wtorek, 10 lipca 2012

ShinyBox

Zamierzam właśnie popełnić blogową zbrodnię. Nie lubię czegoś takiego jak używanie bloga do tego typu celów, ale w tym wypadku ciekawość jest silniejsza ode mnie, więc chciałabym Was poprosić o pomoc ;)

Doszły mnie słuchy, że można otrzymać darmowe pudełko z kosmetykami, trzeba tylko zarejestrować się na stronie i zachęcać znajomych do rejestracji. Pokusiło mnie i się zarejestrowałam :))) Ciekawi mnie ta tajemnicza paczka kosmetyków, ale potrzebuję jeszcze 80 ShinyStars (cokolwiek to jest :P), żeby móc ją zamówić. Właśnie dlatego chciałam Was prosić o pomoc :) Nikogo nie zmuszam do zalogowania się, a nawet Was uprzedzam, że akceptując regulamin przy rejestracji zgadzacie się, żeby strona wysyłała do Was tzw. SPAM, więc jestem świadoma, że nie każdy sobie tego życzy. Niemniej, jeśli któraś z Was jest zainteresowana otrzymaniem takiej paczki z kosmetykami (bo poprzez pomoc mojej osobie zyskacie własne konto, które Wam ułatwi otrzymanie paczki z kosmetykami), zachęcam do kliknięcia w ten link http://shinybox.pl/?ref=a81c879, założenia własnego konta i zapraszania innych znajomych :)

Odważnym dziękuję, resztę przepraszam, że coś takiego się tu pojawiło ;) Mam nadzieję, że mi wybaczycie tą ciekawość :D

sobota, 7 lipca 2012

O egzaminie licencjackim

Oficjalnie mogę powiedzieć, że rozpoczęłam wakacje. Nie do końca tak, jak chciałam, ale jednak dochodzę do wniosku, że lepiej byle jak niż wcale, ale o tym za chwilę i będzie długo, więc jak ktoś nie ma czasu lub ochoty, to może sobie odpuścić. ;)
A że znowu mało mnie tutaj - cóż, pogoda piękna, M. ma urlop, więc śmigamy na rowerach gdzie się da :)

Nawiązując do tematu byle jak rozpoczętych wakacji... Wszystkiemu winien jest egzamin licencjacki i mój pech. A pecha miałam od samego początku - najpierw byłam piąta na liście A do pana X w komisji, jednak chwilę po rozpoczęciu egzaminów przybiegła pani z sekretariatu i zamieniła listy. Po zmianach byłam dziewiąta na liście B do pani Y w komisji. Wszyscy, którzy egzamin zdawali u pana X, z wyjątkiem jednej dziewczyny, która autentycznie oprócz tego, że wiedziała jak się nazywa, to nie wiedziała nic, zdawali z dobrymi wynikami... Za to w komisji, gdzie przewodniczyła pani Y... No właśnie.
Z niektórymi ludźmi, którzy wchodzili przede mną na egzamin studiowałam nawet trzy lata, więc wiem jaki mają zasób wiedzy, jakie mieli oceny i czy mają gadane. Spokojnie mogę stwierdzić, że nawet ci, którzy byli przeciętni i wylosowali sobie dosyć trudne pytania wychodzili z czwórkami od pana X, ponieważ pan X podpowiadał i momentami nawet podsuwał poprawne odpowiedzi. Pani Y natomiast, złośliwie utrudniała wszystkim wszystko, o czym się niestety przekonałam na własnej skórze.
Weszłam, przywitałam się, usiadłam i wylosowałam sobie pytania. Spoglądam na karteczki z pytaniami - super! Pytania dosyć łatwe, materiał, który obejmowały, miałam dobrze powtórzony - będzie dobrze. Błąd...
Zaczynam odpowiadać na pierwsze pytanie. Odkąd studiuję, wymagało się od nas odpowiedzi na pytania według schematu 'od ogółu do szczegółu', również Poznań oznajmił nam, że takich odpowiedzi oczekuje, zatem zaczynam mówić ogólnie o temacie, którego dotyczy pytanie. Zdążyłam powiedzieć pół zdania, kiedy pani Y wcięła się w moją wypowiedź, pytając mnie o to, do czego właśnie zmierzałam. Wniosek mam jeden - nie słuchała mnie, bo z mojego krótkiego, bo krótkiego wstępu jasno wynikało, do czego zmierzam. Nie dałam się wybić z rytmu i mówię dalej. Odpowiedziałam na pytanie wyczerpująco (wiem, że odpowiedziałam wyczerpująco, bo na ten temat pisałam pracę dyplomową, zatem temat mam oczytany do obrzydzenia), a pani Y zaczyna mnie wypytywać dalej... o to, co już powiedziałam. Taaa...
Pytanie drugie - powiedziałam co wiedziałam, pomijam już fakt, że pani Y, patrząc na mnie i podobno słuchając mojej odpowiedzi zaczęła mi ziewać w twarz, nie racząc nawet zakryć przy tym otworu gębowego... Poczułam się delikatnie mówiąc zlekceważona. W głowie miałam jedną myśl - nie daj się wybić z rytmu odpowiedzi, więc dalej mówiłam, co wiem. Padło kilka dodatkowych pytań od komisji, ale zostałam uprzedzona, że te pytania nie są po to, żeby studenta pogrążyć, tylko wyciągnąć z niego więcej rzeczy, żeby naciągnąć ocenę, więc śmiało odpowiadałam dalej. Znów pani Y zaczęła mi się wcinać w zdanie... No do jasnej Anielki... Spokojnie...
Trzecie pytanie. Znałam odpowiedź tylko na połowę pytania, ale nic to - mówię, co wiem. Czytałam o tym trochę, miałam notatki od studentów z poprzednich lat, którzy zdawali licencjat na piątki, więc oczytana byłam całkiem nieźle. Pani Y znów na mnie patrzy i wcina mi się w słowo. Pyta. O szczegóły. Bardzo dogłębne szczegóły, więc w efekcie można powiedzieć, że wyłożyłam się na czymś, co wiedziałam bardzo dobrze. Przez chwilę, wychodząc z sali egzaminacyjnej, pomyślałam sobie, że się musiałam czegoś nie douczyć, więc podchodzę do reszty ludzi z mojej szkoły i pytam ich o te szczegóły, o które zostałam tak wnikliwie wypytana. Oni patrzą się na mnie tępym wzrokiem i pytają o co mi chodzi, przecież czegoś takiego nie było. W tym momencie już wiedziałam, że pani Y robiła wszystko, żeby mnie usadzić pomimo tego, że byłam dobrze przygotowana.
Wołają mnie do odczytania mojej oceny. Pani Y patrzy się na mnie niczym wielce urażony majestat i oznajmia mi, że moja odpowiedź była chaotyczna, coś tam wiedziałam, ale gubiłam się w tym, co mówiłam. No do chuja pana! Jak moja odpowiedź miała nie być chaotyczna, jak ona mi średnio co minutę wchodziła w słowo, przerywała, zmuszała do powtórzeń itp! Jednak to nie koniec mojego wkurzenia na tamtą chwilę...
Pani Y oznajmia mi, że z egzaminu otrzymuję trójkę, bo pierwsza odpowiedź była nawet ładna, a reszta tak sobie. I kontynuuje, że na dyplomie będzie 3.5, bo moja średnia z egzaminu dyplomowego w szkole i średnia szkolna były wysokie... Żałujcie, że nie widzieliście tego bólu na jej twarzy, kiedy to mówiła. Bardzo jej się musiał nie podobać ten fakt, że miałam dobre oceny. Z dyplomu 5, średnia szkolna 4. No to ona mi da trzyyy... żeby popsuć ten śliczny dyplom ;]
Chciałam ją zabić, ale że jest to karalne, to wyszłam z sali i się popłakałam. Nic innego mi nie pozostało względem tak rażącej niesprawiedliwości.
Z racji, że zaczynam szukać pracy, udałam się do sekretariatu po zaświadczenie o zdanym egzaminie. Pani w sekretariacie wyjmuje protokoły z egzaminu i szuka mojego. Kiedy zobaczyłam mój protokół, myślałam, że wrócę do tej sali egzaminacyjnej i naprawdę tą idiotkę skrzywdzę. Pamiętacie, co powiedziała mi jako komentarz do mojej odpowiedzi? Że pierwsza odpowiedź ładna a reszta tak sobie? Wiecie co zobaczyłam na protokole? Pytania 1,2 i 3 wzięte w klamrę i ocenione na 3 (każde pytanie miało osobną ocenę, ocena z egzaminu jest średnią z tych trzech ocen). Powiedzcie mi proszę, bo może to ja jestem taka głupia i nie potrafię tego ogarnąć - czym się zatem różni odpowiedź ładna od odpowiedzi takiej sobie, skoro i jedna i druga zostały ocenione na 3?

Mam wielki żal po tym egzaminie, wiem, że na czwórkę zasłużyłam. Rodzina i znajomi twierdzą, że zostałam tak potraktowana przez zawiść, bo poznańscy studenci zdawali ten egzamin wcześniej i pewnie nie wypadli zbyt kolorowo, więc żeby nie było, że kaliscy studenci są lepsi, pani Y postanowiła poprawić osiągi Poznania poprzez oblewanie lub słabe ocenianie Kalisza. Jest to możliwe, bo studenci germanistyki również wrócili rozżaleni swoim egzaminem z racji niesprawiedliwego oceniania. Rozmawiałam z dziewczyną, która miała średnią na koniec szkoły 5.0 i naprawdę nie ma rzeczy, której ona by nie wiedziała i nie umiała, a z licencjatu otrzymała 4,5. Wykładowcy z mojej szkoły w świetle tej niesprawiedliwości jasno powiedzieli, że to zawiść, że taka szkoła jak moja byłaby lepsza od poznańskiej czy wrocławskiej...

Niemniej, wakacje już mam. We wrześniu na poprawkę nie muszę się stawiać, więc chociaż o tyle dobrze. Jak zdam magistra, to na tą żałosną trójkę z licencjatu nikt nie będzie patrzał.


niedziela, 1 lipca 2012

11 pytań

I stało się - po raz kolejny zostałam wciągnięta w blogową zabawę ;) Tym razem przez kfiatushka :) Zabawa polega na odpowiedzenie na 11 pytań zadanych przez osobę, która nas nominowała, co, wbrew pozorom, wcale nie jest takie łatwe ;)

1) Ogień czy woda?
I jedno i drugie! Nie potrafię wybrać, gdyż prawie maniakalnie lubię i ogień i wodę ;)

2) Czekolada - biała, mleczna czy gorzka?
Każda i pod każdą postacią! ...Właśnie obnażyłam przed Wami mój słodki nałóg :D

3) Święty spokój czy zawrót głowy?
Zawrotów głowy miałam ostatnio sporo, więc zdecydowanie święty spokój :)

4) Włosy - długie czy krótkie?
Dłuuuugie :) I najlepiej w kolorze czekoladowy brąz :D




5) Szklanka do połowy pełna czy do połowy pusta?

Do połowy pełna ;)

6) Codzienny strój elegancki czy na luzie?
Zazwyczaj bardziej na luzie, ale lubię mieszać wygodę z elegancją ;)

7) Portale społecznościowe czy realne przyjaźnie?
Realne przyjaźnie, mimo, że przyjaciół (a raczej bardzo dobrych znajomych) nie lubię mieć zbyt wielu.

8) Kawa czy herbata?
Kawa!!! Tym obrazkiem mogę podsumować co się ze mną dzieje bez kawy :D


9) Plan czy spontan?
Dobry spontan nie jest zły, ale raz na jakiś czas; lepiej mieć rzeczy chociaż szkicowo zaplanowane.

10) Słodkie lenistwo czy aktywny wypoczynek?

Przenajsłodsze lenistwo :D

11) Krzyk czy szept?

Szept...


Teraz moje 11 pytań:
  1. Słońce czy deszcz?
  2. Kwiaty czy czekoladki?
  3. Góry czy morze?
  4. Facebook czy NK?
  5. Buty płaskie czy szpilki?
  6. Samochód czy rower?
  7. Komedie czy horrory?
  8. Złoto czy srebro?
  9. Długopis czy pióro?
  10. Liczby parzyste czy nieparzyste?
  11. Kot czy pies?
A do zabawy wciągam (jeśli tylko mają ochotę) Anę, Ewkę, Free Spirit, Hexe, Maybeee, Nabi, Storczyka i Szczęściarę :)

wtorek, 26 czerwca 2012

Miało być fajnie...

... a wyszło jak zwykle. 

 

Praca dyplomowa obroniona, został już tylko licencjat. Po raz ostatni powinnam się zaprzeć i trochę jeszcze przysiąść do nauki, ale już mam tak dosyć, że nawet nie umiem tego wyrazić. Jestem zmęczona, wolałabym podjąć wysiłek fizyczny niż po raz kolejny wysilać umysł...

W poprzednim poście wspomniałam coś o nowych obowiązkach, więc mogę Wam teraz zdradzić o co chodzi. W końcu udało mi się zamieszkać z M. Żyjemy sobie tak już razem trzy tygodnie i ku zdziwieniu chyba wszystkich na tej planecie - prawie wcale się nie kłócimy. Oboje baliśmy się, że się pozabijamy pod jednym dachem (ci, którzy czytają mnie już ciut dłużej wiedzą, że do spokojnych i ugodowych ludzi ani mnie, ani M. zaliczyć nie można), ale na szczęście do tego nie doszło, a wręcz jest odwrotnie :) Niemniej, w najbliższym czasie i tak się ta sielanka skończy, bo jednak moja 'teściowa', ze względu na tragiczne warunki pracy za granicą, wraca do kraju, więc i ja wrócę tam, skąd przyszłam... I co za tym idzie, oboje zapewne powrócimy na linię frontu wojennego :(
Czemu wszystko, co fajne, tak szybko się kończy?!... Nam chyba nie jest pisane zacząć być razem tak na dobre... :((
Sama nie wiem co jest gorsze - czy brak perspektyw na życie, czy pojawiająca się i prawie od razu gasnąca nadzieja na jakieś miłe zmiany...

Przez to wszystko popadłam w taki przygnębiający nastrój i nie wiem, co z nim zrobić, żeby nastąpiła chociaż niewielka poprawa...

wtorek, 19 czerwca 2012

Powracam!

I tak oto, po długiej nieobecności, pragnę ogłosić wszem i wobec, że powracam do blogowania! :)


Sesja za mną, wszystkie egzaminy i praktyki pozaliczane, zostaje już tylko obrona pracy i egzamin licencjacki. Było ciężko, momentami nawet tragicznie, do ostatnich chwil towarzyszyła mi ogromna niepewność w związku z piekielnie trudnymi egzaminami końcowymi, ale na szczęście już koniec. O obronę jestem spokojna, a co do egzaminu licencjackiego... No cóż, oczywiście, przygotuję się do niego najlepiej jak potrafię, ale w razie, gdyby mi się nie powiodło, to trudno. Ważne, że szkoła będzie skończona. :)

Na razie tyle z mojej strony, ponieważ nie potrafię sklecić porządnie zdania po polsku... Po pierwsze, tyle rzeczy ostatnimi czasy musiałam napisać, że teraz utworzenie jakiegoś dłuższego tekstu po prostu mnie boli ;) A po drugie, wybiłam się z rytmu pisania na blogu i nie ma co liczyć na cud, że usiądę i wyleję tu wszystko, co mi na sercu leży. Od ostatniej sensownej notki opisującej moje myśli i odczucia minęło sporo czasu i od tamtej pory trzymałam wszystko w sobie, więc otworzenie się na nowo nie będzie takie proste, jednak będę się starać :)

Do Was powoli też zacznę zaglądać, ale... Mam trochę nowych obowiązków, więc też nie ma co liczyć na cud w tej kwestii ;) Więcej może wspomnę w następnym poście, a tymczasem żegnam się z Wami :)
Do przeczytania!

P.S.
Wiecie, że tak przyzwyczaiłam się do tekstu pracy dyplomowej według szablonu IFA, że teraz notka napisana innym stylem kole mnie w oczy? :D Ale czas wyrwać się z tego wszystkiego i powrócić na normalne tory życiowe, więc notka pozostaje według starego stylu ;) Muszę się przyzwyczaić... :))


niedziela, 6 maja 2012

I po weekendzie...

Wszystko, co dobre, szybko się kończy, niestety. Tak też stało się w przypadku majówki... Tak mi jakoś przyjemnie i błogo czas leciał, zwłaszcza wtedy, kiedy otwierałam oczy, nawet w środku nocy, i uświadamiałam sobie, że znajduję się właśnie w ramionach mojego Ukochanego :) Chwilo trwaj! :)

Poza tym miałam wiele planów związanych ze szkołą, chciałam trochę ponadrabiać przez to wolne, ale chyba nikogo to nie zdziwi, że żadnej z tych rzeczy nie udało mi się wykonać. Trudno... Jak odpoczywać, to odpoczywać. Na to konto będę się musiała sprężać w nadchodzących trzech tygodniach, zatem można się spodziewać, że od teraz przez następne trzy tygodnie mnie tutaj nie będzie ;) Ale w porównaniu z tymi moimi przerwami w blogowaniu, to te trzy tygodnie to prawie nic :)))

Może nie będzie aż tak źle. Powszechnie wiadomo, że zima i brak słońca ma na mnie bardzo niekorzystny wpływ, więc do weekendu majowego byłam praktycznie pozbawiona energii do życia. Leżąc w majowym słoneczku, słuchając śpiewu ptaków i podziwiając budzącą się do życia przyrodę, "naładowałam" trochę baterie, nabrałam nieco bardziej optymistycznego podejścia do wszystkiego :)
 To nic, że zostały trzy tygodnie do sesji, oddania pracy i raportów z obserwacji, których jeszcze nawet nie ruszyłam. To nic, bo wiem, że jak chcę, to potrafię, więc trzy tygodnie to dosyć czasu, żeby się z tym wszystkim uporać. Nawet pewnie znajdę chwilę, żeby znów poskwierczeć na słoneczku, gdy tylko będzie okazja :)

Tymczasem stąd znikam, w nadziei, że w końcu wezmę się do roboty i do końca maja wyjdę z tymi całymi studiami na czysto :) Od czasu do czasu będę dodawać zdjęcia na Photoblogu, więc jak ktoś się bardzo stęskni, to zapraszam do mojego świata w obrazach :)

Do przeczytania!


niedziela, 29 kwietnia 2012

Witajcie!

Witajcie, mam na imię Ewelina... Chyba tak właśnie powinnam zacząć notkę, bo nie było mnie tu tyle czasu, że pewnie o mnie większość zapomniała i przedstawienie się byłoby bardzo na miejscu :)
Postanowiłam zacząć swoją przygodę z blogiem... Tak powinnam chyba pisać dalej, gdyż po takim czasie z trudem przyjdzie mi sklecenie kilku sensownych zdań, więc moje wypociny zdecydowanie nie będą podchodzić pod arcydzieło literackie. ;)

A tak bardziej poważnie, to niestety nie jestem w stanie nawet streścić co się ze mną działo od ostatniego sensownego wpisu, bo działo się naprawdę sporo, czasami nie były to zdarzenia przyjemne i najlepiej to po prostu puścić w niepamięć. Problemy od zawsze były, są i prawdopodobnie będą, raz większe, raz mniejsze i chyba zamiast narzekać trzeba się z nimi pogodzić, i tyle. Miało być pięknie, a wyszło jak zwykle. Tak też bywa...

Oczywiście bywały również miłe akcenty, ale o nich też nie będę pisać, gdyż nie jestem pewna, czy przez ten długi czas mojej nieobecności nie powrócił tutaj ten złośliwy chochlik, który sprawiał, że wszystko dobre zaczynało się psuć, więc może bezpieczniej będzie nic tu nie wspominać, ani niczym się nie chwalić :) Pozostańmy zatem przy tym, że przyjemne i miłe rzeczy od czasu do czasu wprawiają mnie w stan szczęśliwości, a nad szczegółami się nie rozdrabniajmy ;)

Podsumowując jednym zdaniem cały ten czas od ostatniego posta mogę stwierdzić tyle, że nic w moim życiu nie uległo zmianie: faceta kocham nadal tego samego i On kocha mnie ;*, nadal męczę się na tej samej, chorej uczelni, nadal nie zmieniłam ani miejsca zamieszkania, ani nazwiska i nie zanosi się na to w najbliższej przyszłości - no po prostu wszystko po staremu, tyle tylko, że nieustannie umyka mi czas do końca roku akademickiego, przybliżając nieubłaganie terminy egzaminów i ukończenia szkoły.

Mam nadzieję, że następny wpis nie pojawi się w tak dużym odstępie czasowym jak to miało miejsce w tym przypadku, chociaż zatraciłam chyba umiejętność wyrażania siebie w słowach, więc pisanie nie będzie mi przychodziło tak łatwo jak kiedyś... Co więcej, naprawdę od dawien dawna nie pisałam po Polsku i obce stały mi się wyszukane wyrażenia mojego ojczystego języka, który przecież jest taki piękny i kwiecisty, dlatego tym bardziej będzie mi ciężko tutaj powrócić. Ale może tym razem się uda! :)

Jeśli u kogoś, kto posiada bloga na Onecie nie ma żadnych komentarzy ode mnie, to nie jest to wina tego, że nie komentuję, tylko Onetu, że owych komentarzy nie raczy zamieścić... Jedynie nie komentuję u tych z Was, którzy wymagają logowania do komentowania - nie mam konta i mieć nie zamierzam, za bardzo mi ten portal nerwy psuje...