Nic nie dzieje się bez przyczyny - tego się zawsze trzymałam i tym razem również owo stwierdzenie okazało się być słusznym. Cokolwiek się wydarzyło, widocznie było potrzebne, żeby uświadomić nam pewne sprawy i choć zabolało cholernie, to dało szansę na lepsze jutro. Ostatnie wydarzenia otworzyły oczy na kilka spraw, uświadomiły priorytety oraz ich hierarchię w życiu, nauczyły kompromisu i akceptacji, a przede wszystkim pokazały czy i jak ważny potrafi być jeden człowiek dla drugiego.
Więcej się nad tym nie rozdrabniajmy.
A z innej beczki - nie mam na nic czasu. Pewnie niektórzy pomyślą sobie, że tyle rzeczy mogę zrobić przed pracą, część po pracy i mają rację - teoretycznie mogę, ale, czy tego chcę czy nie, idzie jesień, dzień się skraca, zimno, szaro, buro i pada... Niestety, jesień lubię tylko na zdjęciach i obrazkach, w rzeczywistości złote liście na drzewach potrafią mnie przyprawić o wyjątkowo podły nastrój... Moja głowa daje mi nieźle popalić przez te "uroki jesieni". W ogóle mam taką zniżkę formy, że masakra. Co mnie nie pociesza - będzie gorzej... Dojdą jeszcze do tego wszystkiego studia za jakiś czas, na dodatek jesień urośnie w potęgę, a zaraz za nią przyjdzie zima (nienawidzę zimy - wspominałam o tym kiedyś?), więc nie wiem jakim cudem dotrwam do wiosny... Przydałby mi się taki pilocik :)
Wybaczcie, że Was zbyt często nie odwiedzam, ale naprawdę nie mam czasu na blogosferę... Nie zanosi się na to, że w najbliższym czasie to wszystko ogarnę, ale będę się przynajmniej starać :)
Do przeczytania! :)
poniedziałek, 15 października 2012
wtorek, 2 października 2012
***
Za dużo słów padło.
Nieważne czy były przemyślane, czy po prostu były wynikiem gwałtownych emocji.
Ważne, że ujrzały światło dzienne.
Że uderzyły z ogromną siłą, raniąc niesamowicie.
Nie wiedziałam, że można się tak zachować.
I to wobec kogoś, kogo się kocha.
Za dużo się stało,
choć to się nie powinno było wydarzyć.
Nie, takich rzeczy się nie robi komuś,
za kogo jeszcze kilka minut wcześniej chciało się skoczyć w ogień.
I co dalej?
Może powinno się przejść nad tym do porządku dziennego,
niestety - nowego porządku,
bo już nie jest nic takie jak było.
A może powinno się właśnie poddać zadumie,
przemyśleć wiele spraw,
i idąc śladem poprzednich pokoleń - "naprawiać, a nie wymieniać na nowe, inne, lepsze".
Ciężko jest naprawić coś, co tak się rozsypało.
Ciężko się w tym wszystkim odnaleźć.
Może nie jest to jeszcze jak składanie bułki z bułki tartej,
ale jak składanie rozbitego lustra owszem.
Bardzo trudne zadanie.
Choć podobno nie ma rzeczy niemożliwych.
Trzeba odkryć w tym wszystkim jakiś sens...
Sens tego, co było, tego co jest, i tego, co będzie.
Bo nic nie dzieje się bez powodu.
Może zmiany są potrzebne.
Pytanie tylko, czy muszą zajść we wszystkim, bez wyjątku,
czy tylko w tym, co było lub jest nie tak?
Tysiące myśli kłębi się w głowie,
bajkowy scenariusz prysł jak bańka mydlana...
Teraz jesteśmy dwie -
jedna z nas bezwzględnie uciekłaby stąd jak najdalej
i nie pakowała się po raz kolejny w taki układ jak do tej pory,
a druga... czystą i naiwną miłością załatałaby wszystkie skazy, rany i dziury,
nie zważała na nic, idąc za swoim sercem.
Najlepiej, żeby obie Eweliny spotkały się gdzieś pośrodku.
Tak właśnie byłoby najlepiej.
Ale to wcale nie jest proste...
I tyle pytań bez odpowiedzi...
Dlaczego?
Co się stało?
Po co?
Jak tak można?
Co dalej?...
Ta notka ma sens tylko dla jednej osoby, więc zrozumiem, jak pozostawicie ten cały nieskładny bełkot bez komentarza.
Nieważne czy były przemyślane, czy po prostu były wynikiem gwałtownych emocji.
Ważne, że ujrzały światło dzienne.
Że uderzyły z ogromną siłą, raniąc niesamowicie.
Nie wiedziałam, że można się tak zachować.
I to wobec kogoś, kogo się kocha.
Za dużo się stało,
choć to się nie powinno było wydarzyć.
Nie, takich rzeczy się nie robi komuś,
za kogo jeszcze kilka minut wcześniej chciało się skoczyć w ogień.
I co dalej?
Może powinno się przejść nad tym do porządku dziennego,
niestety - nowego porządku,
bo już nie jest nic takie jak było.
A może powinno się właśnie poddać zadumie,
przemyśleć wiele spraw,
i idąc śladem poprzednich pokoleń - "naprawiać, a nie wymieniać na nowe, inne, lepsze".
Ciężko jest naprawić coś, co tak się rozsypało.
Ciężko się w tym wszystkim odnaleźć.
Może nie jest to jeszcze jak składanie bułki z bułki tartej,
ale jak składanie rozbitego lustra owszem.
Bardzo trudne zadanie.
Choć podobno nie ma rzeczy niemożliwych.
Trzeba odkryć w tym wszystkim jakiś sens...
Sens tego, co było, tego co jest, i tego, co będzie.
Bo nic nie dzieje się bez powodu.
Może zmiany są potrzebne.
Pytanie tylko, czy muszą zajść we wszystkim, bez wyjątku,
czy tylko w tym, co było lub jest nie tak?
Tysiące myśli kłębi się w głowie,
bajkowy scenariusz prysł jak bańka mydlana...
Teraz jesteśmy dwie -
jedna z nas bezwzględnie uciekłaby stąd jak najdalej
i nie pakowała się po raz kolejny w taki układ jak do tej pory,
a druga... czystą i naiwną miłością załatałaby wszystkie skazy, rany i dziury,
nie zważała na nic, idąc za swoim sercem.
Najlepiej, żeby obie Eweliny spotkały się gdzieś pośrodku.
Tak właśnie byłoby najlepiej.
Ale to wcale nie jest proste...
I tyle pytań bez odpowiedzi...
Dlaczego?
Co się stało?
Po co?
Jak tak można?
Co dalej?...
Ta notka ma sens tylko dla jednej osoby, więc zrozumiem, jak pozostawicie ten cały nieskładny bełkot bez komentarza.
poniedziałek, 1 października 2012
Dlaczego mnie tu mało?
Nie da się nie zauważyć - mało mnie tu ostatnio... Ale chyba czas się do tego przyzwyczajać, bo nareszcie pracuję i w planach rysuje mi się również studiowanie, a że czas z gumy nie jest, to na niektóre rzeczy będzie mi go brakować. Postaram się tu zaglądać na tyle często, na ile czas mi pozwoli, ale proszę się rewelacji nie spodziewać ;)
Pracę podjęłam ostatecznie w owej znanej szkole językowej, ponieważ tam mam rękę na pulsie i gdyby zwolniło się jakieś stanowisko lektora, to od razu się na nie rzucę :) Ogólnie robota nie jest zła, ale godziny pracy mam takie... do dupy :P Nie ważne, czy idę na wcześniejszą czy na późniejszą godzinę - i tak cały dzień zmarnowany, a wracam już na tyle zmęczona, że niekiedy nawet odpuszczam jedzenie, byleby znaleźć się jak najszybciej w łóżeczku... Kto by pomyślał, że nawet taka z pozoru lekka praca tak może człowieka wymęczyć ;)
Studia póki co na etapie rekrutacji, ale w ciągu najbliższego tygodnia powinno się już wyklarować wszystko, łącznie z rozmową kwalifikacyjną. Oby się udało... I oby było lekko, łatwo i przyjemnie, bo kompletnie brakuje mi już motywacji do edukowania się... Po prostu jestem tym zmęczona i tylko zdrowy rozsądek popycha mnie do studiowania, bo chęci nie mam za grosz.
To na razie tyle :) Trzymajcie się ciepło...
P.S. Do zabaw blogowych, do których zostałam wciągnięta, postaram się kiedyś w napływie wolnego czasu nawiązać, choć pewnie porządnie się przeterminują i ostatecznie guzik mi z tego wyjdzie...
Pracę podjęłam ostatecznie w owej znanej szkole językowej, ponieważ tam mam rękę na pulsie i gdyby zwolniło się jakieś stanowisko lektora, to od razu się na nie rzucę :) Ogólnie robota nie jest zła, ale godziny pracy mam takie... do dupy :P Nie ważne, czy idę na wcześniejszą czy na późniejszą godzinę - i tak cały dzień zmarnowany, a wracam już na tyle zmęczona, że niekiedy nawet odpuszczam jedzenie, byleby znaleźć się jak najszybciej w łóżeczku... Kto by pomyślał, że nawet taka z pozoru lekka praca tak może człowieka wymęczyć ;)
Studia póki co na etapie rekrutacji, ale w ciągu najbliższego tygodnia powinno się już wyklarować wszystko, łącznie z rozmową kwalifikacyjną. Oby się udało... I oby było lekko, łatwo i przyjemnie, bo kompletnie brakuje mi już motywacji do edukowania się... Po prostu jestem tym zmęczona i tylko zdrowy rozsądek popycha mnie do studiowania, bo chęci nie mam za grosz.
To na razie tyle :) Trzymajcie się ciepło...
P.S. Do zabaw blogowych, do których zostałam wciągnięta, postaram się kiedyś w napływie wolnego czasu nawiązać, choć pewnie porządnie się przeterminują i ostatecznie guzik mi z tego wyjdzie...
sobota, 15 września 2012
...
M. wyjechał.
Jest ponad 1000 km ode mnie.
Niby tylko na 5 dni, ale dla mnie to 5 długich dni bez całego mojego świata.
Cząstka mnie wyrwała się i pojechała hen, na zachód, z Nim.
Na samą myśl, że go nie ma, że jestem w Jego mieszkaniu, takim pustym, pełnym Jego rzeczy, chce mi się płakać.
Ciężko mi...
Staram się wypełnić sobie czas do granic możliwości, ale wystarczy chwila, że pomyślę, że go nie ma i łzy same stają mi w oczach...
Wróci - wiem, teraz to już w zasadzie 4 dni. Ale nawet tylko godzina bez Niego, to aż godzina, a co dopiero 4 dni...
Najgorsza jest świadomość tylu kilometrów, które nas dzielą...
Jest ponad 1000 km ode mnie.
Niby tylko na 5 dni, ale dla mnie to 5 długich dni bez całego mojego świata.
Cząstka mnie wyrwała się i pojechała hen, na zachód, z Nim.
Na samą myśl, że go nie ma, że jestem w Jego mieszkaniu, takim pustym, pełnym Jego rzeczy, chce mi się płakać.
Ciężko mi...
Staram się wypełnić sobie czas do granic możliwości, ale wystarczy chwila, że pomyślę, że go nie ma i łzy same stają mi w oczach...
Wróci - wiem, teraz to już w zasadzie 4 dni. Ale nawet tylko godzina bez Niego, to aż godzina, a co dopiero 4 dni...
Najgorsza jest świadomość tylu kilometrów, które nas dzielą...
Krzysztof Kiljański & Kayah - Prócz Ciebie nic
środa, 12 września 2012
Babskie sprawy - nadwaga
Ostatnio oglądałam pewien lifestyle'owy program pt. "Sexy dieta" *. Bohaterkami odcinków są kobiety, które, głównie przez własne niedbalstwo, złe nawyki żywieniowe i niekorzystny dla zdrowia tryb życia, przybrały na wadze i nie potrafią znaleźć w sobie motywacji, żeby schudnąć. Zazwyczaj patrzałam na to bez większych emocji. Większość tych kobiet przytyła po ciąży i zamiast od razu wziąć się za siebie, kontynuowały wszystkie złe nawyki. Ciężko się utożsamić z kimś, kogo sytuacja jest zupełnie inna niż nasza, ponieważ nie jestem osobą grubą. Mam wręcz kilka kilogramów niedowagi, więc problemy z nadwagą od czasów liceum są mi kompletnie obce.
Jednak kiedy obejrzałam odcinek, którego bohaterką była dwudziestosiedmioletnia eks-tancerka, szczęka mi opadła. Dwa lata wstecz była szczuplutką, wysportowaną dziewczyną, natomiast kiedy porzuciła taniec dla kariery zawodowej (praca biurowa), przez te dwa lata przytyła... 20 kg! Możecie sobie wyobrazić, że omal nie spadłam z krzesła...
Dziewczyna pochłaniała tony smażonych lub gotowych potraw, jadła czekoladę i inne słodycze na potęgę, jej styl życia nie przewidywał zbyt dużo ruchu... Kiedy tańczyła, ruch pozwalał jej spalać te wszystkie puste kalorie, ale odkąd "usiadła" za biurkiem, wszystko zaczęło się odkładać na brzuchu i udach.
Patrzałam na to ze zgrozą... Widziałam przecież... siebie. Tak, siebie. Jem stanowczo za dużo czekolady i czipsów. Pochłaniam również całą masę smażonych rzeczy. Czasami dołączam do diety dania gotowe lub z papierka. Mój tryb życia przestaje uwzględniać ruch - staram się o pracę biurową, czyli siedzenie po kilka godzin dziennie... Zdaję sobie sprawę, że mam dobrą przemianę materii i ciężko mi nadrobić nawet te kilogramy, których mi do normalnej wagi brakuje, ale przecież to nie będzie trwało wiecznie. Co jeśli przegapię ten moment osiągnięcia prawidłowej wagi i zacznę niezdrowo tyć?
Przeraziłam się. Uświadomiłam sobie, że nawet wtedy, kiedy nie musimy zbytnio przywiązywać uwagi do tego, co jemy, bo nie odbija się to na naszej figurze, to warto jednak ograniczyć niezdrowe jedzenie i dołączyć do codziennego życia trochę ruchu. Nie chcę któregoś pięknego dnia zobaczyć siebie w lustrze w wersji XXL tylko z powodu własnego niedbalstwa... Nic nie jest wieczne, więc może warto się zatroszczyć o niektóre rzeczy, póki jeszcze się je ma, zamiast potem desperacko dążyć do dawnej wspaniałości, winiąc się na każdym kroku za obecny stan rzeczy?...
Dostałam motywację, żeby wziąć się za siebie, zacząć zdrowszy tryb życia. Muszę wzbogacić swoje umiejętności kucharskie o przygotowywanie potraw bez takiej ilości tłuszczu, postawić na pieczenie i gotowanie. Mam zamiar również przeprosić się z warzywami, bo obecnie oprócz ogórka i pomidora, które kładę na śniadaniowych kanapkach, nie jem warzyw. Z kawy (której ilość mogę chyba liczyć już w hektolitrach) akurat rezygnować nie muszę, ponieważ doczytałam, że ta kawa, którą pijam, nijak nie szkodzi zdrowiu, bo jest naturalna i dolewam do niej mleko, więc plus, że będę się nadawała zimą i jesienią do życia :)
Pora wziąć się za siebie, póki jeszcze niczego nie zepsułam :)
*Link do odcinka znajduje się pod nazwą programu, jeśli mi któraś z Was nie wierzy, to poświęćcie około 40 min na obejrzenie go...
sobota, 8 września 2012
Znów o pracy ;)
Dogodzić Polakowi to naprawdę trudne zadanie ;) A że ja Polka z krwi i kości, to i mnie dogodzić ciężko :)
Z czym tym razem? Ano z pracą. Dwa miesiące narzekałam, że nigdzie nie mogę znaleźć pracy. No i teraz, pod koniec sierpnia coś zaczęło drgać do przodu, ale... Drgnęło jedno, drgnęło drugie... Drgnęło i trzecie, a za trzecim czwarte... Za czwartym piąte!... I jest klops :D Jak tak, to pracy nie było i było źle. Teraz praca jest, ale mam taki wybór, że nie wiem co mam zrobić! I też jest źle...
Tym bardziej nie wiem co zrobić, bo połowa ofert to oferty stażu z UP, a te wykluczają pracę jeszcze gdzieś indziej, na innym etacie, bo UP daje mi staż dlatego, że jestem bez pracy i znaleźć jej nie mogę, a jak znajdę, to stażu nie ma. A staż ma to do siebie, że liczy się do lat pracy, gwarantuje mi trzymiesięczne zatrudnienie po stażu i mam pewną pensję przez ten cały czas. Natomiast oferty, które znalazłam i rozmowy kwalifikacyjne zakończyły się sukcesem, to oferty pracy w zawodzie (nauczyciel języka obcego), ale na tzw. "śmieciowe" umowy i bez gwarantowanego zarobku (zarobek zależy od tego ile i jakie grupy dostanę), czyli może się zdarzyć, że zarobię 1000 zł, ale równie dobrze może być tak, że dostanę w porywach 200 zł na miesiąc... I co mnie bawi najbardziej to to, że mój potencjalny pracodawca zastrzegł sobie, że chce mieć pracowników na wyłączność, to znaczy, że jeśli uczę u niego w jego szkole, to nie podejmuję pracy nigdzie indziej! Jeszcze gdyby proponował stałe, sensowne wynagrodzenie, to wzięłabym tę pracę pod uwagę, ale w tym wypadku... Tracę możliwość zdobycia doświadczenia zawodowego, ale zyskuję pewniejszy zarobek. Kompletna paranoja.
Bardziej kusi mnie staż, ale... Znów jakieś ale. Mam taki wybór w tych stażach, że nie potrafię się zdecydować tak na 100%. Bo staże, które mi zaoferowano, są w dosyć prestiżowych firmach... W jednym wypadku, po zakończonym stażu są szanse, że przedłużą mi umowę na stanowisko lektora języka obcego (w liczącej się na rynku, bardzo znanej szkole języków obcych), a w drugim - firma jest naprawdę prestiżowa, a stanowisko asystenta dyrektora w takiej korporacji kusi jak cholera!
Na razie jeszcze wszystko wisi w powietrzu luźno, niesformalizowane. Szkole językowej o niepewnych zarobkach nie dałam jeszcze negatywnej odpowiedzi, staż w szkole językowej jest potwierdzony w 80%, a na rozmowę do prestiżowej firmy się zapisałam, i nie wiem co dalej. Najchętniej podjęłabym pracę na obu stażach, ale tak się nie da... W tym przypadku od przybytku głowa... boli ;)
poniedziałek, 3 września 2012
O blogowiczach
To dla niektórych nie będzie miły post. Co prawda nie wytknę tu nikogo po imieniu/pseudonimie/nazwie bloga/adresie bloga itp., ale czytając ten post może niektórzy się z nim utożsamią.
Ostatnio zerknęłam na listę blogów, na które staram się w miarę regularnie zaglądać i niestety stwierdzam fakt, że wielu blogowiczów opuściło albo jedynie mnie, albo ogólnie blogosferę... Tych opuszczających świat blogowy rozumiem, przecież życie prywatne jest zawsze najważniejsze i czasami po prostu nie ma się ani czasu ani ochoty pisać i udzielać się na innych blogach. Sama tak czasem robię. Nie mam za to do nikogo pretensji, z utęsknieniem czekam na takich blogowiczów, aż dadzą znać jak sobie radzą, co u nich słychać.
Ale chciałabym nawiązać do tych, którzy cały czas istnieją aktywnie w blogowym świecie, tylko albo o mnie zapomnieli, albo celowo zerwali kontakt. Żebyście mnie teraz źle nie zrozumieli - nie wymagam komentowania każdego posta, bo przecież jestem człowiekiem i wiem, że nie zawsze ma się coś do powiedzenia albo po prostu nie ma się ochoty udzielać. Ba, czasem nawet nie ma się ochoty chodzić po wszystkich blogach ze swojej linkowni i czytać każdą notkę, bo niektóre, a szczególnie moje, bywają przydługie i po prostu się nie chce. Nie czarujmy się, jesteśmy tylko ludźmi i każdy swoje za uszami ma :)
Ale z przykrością stwierdzam, że niektórzy przestali się udzielać w ogóle, nie odwiedzają mnie (a wiem to dlatego, że blogspot oferuje pokazywanie źródeł ruchu sieciowego), a jeszcze niektórzy wpadają raz za czas i zostawiają komentarz na tzw. "odczepne", bo albo całej notki nie przeczytali, albo nawet nie fatygują się na znalezienie się "w temacie" po nieobecności, gdyż czasem notki są ze sobą powiązane, a nie ma sensu się przecież co chwilę powtarzać, zatem trzeba by było cofnąć się o jeden post lub dwa, żeby rozeznać się chociaż trochę w całej sytuacji.
Jestem z Wami wszystkimi bardzo związana, przeżywam razem z Wami Wasze smutki i radości. Nie zawsze komentuję, a czasami nawet narobię sobie zaległości, więc siadam i czytam wszystkie pominięte posty. Dlatego jest mi smutno i przykro, jak ktoś z tej mojej blogowej rodziny tak po prostu mnie opuszcza, zapomina, urywa kontakt... Wielu blogowiczów tak się zachowało, wielu się "ulotniło" z mojego świata i pewnie wielu jeszcze tak postąpi, ale za każdym razem jest mi tak samo przykro. Najsmutniejsze jednak jest to, że nie wiem dlaczego tak się te osoby zachowują. Może gdybym była z kimkolwiek w jakimś konflikcie, to byłoby zrozumiałe, że przestajemy się kontaktować, bo się po prostu poróżniliśmy, ale, może nie uwierzycie, około 95% opisywanych blogowiczów zerwało kontakt bez słowa, przestali się interesować, pozamykali blogi, nie odpisują na maile (bo jak tylko się da, zawsze staram się skontaktować z tymi "znikającymi")...
Musiałam się wyżalić. Nijak ten post nie nawiązuje do mojego życia prywatnego, ale wyrzucić to z siebie musiałam. Następny post już będzie konkretniejszy, może się coś w końcu wyjaśni z pracą, więc znów będę gdybać co mam dalej począć ze swoim życiem, żeby ruszyło ono do przodu...
Do przeczytania!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
