Wszystkie moje problemy i niejasności rozwiał sam M. To jest akurat do przewidzenia, że życie zawsze, ale to zawsze pisze swój własny scenariusz, często nie licząc się z tym, jakiego zakończenia byśmy oczekiwali. Chociaż w tym wszystkim jest jeden, zasadniczy plus - nareszcie wiem, na czym stoję, wiem, jak muszę dalej sobą kierować, wiem również, że na siłę nikt nikogo jeszcze chyba nie uszczęśliwił.
Ale od początku. Pewnie kilka z Was się zastanawiało jak żyję, a ja bezczelnie nic nie pisałam. Proszę o wyrozumiałość - czekałam. Czekałam, czy ja sama to jakoś rozwiążę, czy jednak sprawy same nabiorą właściwego kierunku, no i się doczekałam.
Wyjechaliśmy z M. do jego matki na zachód na Święta. Od samego początku coś było bardzo nie tak - ledwo zajechaliśmy, to zamiast powitania czekała na nas nieprzyjemna niespodzianka. Matka M. pijana. Nawet nie wiecie, jak mi strasznie było żal M., jechał tyle kilometrów, żeby po prawie pół roku zobaczyć się z matką i zastał taki widok. Był tak zły, że chciał wracać od razu jak to zobaczył, ale jednak ostatecznie zostaliśmy. To był początek końca.
Kilka dni później, matka M. wstała z jakimiś dziwnymi fochami, wyleciała na nas z pretensjami odkąd tylko wstaliśmy, że w dupie ma takie święta, to ostatnie święta spędzone razem, ma dość patrzenia na nasze "srające miny". M. wstał i wyszedł, ja dojadłam sałatkę wciąż słuchając tej wiązanki. Gotowało się we mnie, bo przecież to nie jest tylko nasza wina, że nasze humory były jakie były. W końcu wstałam i na kolejny zarzut, że mamy zjebane miny odpowiedziałam grzecznie matce M., że to nie jest tylko i wyłącznie nasza wina. A ta, wierzcie mi, chyba jakiejś histerii dostała, zaczęła się na mnie drzeć, że jestem głupią smarkulą, że to co ona tu robi i w jakim stanie się znajduje to tylko jej sprawa i że niby co tu zastaliśmy? Pamiętając ciągle ten przykry obrazek z momentu zjawienia się u matki M. i jego minę, żal i złość, odpowiedziałam wciąż grzecznie, że to co tu zastaliśmy to był obraz nędzy i rozpaczy. Usłyszałam kolejną wiązankę i to w tonacji takiej, że chyba cały dom słyszał. Poszłam, umyłam talerz, wróciłam, żeby go odłożyć na miejsce i ciąg dalszy wrzasków - żebym ja się lepiej nad sobą zastanowiła, bo jestem taka, sraka i owaka. Dajecie wiarę? Żeby mnie za nic tak zwyzywała? Ja mówię kulturalnie, nawet na sekundę głosu nie podniosłam, a w odwecie słyszę epitety wszelakie... Brakło mi na to słów, więc powiedziałam, że to jest śmieszne i wyszłam, a ona wyleciała za mną! Myślałam przez chwilę, że mnie uderzy w twarz i sama chyba leciała do mnie z tym zamiarem, ale w ostatniej chwili zmieniła "trajektorię lotu" i zaczęła się dobijać do drzwi pokoju mojego i M., drąc się przy tym jak nie wiem. Potem odeszła, a ja usłyszałam wiązankę jeszcze lepszą, niż wszystkie poprzednie: że jestem suką, szmatą, kurwą i jeszcze parę innych. Nie wiem czemu zaczęła się tak zachowywać, ale dla mnie jej zachowanie jest co najmniej anormalne. W żaden sposób jej nie obraziłam, w sposób kulturalny stwierdziłam fakt, który zaiste miał miejsce, więc o co chodzi?
Za chwilę wpada M. do pokoju, pyta się mnie co ja jej powiedziałam, ale że upłakana siedziałam po pas, to mu nie byłam w stanie odpowiedzieć. Poszedł do pokoju swojej matki, wrócił po jakimś czasie i pyta się mnie "Czy nie uważam, że jego matkę wypadałoby przeprosić?" - że co?! Za co?! Że ona mnie zwymyślała, obraziła, okazała totalny brak szacunku do drugiego człowieka? Nikt, nikt mnie nie będzie obrażać. To, że jestem młodsza, to nie znaczy, że nie należy mi się dokładnie tyle samo szacunku co jej.
Kolejne wydarzenia potoczyły się tak, że M. mimo, że wie, jak zwyzywała mnie jego matka, jakie wyzwiska rzucała pod moim adresem, jak mnie potraktowała Bóg jeden wie dlaczego, to wyobraźcie sobie... jest na mnie obrażony. Tak, trzyma stronę swojej matki. Mojej wersji wydarzeń nawet nie raczył poznać, mamusia powiedziała, a M. ślepo wierzy, traktując mnie jak... no właśnie, jak?
Kolejny dzień siedzę sama w pokoju i czekam, aż wrócimy do Polski. M. nawet spał u matki w pokoju jednoosobowym, bo ja jestem taka zła, że nie zhańbił się spędzeniem nocy w jednym pomieszczeniu ze mną. Obrażony na mnie śmiertelnie. Ale przez to właśnie zmądrzałam... I przekonałam się jaką mam wspaniałą rodzinę, która od razu mnie wsparła.
Wiecie jak ja się teraz czuję? Upokorzona i znieważona przez kogoś, kogo kochałam całą sobą. Okazało się, że mimo, że jesteśmy razem 6 lat, ja nic dla niego nie znaczę. Mamusia tupnęła, a M. poleciał za nią. To tak bardzo boli, że okazałam się dla niego tak mało ważna. Zawiodłam się, tak ogromnie, że nie umiem tego nawet opisać. I naprawdę mam gdzieś jej zachowanie, zabolało mnie to, jak zachował się M.
Podjęłam decyzję - po powrocie do Polski pakuję się i się od niego wyprowadzam. Nie będę ani sekundy dłużej mieszkać w mieszkaniu jego matki i u boku kogoś, kto mnie tak potraktował. A skoro tak bardzo jest za swoją mamusią, że ślepo wierzy jej we wszystko, a mnie poniewiera jak śmiecia, to pewnie nie byłby to jedyny raz, kiedy tak się zachowa. A ja będąc z kimś muszę wiedzieć, że mam wsparcie w swoim mężczyźnie choćby skały srały, a nie że mnie kopnie boleśnie kiedy tylko mamunia tupnie.
Tym oto niezbyt przyjemnym sposobem rozwiązała się również reszta moich problemów - nie chcę wychodzić za mąż za kogoś, dla kogo jestem niczym. Chcę być z kimś, kto uszanuje mnie taką jaka jestem, będzie mnie właśnie taką kochał, zawsze stanie po mojej stronie choćbym nawet nie miała racji - ale budować z kimś przyszłość to być za sobą choćby nie wiem co się działo - tak mi ktoś ostatnio mądrze powiedział. Można potem, na osobności powiedzieć, że się mylę albo ze robię nie tak, ale na pewno nie życzę sobie takiego zachowania, jak powyżej.
Uświadomiłam sobie również, że M. wcale ślubu nie chciał. Pasowało mu tak, jak było - wolny związek, który można w razie byle kaprysu zakończyć, zero zobowiązań, a ja dla niego tylko byłam, dom mu ogarnęłam (choć M. i tak twierdzi, że nic nie robiłam, mimo, że sam palcem w domu nie kiwnął), gacie uprałam, kasa była fajna z mojej nowej pracy (chociaż nie, jak powiedziałam, że nie będę mu sponsorować co wieczór piwa, to już byłam niegodziwa, a przez jego piwa i hektolitry paliwa lane do samochodu nie starczało nam pieniędzy do końca miesiąca) i było dobrze.
Teraz w grudniu mieliśmy 6 rocznicę, miałam nadzieję, że da wyraz tego, że myśli o mnie poważnie, i co? Nic. Może na Święta? Nie, nic, jedyne, co się stało, to pokazał jaki jest i jak bardzo nie mogę na niego liczyć. Chociaż w zasadzie to jest coś - oszczędził mi kolejne lata życia w złudnej nadziei, że jestem dla niego kimś ważnym i że coś z tego związku będzie.
Ten związek powoli tracił wszelkie podstawy bycia i tym razem to już było za wiele.
Niech mi ktoś powie jak zrobić, żeby ten zawód na najbliższej osobie jaki mnie spotkał tak strasznie nie bolał, żeby zniknął ten ból spowodowany takim ogromnym rozczarowaniem...
Przyszła do mnie jego mamusia i wierzcie mi, próbowała mi wmówić, że nie mam prawa jej wytykać co robi :D ja pierdziele, a M. dalej stoi za nią...
Powiedziała mi niby że miał do niej pretensje, że mnie tak zezwała, ale oczekiwała, że ja ją pierwsza przeproszę. Przeprosiłam, bo już mam tego towarzystwa dosyć, więc mi wszystko jedno. To, co najważniejsze już i tak się dowiedziałam - na wsparcie M. nie mam co liczyć. I niby miał do niej pretensje, a i tak z nią siedzi 24/7, niby mnie bronił, a przed chwilą mi napisał że matka dla niego zawsze będzie najważniejsza - wszystko w temacie. Nic tu po mnie... Mam dosyć związku w którym na pierwszym planie jest matka M. Tylko że M. tego chyba nie rozumie.
sobota, 28 grudnia 2013
niedziela, 22 grudnia 2013
Życzenia Świąteczne
Moi Drodzy,
Każdy na pewno o czymś marzy, za czymś goni, aby osiągnąć pełnię szczęścia i satysfakcję.
Dlatego z okazji Świąt chciałabym Wam życzyć, żeby każdy z Was odnalazł to, czego szuka, to coś, co uczyni Was szczęśliwymi i spełnionymi. Niech wszystkie problemy magicznie znikną, a marzenia w końcu zaczną się spełniać...
W kwestii samych Świąt natomiast, życzę Wam przede wszystkim tego, żebyście poczuli tę świąteczną atmosferę nie dzięki reklamom, zakupom czy prezentom, tylko dzięki wewnętrznej radości i bliskości ukochanych osób. Jeśli nie jest możliwe, abyście ten czas spędzili z bliskimi, to niech świadomość i poczucie, że jest ktoś, dla kogo wstajecie rano po to, aby przeżyć kolejny dzień, uczyni te Święta wyjątkowymi. A jeśli nie ma ludzi, u boku których chcielibyście się znaleźć w tym czasie, z głębi serca życzę, aby takie osoby jak najszybciej znalazły drzwi do Waszego życia.
Niech ten czas będzie wyjątkowy...
Każdy na pewno o czymś marzy, za czymś goni, aby osiągnąć pełnię szczęścia i satysfakcję.
Dlatego z okazji Świąt chciałabym Wam życzyć, żeby każdy z Was odnalazł to, czego szuka, to coś, co uczyni Was szczęśliwymi i spełnionymi. Niech wszystkie problemy magicznie znikną, a marzenia w końcu zaczną się spełniać...
W kwestii samych Świąt natomiast, życzę Wam przede wszystkim tego, żebyście poczuli tę świąteczną atmosferę nie dzięki reklamom, zakupom czy prezentom, tylko dzięki wewnętrznej radości i bliskości ukochanych osób. Jeśli nie jest możliwe, abyście ten czas spędzili z bliskimi, to niech świadomość i poczucie, że jest ktoś, dla kogo wstajecie rano po to, aby przeżyć kolejny dzień, uczyni te Święta wyjątkowymi. A jeśli nie ma ludzi, u boku których chcielibyście się znaleźć w tym czasie, z głębi serca życzę, aby takie osoby jak najszybciej znalazły drzwi do Waszego życia.
Niech ten czas będzie wyjątkowy...
niedziela, 1 grudnia 2013
R.
Ten wpis miał wyglądać inaczej i miał się tu pojawić dawno temu, ale się nie udało. Był już nawet w części napisany, ale w jednym momencie stał się nieaktualny.
Miał kipieć optymizmem i radością, miał być totalnie pozytywny.
Ale taki nie będzie. Proszę, okażcie wyrozumiałość, bo już sama nie wiem który raz podchodzę do pisania, a i tak nie wiem, czy zdołam napisać to, co bym chciała, zanim się znów rozsypię.
Odkąd pierwszy raz zasiadłam do pisania tego posta wiele się pozmieniało. Nie wszystko na gorsze, ale wiadome jest, że bardzo złe wieści bez trudu zasłaniają pozytywy. W zasadzie zła rzecz wystąpiła w liczbie pojedynczej, niestety była tak silna, że przez parę dni mój świat przestał istnieć.
Wiecie jak to jest mieć coś i w przeciągu kilku sekund stracić to na zawsze?
Ja do niedawna mogłam to sobie jedynie wyobrazić. Ale 1 listopada wszystko się zmieniło... R. przyszedł, położył się jak zwykle pod moimi nogami, przytulił się - tak chciał spędzić swoje ostatnie chwile...Poczułam, że coś jest nie tak. W panice zawołałam M., wzięłam R. w ręce... widziałam i czułam, jak uchodzi z niego życie, jak w moich rękach pozostaje coraz bardziej bezwładne, małe ciałko...
Miesiąc temu odszedł nasz piesek, domownik, przyjaciel. W dzień Wszystkich Świętych... Bardzo ciężko przyszło nam pogodzić się z tym, że już go nie ma, że nie wita nas od progu kiedy wracamy do domu. Nie wiem czy do tej pory udało mi się z tym pogodzić, bo zdarza się, że nadal przed oczami staje mi opisana wyżej sytuacja... Choć wiem, że zrobiliśmy wszystko, co tylko mogliśmy, żeby mu pomóc, to i tak nie do końca akceptuję ten finał. I choć wiedziałam już po diagnozie, że przestają pracować nerki i wątroba, że to nasze ostatnie chwile, to i tak to wszystko stało się tak nagle i zupełnie nie w porę. Z dnia na dzień piesek nikł w oczach, choć początek jego choroby był bardzo gwałtowny. Wychodząc do pracy zostawiłam w domu rześkiego, zdrowego i radosnego psa, kiedy przyszłam, pies chował się przed światem, nie miał siły i cały trząsł się od wysokiej gorączki. Nie rozumiem jak to się mogło stać tak szybko...
Do tej pory rozklejam się próbując napisać ten post do końca... To było i nadal jest bardzo ciężkie dla nas. Ale w końcu muszę to z siebie gdzieś wyrzucić, bo to zbyt trudne, żeby radzić sobie z tym samemu...
Miał kipieć optymizmem i radością, miał być totalnie pozytywny.
Ale taki nie będzie. Proszę, okażcie wyrozumiałość, bo już sama nie wiem który raz podchodzę do pisania, a i tak nie wiem, czy zdołam napisać to, co bym chciała, zanim się znów rozsypię.
Odkąd pierwszy raz zasiadłam do pisania tego posta wiele się pozmieniało. Nie wszystko na gorsze, ale wiadome jest, że bardzo złe wieści bez trudu zasłaniają pozytywy. W zasadzie zła rzecz wystąpiła w liczbie pojedynczej, niestety była tak silna, że przez parę dni mój świat przestał istnieć.
Wiecie jak to jest mieć coś i w przeciągu kilku sekund stracić to na zawsze?
Ja do niedawna mogłam to sobie jedynie wyobrazić. Ale 1 listopada wszystko się zmieniło... R. przyszedł, położył się jak zwykle pod moimi nogami, przytulił się - tak chciał spędzić swoje ostatnie chwile...Poczułam, że coś jest nie tak. W panice zawołałam M., wzięłam R. w ręce... widziałam i czułam, jak uchodzi z niego życie, jak w moich rękach pozostaje coraz bardziej bezwładne, małe ciałko...
Miesiąc temu odszedł nasz piesek, domownik, przyjaciel. W dzień Wszystkich Świętych... Bardzo ciężko przyszło nam pogodzić się z tym, że już go nie ma, że nie wita nas od progu kiedy wracamy do domu. Nie wiem czy do tej pory udało mi się z tym pogodzić, bo zdarza się, że nadal przed oczami staje mi opisana wyżej sytuacja... Choć wiem, że zrobiliśmy wszystko, co tylko mogliśmy, żeby mu pomóc, to i tak nie do końca akceptuję ten finał. I choć wiedziałam już po diagnozie, że przestają pracować nerki i wątroba, że to nasze ostatnie chwile, to i tak to wszystko stało się tak nagle i zupełnie nie w porę. Z dnia na dzień piesek nikł w oczach, choć początek jego choroby był bardzo gwałtowny. Wychodząc do pracy zostawiłam w domu rześkiego, zdrowego i radosnego psa, kiedy przyszłam, pies chował się przed światem, nie miał siły i cały trząsł się od wysokiej gorączki. Nie rozumiem jak to się mogło stać tak szybko...
Do tej pory rozklejam się próbując napisać ten post do końca... To było i nadal jest bardzo ciężkie dla nas. Ale w końcu muszę to z siebie gdzieś wyrzucić, bo to zbyt trudne, żeby radzić sobie z tym samemu...
sobota, 19 października 2013
Prognoza na marzec
Wpis jest długi, ale chciałam przekazać wszystko tak jak jest, więc jeśli ktoś nie ma czasu lub nie chce mu się tego przeczytać dokładnie i ze zrozumieniem, to złota rada - odpuśćcie sobie od razu, bo nie po to starałam się napisać wszystko co mi zalega na sercu, żeby ktoś napisał pod spodem coś głupiego lub coś wskazującego na to, że nie przeczytał tego posta w całości... Takie komentowanie jest bez sensu, a ja zrozumiem, że nie każdy się odezwie.
Prawdę mówiąc, ostatnimi czasy nie pojawia się na moim blogu kontynuacja żadnych bolących i problematycznych wątków mojego życia. One cały czas istnieją, towarzyszą mi każdego dnia i bardzo często przychodzi mi się z nimi mierzyć, ale zdecydowałam, że nie pozwolę im zdominować wszystkiego. Jeśli jednak nic się nie zmieni, przyjdzie czas, że wszystko z siebie wyrzucę. Ale jeszcze nie teraz. Ostatnio doszedł do nich nowy wątek - choć nie jest być może na 100% pewny i być może nie warto martwić się na zapas, to ja już taka jestem, że jeśli pojawia się jakiś problem, a ja nie mam na niego rozwiązania, to będę go przeżywać.
Ale od początku. W marcu mojej teściowej kończy się kontrakt. Kolejnego na pewno nie będzie, a przynajmniej nie w marcu - taka polityka zakładu pracy. Kolejny może być dopiero około czerwca. Po dokonaniu pewnych nieskomplikowanych obliczeń, wychodzi nam pi razy drzwi 3 miesiące przerwy między kontraktami. I to jest właśnie problematyczna kwestia. Co zrobi teściowa przez te 3 miesiące?
Wyjścia są dwa, ale wyboru między jednym wyjściem a drugim może nie być. Pierwsze wyjście - zostać i pracować 3 miesiące bez kontraktu. Z jednej strony dobre rozwiązanie, bo jest się cały czas na miejscu, ma się podgląd na to, co dzieje się w pracy, jak rysuje się sytuacja z dalszą pracą i co najważniejsze - jest źródło jakichś pieniędzy. Z drugiej zaś strony, jest to swego rodzaju ryzyko dla zakładu, bo jak ich ktoś przyszpili, że ludzie pracują bez umów, to będą mieli masę problemów i nieprzyjemności. Więc mogą kazać odgórnie zjechać do Polski.
I drugie wyjście - zjechać do Polski. I to jest problem dla mnie, dla nas? Moja teściowa jest dosyć specyficzną osobą i generalnie mam powody przypuszczać, że ma mnie i M. za dwójkę bałaganiarzy. Fakt, pedantyczni to my nie jesteśmy zdecydowanie, ale też bez przesady, że u nas w mieszkaniu to tylko syf, kiła wędrowniczka (choć oczami mojej teściowej pewnie tak właśnie wyobraża sobie co my tu w domu mamy). Oboje pracujemy, często mamy jeszcze coś dodatkowego po godzinach, a do tego szkoła w weekend i po prostu brakuje nam albo czasu albo siły na utrzymanie nienagannego porządku. Nie wiem czy udało mi się zaznaczyć tą różnicę postrzegania porządku przez nas i przez moją teściową - dla nas "roboczy bałagan" to jeszcze nie bałagan, dla niej - syf totalny.
I powiedzcie mi teraz, jak trójka ludzi o tak sprzecznych poglądach na podstawowe zasady życiowe ma w zgodzie przeżyć pod jednym dachem 3 miesiące? Ja zdecydowanie nie zamierzam poświęcać więcej czasu na sprzątanie, bo lada moment muszę zacząć na dobre pisać pracę magisterską, a w marcu i kolejnych miesiącach stadium pisania powinno być już wielce zaawansowane. M. też ma sporo obowiązków plus dosyć stresującą pracę, więc sprzątanie po 10 godzinach nerwówki to ostatnia rzecz, na którą ma ochotę.
Można pomyśleć, że teściowa zajmie się ładem w domu, bo przecież tutaj pracy raczej w tak krótkim czasie i na tak krótko nie znajdzie, ale musiałabym nie znać nas i jej, żeby wierzyć w to, że nie zostaniemy z M. zjebani (przepraszam za przekleństwa, ale wydaje mi się, że to akurat najtrafniejsze określenie) za bałaganiarstwo, niesprzątanie po sobie i ogólnie niechlujny tryb życia.
Co więcej, jesteśmy, a głównie ja jestem, na straconej pozycji, bo mieszkamy w jej mieszkaniu... A ta kwestia jednak stawia zdanie mojej teściowej ponad nami... Ogólnie rzecz biorąc jest to temat na odrębny post i prawdopodobnie rozmyślając głębiej nad tym wszystkim skuszę się na napisanie co mi tutaj na sercu leży.
A pomijając całkowicie kwestie porządku w domu, mam jeszcze jedno duże zastrzeżenie do tego wszystkiego. Intymność w związku. Niby rzecz oczywista, że jak dwoje ludzi się kocha, to okazują to sobie (mniej lub bardziej, ale zawsze jakoś), a od czasu do czasu chcieliby zostać sami i być tylko dla siebie - chyba wiecie co mam na myśli :) No i obecność mojej teściowej tutaj to ogromna przeszkoda, nie tylko do chwil we dwoje, ale też do zwykłego okazywania sobie uczuć. Podczas ostatniej wizyty u niej na Zachodzie zostaliśmy z M. poinformowani, że bardzo ją denerwuje jak ktoś się "migdali" i najlepiej żebyśmy się do siebie nie kleili, nie przytulali, nie misiowali, tygryskowali, kochaniowali i co tylko jeszcze można podciągnąć pod "migdalenie się". Rozumiem, że jak się patrzy na dwoje ludzi wymieniających się śliną aż po migdałki, to rzeczywiście nic przyjemnego, nie wspominając już o mistrzach migdalenia się na poziomie hard w miejscach publicznych, ale pomijając to - W T F ?! Żeby nie móc się przytulić, złapać za rękę, czy obejrzeć TV wieczorem leżąc w objęciach Ukochanego i to niby w domu? Tydzień niemigdalenia się podczas wizyty na Zachodzie dało się wytrzymać, zaległości nadrabialiśmy wieczorem w pokoju :))) ale tutaj mamy pokoje bezpośrednio przechodzące do siebie, dzielą je tylko drzwi, a przed nami wizja życia w ten sposób przez 3 miesiące. Praktycznie cały czas na cenzurze... To mnie naprawdę przeraża! Tak naprawdę nie będzie okazji, żebyśmy pobyli sami czy choćby porozmawiali sobie bez udziału osób trzecich... Załamuje mnie to...
Cały czas jeszcze liczę na to, że może uda się to rozegrać w ten sposób, żeby teściowa nie zjeżdżała na tak długo, ale ostatnio przedstawiła M. pomysł założenia haka w samochodzie, bo jak będzie zjeżdżać, to chce wszystko zabrać a przez 1,5 roku sporo się tego nazbierało i do samochodu się nie zmieści - niechaj będzie więc hak i przyczepka. Zabrzmiało jak dla mnie dosyć złowrogo. Nie jestem pewna czy M. w ogóle zdaje sobie sprawę z tego co się będzie działo, jak jego mama wróci. On pewnie na razie bardziej się cieszy z tego, że przestanie ich dzielić 1000km. Nie dziwię się, pewnie też bym się cieszyła, gdyby moi rodzice mieli wracać z tak daleka po tak długim czasie... Ale to już taki etap w życiu, że z rodzicami najlepiej żyje się na odległość - choćby niewielką, ale już nie pod jednym dachem. Układamy sobie swoje własne życie, a tu nagle wizja, że zagości w nim osoba trzecia, która poukłada nas sobie tak jak jej się podoba.
Mieszkania na ten czas nam się w ogóle nie opłaca szukać, bo fundusze na to nie pozwolą, poza tym - jak już szukać mieszkania, to na dłużej. Ale to też bez sensu, bo po co ma to mieszkanie stać potem puste, jak teściowa znów pojedzie na Zachód... Choć nie powiem, coraz częściej rozmyślam nad tym, żeby poszukać mieszkania, żebyśmy to my tam byli jedynymi gospodarzami, a nie żyli u kogoś, tak jak teraz... To był dobry wstęp w samodzielne mieszkanie, ale niebawem trzeba będzie zrobić krok do przodu - ale o tym w innym poście, bo to wciąż ten sam wątek, który ucięłam parę linijek wcześniej ;) Do tego dojdzie też kwestia telewizora, ale o tym też innym razem.
Z jednej strony lepiej byłoby o tym jeszcze teraz nie myśleć, jeszcze niby sporo czasu zostało do marca, ale też nie chcę się potem ocknąć, że będzie problem na tydzień przed przyjazdem teściowej... Ehh... Nie mam pomysłu na tą sytuację.
poniedziałek, 14 października 2013
Zakupy i bloglovin
Te żółknące liście na drzewach są naprawdę przygnębiające... A jak do tego dochodzi mżący, zimny deszcz i mgła, to już w ogóle porażka. Gorszy już jest tylko śnieg. Naprawdę nie lubię jesieni. Dni stają się zauważalnie krótsze, pogoda nie rozpieszcza, a temperatura z dnia na dzień zmusza do cieplejszego ubierania się.
Lato, wróć!
Pociesza mnie fakt, że jeśli nadal w tym tempie będzie mi leciał czas, to zaraz zastanie mnie wiosna :)
Mój M. powoli załamuje ręce na to moje włosomaniactwo... A ja wcale nie uważam, że przesadzam! Od całkiem dawna nie byłam na takich zakupach, aby kupować coś z myślą o sobie. Do tej pory po prostu nie było mnie na to stać. Dlatego też w ciągu ostatnich kilku dni "zaszalałam" - kupiłam sobie jedwab do włosów i suszarkę. Do tej pory używałam jedwabiu z Biosilku, ale ze względu na alkohol w składzie nie do końca zadowalały mnie efekty po nim (a raczej ich prawie-brak), ale jeszcze nie upadłam na głowę, żeby wyrzucić pół buteleczki kosmetyku tylko dlatego, że nie pomaga - ale na całe szczęście nie szkodził, więc starałam się go możliwie szybko zużyć ;) Ku mojemu zadowoleniu, buteleczka po jedwabiu została już prawie pusta, zatem poszłam po bandzie i kupiłam zachwalany przez wszystkich jedwab z Biovaxu - zobaczymy jakie cuda podziała na mojej czuprynce.
Druga rzecz - kupiłam sobie suszarkę ;) M. twierdzi, że oszalałam, bo jest suszarka w domu, a ja sobie kupiłam kolejną... Rzeczywiście, suszarka jest, ale nie jest moja. Należy do mamy M. i choć mam pozwolenie na używanie, to i tak rzadko korzystałam, ponieważ dmucha ona tylko ciepłym powietrzem, które nie jest zbyt korzystne dla włosów. A teraz mało, że mam swoją własną w końcu suszarkę, to jeszcze ma zimny nawiew :D
A tak z kompletnie innej beczki...
Postanowiłam oficjalnie ulokować swojego bloga na czymś takim, jak bloglovin. I tak tam był (do tej pory nie wiem czemu i jak się tam znalazł ;)), więc stwierdziłam, że zgłębię tajniki tego portalu. Jak na razie jestem pozytywnie zaskoczona - jeśli mogę kogokolwiek z Was tam wyszukać i dodać do obserwowanych, to mam od razu podgląd na Wasze najnowsze wpisy :) Ciekawa sprawa :)))
Lato, wróć!
Pociesza mnie fakt, że jeśli nadal w tym tempie będzie mi leciał czas, to zaraz zastanie mnie wiosna :)
Mój M. powoli załamuje ręce na to moje włosomaniactwo... A ja wcale nie uważam, że przesadzam! Od całkiem dawna nie byłam na takich zakupach, aby kupować coś z myślą o sobie. Do tej pory po prostu nie było mnie na to stać. Dlatego też w ciągu ostatnich kilku dni "zaszalałam" - kupiłam sobie jedwab do włosów i suszarkę. Do tej pory używałam jedwabiu z Biosilku, ale ze względu na alkohol w składzie nie do końca zadowalały mnie efekty po nim (a raczej ich prawie-brak), ale jeszcze nie upadłam na głowę, żeby wyrzucić pół buteleczki kosmetyku tylko dlatego, że nie pomaga - ale na całe szczęście nie szkodził, więc starałam się go możliwie szybko zużyć ;) Ku mojemu zadowoleniu, buteleczka po jedwabiu została już prawie pusta, zatem poszłam po bandzie i kupiłam zachwalany przez wszystkich jedwab z Biovaxu - zobaczymy jakie cuda podziała na mojej czuprynce.
Druga rzecz - kupiłam sobie suszarkę ;) M. twierdzi, że oszalałam, bo jest suszarka w domu, a ja sobie kupiłam kolejną... Rzeczywiście, suszarka jest, ale nie jest moja. Należy do mamy M. i choć mam pozwolenie na używanie, to i tak rzadko korzystałam, ponieważ dmucha ona tylko ciepłym powietrzem, które nie jest zbyt korzystne dla włosów. A teraz mało, że mam swoją własną w końcu suszarkę, to jeszcze ma zimny nawiew :D
A tak z kompletnie innej beczki...
Postanowiłam oficjalnie ulokować swojego bloga na czymś takim, jak bloglovin. I tak tam był (do tej pory nie wiem czemu i jak się tam znalazł ;)), więc stwierdziłam, że zgłębię tajniki tego portalu. Jak na razie jestem pozytywnie zaskoczona - jeśli mogę kogokolwiek z Was tam wyszukać i dodać do obserwowanych, to mam od razu podgląd na Wasze najnowsze wpisy :) Ciekawa sprawa :)))
poniedziałek, 7 października 2013
Liebster Blog
Dawno, naprawdę dawno nie brałam udziału w żadnych blogowych zabawach, już nawet nie pamiętam przez kogo i do czego byłam nominowana czy wciągnięta... Nie miałam do tego głowy i w zasadzie nadal nie mam, ale że moje szalone myśli nie dają mi ani nawet trochę spokoju, kołaczą się po głowie, niestety znów coraz częściej wbijając mnie z tych samych powodów w podły nastrój, postanowiłam skorzystać z zaproszenia Pikantnie Słodkiej do zabawy i oderwać się trochę od tego wszystkiego ;)
1. Czy wierzysz w sny?
Ostatnimi czasy jak najbardziej. Czasami się sprawdzają...
2. Ulubiony kolor samochodu.
Mój :) Czyli ciemny fiolet metallic ;)
3. Czy czujesz się seksowna?
No pewnie :)
4. Jedna cecha jaką uwielbiasz i za jaką zakochałaś się w swoim Partnerze.
Dużo rzeczy w nim uwielbiam, a czemu się zakochałam? Cóż, kocha się za nic i pomimo wszystko :)
5. Mój Partner to...
...uparciuch i indywidualista.
6. Czynność bez której nie zaczynasz nigdy dnia to...
...picie mocnej kawy. Im bliżej zimy, tym ciężej mi z picia przynajmniej kilku kaw dziennie zrezygnować...
7. Ulubiony zapach perfum to...
...Avonowe: Incandessence, Pur Blanca, Treselle, Today, Perceive
8. Jesteś romantyczką czy realistką?
Bardzo chciałabym być romantyczką, ale niestety stałam się realistką...
9. Kawa czarna czy z mlekiem?
Z mlekiem zdecydowanie :)
10. Czy lubisz jeździć samochodem? Lepiej jako kierowca czy pasażer?
Lubiłam bardzo, teraz jeżdżę raczej dlatego, że muszę. No chyba, że jest mi wyjątkowo smutno lub jestem zła, wtedy wsiadam i jadę...
Moje pytania:
1. Rozmowa przez telefon czy w cztery oczy?
2. Ulubiony sposób spędzania wieczoru?
3. Do jakiej części swojego ciała masz najwięcej zażaleń?
4. Mój blog to dla mnie...?
5. W jakim kolorze najlepiej się czujesz?
6. Spodnie czy spódnica?
7. Co Ci się w sobie najbardziej podoba?
8. Wymarzone wakacje w...?
9. Film akcji czy komedia?
10. Ulubione wspomnienie?
A do zabawy zapraszam Anonimową, Anelise, Kasię, Kolczastą, Alicję, Prostą Sprężynkę i każdego, kto ma ochotę wziąć udział i odpowiedzieć na powyższe pytania :)
środa, 2 października 2013
Dopadło mnie...
... włosomaniactwo :)
Post typowo babski i to też nie każdą kobietę będzie interesował, ale trudno - to mi akurat teraz zaprząta głowę, więc sobie o tym skrobnę słów kilka, a co :)
Odkąd postanowiłam po farbowaniu wrócić do swojego naturalnego koloru włosów, zaczęłam o nie również trochę bardziej dbać. Przyznam, że wyglądały tragicznie - mało, że po ciągłym farbowaniu (na szczęście na ciemniejszy kolor, nie były rozjaśniane), to jeszcze non stop prostownica w akcji, no i ten cały epizod z paleniem papierosów... Te wszystkie grzeszki bardzo nadszarpnęły kondycję moich włosów mimo, że ogólnie są dosyć wytrzymałe ;) Kiedy w końcu dotarło do mnie, że jak tak dalej będzie, to mi wszystkie włosy wypadną, i ogólnie załamałam się tymi zmasakrowanymi miotełkami na końcach włosów (były nie tyle porozdwajane, co końcówki po prostu dzieliły się na kilka części, np. 5...), postanowiłam ściąć te najbardziej poniszczone partie włosów i zapadła decyzja - koniec z farbowaniem. Ale z racji tego, że porządnie nagrzeszyłam, to i tak niewiele im to pomogło.
Tak sobie przez 3 lata walczyłam o poprawę kondycji włosów, ale efekt najdłużej utrzymywał się 2 miesiące - i na nowo się rozdwajały, niszczyły, łamały. Nie było na to mocnych. A ja coraz bardziej chciałam mieć ładne włosy - naturalnie.
W końcu trafiłam na początku tego roku na jakiś blog o pielęgnacji włosów. Dziewczyna bardzo fajnie opisywała na nim które kosmetyki są dobre i dlaczego, a dodatkowo ma obszerną wiedzę na temat pielęgnacji włosów, więc bardziej może dla zabawy, ale w komentarzu opisałam jej moje kudły i zapytałam jak mam o nie dbać. Słuchajcie - dostałam chyba najtrafniejszą odpowiedź w życiu :) Po tygodniu stosowania się do jej sugestii w moje włosy weszło nowe życie - i to bez podcinania czy zmiany kosmetyków. Oczywiście z czasem zaczęłam wymieniać też kosmetyki na te polecane przez nią i w efekcie wsiąkłam totalnie w to włosomaniactwo :)
Nie mam aż tak dużo kosmetyków do pielęgnacji włosów. Mam 2 szampony, 2 odżywki, olejek, jedwab i spray na rozczesywanie :) Ale cała otoczka stosowania ich i innych włosowych rutyn stało się moim sposobem na relaks. Nie wiem dlaczego, ale dbanie o włosy zaczęło mi sprawiać przyjemność, tym większą, że gołym okiem widać efekty. Olejowanie, mycie, odżywkowanie, zabezpieczanie końcówek - takie moje małe SPA dla włosów :)
A najbardziej cieszą mnie komplementy, które słyszę od innych dziewczyn. Wiecie chyba, że ubóstwiam brązowy kolor włosów. Ostatnio znów nachodzą mnie myśli, żeby sięgnąć po farbę i stać się znów prawdziwą szatynką (teraz ciężko jednoznacznie powiedzieć, czy mój kolor włosów to jeszcze bardzo ciemny blond, czy już jasny brąz :)), jednak pod uwagę biorę tylko farby naturalne dostępne tylko w aptekach... i drogie jak złoto :D Ale jak by na to nie patrzeć - to i tak jest jakaś ingerencja we włosy, to wciąż jest farbowanie. I kiedyś rozmawiałam z dziewczynami na uczelni na temat farbowania i powiedziałam, że kusi mnie znów się zafarbować, to usłyszałam, że ładnie by mi było w brązie, ale im by było szkoda niszczyć takie ładne włosy :)))) Nic tak człowieka nie podnosi na duchu, jak to, że ludzie zauważają efekty tego, o co się tak bardzo stara :)
Czy jest tu może jeszcze jakaś włosomaniaczka? ;-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)



