Mam ochotę usiąść i płakać. Wiedziałam, że ten rok akademicki nie rysuje mi się zbyt kolorowo, ale też nie przypuszczałam, że będzie aż taki czarny... Minął dopiero pierwszy tydzień zajęć, a ja już powoli nie wiem w co mam włożyć ręce, żeby się ze wszystkim wyrobić. A chciałam znaleźć sobie pracę, a tu się okazuje, że i bez tego będę miała dość problemów na głowie...
300 stron jakiejś noweli do przeczytania i streszczenia + wypisanie nowych słówek z całej książki, nie, nie na raz, ale na cały semestr, tylko jest haczyk - szanowna pani wykładowczyni dyrektorka zarządziła, że co miesiąc będzie nasze wypociny nad nowelą zbierać i patrzeć czy jesteśmy systematyczni.
Do połowy października wybrać temat pracy dyplomowej, do listopada wykonać plan pracy, do grudnia oddać pierwszy rozdział.
Przynajmniej 2 godziny w tygodniu prowadzenie zajęć + wykonać do każdych zajęć konspekty, przynajmniej 2 godziny obserwowania zajęć + sprawozdania z każdej godziny.
W planie widnieją dwie literatury - brytyjska i amerykańska - na każdą średnio co 2 tygodnie przypada jakaś niemała lektura do przeczytania.
Na semestr portfolio z gramatyki praktycznej zawierające co najmniej 400 testów.
To perspektywa najbliższego semestru po pierwszym tygodniu, mam dziwne przeczucie, że będzie tylko gorzej... :(
Nie wiem, może to tylko ja tak pesymistycznie do tego podchodzę, ale mnie się wydaje, że na moje plany życiowe tak jakby już nie ma miejsca... Czuję się taka zrezygnowana... A już było tak blisko, tak się nastawiłam na znalezienie pracy i poszukiwanie mieszkania, a tu po prostu gówno - inaczej tego nie mogę ująć. Chce mi się wyć...
Na dodatek M. będzie pracował co drugi tydzień na popołudnie, a zważając na to, że ciągle robi nadgodziny, to naszych spotkań nie ma już gdzie ulokować w czasie, bo doba jest na takie eksperymenty za krótka. A bądźmy szczerzy - związek, w którym dwoje ludzi widuje się co dwa tygodnie na zaledwie 2-3 godziny dziennie bez możliwości posiadania chociaż 10 minut prywatności, nie mówiąc już przypadkiem o jakiejkolwiek bliskości poza buziakiem, to związek bez szans. Ani jedno ani drugie tego nie wytrzyma, każde zacznie mieć swoje życie i pójdzie w swoją stronę. Już teraz między nami jest coraz gorzej, bo mój nastrój na myśl o tym, co przed nami coraz bardziej się pogarsza, a M. jest bardzo cięty na moje złe samopoczucie, co również spędza mi sen z powiek, bo każdy ma prawo do martwienia się i złego samopoczucia, tyle, że ja jak widać nie. A nie potrafię już robić dobrej miny do złej gry, bo mnie to już po prostu przerasta...
Szczerze, nie mam siły nawet o jakąkolwiek poprawę czegokolwiek walczyć. Tak mnie to wszystko dołuje, że nie daję rady. Mam ochotę skreślić całe moje życie, bo NIC w nim nie jest tak, jak miało być, nawet po tym całym zapierdolu nie mam co liczyć na chwilę odpoczynku w ramionach M., bo praca, praca, praca... Rozejdziemy się, jeśli dalej tak się wszystko ma układać... Kogo to obchodzi, że każdy, i student i pracownik, chce mieć życie prywatne, a nie tylko obowiązki... Gdybyśmy chociaż mieszkali razem, to ostatecznie po całym dniu moglibyśmy się spotkać wieczorem, i cała noc również byłaby tylko nasza, ale jak już pod górkę mieć, to po całej linii... Dopóki nie zacznę pracować, to nie ma takiej możliwości, żebyśmy mieszkali razem, a ja nie mam kiedy pracować, żeby nie zawalić szkoły. Mam dość, ta cała sytuacja jest bez wyjścia, a jedyne możliwe zakończenie, to złe zakończenie. Moje życie chyli się ku upadkowi.
Mam już tego wszystkiego do kur** nędzy dość!!!