piątek, 14 sierpnia 2015

Gdzie byłam, jak mnie nie było - czyli nie taki krótki update :)

Nie spodziewałam się, że wciąż aż tyle z Was mnie odwiedza :) Bardzo miła niespodzianka na powrót do blogowania :) Dziękuję :))

Trochę się u mnie działo przez ten czas, kiedy nie dawałam znaku życia, albo pojawiały się ostatnie posty niewiele mówiące co u mnie ;) Mam postanowienie, żeby zrobić poniżej "mały" update co się u mnie pozmieniało, kto ma chęć i czas (bo sporo tekstu mi wyszło...) to zapraszam do lektury ;)

Po pierwsze, jakiś czas temu wynajęliśmy z M. mieszkanie. Wynajęte to wciąż nie własne, ale poniekąd nareszcie jesteśmy "na swoim". Nikt się nie miesza między nas; nasze docieranie się i tworzenie naszej relacji pozostając pod tym samym dachem wygląda zupełnie inaczej. Nie zawsze lepiej, bo wychodzi na nowo bardzo dużo naszych wad, więc wciąż musimy pracować i nad sobą i nad naszym związkiem, ale skoro nie poddaliśmy się po tym wszystkim, to i z tym damy radę. Czasami mam ochotę trzasnąć drzwiami i więcej nie wrócić, ale nie zrobię tego, dopóki jest o co walczyć. Może dalej wydaje Wam się, że M. nadal jest zły i to nie jest facet dla mnie, ale dopóki ten związek daje mi więcej szczęścia i radości niż smutku, to chyba właśnie znaczy, że to jest właśnie to i będziemy się starać, żeby było jeszcze lepiej :)

Tym bardziej, kiedy M. wita mnie o 8 rano takimi niespodziankami :)



Po drugie, być może już co niektórzy się zorientowali, mam pracę. Stałą, na dobrych warunkach i za dobre pieniądze. I to już od dwóch lat :)) ale nie zauważyłam, żebym o tym kiedykolwiek napisała, więc chciałam to powiedzieć oficjalnie :) Mało tego, M. pracuje ze mną w tej samej firmie, w tym samym pomieszczeniu :) i mimo wszelkich obaw przebywania ze sobą i w pracy i w domu, praca w tym samym miejscu wcale nam nie doskwiera. Zajmujemy się zupełnie różnymi rzeczami, więc widujemy się praktycznie tylko na przerwach na kawę, każde robi swoje, więc nie patrzymy na siebie przez calutkie 8 godzin :) A nawet rzekłabym, że ta sytuacja wychodzi nam na dobre, bo poprzednia praca M. bardzo się odbijała na naszych relacjach. Praca zmianowa, przy produkcji, na akord... Nie raz zabierano mu premię za rzeczy, na które nie miał wpływu, więc wracał do domu, zły i zmęczony, więc atmosfera robiła się gęsta... Wiele razy się przez to kłóciliśmy... Na szczęście teraz jego praca jest o stałych porach, pracuje w tych samych godzinach co ja, więc można w końcu coś zaplanować, coś załatwić, kogoś odwiedzić. Jest też spokojniej, nikt nie stoi nad nim i nie tupie, że norma niewyrobiona, jakaś tam presja czasu mimo wszystko jest, ale i tak to on sam sobie narzuca tempo pracy, więc i nerwów o wiele mniej. Tylko nie możemy się chwilowo odkopać finansowo, bo wynajem sam w sobie plus kupienie podstawowych i niezbędnych rzeczy do mieszkania trochę kosztowało, a jeszcze jak na złość, odkąd się przeprowadziliśmy, to co miesiąc wpadają nam 'dodatkowe' wydatki, typu naprawa samochodu albo ubezpieczenie, i trochę ciężko nam wyjść na prostą... No ale nikt nie mówił, że będzie łatwo ;)

Po trzecie, udało mi się nareszcie skończyć studia, zamknąć ten najcięższy i żenujący etap w moim życiu. Opowiem Wam może w skrócie co i jak (tak, ten esej poniżej to tylko skrót).
Naprawdę, poziom tej uczelni (państwowej!) oraz osób ją reprezentujących (i to z nie byle jakimi tytułami! sami profesorowie, doktorzy habilitowani i co tylko!) jest poniżej normy... Pisałam moją pracę od samego początku, sukcesywnie, samodzielnie, starannie, nigdy na tak zwane "odwal się", stosowałam się do uwag promotora, który akceptował moją pracę na poszczególnych etapach, i co usłyszałam na sam koniec od promotora? Że moja praca to jakieś dno, on mi to łaskawie zaakceptuje, ale wątpi, że takie coś uzyska pozytywną ocenę recenzenta, a cała część badawcza jest bez sensu, o czym PODOBNO promotor mnie kilkakrotnie informował, a ja wszystkie jego uwagi zignorowałam, i ogólnie to badanie nadaje się po prostu na śmietnik. Domyślacie się chyba, że zbierałam wtedy szczękę z podłogi, kiedy słuchałam tych zarzutów... Przez 2 lata praca była OK, szanowny promotor akceptował ją na poszczególnych etapach i na koniec każdego semestru, korespondencja z promotorem była od początku mailowa i ani razu (analizowałam to kilka razy) nie pojawiło się stwierdzenie, że promotor ma jakiekolwiek zastrzeżenia do mojej pracy. A tu nagle takie komentarze i to praktycznie jak już oddawałam pracę...
Nie wiem na ile miał rację mówiąc mi to, nie podając żadnych uwag do pracy wcześniej tylko ślepo akceptując to, co mu wysyłałam, a na ile po prostu wyszło z niego buractwo i chamstwo (bo autentycznie facet na mnie krzyczał, zachowanie godne pedagoga, profesora doktora habilitowanego), ale zdecydowałam, że nie podejdę do obrony w tym terminie. Na obronie promotor miał zadawać 2 pytania na 3, więc jeśli okazałoby się, że postanowi po raz kolejny wyładować na mnie swoje frustracje, to będę w plecy z całą pracą. Poprawa też byłaby u niego, i w razie kolejnego niepowodzenia musiałabym pisać nową pracę...
Zdecydowałam, że chcę wziąć poprawkę z seminarium i bronić się w czerwcu u innego promotora. Tamtego poniekąd wystawiłam - postanowił dopuścić do obrony tylko 4 osoby na 12, ja byłam jedną z tych 4 'szczęśliwców', a po mojej rezygnacji zostały tylko 3 osoby. To trochę za mało i groziło to problemami dla promotora :) Żeby w pełni nakreślić Wam teraz jeszcze tragiczność sytuacji w jakiej postawiłam promotora, zrezygnowałam z obrony na 2 dni przed terminem oddania prac ;) i zaraz po moim wyjściu z pokoju promotora, promotor zaczął rozsyłać maile do osób, które z pisaniem swoich prac utknęły na pierwszym rozdziale, że mają szybko kończyć prace i się bronić :D dodam, że te osoby nie przeprowadziły jeszcze swoich badań, a to chyba najtrudniejsza i najbardziej czasochłonna część pracy - czyli musiały je w 2 dni w całości zmyślić, żeby podejść do obrony. I teraz najśmieszniejsze, tak też zrobiły, byle jak napisały pracę i zmyśliły badanie, PODESZŁY DO OBRONY i się obroniły. Prace były ponoć bez zarzutu :) już to widzę, moja dopieszczona była zła, a pisane na ostatnią chwilę prace w dwa dni były bez zarzutu... No cóż, pozostawię to bez komentarza :)
Poszłam do innego promotora. I zaczął się kolejny cyrk... Wysłałam mu pracę, odpisał z komentarzami i poprawkami. Poprawiłam tak jak chciał (bo bądźmy szczerzy, mało który student pisze pracę dla siebie, większość pisze dla promotora, żeby po prostu się obronić), wysłałam, promotor odpisał z komentarzami i kolejnymi poprawkami. Poprawiłam tak jak chciał, wysłałam, promotor odpisał z kolejnymi poprawkami - zaczął poprawiać samego siebie, przeanalizowałam co i jak kazał poprawić i były to te same akapity, które poprawiałam wcześniej według wytycznych promotora, a teraz znów kazał mi je poprawić na... to co miałam na początku... Dodatkowo promotor uznał, że w mojej pracy brakuje JEDNEJ tabelki z podsumowaniem wyników. Początkowo myślałam, że żartuje albo źle spojrzał, przecież taka tabelka od początku, jeszcze od poprzedniego promotora, znajdowała się w pracy. Napisałam zatem, że taka tabelka jest i wskazałam jej numer oraz stronę. Co odpisał mi promotor? Że nie o to mu chodzi, ta tabelka przedstawia porównanie średnich z trzech testów, a jemu chodzi o porównanie średnich z trzech testów. Zwątpiłam czy to ja jestem głupia czy on. A właśnie przez tą tabelkę nie chciał mi zaakceptować pracy. Zaznaczyłam mu zatem kolorem tę tabelkę oraz analizę do niej z informacją, że ta tabelka znajduje się w pracy, po raz kolejny podając jej numer i numer strony. W odpowiedzi dostałam ironiczny komentarz, że dzięki wielkie za kolory, teraz w końcu wie co jest co...
Zgłosiłam sprawę do opiekuna roku, że jest taka sytuacja, że promotor poprawia sam siebie i odnosi się do mnie w ironiczny sposób oraz chce w pracy tabelkę, która już w niej jest... Odpowiedź opiekuna mnie rozwaliła "nie może się Pani obrażać o krytykę w stronę Pani pracy, Pan X jest świetnym promotorem, wypromował już setki prac, a w kwestii komentarza o kolorach nie widzę tu nic obraźliwego - promotor podziękował Pani za kolory". Też się teraz śmiejecie? :)) A to wcale nie było wtedy śmieszne... Napisałam opiekunowi, że nie obrażam się za krytykę, bo jestem świadoma, że ta praca idealna nie jest, a ja oczekuję jedynie konstruktywnych uwag i komentarzy do niej, i raz jeszcze wyjaśniłam bezsensowność poprawiania w kółko tych samych akapitów na poprzednie wersje oraz że nie odpowiada mi ironiczne podejście promotora do mnie i do mojej pracy. Odpowiedź była następująca "Promotor zgodził się zaakceptować Pani pracę, proszę jechać DO KONINA po podpis" :D Dalej toczyła się batalia, że sprawa i tak trafi wyżej, bo nie dysponuję ani urlopem ani środkami na taką spontaniczną podróż tyle kilometrów, a dodatkowo musiałabym zdążyć wrócić do godziny 14:00 tego samego dnia, żeby zdążyć oddać pracę przed zamknięciem dziekanatu, bo to był ostatni dzień oddawania prac. W międzyczasie napisał do mnie mój nowy promotor, rozżalony moją postawą, że złożyłam na niego skargę, jaka to jestem niedobra i on chętnie skonfrontuje się ze mną w tej sprawie przy władzach uczelni, bo nie ma sobie nic do zarzucenia. Za chwilę przyszły kolejne wiadomości, ale już w zupełnie innym tonie, że promotor bardzo prosi mnie o telefon do niego, bo przecież każdy problem da się rozwiązać, a mailowo tworzą się tylko niepotrzebne złe emocje :) Pracę oczywiście dopuści, ale chciałby ze mną porozmawiać, a jak nie ze mną, to niech zadzwoni do niego mój chłopak, ojciec, brat, ktokolwiek :) upierałam się, że i tak nie podejdę do obrony w obawie, że ta cała sytuacja miałaby wpływ na moją ocenę na egzaminie, ale promotor nieugięty nalegał na telefon. Po namowach M. i mojej siostry zadzwoniłam. Słuchajcie, miałam wrażenie, że rozmawiam z kimś innym! Promotor telefonicznie powiedział mi, że nie ma takiej potrzeby, żebym fatygowała się tyle kilometrów po podpis :) on zadzwoni do dziekanatu, żeby przyjęli pracę bez podpisu :)) i suma summarum oddałam pracę i podeszłam do obrony. A moja praca, do której promotor miał tyle uwag, że nie chciał jej zaakceptować została oceniona na 4,5 ;) Kosztowało mnie to wiele nerwów, bo pomimo zapewnień promotora, że cała sytuacja nie wpłynie na wynik egzaminu, bałam się, że wymyśli takie pytania, że nie będę w stanie na nie odpowiedzieć, a on powie że to nie złośliwe, tylko po prostu ja nic nie wiem... Ale na obronie zadał tak banalne pytania, że miałam wrażenie, że chciał się mnie stamtąd jak najszybciej pozbyć i więcej nie oglądać :D
Szkoda, że musiałam przebrnąć przez tak żenujący cyrk i przypłacić to paroma nowymi zmarszczkami i kilkoma siwymi włosami, ale jestem szczęśliwa, że się w końcu udało :)

Teraz łapię oddech siedząc sobie już od kilku dni w domu na urlopie, staram się zresetować po tych wszystkich "przygodach" i dojść do siebie. Przecież z natury nie jestem zgnuśniałą zrzędą... I tak jeszcze trochę czasu będzie musiało minąć zanim pozbieram się zupełnie, bo już ponad miesiąc odkąd się obroniłam, a dalej to do mnie nie dociera, że wreszcie jestem wolnym człowiekiem ;)

Dziewczyny, które mają blog na hasło lub zaproszenie, w szczególności Niedyskretna :) - jeśli Was jeszcze nie odwiedziłam i nie zostawiłam po sobie znaku, mimo, że Wy bywacie u mnie to prawdopodobnie nie mam hasła albo zaproszenia :) Apeluję więc: wyślijcie mi je ponownie na @ :)

8 komentarzy:

  1. No proszę "cudowna" ta Twoja uczelnia. Ale najważniejsze, że masz już to z głowy, a wspomnienie będzie na całe życie i teraz można się już z tego tylko śmiać :D
    Piękna róża... :)

    OdpowiedzUsuń
  2. O ranciu, to miałaś niezłą przeprawę...Grunt, że masz już to za sobą. Niestety często spotyka się ludzi z tytułem, ale bez kultury i empatii do drugiego człowieka.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja nie wiewm czy poptrafulabym parcowac z moim mezem w jednym miesjcu pracy wiec naprawde Was podziwiam ze Wam to nie przeszkadza :)
    co do tej Twojej pracy i obrony to nigdy nie spotkalam siez taka historia...dla mnie zenada na maxa...
    pozdrawiam :) http://zakochana-kobietka.blog.onet.pl (tutaj wpisuje adres bo w podpisie sie nie da, nie wiem czemu, moze wina mojej przegladarki)

    OdpowiedzUsuń
  4. Państwowa uczelnia nie jest gwarantem niczego. Wszystko zależy od ludzi tak naprawdę. Miałaś wielkiego pecha. Ale dobrze, że już wszystko za Tobą, możesz wrócić do normalności :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Doskonale wiem co czujesz... ja też długo nie mogłam uwierzyć, jak się obroniłam... że ta męka wreszcie się skończyła (dwie prace i studia dzienne). Ciągle miałam wrażenie, że muszę iść na jakieś zajęcia, itp. gdy mialam dzień wolny :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Cieszę się, że Ci się układa. Miałaś niezłe przejścia z obroną ale już po wszystkim a to najważniejsze. Gratulacje :)
    Ciekawe że pracujecie w jednej firmie ... nie wiem czy ja bym tak umiała. Pewnie tak, choć ... ;) kto wie :P

    OdpowiedzUsuń
  7. Gratuluje fajnie ze w koncu cos idzie do przodu..:)

    OdpowiedzUsuń
  8. Jeśli jeszcze o Siebie walczycie to znaczy, że Wam zależy i się kochacie. Może w końcu po latach się jak to się mówi: ''Dotrzecie'' i będzie dobrze.

    OdpowiedzUsuń

Witaj!
Będzie mi bardzo miło, jeśli podzielisz się ze mną swoją opinią. Zostaw adres swojego bloga jeśli go posiadasz, bo chętnie wpadnę z rewizytą :)

Pamiętaj jednak, że jest to mój kawałek sieci, zatem uprasza się osoby komentujące o zachowanie kultury!!!!!