, że zarobię 1000 zł, ale równie dobrze może być tak, że dostanę w porywach 200 zł na miesiąc... I co mnie bawi najbardziej to to, że mój potencjalny pracodawca zastrzegł sobie, że chce mieć pracowników na wyłączność, to znaczy, że jeśli uczę u niego w jego szkole, to nie podejmuję pracy nigdzie indziej! Jeszcze gdyby proponował stałe, sensowne wynagrodzenie, to wzięłabym tę pracę pod uwagę, ale w tym wypadku... Tracę możliwość zdobycia doświadczenia zawodowego, ale zyskuję pewniejszy zarobek. Kompletna paranoja.
Bardziej kusi mnie staż, ale... Znów jakieś ale. Mam taki wybór w tych stażach, że nie potrafię się zdecydować tak na 100%. Bo staże, które mi zaoferowano, są w dosyć prestiżowych firmach... W jednym wypadku, po zakończonym stażu są szanse, że przedłużą mi umowę na stanowisko lektora języka obcego (w liczącej się na rynku, bardzo znanej szkole języków obcych), a w drugim - firma jest naprawdę prestiżowa, a stanowisko asystenta dyrektora w takiej korporacji kusi jak cholera!

Na razie jeszcze wszystko wisi w powietrzu luźno, niesformalizowane. Szkole językowej o niepewnych zarobkach nie dałam jeszcze negatywnej odpowiedzi, staż w szkole językowej jest potwierdzony w 80%, a na rozmowę do prestiżowej firmy się zapisałam, i nie wiem co dalej. Najchętniej podjęłabym pracę na obu stażach, ale tak się nie da... W tym przypadku od przybytku głowa... boli ;)

poniedziałek, 3 września 2012

O blogowiczach

To dla niektórych nie będzie miły post. Co prawda nie wytknę tu nikogo po imieniu/pseudonimie/nazwie bloga/adresie bloga itp., ale czytając ten post może niektórzy się z nim utożsamią. 

 

Ostatnio zerknęłam na listę blogów, na które staram się w miarę regularnie zaglądać i niestety stwierdzam fakt, że wielu blogowiczów opuściło albo jedynie mnie, albo ogólnie blogosferę... Tych opuszczających świat blogowy rozumiem, przecież życie prywatne jest zawsze najważniejsze i czasami po prostu nie ma się ani czasu ani ochoty pisać i udzielać się na innych blogach. Sama tak czasem robię. Nie mam za to do nikogo pretensji, z utęsknieniem czekam na takich blogowiczów, aż dadzą znać jak sobie radzą, co u nich słychać.

Ale chciałabym nawiązać do tych, którzy cały czas istnieją aktywnie w blogowym świecie, tylko albo o mnie zapomnieli, albo celowo zerwali kontakt. Żebyście mnie teraz źle nie zrozumieli - nie wymagam komentowania każdego posta, bo przecież jestem człowiekiem i wiem, że nie zawsze ma się coś do powiedzenia albo po prostu nie ma się ochoty udzielać. Ba, czasem nawet nie ma się ochoty chodzić po wszystkich blogach ze swojej linkowni i czytać każdą notkę, bo niektóre, a szczególnie moje, bywają przydługie i po prostu się nie chce. Nie czarujmy się, jesteśmy tylko ludźmi i każdy swoje za uszami ma :)
Ale z przykrością stwierdzam, że niektórzy przestali się udzielać w ogóle, nie odwiedzają mnie (a wiem to dlatego, że blogspot oferuje pokazywanie źródeł ruchu sieciowego), a jeszcze niektórzy wpadają raz za czas i zostawiają komentarz na tzw. "odczepne", bo albo całej notki nie przeczytali, albo nawet nie fatygują się na znalezienie się "w temacie" po nieobecności, gdyż czasem notki są ze sobą powiązane, a nie ma sensu się przecież co chwilę powtarzać, zatem  trzeba by było cofnąć się o jeden post lub dwa, żeby rozeznać się chociaż trochę w całej sytuacji.

Jestem z Wami wszystkimi bardzo związana, przeżywam razem z Wami Wasze smutki i radości. Nie zawsze komentuję, a czasami nawet narobię sobie zaległości, więc siadam i czytam wszystkie pominięte posty. Dlatego jest mi smutno i przykro, jak ktoś z tej mojej blogowej rodziny tak po prostu mnie opuszcza, zapomina, urywa kontakt... Wielu blogowiczów tak się zachowało, wielu się "ulotniło" z mojego świata i pewnie wielu jeszcze tak postąpi, ale za każdym razem jest mi tak samo przykro. Najsmutniejsze jednak jest to, że nie wiem dlaczego tak się te osoby zachowują.  Może gdybym była z kimkolwiek w jakimś konflikcie, to byłoby zrozumiałe, że przestajemy się kontaktować, bo się po prostu poróżniliśmy, ale, może nie uwierzycie, około 95% opisywanych blogowiczów zerwało kontakt bez słowa, przestali się interesować, pozamykali blogi, nie odpisują na maile (bo jak tylko się da, zawsze staram się skontaktować z tymi "znikającymi")...

Musiałam się wyżalić. Nijak ten post nie nawiązuje do mojego życia prywatnego, ale wyrzucić to z siebie musiałam. Następny post już będzie konkretniejszy, może się coś w końcu wyjaśni z pracą, więc znów będę gdybać co mam dalej począć ze swoim życiem, żeby ruszyło ono do przodu...

Do przeczytania!

środa, 22 sierpnia 2012

Rozważania o pracy

Coraz poważniej ostatnio zaczynam rozważać małą przerwę w mojej edukacji. Broń Boże nie mam zamiaru rzucić studiów, myślę po prostu nad urlopem dziekańskim. Sytuacja jest jaka jest - wszystko układa się pięknie, z wyjątkiem mojej pracy, bo jak już uda się, że ktoś się odezwie, to okazuje się, że potencjalny pracodawca nie jest zadowolony z faktu, iż zamierzam kontynuować naukę w trybie zaocznym, jako że oczekuje od kandydata do pracy pełnej dyspozycyjności. Co jak co, ale nie mam zamiaru zarywać studiów dla pracy za marne kilka groszy (bo jeszcze gdyby oferowano mi zarobek chociaż zbliżony do średniej krajowej, to rozważyłabym jakieś matactwa w związku z moją obecnością na zajęciach na uczelni, ale mówimy teraz o tym, co mi oferują - najniższa krajowa lub niepełny etat, ale praca 6 dni w tygodniu). Nawet nie nadaję się do pracy na infolinii pewnej sieci komórkowej, bo u nich tydzień pracy trwa 6 dni i studiowanie po prostu nie wchodzi w grę. Szkoda zachodu.

Dlatego po głowie chodzi mi myśl o dostaniu się na studia II stopnia i wykorzystaniu urlopu dziekańskiego, żeby wyjechać do pracy za granicę, zarobić jakieś fajne pieniądze, wrócić, dokończyć naukę i myśleć co dalej. Taka opcja otworzyłaby mi wiele furtek życiowych, bez większego uszczerbku na edukacji. Pracy na miejscu co prawda nadal szukam, ale bardziej zależy mi teraz na dostaniu się na studia i rekonesansie, kiedy i na jakich zasadach mogę zacząć się ubiegać o urlop dziekański.
Wiele razy pisałam, że praca M. ma tylko jedną zaletę - że jest, bo poza tym jest okropnie frustrująca i nie daje żadnych większych korzyści finansowych poza możliwością opłacenia rachunków, dlatego On też pisałby się na wyjazd za granicę, chociaż na pół roku, bo jak twierdzi - chciałby zarobić na swoje plany życiowe :)

Tym bardziej urosły mi skrzydełka, żeby jechać nawet na trochę za granicę do pracy, bo mój Mężczyzna naprawdę na poważnie myśli o założeniu ze mną rodziny :) Nasze niby luźne rozmowy na ten temat robią się coraz bardziej poważne. Chociaż żadnych konkretnych planów nie ma, bo żeby plan był konkretny, to potrzebne są środki na jego realizację, z czym u nas na razie jest krucho, to przynajmniej rodzą się nam realne i poważne koncepcje i co do ślubu, i co do mieszkania (swojego własnego!), i co do kupienia jakiegoś lepszego, rodzinnego samochodu... Mój Kochany chyba w końcu dojrzewa do męskich życiowych decyzji :)


czwartek, 16 sierpnia 2012

Zusammen :)

Bardzo nie lubię narzekać. Bardzo. I na całe szczęście tym razem narzekać nie będę, bo choć jest kilka spraw, na które mogłabym się poużalać, są również ogromne powody do radości, więc nie zamierzam sobie psuć pozytywnego nastroju, który trwa nawet pomimo wyjątkowo beznadziejnego samopoczucia :)

Ale zacznę od wesela - daliśmy pieniądze, ponieważ zanim zabraliśmy się za rozważania na temat prezentu, postanowiliśmy się skonsultować z mamą pana młodego i dowiedzieliśmy się, że jednak młodym najbardziej będą pasowały pieniążki. Zatem stanęliśmy na rzęsach i udało nam się wyczarować (bo nie wiem jak inaczej nazwać uczynienie czegoś z niczego :P) może nie porażającą, ale przyzwoitą sumkę na wesele :)
Wesele było super. Wybawiliśmy się za wszystkie czasy :) M. o dziwo nie stronił od tańca, a dodatkowo wódka weselna dodawała mu coraz to więcej sił na podbijanie parkietu :P Ukochany nie chciał iść na to wesele, ale siłą perswazji wymogłam na nim udział w tej imprezie i potem musiał mi to przyznać - nie chciał iść, ale żałowałby gdyby nie poszedł, bo też świetnie się bawił :) A jedzenie - rewelacja! Jeszcze się nie spotkałam, żeby na jakiejkolwiek imprezie było wszystko takie dobre :)) Już się z M. dowiedzieliśmy skąd młodzi wzięli ten catering ;) hehehe :D
A po weselu, podczas drogi powrotnej do domu, mojemu Lubemu zamarzyło się własne wesele, więc lał miód na me uszy opowiadając o tym, co chciałby zrobić, jakie ma plany na przyszłość itepe :) Momentami już mi się wydawało, że ten Pan wcale nie chce się chajtać ;) A tu jednak miła niespodzianka :))

Zatem po części już napisałam skąd mój zadziwiająco dobry humor, ale, Ladies and Gentlemen, to jeszcze nie wszystko :)
Na ślub i tak nie mamy pieniędzy, więc na razie wystarczy mi sama świadomość, że jednak Ukochany ma takie myśli, by mnie pojąć za żonę, a tym, co wprawia mnie w największą w tym momencie radość jest to, że... Znów mieszkamy razem! :))))
Jestem człowiekiem wielkiej wiary, wierzę w ludzi i palec Boży :) I w końcu moja wiara została nagrodzona :) I w sumie nie tylko moja, mojej teściowej też ;) Z dnia na dzień okazało się, że jest praca dla niej za granicą (tam, gdzie miała pierwotnie jechać), praca dobra, stała a nie sezonowa, legalna - na kontrakt, więc teściowa śmignęła za granicę, nim kierownictwo firmy, w której miała pracować, zmieni zdanie, i tak oto od soboty stacjonuje już za granicą na dłużej (minimum pół roku, ale pewnie zostanie tam dłużej, żeby ustabilizować sytuację finansową), a MY znów mieszkamy razem. :)
Te ostatnie wydarzenia umożliwiają nie tylko poprawę sytuacji materialnej M. i jego mamy, ale również moją i M., bo za jakiś czas w końcu będziemy mogli na poważnie zacząć planować cokolwiek i zacząć odkładać pieniążki, w tym też na ślub :) Jestem przeszczęśliwa, nareszcie coś się zaczyna układać! :))
Jeszcze tylko ja muszę znaleźć jakąś pracę...

piątek, 3 sierpnia 2012

Potrzebna pomoc!

I need some help :)


Idziemy z M. w przyszłym tygodniu na wesele i mamy pewien problem... Mianowicie nie mamy pojęcia jaki prezent sprawić młodym!
Od wieków nie byłam na żadnym weselu, a jak już byłam, to byłam za mała na kupowanie prezentów i takimi sprawami zajmowali się moi rodzice. Tyle, że teraz powiedzieli mi, że już też nie wiedzą co się daje na wesele, bo też wieki nie byli na żadnej tego typu uroczystości, zatem jesteśmy z M. w czarnej dupie, bo nie wiemy co zrobić.
Nie wiem, czy wypada dać pieniądze i czy jeśli tak to ile, czy wypada iść z jakimś prezentem, oczywiście nie wiem co kupić... Fundusze mamy raczej kruche, co chyba nikogo z Was nie dziwi i kompletnie nie wiemy co zrobić...

Może wie ktoś z Was co możemy zrobić w tej sytuacji? :)