wtorek, 18 października 2016

Baby... ;)

Dziewczyny mnie zadziwiają. Zapraszam dziewczynę na spotkanie u kosmetyczki, z opcją darmowych zabiegów, kuracji, kolageny, regeneracja, przeciwzmarszczkowe i odmładzające cuda, to w odpowiedzi (o ile w ogóle ją dostaję) prawie się we mnie rzuca czosnkiem. Wy też tak macie, że jak Wam ktoś daje, to zamiast brać, to uciekacie? ;) bo może to ja jestem dziwna, że daję ;)

sobota, 27 sierpnia 2016

:)

Zdaję sobie sprawę, że przez moje notoryczne nieobecności już pewnie niewiele osób tutaj zastanę, bo i ja Was zaniedbałam, ale mam nadzieję, że jednak jeszcze ktoś czasem do mnie zagląda.

Wakacje przeszły pełną parą, na nudę narzekać nie mogłam, co właśnie skutkowało tym, że bywały całe długie tygodnie, kiedy nawet na chwilę nie włączałam komputera. Raz lepiej, raz gorzej, ale cały czas do przodu :)

Udało się również wyskoczyć na pierwszy od kilku lat urlop nad morzem :) szkoda tylko, że przez kilka innych zrządzeń losowych wyjazd wyszedł nam niemal spontanicznie, więc nie mogliśmy pozwolić sobie na labę dłuższą niż tydzień i pozostał pewien niedosyt w związku z tym (z resztą dla mnie siedzenia nad morzem nigdy dość :)), ale i tak się cieszę, że w ogóle nam się udało gdziekolwiek pojechać :)


W pracy niestety dzieje się coraz gorzej, więc zaczynam powoli szukać alternatyw dla siebie. Coraz więcej zaczyna mi przychodzić pomysłów na własny biznes, niestety do 90% z nich potrzebne są pieniądze, którymi na ten moment nie dysponuję, a nie zamierzam brać aż takich kredytów, nie mając tak naprawdę gwarancji, że te moje pomysły wypalą. Póki co, dla małego bo małego, ale zawsze dodatkowego dochodu, podjęłam się sprzedaży kosmetyków - firma nie jest jeszcze znana, więc nie spodziewam się wybuchów w najbliższym czasie, ale z racji, że prezentuje naprawdę wartościowe rzeczy i jestem pewna, że za jakiś czas będzie równie rozpoznawalna, co Avon czy Oriflame, więc wiążę z tym pewne nadzieje :)

Zostając w temacie własnej działalności, czy zagląda tu ktokolwiek, kto może coś podpowiedzieć w kwestii prowadzenia swojej działalności równolegle do pracy na etacie? :) Przydadzą mi się chyba wszystkie pomysły i porady... Chcę zacząć działać, żeby kiedyś nie zostać na lodzie ;)


czwartek, 19 maja 2016

Urodzinowe refleksje :)

Nie bywam tu zbyt często. Bywam za to cały czas w swoim życiu na całego :) tego mi przez kilka ostatnich lat brakowało najbardziej - życie się toczyło, czas uciekał, tylko mnie w moim własnym życiu nie było. Nie miałam czasu, żeby żyć, egzystowałam w jakimś zawieszeniu. Miałam czas tylko na swoje obowiązki, a nie na życie. Teraz mam czas :) i korzystam ile wlezie :)

Naszły mnie refleksje życiowe, jak to co roku w maju. Urodziny - to taki swego rodzaju punkt kontrolny, gdzie zawsze się zatrzymuję i zastanawiam się, co mi się udało przez ostatni rok, co nie, upływa kolejny rok i co w tym czasie zrobiłam ze sobą, ze swoim życiem, czy wykorzystałam te 365 dni?

W tym roku, chyba pierwszy raz kiedykolwiek, mój bilans jest całkowicie dodatni. Udało mi się osiągnąć to, czego chciałam najbardziej - zmienić swoje nastawienie do siebie samej i do wszystkiego innego. Nic nie przyszło łatwo, właściwie z tych 365 dni, tylko ostatnie miesiące mogę zaliczyć do najbardziej udanych, bo przez resztę czasu stoczyłam wiele walk. Dużo się zmieniało, mocno się zmieniało, wiele rzeczy nie raz i nie dwa mnie zabolało chyba do granic moich możliwości, wiele razy musiałam podnosić się po kolejnych upadkach, ani przez chwilę nie było łatwo. Ale im bardziej obrywałam, tym bardziej kształtowało się we mnie poczucie własnej wartości, docierało do mnie, że w moim życiu najważniejsza jestem ja i dopiero wtedy wszystko inne będzie na właściwym miejscu. Poukładałam wszystkie kawałki, w jakich znalazło się moje życie od nowa w nową całość i dzięki temu właśnie teraz stoję tu gdzie chciałam stać. Jest mi dobrze z samą sobą, lubię siebie, wiem ile jestem warta i wiem, że jeśli ktoś chce być w moim życiu, też to musi wiedzieć i to szanować.

Teraz, dzisiaj, jestem z siebie dumna. Choć nie osiągnęłam wszystkiego, co chciałam osiągnąć na tym etapie mojego życia, to jestem dumna. Bo wszystko, co osiągnęłam, to jest moja zasługa. Sama na to zapracowałam. Nie mam na myśli tylko rzeczy materialnych, ale też moje osiągnięcia i zmiany wewnętrzne. Czuję się spełniona, ale nie chcę się zatrzymywać. Wymagać więcej mogę wyłącznie od siebie - i zamierzam, ale nie będę stawiać przed sobą nierealnych celów, tak jak było do niedawna. Poprzeczka wysoko, ale wciąż w moim zasięgu :)

Oprócz tego wszystkiego, udało mi się również zmobilizować do aktywności fizycznej. Zawsze chciałam być fit, ale nigdy nie wierzyłam w to, że kiedykolwiek tak będzie, bo znałam swoje lenistwo, słomiany zapał i miłość do czekolady, co jak powszechnie wiadomo, skutkuje grubą dupą. Do grubasa co prawda i tak było mi daleko, ale dojrzałam wewnętrznie do tego, że czas o siebie zadbać, lepiej jeść, poruszać się trochę. Martwił mnie tylko mój słomiany zapał - tydzień zdrowego stylu życia i na tym koniec, tyle mi się udało do tej pory wytrwać. Tym razem się zawzięłam, że nie odpuszczę. Kupiłam Sukces Chodakowskiej, wyrzuciłam zupki z papierka i inne świństwa, przestałam kupować czekoladę, bo choć nadal ją kocham i nie umiem się jej oprzeć, to jednak łatwiej stawiać opór czekoladzie w markecie na zakupach, niż w szafce w domu :) sama nie wiem, czy efekty tych moich zmagań w ogóle są widocznie fizycznie, ale na pewno są widoczne w moim sposobie bycia :) i co najważniejsze, trwam w tym nadal już 3 miesiące, choć czasem nawalam, kiedy M, wraca do domu z pizzą :))

Dużo w tym wszystkim właśnie pomogła mi wyżej wspomniana Chodakowska - niby nic, ale jednak gdzieś w głowie zostawały mi jej słowa typu "dostaniesz dokładnie tyle, na ile sobie zapracujesz", "wszystkich nie zadowolisz, to ty masz być zadowolona", "pamiętaj, cokolwiek robisz, robisz to dla siebie", aż w końcu sama zaczęłam tak myśleć. Na dodatek, Chodakowska odwiedzi moje miasto w ten weekend, co właściwie nakłada się z moimi urodzinami, dlatego w pewnej części zawdzięczając jej swoje zmiany, wybieram się na urodzinowy trening z samą Ewką we własnej osobie :D

niedziela, 20 marca 2016

Kocham wiosnę :)




Kiedy po krótkich, zimnych, zimowych dniach wszystko się budzi do życia...







źródło: http://aurelique.tumblr.com/page/800


Kiedy już śmielsze promienie słońca przyjemnie padają na twarz... 











Kiedy przyroda rozkwita i w powietrzu unosi się cudowna, trochę już zapomniana woń kwiatów...






Kiedy nawet w centrum miasta słychać śpiew ptaków...





...zamknij na chwilę oczy, zatrzymaj się na moment... 
:)



wtorek, 23 lutego 2016

Cześć, pamiętasz mnie? :)

Nie bijcie, trochę ten blogowy świat zaniedbałam :)

Inna rzecz, że od czasu ostatniego wpisu po prostu wszechpotężne burze z piorunami z hukiem przetaczały się przez moje życie, rozwalając co popadnie i chyba ani nie dałabym rady, ani nie chciałam tego spisywać :) Wchodzić tutaj za bardzo też mi było nie po drodze, i macie prawo się na mnie za to obrazić, ale spadło na mnie tak dużo, że miałam naprawdę sporo do ogarnięcia we własnym życiu, dlatego nie byłam w stanie nawet sprawdzać co u Was. Nie żebym nie była ciekawa, ale po prostu skupiłam się chwilowo na sobie, żeby uporządkować bałagan wokół siebie. Nawet pewnie nic mądrego bym nie była w stanie Wam napisać... Nie obiecuję, że od teraz będę tu bywać regularnie i na bieżąco sprawdzać co u Was, bo mimo naprawdę ogromnej sympatii do każdej z Was i jednak ciekawości (bo spodziewam się, ze i u Was mogło się sporo pozmieniać przez tyle czasu ;)), po prostu muszę złapać oddech po tym wszystkim - obiecać za to mogę, że przynajmniej się postaram nie znikać znów bez słowa :)

Niemniej efekty tych burzliwych zmian są dosłownie jak powietrze po burzy, w końcu mogę odetchnąć pełną piersią i wykrzyczeć wszystkim, że jestem szczęśliwa :) jeszcze nie wszystko jest tak jak chciałabym, żeby było, ale cieszę się z tego, co jest :) tym razem mówię poważnie, naprawdę się cieszę z tego co mam :D

To jest prawda, że pozytywne myślenie przyciąga pozytywne zdarzenia :) I choć łatwo nie było dobrnąć do tego stanu, to na pewno było warto. Pod wieloma względami. Nie tylko zmieniłam swoje podejście do życia, i jest mi z tym naprawdę fajnie, ale też wiele innych rzeczy 'się uporządkowało' :) Jak tak człowiek wpada w rutynę, żyjąc z dnia na dzień, to nawet nie zauważa, że coś zaczyna być nie tak... Dopiero bardzo zimny prysznic, drastyczne zmiany lub inny punkt zwrotny otwierają oczy i dają człowiekowi szansę na wyrwanie się i zmiany. Łatwo nie było, ale skoro pojawia się szansa, to czemu by nie spróbować? U mnie mimo właściwie już psychicznego dna (sama się sobie dziwię z perspektywy czasu, ile jeden nieduży człowiek może udźwignąć na raz, upaść pod tym ciężarem, a potem jednak wstać i iść dalej), wszystko suma summarum wyszło na dobre :)

Znów jestem sobą, a może nawet jeszcze lepszą wersją samej siebie :)


sobota, 12 września 2015

Sobotnie refleksje o byciu szczęśliwym

Niestety nadal dni uciekają mi przez palce, czas pędzi nie wiem gdzie, zdarzają się momenty, kiedy mam wrażenie, że budzę się w poniedziałek rano, a tu już niedzielne popołudnie i zaraz kolejny poniedziałek... Kiedyś śmiałam się, jak rodzice mówili, że jak się jest dorosłym, to czas leci o wiele szybciej - no jak leci szybciej? Przecież zegary chodzą tak samo dla każdego, doba wciąż ma 24 godziny, a tydzień siedem dni. Po wielu latach przyznałam im rację - czas leci szybciej, czasem nawet zagina się czasoprzestrzeń i nieodwracalnie czas ucieka za szybko... Nadal nie mam na nic czasu, zaglądam do was od czasu do czasu, a to już coś :) tylko przeważnie robię to w przerwie w pracy lub w podróży, więc nie mam czasu napisać nic mądrego :(

Ale dziś nie o tym chciałam.

Jeszcze całkiem niedawno zdawało mi się, że jestem dorosła. Według polskiego prawa owszem, osiemnaście lat stuknęło mi już dosyć dawno temu, ale teraz widzę, że jest różnica między poczuciem dorosłości a byciem dorosłym. Chciałam wszystko na już, myślałam, że świat się zawali, jeśli czegoś nie będę miała akurat wtedy, kiedy uważałam, że powinnam to mieć. Albo inni mieli, a ja nie. Nie raz miałam pretensje do losu i ludzi, że rzeczy, których najbardziej chciałam były najbardziej nieosiągalne. Bo ja tak bardzo chciałam, a wszystko tak bardzo się komplikowało niezależnie ode mnie... I nie dane mi było mieć tego, czego tak bardzo chciałam. Trochę to rozumiem, ciężko być mądrym, kiedy świat jest głupi :)

Nie minęło dużo czasu, a punkt postrzegania wszystkiego zmienił mi się diametralnie. Pewnie nie minął nawet rok... Ale bagaż doświadczeń, jaki dostałam od życia w tym czasie sprawił, że zatrzymałam się na chwilę w tym głupim pędzie życia i zastanowiłam się nad wieloma rzeczami. Wszystko swoim tempem leci dalej, ja też fizycznie muszę za tym nadążać (takie tam minusy bycia dorosłym :)), ale psychicznie zaczęłam zwalniać. Dotarło do mnie, że gonienie za rzeczami, które być może nie są mi pisane i zaprzątanie sobie głowy wszystkimi przeszkodami, które napotykam w drodze do wymarzonego celu, prawdopodobnie nie ma sensu. Skoro do tej pory niewiele się dzieje, mimo, że robiłam wszystko, co było w mojej mocy, to być może tak właśnie ma być. I nikt inny na tym nie cierpi, tylko ja. Bo przez narastające frustracje przestaje być prawdziwą sobą, Zrzędliwa, ciągle niezadowolona, warcząca, bez uśmiechu, zazdrosna o powodzenie innych, zgorzkniała - przecież to nie jestem ja! A może właśnie fakt, że nie mam tego, co chciałabym mieć, to ręka Pana Boga, która mnie chroni, bo osiągnięcie tego mogłoby nie być dla mnie dobre?

Dlatego właśnie doszłam do wniosku, że w ten sposób, choćbym pewnie gwiazdkę z nieba dostała, to nie będę szczęśliwa, bo zawsze będę miała przed sobą jakiś mało realny cel i wszystkie przeszkody, jakie będę napotykać, będą mi zabierały całą radość z życia, a owej gwiazdki mogę wcale nie zauważyć. Dotarło do mnie, że stałam się tak zaślepiona dążeniem do rzeczy, które są poza moim zasięgiem, że niszczy mnie to wewnętrznie.

Nadchodzi zatem czas zmian. Nie wszystkie da się wprowadzić od ręki, bo przestawienie swojego własnego sposobu myślenia zajmuje najwięcej czasu i jest najtrudniejsze, ale przynajmniej jest realne i wiem, że wtedy właśnie będę mogła w końcu być sobą. Przestaje dla mnie liczyć się 'mieć', a zaczynam się skupiać na 'być'. Również będzie trzeba usunąć wszystko, co ciągnie mnie w dół i przytłacza, bo czasem mimo, że nam samym już zaczyna się układać, to są czynniki, które nie pozwolą nam się wzbić tak wysoko, jak byśmy chcieli.


Pierwszy krok już za mną - odkryłam, że znowu lubię siebie i jest mi samej ze sobą dobrze. Może zmiana z pozoru niewielka, ale wierzcie mi, że osiąganie równowagi wewnętrznej i nabywanie zdrowego egoizmu naprawdę pomaga w wielu sprawach :)



piątek, 14 sierpnia 2015

Gdzie byłam, jak mnie nie było - czyli nie taki krótki update :)

Nie spodziewałam się, że wciąż aż tyle z Was mnie odwiedza :) Bardzo miła niespodzianka na powrót do blogowania :) Dziękuję :))

Trochę się u mnie działo przez ten czas, kiedy nie dawałam znaku życia, albo pojawiały się ostatnie posty niewiele mówiące co u mnie ;) Mam postanowienie, żeby zrobić poniżej "mały" update co się u mnie pozmieniało, kto ma chęć i czas (bo sporo tekstu mi wyszło...) to zapraszam do lektury ;)

Po pierwsze, jakiś czas temu wynajęliśmy z M. mieszkanie. Wynajęte to wciąż nie własne, ale poniekąd nareszcie jesteśmy "na swoim". Nikt się nie miesza między nas; nasze docieranie się i tworzenie naszej relacji pozostając pod tym samym dachem wygląda zupełnie inaczej. Nie zawsze lepiej, bo wychodzi na nowo bardzo dużo naszych wad, więc wciąż musimy pracować i nad sobą i nad naszym związkiem, ale skoro nie poddaliśmy się po tym wszystkim, to i z tym damy radę. Czasami mam ochotę trzasnąć drzwiami i więcej nie wrócić, ale nie zrobię tego, dopóki jest o co walczyć. Może dalej wydaje Wam się, że M. nadal jest zły i to nie jest facet dla mnie, ale dopóki ten związek daje mi więcej szczęścia i radości niż smutku, to chyba właśnie znaczy, że to jest właśnie to i będziemy się starać, żeby było jeszcze lepiej :)

Tym bardziej, kiedy M. wita mnie o 8 rano takimi niespodziankami :)



Po drugie, być może już co niektórzy się zorientowali, mam pracę. Stałą, na dobrych warunkach i za dobre pieniądze. I to już od dwóch lat :)) ale nie zauważyłam, żebym o tym kiedykolwiek napisała, więc chciałam to powiedzieć oficjalnie :) Mało tego, M. pracuje ze mną w tej samej firmie, w tym samym pomieszczeniu :) i mimo wszelkich obaw przebywania ze sobą i w pracy i w domu, praca w tym samym miejscu wcale nam nie doskwiera. Zajmujemy się zupełnie różnymi rzeczami, więc widujemy się praktycznie tylko na przerwach na kawę, każde robi swoje, więc nie patrzymy na siebie przez calutkie 8 godzin :) A nawet rzekłabym, że ta sytuacja wychodzi nam na dobre, bo poprzednia praca M. bardzo się odbijała na naszych relacjach. Praca zmianowa, przy produkcji, na akord... Nie raz zabierano mu premię za rzeczy, na które nie miał wpływu, więc wracał do domu, zły i zmęczony, więc atmosfera robiła się gęsta... Wiele razy się przez to kłóciliśmy... Na szczęście teraz jego praca jest o stałych porach, pracuje w tych samych godzinach co ja, więc można w końcu coś zaplanować, coś załatwić, kogoś odwiedzić. Jest też spokojniej, nikt nie stoi nad nim i nie tupie, że norma niewyrobiona, jakaś tam presja czasu mimo wszystko jest, ale i tak to on sam sobie narzuca tempo pracy, więc i nerwów o wiele mniej. Tylko nie możemy się chwilowo odkopać finansowo, bo wynajem sam w sobie plus kupienie podstawowych i niezbędnych rzeczy do mieszkania trochę kosztowało, a jeszcze jak na złość, odkąd się przeprowadziliśmy, to co miesiąc wpadają nam 'dodatkowe' wydatki, typu naprawa samochodu albo ubezpieczenie, i trochę ciężko nam wyjść na prostą... No ale nikt nie mówił, że będzie łatwo ;)

Po trzecie, udało mi się nareszcie skończyć studia, zamknąć ten najcięższy i żenujący etap w moim życiu. Opowiem Wam może w skrócie co i jak (tak, ten esej poniżej to tylko skrót).
Naprawdę, poziom tej uczelni (państwowej!) oraz osób ją reprezentujących (i to z nie byle jakimi tytułami! sami profesorowie, doktorzy habilitowani i co tylko!) jest poniżej normy... Pisałam moją pracę od samego początku, sukcesywnie, samodzielnie, starannie, nigdy na tak zwane "odwal się", stosowałam się do uwag promotora, który akceptował moją pracę na poszczególnych etapach, i co usłyszałam na sam koniec od promotora? Że moja praca to jakieś dno, on mi to łaskawie zaakceptuje, ale wątpi, że takie coś uzyska pozytywną ocenę recenzenta, a cała część badawcza jest bez sensu, o czym PODOBNO promotor mnie kilkakrotnie informował, a ja wszystkie jego uwagi zignorowałam, i ogólnie to badanie nadaje się po prostu na śmietnik. Domyślacie się chyba, że zbierałam wtedy szczękę z podłogi, kiedy słuchałam tych zarzutów... Przez 2 lata praca była OK, szanowny promotor akceptował ją na poszczególnych etapach i na koniec każdego semestru, korespondencja z promotorem była od początku mailowa i ani razu (analizowałam to kilka razy) nie pojawiło się stwierdzenie, że promotor ma jakiekolwiek zastrzeżenia do mojej pracy. A tu nagle takie komentarze i to praktycznie jak już oddawałam pracę...
Nie wiem na ile miał rację mówiąc mi to, nie podając żadnych uwag do pracy wcześniej tylko ślepo akceptując to, co mu wysyłałam, a na ile po prostu wyszło z niego buractwo i chamstwo (bo autentycznie facet na mnie krzyczał, zachowanie godne pedagoga, profesora doktora habilitowanego), ale zdecydowałam, że nie podejdę do obrony w tym terminie. Na obronie promotor miał zadawać 2 pytania na 3, więc jeśli okazałoby się, że postanowi po raz kolejny wyładować na mnie swoje frustracje, to będę w plecy z całą pracą. Poprawa też byłaby u niego, i w razie kolejnego niepowodzenia musiałabym pisać nową pracę...
Zdecydowałam, że chcę wziąć poprawkę z seminarium i bronić się w czerwcu u innego promotora. Tamtego poniekąd wystawiłam - postanowił dopuścić do obrony tylko 4 osoby na 12, ja byłam jedną z tych 4 'szczęśliwców', a po mojej rezygnacji zostały tylko 3 osoby. To trochę za mało i groziło to problemami dla promotora :) Żeby w pełni nakreślić Wam teraz jeszcze tragiczność sytuacji w jakiej postawiłam promotora, zrezygnowałam z obrony na 2 dni przed terminem oddania prac ;) i zaraz po moim wyjściu z pokoju promotora, promotor zaczął rozsyłać maile do osób, które z pisaniem swoich prac utknęły na pierwszym rozdziale, że mają szybko kończyć prace i się bronić :D dodam, że te osoby nie przeprowadziły jeszcze swoich badań, a to chyba najtrudniejsza i najbardziej czasochłonna część pracy - czyli musiały je w 2 dni w całości zmyślić, żeby podejść do obrony. I teraz najśmieszniejsze, tak też zrobiły, byle jak napisały pracę i zmyśliły badanie, PODESZŁY DO OBRONY i się obroniły. Prace były ponoć bez zarzutu :) już to widzę, moja dopieszczona była zła, a pisane na ostatnią chwilę prace w dwa dni były bez zarzutu... No cóż, pozostawię to bez komentarza :)
Poszłam do innego promotora. I zaczął się kolejny cyrk... Wysłałam mu pracę, odpisał z komentarzami i poprawkami. Poprawiłam tak jak chciał (bo bądźmy szczerzy, mało który student pisze pracę dla siebie, większość pisze dla promotora, żeby po prostu się obronić), wysłałam, promotor odpisał z komentarzami i kolejnymi poprawkami. Poprawiłam tak jak chciał, wysłałam, promotor odpisał z kolejnymi poprawkami - zaczął poprawiać samego siebie, przeanalizowałam co i jak kazał poprawić i były to te same akapity, które poprawiałam wcześniej według wytycznych promotora, a teraz znów kazał mi je poprawić na... to co miałam na początku... Dodatkowo promotor uznał, że w mojej pracy brakuje JEDNEJ tabelki z podsumowaniem wyników. Początkowo myślałam, że żartuje albo źle spojrzał, przecież taka tabelka od początku, jeszcze od poprzedniego promotora, znajdowała się w pracy. Napisałam zatem, że taka tabelka jest i wskazałam jej numer oraz stronę. Co odpisał mi promotor? Że nie o to mu chodzi, ta tabelka przedstawia porównanie średnich z trzech testów, a jemu chodzi o porównanie średnich z trzech testów. Zwątpiłam czy to ja jestem głupia czy on. A właśnie przez tą tabelkę nie chciał mi zaakceptować pracy. Zaznaczyłam mu zatem kolorem tę tabelkę oraz analizę do niej z informacją, że ta tabelka znajduje się w pracy, po raz kolejny podając jej numer i numer strony. W odpowiedzi dostałam ironiczny komentarz, że dzięki wielkie za kolory, teraz w końcu wie co jest co...
Zgłosiłam sprawę do opiekuna roku, że jest taka sytuacja, że promotor poprawia sam siebie i odnosi się do mnie w ironiczny sposób oraz chce w pracy tabelkę, która już w niej jest... Odpowiedź opiekuna mnie rozwaliła "nie może się Pani obrażać o krytykę w stronę Pani pracy, Pan X jest świetnym promotorem, wypromował już setki prac, a w kwestii komentarza o kolorach nie widzę tu nic obraźliwego - promotor podziękował Pani za kolory". Też się teraz śmiejecie? :)) A to wcale nie było wtedy śmieszne... Napisałam opiekunowi, że nie obrażam się za krytykę, bo jestem świadoma, że ta praca idealna nie jest, a ja oczekuję jedynie konstruktywnych uwag i komentarzy do niej, i raz jeszcze wyjaśniłam bezsensowność poprawiania w kółko tych samych akapitów na poprzednie wersje oraz że nie odpowiada mi ironiczne podejście promotora do mnie i do mojej pracy. Odpowiedź była następująca "Promotor zgodził się zaakceptować Pani pracę, proszę jechać DO KONINA po podpis" :D Dalej toczyła się batalia, że sprawa i tak trafi wyżej, bo nie dysponuję ani urlopem ani środkami na taką spontaniczną podróż tyle kilometrów, a dodatkowo musiałabym zdążyć wrócić do godziny 14:00 tego samego dnia, żeby zdążyć oddać pracę przed zamknięciem dziekanatu, bo to był ostatni dzień oddawania prac. W międzyczasie napisał do mnie mój nowy promotor, rozżalony moją postawą, że złożyłam na niego skargę, jaka to jestem niedobra i on chętnie skonfrontuje się ze mną w tej sprawie przy władzach uczelni, bo nie ma sobie nic do zarzucenia. Za chwilę przyszły kolejne wiadomości, ale już w zupełnie innym tonie, że promotor bardzo prosi mnie o telefon do niego, bo przecież każdy problem da się rozwiązać, a mailowo tworzą się tylko niepotrzebne złe emocje :) Pracę oczywiście dopuści, ale chciałby ze mną porozmawiać, a jak nie ze mną, to niech zadzwoni do niego mój chłopak, ojciec, brat, ktokolwiek :) upierałam się, że i tak nie podejdę do obrony w obawie, że ta cała sytuacja miałaby wpływ na moją ocenę na egzaminie, ale promotor nieugięty nalegał na telefon. Po namowach M. i mojej siostry zadzwoniłam. Słuchajcie, miałam wrażenie, że rozmawiam z kimś innym! Promotor telefonicznie powiedział mi, że nie ma takiej potrzeby, żebym fatygowała się tyle kilometrów po podpis :) on zadzwoni do dziekanatu, żeby przyjęli pracę bez podpisu :)) i suma summarum oddałam pracę i podeszłam do obrony. A moja praca, do której promotor miał tyle uwag, że nie chciał jej zaakceptować została oceniona na 4,5 ;) Kosztowało mnie to wiele nerwów, bo pomimo zapewnień promotora, że cała sytuacja nie wpłynie na wynik egzaminu, bałam się, że wymyśli takie pytania, że nie będę w stanie na nie odpowiedzieć, a on powie że to nie złośliwe, tylko po prostu ja nic nie wiem... Ale na obronie zadał tak banalne pytania, że miałam wrażenie, że chciał się mnie stamtąd jak najszybciej pozbyć i więcej nie oglądać :D
Szkoda, że musiałam przebrnąć przez tak żenujący cyrk i przypłacić to paroma nowymi zmarszczkami i kilkoma siwymi włosami, ale jestem szczęśliwa, że się w końcu udało :)

Teraz łapię oddech siedząc sobie już od kilku dni w domu na urlopie, staram się zresetować po tych wszystkich "przygodach" i dojść do siebie. Przecież z natury nie jestem zgnuśniałą zrzędą... I tak jeszcze trochę czasu będzie musiało minąć zanim pozbieram się zupełnie, bo już ponad miesiąc odkąd się obroniłam, a dalej to do mnie nie dociera, że wreszcie jestem wolnym człowiekiem ;)

Dziewczyny, które mają blog na hasło lub zaproszenie, w szczególności Niedyskretna :) - jeśli Was jeszcze nie odwiedziłam i nie zostawiłam po sobie znaku, mimo, że Wy bywacie u mnie to prawdopodobnie nie mam hasła albo zaproszenia :) Apeluję więc: wyślijcie mi je ponownie na @ :)