piątek, 25 lutego 2011

Dżony, kartka & łańcuszki blogowe

Widzę wzmianka o Dżonym wzbudziła niemałe zainteresowanie :) Ciekawe co typowaliście...
W każdym razie Dżony to kwiat. Pomimo męskiego imienia jest to róża, malutki krzaczek różowej róży :) Jest naprawdę uroczy i przepięknie pachnie mimo swoich niewielkich rozmiarów. Na blogu mogę go chwalić, bo nie słyszy :P Jednak kiedy do niego mówię (tak, mówię do kwiatka :D) to cały czas mu powtarzam jaki jest paskudny ;) Co prawda zdjęcie nie odda w pełni tego jaki jest cudny, ani też nie da za bardzo obrazu jego niewielkich rozmiarów, bo zdjęcie zostało zrobione prawie 2 tygodnie po tym, jak go dostałam, a przez ten czas strasznie wyrósł - kiedy znalazł się w moim posiadaniu miał jeden słabo rozwinięty kwiat, a pozostałe 3 były dopiero świeżymi, malutkimi pączkami, a teraz - sami zobaczcie :)

Dżony jest moim prezentem walentynkowym od Ukochanego :-) Chciał mi kupić kwiatka, ale doszedł do wniosku, że cięta róża dłużej jak dwa tygodnie nie pożyje, a chciał, żebym się prezentem cieszyła jeszcze długo długo po walentynkach :) I takim oto sposobem dostałam Dżonego - skąd imię? Lubię, jak kwiat ma imię, a że nic sensownego nie przychodziło mi do głowy, bo prawdę mówiąc myślałam tylko o damskich imionach, poprosiłam M. o wymyślenie jakiegoś imienia. Oczywiście Miśkowa kreatywność nie zawiodła - ochrzcił maleńkiego kwiatuszka imieniem Dżony :))

Czeka mnie niedługo przesadzenie Dżonego, bo w końcu dostałam go jako malutką roślinkę w niewielkiej doniczce, a tu już mi się całkiem pokaźny kwiat zaczyna rozwijać, więc chyba mu się za chwilę zrobi ciasno. Nie bardzo mam pomysł na doniczkę póki co, więc mam nadzieję, że coś ciekawego w sklepie wynajdę... Nie chciałabym, żeby Dżony gnieździł się w byle jakiej doniczce, chciałabym, żeby była ona taka jakaś inna, pomysłowa i wyjątkowa, tak jak Dżony :)

Miałam się jeszcze pochwalić kartkami, nad którymi męczyłam się tyle czasu. Bardzo proszę o nierozpowszechnianie tego zdjęcia, bo pewnie kartka ma prawa autorskie, a nie chcę mieć problemów...


Już nie będę się rozpisywać co z czym i do czego, ale oprócz kartki i fioletowego paska musiałam wszystko wyciąć i naklejać sama... A kartek do zrobienia było 255, więc roboty w cholerę...



A teraz kolej na łańcuszki. Pierwszy, do którego klepnęła mnie Szczęściara, polega na wymienieniu 10 rzeczy, które mnie denerwują. To dla mnie będzie ciężkie zadanie, ale tym razem nie dlatego, że nie mam pomysłu na odpowiedzi, ale dlatego, że mam ich aż za dużo :P

1. Głupota
Głupota denerwuje mnie pod każdą postacią. Począwszy od głupich żartów (nie mam tu na myśli wszystkich głupich żartów, bo niektóre mają urok właśnie dlatego, że nie bardzo mają sens; chodzi mi o te naprawdę głupie, jak np. pomysły rosyjskich studentów...), a skończywszy na głupocie dnia codziennego... I boli mnie bardzo, że świat jest pełen głupich ludzi, a lekarstwa na głupotę jeszcze nikt nie wymyślił.


2. Bezmyślność
Sama nie wiem, czy śmiać się czy płakać, jak widzę bezmyślne poczynania niektórych ludzi...

3. Zima
Odkąd nie wychodzę na sanki prowadząc przy tym całkowicie dziecięce, proste i błogie życie. Kiedy widzę za oknem mróz, a do tego cały świat zasypany śniegiem, a ja muszę wyjść z domu, to pojawiają mi się łzy w oczach... Nie cierpię marznąć, odśnieżać samochodu, a potem modlić się, żeby odpalił. A dodatkowo mróz zawsze daje mi ostro po kieszeni, bo dziwnym trafem paliwo drożeje, a samochód bardzo ochoczo pochłania ogromne ilości paliwa...

4. Spóźnialstwo
Straszny ze mnie nerwus, więc jak mam na kogoś czekać więcej jak 10 min od umówionej godziny, to dostaję białej gorączki. Po to się z kimś umawiam na konkretną godzinę, żeby nie czekać cały dzień na przybycie tej osoby. Owszem, rzadko denerwuję się, kiedy miasto jest zakorkowane, bo tempa poruszania się w korku nie idzie przewidzieć, ale ogólnie uważam spóźnialstwo za lekceważenie osoby, z którą się spotykamy, to jest po prostu niepoważne...


5. Roznegliżowane panie w reklamach, teledyskach, itp.
Uważam, że to już naprawdę szczyt desperacji, żeby zabłysnąć dzięki nagiej pani świecącej cyckami i namiętnie wijącej się w teledysku. Jeżeli muzyka jest dobra, to taki nagi teledysk jest po prostu zbędny, muzyka sama bez niczyjej pomocy wejdzie na szczyt. A jak muzyka gówniana, to i gołe dupy nie pomogą...


6. Stosunek mężczyzn do kobiet
To akurat nie jest norma, że mężczyźni nie szanują kobiet, bo jest masa wyjątków (Bogu dzięki!), ale zasadniczo żałuję, że żyję w takich czasach, kiedy to kobieta musi na rzęsach stanąć, żeby zdobyć i utrzymać uwagę mężczyzny, a prawdziwi mężczyźni powoli znikają... Kobieta w życiu mężczyzny, bez względu na wszystko, powinna być zawsze na pierwszym miejscu i koniec!


7. Niespełnianie obietnic i niedotrzymywanie słowa
No do jasnej Anielki! Ludzkie słowo już nic nie znaczy w dzisiejszych czasach... Kiedyś, jak ktoś dał słowo, to choćby nie wiem co, to słowa dotrzymał, a teraz? Nawet bliskim nie można wierzyć na słowo...


8. Chłopak mojej siostry
No denerwuje mnie i tyle, nie uprzedzałam się do niego, po prostu im dłużej z nim przebywam, tym bardziej go nie lubię... ;) Nie zwykłam skreślać ludzi od samego początku, zawsze zakładam, że kogoś polubię, a potem najwyżej zmieniam o tym kimś zdanie. I tym razem niestety mój kredyt sympatii zniknął ;)


9. Wolne łącze internetowe
No cóż, człowiek się szybko do dobrego przyzwyczaja :) Kiedyś to była norma, że trzeba było 5 minut czekać na załadowanie się strony i jakoś nikt się z tego powodu nie denerwował, a teraz - czeka się minutę i już za długo :)

10. Moje nogi
Uważam, że idealne kobiece nogi powinny być długie, proste i zgrabne... Moje takie nie są, więc ich nie lubię.


Sunshine Award



Do tej nagrody również zostałam nominowana przez Szczęściarę (jeżeli przez kogoś jeszcze, to się upomnieć, bo jestem sklerotyczka).

Zasady przyznawania wyróżnienia:
1. Podziękowanie za wyróżnienie
2. Umieść u siebie link do osoby, która Cię wyróżniła
3. Umieścić u siebie logo wyróżnienia
4. Przekazać nagrodę kolejnym 10 blogom
5. Umieścić linki do tych blogów
6. Powiadomić o tym nominowane osoby

I co następuje, dla odmiany mam wymienić 10 rzeczy, dzięki którym jestem szczęśliwa:

  1. Dżony :D Serce mi się raduje, gdy patrzę na te jego kochane różowe kwiatuszki :)
  2. Mój pies & pies M. - kto by się nie cieszył na widok ich przesympatycznych mordek i bezgranicznej miłości :))
  3. Słomka / Głód (mój samochód ^^). Kupno auta było dla mnie największym marzeniem, a że udało mi się kupić taki samochód, jaki chciałam, to tym bardziej jestem szczęśliwa. :)
  4. Czekolada & inne słodkości. "A Ty? Po ilu kostkach się uśmiechniesz?" "Raczej zapytaj po ilu tabliczkach..." xD
  5. Słońce! Dajcie mi lato, bo mi za wygrzewaniem się na słońcu tęskno...
  6. Blog. Mój wirtualny świat i wspaniali ludzie :)
  7. Spanie - wyspać się to podstawa.
  8. Woda. Ta w wannie, ta w jeziorze, a szczególnie ta w morzu :)
  9. Jedzenie. Uwielbiam dobrze zjeść, tym bardziej, że tego po mnie nie widać :D
  10. Taniec...

Większość z Was już otrzymała tą nagrodę, więc nominuję każdego, kto jej jeszcze nie dostał - każdy z Was na nią zasługuje :)

wtorek, 22 lutego 2011

Już jestem ;)

Tak, wiem, wieki mnie nie było. Mam nadzieję, że jeszcze mnie pamiętacie ;) Niestety, praca związana z wykonywaniem kartek urodzinowych oraz nauka na poprawki i zaliczenia były ważniejsze... A poświęcić im musiałam praktycznie cały swój czas, wręcz czasem próbując sobie wydłużyć dobę, ale o tym za chwilę. Na szczęście obie misje zakończone sukcesem, więc wracam do życia ;)

Ostatnie 2 tygodnie były koszmarne... Robienie kartek dość mocno mnie zaabsorbowało; nie tyle co zapominałam o reszcie świata, co po prostu widząc ile przede mną roboty, starałam się zrobić jak najwięcej korzystając z ostatniego tygodnia ferii, bo kiedy dochodzi jeszcze szkoła, to ilość czasu, który można poświęcić na zarabianie pieniędzy, drastycznie się kurczy.
Pracy okazało się być tak dużo, że żeby wyrobić się do terminu, musiałam zarwać kolejną nockę z rzędu... Kolejną, bo poprzednią zarwałam na koszt zrobienia testów na zaliczenie z gramatyki (temat gramatyki, mimo, że jest wart zwrócenia uwagi dzięki wykładowcy, jednak pominę... Dopiero co odzyskałam dobry humor, po co to niszczyć? :)). Okazało się, że dzień jest zbyt krótki, aby zrobić to, co się zrobić musi, więc chcąc nie chcąc, musiałam odmówić sobie jedynej relaksującej czynności w ciągu doby i o! Dwie zarwane nocki pod rząd - bardzo przyjemnie. Ale i tak najgorsze jest to, że teraz, kiedy mogę to odespać, to nie chce mi się spać...

Wręcz się sobie dziwię skąd u mnie dobre samopoczucie po dwóch nieprzespanych nocach, bardzo pracujących i wymagających w dodatku, a do tego wszystkiego towarzyszył mi i nadal towarzyszy okropny ból pleców. Właśnie wyszło ślęczenie nad kartkami i książkami przez całe dnie i brak ruchu dalej niż do kuchni lub łazienki. Wczoraj, a właściwie już dzisiaj, bo godzinę 3 rano zaliczam zazwyczaj do "dzisiaj", miałam już łzy w oczach od tego potwornego bólu, ale jak terminy gonią, to się zaciska zęby i jedzie dalej... Dlatego teraz, kiedy już nie rysuje się przede mną kolejne zasiadanie wśród książek, moje plecy postanowiły mi zademonstrować, jak bardzo są mi "wdzięczne" za brak odpoczynków - przy każdym ruchu odczuwam boleśnie każdy, nawet najmniejszy mięsień w plecach...
Oby mój Mężczyzna nie wrócił za bardzo zmęczony z pracy, bo bez masażu się chyba nie obejdzie...

Za bardzo nic się u mnie przez ten calutki czas nie działo, bo rzadko wyściubiałam nos z kartek urodzinowych i testów gramatycznych... W sumie do pewnego stopnia zmarnowane ferie, bo nic a nic nie odpoczęłam, co jedynie bardziej się zmęczyłam, za to na szczęście pierwszy semestr mam już zaliczony i do sesji będzie panowała w miarę luźna atmosfera, więc może w któryś weekend sobie odkuję moje utracone ferie :)

Łańcuszki i nagrody, które na mnie czekają, pojawią się w następnych postach, bo jednak umysł póki co mam zmęczony na tyle, że nie jestem w stanie nic kreatywnego i mądrego wymyślić, zatem zostawiam to sobie na później :) Wizyty na waszych blogach przeważnie nadal będą ciche z mojej strony, choć będę się starała zacząć komentować, jak tylko uda mi się doprowadzić moją niewyspaną, zmęczoną i przeładowaną głowę do ładu, jako że nawet nie potrafię sklecić nawet prostego komentarza na temat, co chyba widać po notce, że jakaś taka bez ładu i składu... No cóż, zależało mi jedynie na tym, żeby dać znak życia, nie na tym, żeby ten wpis był szczytem poprawności językowej lub powalającym na kolana esejem :)
Kolejna notka, lub też notki, szykują się kolorowo, bo może pokażę jakie kartki robiłam przez ten cały czas mojej nieobecności, odpowiem na te szalone łańcuszki blogowe oraz będę się chwalić - przedstawię Wam Dżonego :)

wtorek, 8 lutego 2011

Różności

Ból głowy na szczęście trochę ustąpił, więc umożliwił mi jakiekolwiek działania. Co prawda z nauką dalej nie bardzo ruszam z miejsca, bo jeszcze tego postępem nazwać nie można, ale jednak coś już się zaczyna dziać. Na to konto udało mi się złapać tymczasową robotę przy klejeniu kartek urodzinowych dla pewnej niemieckiej firmy, więc ostatnio to mi zajmuje najwięcej czasu. Może właśnie dlatego nie zwracam uwagi na ból głowy, bo ból karku po kilku godzinach wycinania tych drobnych elementów skutecznie odwraca uwagę ;)

Moja uczelnia jest niezwykła. Potrafi studentom zepsuć humor jeszcze zanim do niej powrócą po feriach ;] Na stronie internetowej jest ogólnodostępny plan zajęć, który sobie można pobrać i zerknąć jakie wykłady się szykują. I chyba popełniłam błąd dając się ponieść ciekawości... Plan, który do tej pory myślałam, że jest zły, okazał się być nawet przyjemny, w porównaniu z tym, co mojej grupie zgotowała uczelnia w tym semestrze... Nie wiem, czy my komuś podpadliśmy, czy ogólnie grupa z literką B bywa tą złą, bo żadna grupa nie siedzi w szkole do nocy, tylko moja... Nawet pierwszy rok, który ma więcej zajęć niż drugi, ma lepiej ułożony plan... Nie wiem, czy nie rozważyć zmiany szkoły. Naprawdę.

O zbliżających się walentynkach pisać nie będę, bo mi to święto wcale nie przeszkadza, zatem zakończę moje wywody póki co :) Nie wiem kiedy się znów odezwę, zależy jak się ze wszystkim wyrobię i jak mi się ułoży nauka po zakończeniu ferii... Do Was też nie bardzo daję radę zaglądać, a nawet jeśli zajrzę, to niestety nie mam czasu (ani siły - kark o sobie przypomina calutki czas) komentować. Jeśli ktoś ma jakieś pozytywne moce, to bardzo bym prosiła o użycie ich w mojej sprawie, żeby nam się udało coś zdziałać z tym badziewnym planem zajęć po feriach...
Do przeczytania :-)

czwartek, 3 lutego 2011

Jeden z wielu powodów, dla których nie cierpię zimy.

Miałam bardzo ambitne plany na te ferie. Chciałam się pouczyć na wszystkie pozostałe zaliczenia, wziąć się za sprzątanie w domu, bo ten bałagan aż kole mnie w oczy, przyrządzić lazanię... Jak do tej pory udało mi się tylko z lazanią, bo z resztą planów stoję w miejscu...

Przede wszystkim chciałam odpocząć. Niestety, nie bardzo mi się to udaje, bo w domu, który zamieszkuje 6 osób ciężko o chwilę ciszy, poza tym ze względu na pogodę i niskie ciśnienie robię się coraz bardziej nie do życia. Nawet nie boli mnie głowa, po prostu przestaję funkcjonować. Jestem tak zmęczona zaraz po przebudzeniu się, jakbym wcale nie kładła się spać, bez względu na to jak długo bym nie spała, zawsze budzę się tak samo zmęczona... Ilekroć nie zbiorę się w sobie do prób wykonania jakiegokolwiek punktu z moich planów, to po maksymalnie dziesięciu minutach mogłabym zasnąć na stojąco. Dosłownie się zawieszam - stoję i patrzę w przestrzeń, nie bardzo wiem, co robiłam i po co, dopiero po chwili kojarzę co się dzieje, ale oczy zaczynają mi się zamykać a obraz wirować, więc muszę usiąść. Problem w tym, że pozycję siedzącą szybko zamieniam na leżącą lub półleżącą i nie ma szans, że cokolwiek się z moim samopoczuciem zmieni, nawet jak sobie utnę drzemkę.

Picia kawy już próbowałam i stwierdzam, że moja wątroba więcej jak dwóch kaw nie jest w stanie wytrzymać, a spożywanie kofeiny owszem, daje efekt podniesienia adrenaliny, ale niestety wcale mi w spaniu nie przeszkadza. Wciąż walczę z zamykającymi się powiekami i gubieniem świadomości... Nie tak sobie te ferie wyobrażałam...

Dodatkowo, z racji mojego przewlekłego zmęczenia, jestem niemiła. Wiem o tym doskonale, ale nie potrafię nic z tym zrobić. Marudzę, warczę na wszystkich i czasami tylko jakaś nieznana siła powstrzymuje mnie od rękoczynów, kiedy moja zmęczona głowa już ma dość, a wszyscy dookoła wytwarzają hałas i pomimo próśb moich, nie redukują go ani o pół decybela. A czasami ja sama podświadomie szukam powodu do zaczepki, żeby jakoś ulokować swoją złość z powodu tej mojej niedyspozycji, bo chyba najbardziej zła jestem dlatego, że mam plany, a przez samą siebie nie mogę ich zrealizować. Wykańczam się tym już... Ani ja tak długo nie pociągnę, ani osoby w moim otoczeniu.

Mam nadzieję, że pogoda ulegnie poprawie, bo przecież tak nie może być! Nie po to kilka poprawek przełożyłam na po feriach, żeby się na nie nie nauczyć! Wiedziałam, że w obliczu sesji będę musiała wybrać na co się nauczę, a na co nie, dlatego te mniej ważne rzeczy przełożyłam na luty, a jak dalej się tak będę czuć, to całe ferie przeleżę półprzytomna i z moich ambitnych planów na naukę wyjdą nici. A i jeśli moje nastawienie do świata się nie zmieni, to narobię sobie wrogów, choć wcale bym nie chciała... Po prostu nie ogarniam tego, co się ze mną dzieje, choćbym nawet chciała być miła i grzeczna, to z moich ust wychodzi niewybredne warknięcie. Chyba przemęczenie organizmu przewyższa już nawet moją kontrolę nad sobą. Jest źle...

Nie, nie użalam się nad sobą i nie szukam pretekstu do leniuchowania, wymawiając się słabym samopoczuciem. Kiedyś jak o tym pisałam, to kilka osób na mnie naskoczyło, że przecież mogę wypić kawę lub wziąć tabletkę i śmigać z robotą. Otóż nie mogę, bo ani kawa, ani nawet silne tabletki przeciwbólowe, jak na przykład Pyralgina czy Ketonal, mi nie pomagają. Nie każdy potrafi to zrozumieć, a już na pewno nie pojmie tego taka osoba, która na dobrą sprawę nie zaznała nawet mocniejszego bólu głowy czy niezależnego od siebie fatalnego samopoczucia.

I dlatego właśnie nie cierpię zimy...
Bella, gdzie to słońce od Ciebie?...

środa, 2 lutego 2011

Wszystkiego po 4

Ostatnimi czasy na wielu blogach spotykałam się z pewną zabawą, polegającą na wymienieniu czterech ulubionych lub innych rzeczy z danej kategorii. Fajnie się czytało Wasze upodobania, plany, powiedzonka (wszystkiego oczywiście po 4), ale gdyby mnie przyszło do napisania takiego czegoś, to nie ukrywam, mogłoby być ciężko. Na szczęście nikt mnie z imienia nie wytknął blogowym palcem do wzięcia udziału w zabawie. Do wczoraj, kiedy to pewna pani w odwecie za nominowanie jej przeze mnie do Kreativ Blogger Award, wytypowała mnie, przymusiła, do wypisania tego wszystkiego po cztery w stosunku do mojej osoby :) Dlatego też musiałam wytężyć swoje odpoczywające szare komórki i zastanowić się nad własnymi odpowiedziami...

4 seriale/programy, które oglądam
  • Dr House (namiętnie, odcinek po odcinku, sezon po sezonie :))
  • On, Ona i Dzieciaki
  • Kasia i Tomek
  • TVN Turbo (tak to jest, jak się dopuści faceta do władzy nad telewizorem...)
4 rzeczy, które mnie pasjonują
  • mój samochód :D
  • blogi
  • taniec
  • świeczki :P (moje pirotechniczne skłonności nie dają o sobie zapomnieć...)
4 sformułowania, których używam
  • No i dupa
  • Ci powiem...
  • Ooo ja pier****
  • Masakra
4 rzeczy, których nauczyłam się w przeszłości
  • Liczyć przeważnie tylko na siebie
  • Bycie upierdliwym często popłaca
  • Nie popadać w panikę, kiedy coś mi się z komputerem zepsuje. Najpierw muszę zrobić porządne rozeznanie co się popsuło, dlaczego i czy umiem to sama naprawić, a dopiero w razie kompletnego braku pojęcia zwracać się po pomoc do M. ;)
  • Przytulać się - możecie mi nie wierzyć, ale kiedyś nie umiałam się przytulać, nie wiem czemu, po prostu nie leżało to w mojej naturze... Sama w to nie mogę uwierzyć ;)
4 miejsca, do których chciałabym pojechać
  • Chorwacja
  • USA
  • Wielka Brytania
  • Polskie morze
4 rzeczy, które robiłam wczoraj
  • Właściwie mogłabym napisać tylko "Denerwowałam się x4", ale już wymyślę pozostałe 3 rzeczy ;)
  • W dużych ilościach rozmawiałam przez telefon, norma.
  • Walczyłam z włosami. Niestety długie włosy bywają bardzo uciążliwe, kiedy się próbuje nad nimi zapanować...
  • Posprzątałam pokój! :)
4 rzeczy, które kocham w zimie...
Zamieniam ten podpunkt na "4 rzeczy, których nie cierpię w zimie", a odpowiedzi będą następujące:
  • Mrozu
  • Śniegu
  • Ślizgawicy
  • Krótkich dni
4 rzeczy na liście moich pragnień
Niestety się tym nie podzielę, bo zazwyczaj jak mówię/piszę o takich rzeczach, to nie udaje mi się ich potem zrealizować, zatem zachowam je wszystkie, a jest ich więcej niż 4, dla siebie. :)

Do zabawy postanawiam wciągnąć: Nefer, Storczyka, Szczęściarę (nawet jeśli już brałaś w tym udział, to nie znalazłam takich informacji na Twoim nowym blogu, więc przykro mi, musisz napisać jeszcze raz) oraz Kfiatushka i Panią N. :)

wtorek, 1 lutego 2011

Co się kryje w damskiej torbie ;)

Z racji rozpoczęcia ferii, moja torba, z którą w czasach podłych, czyli okresie chodzenia do szkoły, jestem nierozłączna, doczekała się momentu, kiedy to zajrzałam do niej w celu wydobycia z niej wszystkiego i zaprowadzenia porządku. Wiem, że jeśli chodzi o takie przedmioty, typu właśnie torba, jestem bałaganiarą, ale to co znalazłam nawet mnie samą zadziwiło ;)

Na pierwszy rzut poleciały zeszyty, kserówki i podręczniki... To akurat rzeczy w torbie studenckiej pożądane, zatem, wszystko jak na razie w normie. Między nimi gdzieś poniewierał się piórnik, zatem i on doczekał się ujrzenia światła dziennego. Dalej w otchłani mojej torby wymacałam indeks - rzecz święta, od razu zajmuje honorowe miejsce na półce, abym w swoim roztrzepaniu go gdzieś nie przepiła...

Czas na przeszukanie kieszeni bocznych. Na pierwszy ogień kieszeń A. Tutaj wśród znalezisk wyróżniłam: tabletki X na ból głowy, tabletki Y na ból głowy, tabletki Z na wszelkie inne bóle, chusteczki higieniczne, szczotka do włosów, lusterko, roletka perfumowana, pomadka, krem uniwersalny do wszystkiego... Czyli kieszeń A można zaliczyć jako kosmetyczkę ;)

Kolej na kieszeń B... Skład następujący: portfel, dokumenty, klucze od domu, kluczyki od samochodu, oraz cała masa jakichś bliżej niezidentyfikowanych papierków (zdołałam jedynie wyróżnić paragony za paliwo, reszta wyblakła lub stan świstków nie pozwala na odczytanie ich zawartości). Ze względu na papierki (ogromną ilość papierków...) ciężko było odnaleźć pozostałe rzeczy, co wywołało we mnie wręcz podziw odnośnie pojemności kieszeni B.

Kieszeń C, mówiąc krótko, można nazwać... śmietnikiem. Nie wiem czy podświadomie zaśmiecam najłatwiej dostępną kieszeń, czy po prostu skoro jest najłatwiej dostępna i nie muszę się szamotać, aby dostać się do innej części torby, to właśnie tam wrzucam śmieci ;) W mojej szkole ciężko o kosz na śmieci, więc nikomu nie chce się lecieć na drugi koniec korytarza lub piętro niżej, aby wyrzucić papierek, zatem wszystkie moje odpadki wędrują do torby. Początkowo mój zacny plan jest taki, aby umieścić śmieci w torbie, a przy najbliższej wizycie w pobliżu kosza pozbyć się ich, jednak nietrudno się domyśleć, że pozbywając się problemu w postaci zbędnego papierka lub czegokolwiek innego, co jest zwyczajnie niepotrzebne, zapominam o tym, że moja torba skrywa w sobie tony śmieci i za nic w świecie, stojąc w pobliżu śmietnika, nie jestem w stanie wpaść na to, aby pozbyć się zalegających odpadów w kieszeni C...

Pozostała ostatnia kieszonka D - a w niej: papierowy słonik origami z biletu MZK, spinacz, wsuwka do włosów, 20 groszy, kawałek kartki z wydziurkowanym motylkiem i koniczynką, kolczyk, resztki piasku z plaży (nie wiem jak się uchowały, skoro od przyjazdu znad morza moja torba była prana ze trzy razy jak nie więcej ;)) oraz jakiś niezidentyfikowany niewielki metalowy przedmiot... Taka moja mała rupieciarnia ;) Zawartość tej kieszeni zrobiła na mnie największe wrażenie, ponieważ musiałam tam pochować te różne osobliwe przedmioty nieświadomie, gdyż nie mogę sobie za nic przypomnieć kiedy i po co je tam wkładałam :)

Prawdę mówiąc, moim zdaniem brakuje w mojej torbie tylko jakiejś cegły, przenośnego rozkładanego krzesełka i ewentualnie skrzynki z narzędziami, bo tak to już chyba wszystko możliwe w niej jest :) Już się na Waszych blogach natknęłam na temat damskiej torebki i jej zawartości, jednak dopiero teraz nadarzyła się okazja, bym odkryła tajemnice mojej torby (bo torebki żadnej nie używam w czasie roku akademickiego, gdyż potrzebuję mieć wszystko na raz ze sobą :)). Ciekawa jestem co w niej znajdę przy następnej okazji, a jak znam siebie, to na pewno będzie ciekawie :-)

piątek, 28 stycznia 2011

I po sesji!!!

No i udało się! Sesja zaliczona :-) Wszystkie egzaminy na czwórki!! Tak, muszę się pochwalić, bo naprawdę jestem z siebie bardzo zadowolona ;) Teraz się tak dziwnie czuję, bo zawsze wracając z jednego kolokwium czy egzaminu zaczynałam się uczyć na kolejne na dzień następny, a teraz siedzę i zwyczajnie czuję się bezrobotna ;) Przez caluśki styczeń nie wystawiałam nosa z książek, a teraz siedzę... No właśnie, siedzę i to całe moje obecne zajęcie. Muszę się nacieszyć tą beztroską chwilą :-)

Dawno mnie nie było... Zbyt dużo się u mnie nie działo, bo większość mojego życia kręciła się wkoło nauki, a nawet jak się już coś działo, to po prostu nie pamiętam. Bardziej jestem w stanie wyrecytować Wam definicje semantyki, pragmatyki lub przyczyny i skutki rewolucji przemysłowej niż kilka faktów z mojego życia z ostatniego miesiąca... To się chyba nazywa przeciążenie wiedzą ;)

Mam do Was pytanie... Mam nadzieję, że czytuje tego bloga jakiś medyk lub znawca medycyny domowej... Otóż ostatnimi czasy bardzo doskwiera mi okropne marznięcie rąk i nóg. Nawet jak jest mi ciepło, to ręce i stopy mam lodowate, a kiedy wyjdę na dwór, to już jest katastrofa. Pomimo kilku par skarpetek i rękawiczek mam tak zmarznięte nogi i dłonie, że ich nie czuję, nie mówiąc już o ruszaniu palcami. To chyba nie jest normalne, tym bardziej, że jest mi zimno i jestem zmarznięta w nawet domu, gdzie temperatura jest około 20-25 stopni. Byłabym wdzięczna, jeśli ktoś by mi powiedział co z tym można zrobić, bo pójście do lekarza to już jest ostateczna ostateczność, której wolałabym uniknąć jeśli to możliwe...

A tak poza tą moją jedyną dolegliwością, to wszystko jest w takim porządku, w jakim być powinno :) Z moim Mężczyzną dogaduję się świetnie, jest nadzieja, że po tych trzech latach się zaczniemy w końcu ze sobą komunikować, więc jestem szczęśliwa :) Nauka jak na razie na plus i cała reszta też poukładana. Nawet w domu atmosfera robi się miła! Gdyby można było życie zapisać w taki sposób, że w razie awarii przywraca się wszystko z powrotem do tego zapisanego momentu, to chyba właśnie teraz dokonałabym takiego zapisania ;)

Korzystając teraz z wolnego czasu zamierzam obejrzeć wszystkie sezony mojego świeżo-upolowanego serialu (serial nie jest świeży, tylko po prostu moje zainteresowanie nim ujawniło się dopiero niedawno), Dr House :) Nawet nie wiem czemu przypadł mi do gustu, to właściwie nawet dziwne, bo zdaje się, że nie lubiłam tego jeszcze ze trzy miesiące wstecz ;-)
Przydałoby się też doprowadzić mój pokój do jakiegoś ładu, bo odkąd utknęłam w książkach na początku stycznia, to jedyną rzeczą jako od czasu do czasu zdarzało mi się zrobić, to było względne ogarnięcie, żeby można było przejść i ewentualnie gdzieś usiąść :P

Jak zwykle, zasiadając do pisania, myślałam, że zbyt wiele z siebie nie wyduszę, ale jak widać - samo przyszło ;) Jednak da się pisać o niczym :)) Tym bardziej, że przez ostatni miesiąc udoskonalałam w sobie umiejętność lania wody, byle by było długo i o niczym, aby tylko żeby zdać, to teraz są efekty :)