Ból głowy na szczęście trochę ustąpił, więc umożliwił mi jakiekolwiek działania. Co prawda z nauką dalej nie bardzo ruszam z miejsca, bo jeszcze tego postępem nazwać nie można, ale jednak coś już się zaczyna dziać. Na to konto udało mi się złapać tymczasową robotę przy klejeniu kartek urodzinowych dla pewnej niemieckiej firmy, więc ostatnio to mi zajmuje najwięcej czasu. Może właśnie dlatego nie zwracam uwagi na ból głowy, bo ból karku po kilku godzinach wycinania tych drobnych elementów skutecznie odwraca uwagę ;)
Moja uczelnia jest niezwykła. Potrafi studentom zepsuć humor jeszcze zanim do niej powrócą po feriach ;] Na stronie internetowej jest ogólnodostępny plan zajęć, który sobie można pobrać i zerknąć jakie wykłady się szykują. I chyba popełniłam błąd dając się ponieść ciekawości... Plan, który do tej pory myślałam, że jest zły, okazał się być nawet przyjemny, w porównaniu z tym, co mojej grupie zgotowała uczelnia w tym semestrze... Nie wiem, czy my komuś podpadliśmy, czy ogólnie grupa z literką B bywa tą złą, bo żadna grupa nie siedzi w szkole do nocy, tylko moja... Nawet pierwszy rok, który ma więcej zajęć niż drugi, ma lepiej ułożony plan... Nie wiem, czy nie rozważyć zmiany szkoły. Naprawdę.
O zbliżających się walentynkach pisać nie będę, bo mi to święto wcale nie przeszkadza, zatem zakończę moje wywody póki co :) Nie wiem kiedy się znów odezwę, zależy jak się ze wszystkim wyrobię i jak mi się ułoży nauka po zakończeniu ferii... Do Was też nie bardzo daję radę zaglądać, a nawet jeśli zajrzę, to niestety nie mam czasu (ani siły - kark o sobie przypomina calutki czas) komentować. Jeśli ktoś ma jakieś pozytywne moce, to bardzo bym prosiła o użycie ich w mojej sprawie, żeby nam się udało coś zdziałać z tym badziewnym planem zajęć po feriach...
Do przeczytania :-)
wtorek, 8 lutego 2011
czwartek, 3 lutego 2011
Jeden z wielu powodów, dla których nie cierpię zimy.
Miałam bardzo ambitne plany na te ferie. Chciałam się pouczyć na wszystkie pozostałe zaliczenia, wziąć się za sprzątanie w domu, bo ten bałagan aż kole mnie w oczy, przyrządzić lazanię... Jak do tej pory udało mi się tylko z lazanią, bo z resztą planów stoję w miejscu...
Przede wszystkim chciałam odpocząć. Niestety, nie bardzo mi się to udaje, bo w domu, który zamieszkuje 6 osób ciężko o chwilę ciszy, poza tym ze względu na pogodę i niskie ciśnienie robię się coraz bardziej nie do życia. Nawet nie boli mnie głowa, po prostu przestaję funkcjonować. Jestem tak zmęczona zaraz po przebudzeniu się, jakbym wcale nie kładła się spać, bez względu na to jak długo bym nie spała, zawsze budzę się tak samo zmęczona... Ilekroć nie zbiorę się w sobie do prób wykonania jakiegokolwiek punktu z moich planów, to po maksymalnie dziesięciu minutach mogłabym zasnąć na stojąco. Dosłownie się zawieszam - stoję i patrzę w przestrzeń, nie bardzo wiem, co robiłam i po co, dopiero po chwili kojarzę co się dzieje, ale oczy zaczynają mi się zamykać a obraz wirować, więc muszę usiąść. Problem w tym, że pozycję siedzącą szybko zamieniam na leżącą lub półleżącą i nie ma szans, że cokolwiek się z moim samopoczuciem zmieni, nawet jak sobie utnę drzemkę.
Picia kawy już próbowałam i stwierdzam, że moja wątroba więcej jak dwóch kaw nie jest w stanie wytrzymać, a spożywanie kofeiny owszem, daje efekt podniesienia adrenaliny, ale niestety wcale mi w spaniu nie przeszkadza. Wciąż walczę z zamykającymi się powiekami i gubieniem świadomości... Nie tak sobie te ferie wyobrażałam...
Dodatkowo, z racji mojego przewlekłego zmęczenia, jestem niemiła. Wiem o tym doskonale, ale nie potrafię nic z tym zrobić. Marudzę, warczę na wszystkich i czasami tylko jakaś nieznana siła powstrzymuje mnie od rękoczynów, kiedy moja zmęczona głowa już ma dość, a wszyscy dookoła wytwarzają hałas i pomimo próśb moich, nie redukują go ani o pół decybela. A czasami ja sama podświadomie szukam powodu do zaczepki, żeby jakoś ulokować swoją złość z powodu tej mojej niedyspozycji, bo chyba najbardziej zła jestem dlatego, że mam plany, a przez samą siebie nie mogę ich zrealizować. Wykańczam się tym już... Ani ja tak długo nie pociągnę, ani osoby w moim otoczeniu.
Mam nadzieję, że pogoda ulegnie poprawie, bo przecież tak nie może być! Nie po to kilka poprawek przełożyłam na po feriach, żeby się na nie nie nauczyć! Wiedziałam, że w obliczu sesji będę musiała wybrać na co się nauczę, a na co nie, dlatego te mniej ważne rzeczy przełożyłam na luty, a jak dalej się tak będę czuć, to całe ferie przeleżę półprzytomna i z moich ambitnych planów na naukę wyjdą nici. A i jeśli moje nastawienie do świata się nie zmieni, to narobię sobie wrogów, choć wcale bym nie chciała... Po prostu nie ogarniam tego, co się ze mną dzieje, choćbym nawet chciała być miła i grzeczna, to z moich ust wychodzi niewybredne warknięcie. Chyba przemęczenie organizmu przewyższa już nawet moją kontrolę nad sobą. Jest źle...
Nie, nie użalam się nad sobą i nie szukam pretekstu do leniuchowania, wymawiając się słabym samopoczuciem. Kiedyś jak o tym pisałam, to kilka osób na mnie naskoczyło, że przecież mogę wypić kawę lub wziąć tabletkę i śmigać z robotą. Otóż nie mogę, bo ani kawa, ani nawet silne tabletki przeciwbólowe, jak na przykład Pyralgina czy Ketonal, mi nie pomagają. Nie każdy potrafi to zrozumieć, a już na pewno nie pojmie tego taka osoba, która na dobrą sprawę nie zaznała nawet mocniejszego bólu głowy czy niezależnego od siebie fatalnego samopoczucia.
I dlatego właśnie nie cierpię zimy...
Bella, gdzie to słońce od Ciebie?...
Przede wszystkim chciałam odpocząć. Niestety, nie bardzo mi się to udaje, bo w domu, który zamieszkuje 6 osób ciężko o chwilę ciszy, poza tym ze względu na pogodę i niskie ciśnienie robię się coraz bardziej nie do życia. Nawet nie boli mnie głowa, po prostu przestaję funkcjonować. Jestem tak zmęczona zaraz po przebudzeniu się, jakbym wcale nie kładła się spać, bez względu na to jak długo bym nie spała, zawsze budzę się tak samo zmęczona... Ilekroć nie zbiorę się w sobie do prób wykonania jakiegokolwiek punktu z moich planów, to po maksymalnie dziesięciu minutach mogłabym zasnąć na stojąco. Dosłownie się zawieszam - stoję i patrzę w przestrzeń, nie bardzo wiem, co robiłam i po co, dopiero po chwili kojarzę co się dzieje, ale oczy zaczynają mi się zamykać a obraz wirować, więc muszę usiąść. Problem w tym, że pozycję siedzącą szybko zamieniam na leżącą lub półleżącą i nie ma szans, że cokolwiek się z moim samopoczuciem zmieni, nawet jak sobie utnę drzemkę.
Picia kawy już próbowałam i stwierdzam, że moja wątroba więcej jak dwóch kaw nie jest w stanie wytrzymać, a spożywanie kofeiny owszem, daje efekt podniesienia adrenaliny, ale niestety wcale mi w spaniu nie przeszkadza. Wciąż walczę z zamykającymi się powiekami i gubieniem świadomości... Nie tak sobie te ferie wyobrażałam...
Dodatkowo, z racji mojego przewlekłego zmęczenia, jestem niemiła. Wiem o tym doskonale, ale nie potrafię nic z tym zrobić. Marudzę, warczę na wszystkich i czasami tylko jakaś nieznana siła powstrzymuje mnie od rękoczynów, kiedy moja zmęczona głowa już ma dość, a wszyscy dookoła wytwarzają hałas i pomimo próśb moich, nie redukują go ani o pół decybela. A czasami ja sama podświadomie szukam powodu do zaczepki, żeby jakoś ulokować swoją złość z powodu tej mojej niedyspozycji, bo chyba najbardziej zła jestem dlatego, że mam plany, a przez samą siebie nie mogę ich zrealizować. Wykańczam się tym już... Ani ja tak długo nie pociągnę, ani osoby w moim otoczeniu.
Mam nadzieję, że pogoda ulegnie poprawie, bo przecież tak nie może być! Nie po to kilka poprawek przełożyłam na po feriach, żeby się na nie nie nauczyć! Wiedziałam, że w obliczu sesji będę musiała wybrać na co się nauczę, a na co nie, dlatego te mniej ważne rzeczy przełożyłam na luty, a jak dalej się tak będę czuć, to całe ferie przeleżę półprzytomna i z moich ambitnych planów na naukę wyjdą nici. A i jeśli moje nastawienie do świata się nie zmieni, to narobię sobie wrogów, choć wcale bym nie chciała... Po prostu nie ogarniam tego, co się ze mną dzieje, choćbym nawet chciała być miła i grzeczna, to z moich ust wychodzi niewybredne warknięcie. Chyba przemęczenie organizmu przewyższa już nawet moją kontrolę nad sobą. Jest źle...
Nie, nie użalam się nad sobą i nie szukam pretekstu do leniuchowania, wymawiając się słabym samopoczuciem. Kiedyś jak o tym pisałam, to kilka osób na mnie naskoczyło, że przecież mogę wypić kawę lub wziąć tabletkę i śmigać z robotą. Otóż nie mogę, bo ani kawa, ani nawet silne tabletki przeciwbólowe, jak na przykład Pyralgina czy Ketonal, mi nie pomagają. Nie każdy potrafi to zrozumieć, a już na pewno nie pojmie tego taka osoba, która na dobrą sprawę nie zaznała nawet mocniejszego bólu głowy czy niezależnego od siebie fatalnego samopoczucia.
I dlatego właśnie nie cierpię zimy...
Bella, gdzie to słońce od Ciebie?...
środa, 2 lutego 2011
Wszystkiego po 4
Ostatnimi czasy na wielu blogach spotykałam się z pewną zabawą, polegającą na wymienieniu czterech ulubionych lub innych rzeczy z danej kategorii. Fajnie się czytało Wasze upodobania, plany, powiedzonka (wszystkiego oczywiście po 4), ale gdyby mnie przyszło do napisania takiego czegoś, to nie ukrywam, mogłoby być ciężko. Na szczęście nikt mnie z imienia nie wytknął blogowym palcem do wzięcia udziału w zabawie. Do wczoraj, kiedy to pewna pani w odwecie za nominowanie jej przeze mnie do Kreativ Blogger Award, wytypowała mnie, przymusiła, do wypisania tego wszystkiego po cztery w stosunku do mojej osoby :) Dlatego też musiałam wytężyć swoje odpoczywające szare komórki i zastanowić się nad własnymi odpowiedziami...
4 seriale/programy, które oglądam
- Dr House (namiętnie, odcinek po odcinku, sezon po sezonie :))
- On, Ona i Dzieciaki
- Kasia i Tomek
- TVN Turbo (tak to jest, jak się dopuści faceta do władzy nad telewizorem...)
4 rzeczy, które mnie pasjonują
- mój samochód :D
- blogi
- taniec
- świeczki :P (moje pirotechniczne skłonności nie dają o sobie zapomnieć...)
4 sformułowania, których używam
- No i dupa
- Ci powiem...
- Ooo ja pier****
- Masakra
4 rzeczy, których nauczyłam się w przeszłości
- Liczyć przeważnie tylko na siebie
- Bycie upierdliwym często popłaca
- Nie popadać w panikę, kiedy coś mi się z komputerem zepsuje. Najpierw muszę zrobić porządne rozeznanie co się popsuło, dlaczego i czy umiem to sama naprawić, a dopiero w razie kompletnego braku pojęcia zwracać się po pomoc do M. ;)
- Przytulać się - możecie mi nie wierzyć, ale kiedyś nie umiałam się przytulać, nie wiem czemu, po prostu nie leżało to w mojej naturze... Sama w to nie mogę uwierzyć ;)
4 miejsca, do których chciałabym pojechać
- Chorwacja
- USA
- Wielka Brytania
- Polskie morze
4 rzeczy, które robiłam wczoraj
- Właściwie mogłabym napisać tylko "Denerwowałam się x4", ale już wymyślę pozostałe 3 rzeczy ;)
- W dużych ilościach rozmawiałam przez telefon, norma.
- Walczyłam z włosami. Niestety długie włosy bywają bardzo uciążliwe, kiedy się próbuje nad nimi zapanować...
- Posprzątałam pokój! :)
4 rzeczy, które kocham w zimie...
Zamieniam ten podpunkt na "4 rzeczy, których nie cierpię w zimie", a odpowiedzi będą następujące:
- Mrozu
- Śniegu
- Ślizgawicy
- Krótkich dni
4 rzeczy na liście moich pragnień
Niestety się tym nie podzielę, bo zazwyczaj jak mówię/piszę o takich rzeczach, to nie udaje mi się ich potem zrealizować, zatem zachowam je wszystkie, a jest ich więcej niż 4, dla siebie. :)
Do zabawy postanawiam wciągnąć: Nefer, Storczyka, Szczęściarę (nawet jeśli już brałaś w tym udział, to nie znalazłam takich informacji na Twoim nowym blogu, więc przykro mi, musisz napisać jeszcze raz) oraz Kfiatushka i Panią N. :)
wtorek, 1 lutego 2011
Co się kryje w damskiej torbie ;)
Z racji rozpoczęcia ferii, moja torba, z którą w czasach podłych, czyli okresie chodzenia do szkoły, jestem nierozłączna, doczekała się momentu, kiedy to zajrzałam do niej w celu wydobycia z niej wszystkiego i zaprowadzenia porządku. Wiem, że jeśli chodzi o takie przedmioty, typu właśnie torba, jestem bałaganiarą, ale to co znalazłam nawet mnie samą zadziwiło ;)
Na pierwszy rzut poleciały zeszyty, kserówki i podręczniki... To akurat rzeczy w torbie studenckiej pożądane, zatem, wszystko jak na razie w normie. Między nimi gdzieś poniewierał się piórnik, zatem i on doczekał się ujrzenia światła dziennego. Dalej w otchłani mojej torby wymacałam indeks - rzecz święta, od razu zajmuje honorowe miejsce na półce, abym w swoim roztrzepaniu go gdzieś nie przepiła...
Czas na przeszukanie kieszeni bocznych. Na pierwszy ogień kieszeń A. Tutaj wśród znalezisk wyróżniłam: tabletki X na ból głowy, tabletki Y na ból głowy, tabletki Z na wszelkie inne bóle, chusteczki higieniczne, szczotka do włosów, lusterko, roletka perfumowana, pomadka, krem uniwersalny do wszystkiego... Czyli kieszeń A można zaliczyć jako kosmetyczkę ;)
Kolej na kieszeń B... Skład następujący: portfel, dokumenty, klucze od domu, kluczyki od samochodu, oraz cała masa jakichś bliżej niezidentyfikowanych papierków (zdołałam jedynie wyróżnić paragony za paliwo, reszta wyblakła lub stan świstków nie pozwala na odczytanie ich zawartości). Ze względu na papierki (ogromną ilość papierków...) ciężko było odnaleźć pozostałe rzeczy, co wywołało we mnie wręcz podziw odnośnie pojemności kieszeni B.
Kieszeń C, mówiąc krótko, można nazwać... śmietnikiem. Nie wiem czy podświadomie zaśmiecam najłatwiej dostępną kieszeń, czy po prostu skoro jest najłatwiej dostępna i nie muszę się szamotać, aby dostać się do innej części torby, to właśnie tam wrzucam śmieci ;) W mojej szkole ciężko o kosz na śmieci, więc nikomu nie chce się lecieć na drugi koniec korytarza lub piętro niżej, aby wyrzucić papierek, zatem wszystkie moje odpadki wędrują do torby. Początkowo mój zacny plan jest taki, aby umieścić śmieci w torbie, a przy najbliższej wizycie w pobliżu kosza pozbyć się ich, jednak nietrudno się domyśleć, że pozbywając się problemu w postaci zbędnego papierka lub czegokolwiek innego, co jest zwyczajnie niepotrzebne, zapominam o tym, że moja torba skrywa w sobie tony śmieci i za nic w świecie, stojąc w pobliżu śmietnika, nie jestem w stanie wpaść na to, aby pozbyć się zalegających odpadów w kieszeni C...
Pozostała ostatnia kieszonka D - a w niej: papierowy słonik origami z biletu MZK, spinacz, wsuwka do włosów, 20 groszy, kawałek kartki z wydziurkowanym motylkiem i koniczynką, kolczyk, resztki piasku z plaży (nie wiem jak się uchowały, skoro od przyjazdu znad morza moja torba była prana ze trzy razy jak nie więcej ;)) oraz jakiś niezidentyfikowany niewielki metalowy przedmiot... Taka moja mała rupieciarnia ;) Zawartość tej kieszeni zrobiła na mnie największe wrażenie, ponieważ musiałam tam pochować te różne osobliwe przedmioty nieświadomie, gdyż nie mogę sobie za nic przypomnieć kiedy i po co je tam wkładałam :)
Prawdę mówiąc, moim zdaniem brakuje w mojej torbie tylko jakiejś cegły, przenośnego rozkładanego krzesełka i ewentualnie skrzynki z narzędziami, bo tak to już chyba wszystko możliwe w niej jest :) Już się na Waszych blogach natknęłam na temat damskiej torebki i jej zawartości, jednak dopiero teraz nadarzyła się okazja, bym odkryła tajemnice mojej torby (bo torebki żadnej nie używam w czasie roku akademickiego, gdyż potrzebuję mieć wszystko na raz ze sobą :)). Ciekawa jestem co w niej znajdę przy następnej okazji, a jak znam siebie, to na pewno będzie ciekawie :-)
Na pierwszy rzut poleciały zeszyty, kserówki i podręczniki... To akurat rzeczy w torbie studenckiej pożądane, zatem, wszystko jak na razie w normie. Między nimi gdzieś poniewierał się piórnik, zatem i on doczekał się ujrzenia światła dziennego. Dalej w otchłani mojej torby wymacałam indeks - rzecz święta, od razu zajmuje honorowe miejsce na półce, abym w swoim roztrzepaniu go gdzieś nie przepiła...
Czas na przeszukanie kieszeni bocznych. Na pierwszy ogień kieszeń A. Tutaj wśród znalezisk wyróżniłam: tabletki X na ból głowy, tabletki Y na ból głowy, tabletki Z na wszelkie inne bóle, chusteczki higieniczne, szczotka do włosów, lusterko, roletka perfumowana, pomadka, krem uniwersalny do wszystkiego... Czyli kieszeń A można zaliczyć jako kosmetyczkę ;)
Kolej na kieszeń B... Skład następujący: portfel, dokumenty, klucze od domu, kluczyki od samochodu, oraz cała masa jakichś bliżej niezidentyfikowanych papierków (zdołałam jedynie wyróżnić paragony za paliwo, reszta wyblakła lub stan świstków nie pozwala na odczytanie ich zawartości). Ze względu na papierki (ogromną ilość papierków...) ciężko było odnaleźć pozostałe rzeczy, co wywołało we mnie wręcz podziw odnośnie pojemności kieszeni B.
Kieszeń C, mówiąc krótko, można nazwać... śmietnikiem. Nie wiem czy podświadomie zaśmiecam najłatwiej dostępną kieszeń, czy po prostu skoro jest najłatwiej dostępna i nie muszę się szamotać, aby dostać się do innej części torby, to właśnie tam wrzucam śmieci ;) W mojej szkole ciężko o kosz na śmieci, więc nikomu nie chce się lecieć na drugi koniec korytarza lub piętro niżej, aby wyrzucić papierek, zatem wszystkie moje odpadki wędrują do torby. Początkowo mój zacny plan jest taki, aby umieścić śmieci w torbie, a przy najbliższej wizycie w pobliżu kosza pozbyć się ich, jednak nietrudno się domyśleć, że pozbywając się problemu w postaci zbędnego papierka lub czegokolwiek innego, co jest zwyczajnie niepotrzebne, zapominam o tym, że moja torba skrywa w sobie tony śmieci i za nic w świecie, stojąc w pobliżu śmietnika, nie jestem w stanie wpaść na to, aby pozbyć się zalegających odpadów w kieszeni C...
Pozostała ostatnia kieszonka D - a w niej: papierowy słonik origami z biletu MZK, spinacz, wsuwka do włosów, 20 groszy, kawałek kartki z wydziurkowanym motylkiem i koniczynką, kolczyk, resztki piasku z plaży (nie wiem jak się uchowały, skoro od przyjazdu znad morza moja torba była prana ze trzy razy jak nie więcej ;)) oraz jakiś niezidentyfikowany niewielki metalowy przedmiot... Taka moja mała rupieciarnia ;) Zawartość tej kieszeni zrobiła na mnie największe wrażenie, ponieważ musiałam tam pochować te różne osobliwe przedmioty nieświadomie, gdyż nie mogę sobie za nic przypomnieć kiedy i po co je tam wkładałam :)
Prawdę mówiąc, moim zdaniem brakuje w mojej torbie tylko jakiejś cegły, przenośnego rozkładanego krzesełka i ewentualnie skrzynki z narzędziami, bo tak to już chyba wszystko możliwe w niej jest :) Już się na Waszych blogach natknęłam na temat damskiej torebki i jej zawartości, jednak dopiero teraz nadarzyła się okazja, bym odkryła tajemnice mojej torby (bo torebki żadnej nie używam w czasie roku akademickiego, gdyż potrzebuję mieć wszystko na raz ze sobą :)). Ciekawa jestem co w niej znajdę przy następnej okazji, a jak znam siebie, to na pewno będzie ciekawie :-)
piątek, 28 stycznia 2011
I po sesji!!!
No i udało się! Sesja zaliczona :-) Wszystkie egzaminy na czwórki!! Tak, muszę się pochwalić, bo naprawdę jestem z siebie bardzo zadowolona ;) Teraz się tak dziwnie czuję, bo zawsze wracając z jednego kolokwium czy egzaminu zaczynałam się uczyć na kolejne na dzień następny, a teraz siedzę i zwyczajnie czuję się bezrobotna ;) Przez caluśki styczeń nie wystawiałam nosa z książek, a teraz siedzę... No właśnie, siedzę i to całe moje obecne zajęcie. Muszę się nacieszyć tą beztroską chwilą :-)
Dawno mnie nie było... Zbyt dużo się u mnie nie działo, bo większość mojego życia kręciła się wkoło nauki, a nawet jak się już coś działo, to po prostu nie pamiętam. Bardziej jestem w stanie wyrecytować Wam definicje semantyki, pragmatyki lub przyczyny i skutki rewolucji przemysłowej niż kilka faktów z mojego życia z ostatniego miesiąca... To się chyba nazywa przeciążenie wiedzą ;)
Mam do Was pytanie... Mam nadzieję, że czytuje tego bloga jakiś medyk lub znawca medycyny domowej... Otóż ostatnimi czasy bardzo doskwiera mi okropne marznięcie rąk i nóg. Nawet jak jest mi ciepło, to ręce i stopy mam lodowate, a kiedy wyjdę na dwór, to już jest katastrofa. Pomimo kilku par skarpetek i rękawiczek mam tak zmarznięte nogi i dłonie, że ich nie czuję, nie mówiąc już o ruszaniu palcami. To chyba nie jest normalne, tym bardziej, że jest mi zimno i jestem zmarznięta w nawet domu, gdzie temperatura jest około 20-25 stopni. Byłabym wdzięczna, jeśli ktoś by mi powiedział co z tym można zrobić, bo pójście do lekarza to już jest ostateczna ostateczność, której wolałabym uniknąć jeśli to możliwe...
A tak poza tą moją jedyną dolegliwością, to wszystko jest w takim porządku, w jakim być powinno :) Z moim Mężczyzną dogaduję się świetnie, jest nadzieja, że po tych trzech latach się zaczniemy w końcu ze sobą komunikować, więc jestem szczęśliwa :) Nauka jak na razie na plus i cała reszta też poukładana. Nawet w domu atmosfera robi się miła! Gdyby można było życie zapisać w taki sposób, że w razie awarii przywraca się wszystko z powrotem do tego zapisanego momentu, to chyba właśnie teraz dokonałabym takiego zapisania ;)
Korzystając teraz z wolnego czasu zamierzam obejrzeć wszystkie sezony mojego świeżo-upolowanego serialu (serial nie jest świeży, tylko po prostu moje zainteresowanie nim ujawniło się dopiero niedawno), Dr House :) Nawet nie wiem czemu przypadł mi do gustu, to właściwie nawet dziwne, bo zdaje się, że nie lubiłam tego jeszcze ze trzy miesiące wstecz ;-)
Przydałoby się też doprowadzić mój pokój do jakiegoś ładu, bo odkąd utknęłam w książkach na początku stycznia, to jedyną rzeczą jako od czasu do czasu zdarzało mi się zrobić, to było względne ogarnięcie, żeby można było przejść i ewentualnie gdzieś usiąść :P
Jak zwykle, zasiadając do pisania, myślałam, że zbyt wiele z siebie nie wyduszę, ale jak widać - samo przyszło ;) Jednak da się pisać o niczym :)) Tym bardziej, że przez ostatni miesiąc udoskonalałam w sobie umiejętność lania wody, byle by było długo i o niczym, aby tylko żeby zdać, to teraz są efekty :)
Dawno mnie nie było... Zbyt dużo się u mnie nie działo, bo większość mojego życia kręciła się wkoło nauki, a nawet jak się już coś działo, to po prostu nie pamiętam. Bardziej jestem w stanie wyrecytować Wam definicje semantyki, pragmatyki lub przyczyny i skutki rewolucji przemysłowej niż kilka faktów z mojego życia z ostatniego miesiąca... To się chyba nazywa przeciążenie wiedzą ;)
Mam do Was pytanie... Mam nadzieję, że czytuje tego bloga jakiś medyk lub znawca medycyny domowej... Otóż ostatnimi czasy bardzo doskwiera mi okropne marznięcie rąk i nóg. Nawet jak jest mi ciepło, to ręce i stopy mam lodowate, a kiedy wyjdę na dwór, to już jest katastrofa. Pomimo kilku par skarpetek i rękawiczek mam tak zmarznięte nogi i dłonie, że ich nie czuję, nie mówiąc już o ruszaniu palcami. To chyba nie jest normalne, tym bardziej, że jest mi zimno i jestem zmarznięta w nawet domu, gdzie temperatura jest około 20-25 stopni. Byłabym wdzięczna, jeśli ktoś by mi powiedział co z tym można zrobić, bo pójście do lekarza to już jest ostateczna ostateczność, której wolałabym uniknąć jeśli to możliwe...
A tak poza tą moją jedyną dolegliwością, to wszystko jest w takim porządku, w jakim być powinno :) Z moim Mężczyzną dogaduję się świetnie, jest nadzieja, że po tych trzech latach się zaczniemy w końcu ze sobą komunikować, więc jestem szczęśliwa :) Nauka jak na razie na plus i cała reszta też poukładana. Nawet w domu atmosfera robi się miła! Gdyby można było życie zapisać w taki sposób, że w razie awarii przywraca się wszystko z powrotem do tego zapisanego momentu, to chyba właśnie teraz dokonałabym takiego zapisania ;)
Korzystając teraz z wolnego czasu zamierzam obejrzeć wszystkie sezony mojego świeżo-upolowanego serialu (serial nie jest świeży, tylko po prostu moje zainteresowanie nim ujawniło się dopiero niedawno), Dr House :) Nawet nie wiem czemu przypadł mi do gustu, to właściwie nawet dziwne, bo zdaje się, że nie lubiłam tego jeszcze ze trzy miesiące wstecz ;-)
Przydałoby się też doprowadzić mój pokój do jakiegoś ładu, bo odkąd utknęłam w książkach na początku stycznia, to jedyną rzeczą jako od czasu do czasu zdarzało mi się zrobić, to było względne ogarnięcie, żeby można było przejść i ewentualnie gdzieś usiąść :P
Jak zwykle, zasiadając do pisania, myślałam, że zbyt wiele z siebie nie wyduszę, ale jak widać - samo przyszło ;) Jednak da się pisać o niczym :)) Tym bardziej, że przez ostatni miesiąc udoskonalałam w sobie umiejętność lania wody, byle by było długo i o niczym, aby tylko żeby zdać, to teraz są efekty :)
sobota, 15 stycznia 2011
Kreativ Blogger
I tak oto muszę się odezwać, gdyż otrzymałam nominację do Kreativ Blogger od Zakochanej Damy i Niedyskretnej ;) Dziękuję Wam za przerwanie mojego milczenia :)
Teraz muszę wytypować 7 blogów do owej nagrody :) A będą to (kolejność alfabetyczna):
1. Anonimowa A., bo jest jedną z fajniejszych marud jakie znam :))
2. Bella, bo dzięki Tobie mój termometr na balkonie pokazuje 8 stopni na plusie ;)
3. Lady, bo wpuszcza kobiety z lisem na głowie do swojego mieszkania ;)
4. Margolka, bo nie jest dziwna :)) a przynajmniej nie bardziej niż ja i Niedyskretna :)
5. Niepoprawna, bo gdziekolwiek się teraz podziewa, to lubię tę pokręconą kobietę :)
6. Pani N., bo jest szalona i zakochana :P
7. Storczyk, bo milczy :)
I chyba część dla mnie najtrudniejsza, albowiem muszę się przed Wami obnażyć z 7 faktów z mojego życia, których jeszcze nie wiecie... A zatem:
1. Mój pies, wbrew ogólnie panującego przekonania, że go znalazłam, został przeze mnie kupiony ;) Nie pozwalano mi mieć psa, więc wcisnęłam rodzince taką bajkę, żeby się zlitowali nad psiakiem i nie oddawali go komuś innemu lub do schroniska ;)
2. Jak byłam młodsza, chowałam się przed księdzem na kolędzie, bo uważałam że jest straszny i nie miałam skrupułów go o tym potem, kiedy mnie znalazł, poinformować :)
3. Jako dziecko bardzo lubiłam tworzyć wybuchowe mieszanki wszystkiego, co znajdowało się w łazience - proszki i płyny do prania, środki czystości, Domestosy, pasty do zębów, szamponów, mydeł i co to tam jeszcze się w łazience znajdowało :))))
4. Uwielbiam chodzić na zakrapiane imprezy, gdyż moja głowa jest raczej niezatapialna i po prostu kocham wysłuchiwać mądrych i filozoficznych wywodów innych pijanych uczestników zabawy :)
5. Zawsze mam farta w grach, w które nie umiem grać. Nikt nie potrafi wyjaśnić jak ja to robię, że nawet jak zasady nie zostaną mi do końca wyjaśnione, bo grający chcą mieć kozła ofiarnego, który przegra jako nowicjusz, to i tak wszystkich ogrywam ;)
6. Uwielbiam ogień - świeczki, ogniska itp. :) Przez moją manię na wszelkie świeczki i skłonności do wzniecania małych pożarów jako dziecko, zapracowałam sobie na miano rodzinnego piromana :D
7. Nie potrafię pozbyć się moich zabawek z dzieciństwa - wszystkie, które przetrwały, spoczywają w piwnicy i czekają, aż raz na jakiś czas je wyciągnę i zacznę się nimi bawić tak jak za czasów mojej bardzo wczesnej młodości ;)
A teraz idę się dalej uczyć :-) Do usłyszenia! ;)
poniedziałek, 10 stycznia 2011
Nadchodzi sesja...
Chyba się z Państwem do końca stycznia pożegnam... Tyle o ile wydawało mi się, że jakoś sobie dam radę, to okazuje się, że to jednak będzie graniczyło z niemożliwym, dlatego zmuszona jestem robić co w mojej mocy, żeby przedmioty, z których będę miała warunki ograniczyć do minimum. Zależy mi bardzo, żeby te studia jak najszybciej skończyć, więc dokładam wszelkich starań, aby moje lenistwo powstrzymać i pozaliczać co tylko się da, najlepiej jak najszybciej...
Prorokiem nie jestem, może znajdę chwilę wolnego na napisanie czegoś w międzyczasie, ale wolę z góry założyć najgorszą opcję, czyli że do reszty poświęcę się mojej edukacji. Przy okazji pogoda dopisuje, więc w napływach wolnego udam się na spacer, nie na wycieczkę po internecie ;) Muszę ładować siły na te wszystkie kolokwia i sesję, bo będzie ciężko, oj będzie... A najgorszy dzień w roku tuż tuż....
Gdybym się do tego nieszczęsnego poniedziałku nie odezwała, to życzę Wam szczęścia i cierpliwości, żeby Was nikt z równowagi nie wyprowadził i mimo wszystko nie popsuł Wam humoru :)
I na koniec przedstawię Wam perełkę dzisiejszych wykładów :)
Pisanie wypracowania w klasie, z założenia praca indywidualna, ale mnie brakło słówka, a bez niego nie mogłam dalej pisać... Zatem zaczynam głośno pytać ludzi z mojej grupy o zagadkowe słowo (podczas "sprawdzianu" :))
Ja: Anka, jak jest skręcić gwałtownie, bo się coś w ostatniej chwili zauważyło?
A: Nie wiem, kurwa, o czym Ty do mnie mówisz?
Ja: Kuba, jak jest skręcić gwałtownie?
K: A skąd ja mam to wiedzieć? Co ja angielski studiuję? :D
Ja: Gosia, jak jest skręcić gwałtownie?
G: Nie wiem...
Wykładowca: Swerve to jest skręcić gwałtownie, pani Ewelino :)
Niepoprawna, nie mam konta na Onecie, żeby komentować Twoje posty ;)
Prorokiem nie jestem, może znajdę chwilę wolnego na napisanie czegoś w międzyczasie, ale wolę z góry założyć najgorszą opcję, czyli że do reszty poświęcę się mojej edukacji. Przy okazji pogoda dopisuje, więc w napływach wolnego udam się na spacer, nie na wycieczkę po internecie ;) Muszę ładować siły na te wszystkie kolokwia i sesję, bo będzie ciężko, oj będzie... A najgorszy dzień w roku tuż tuż....
Gdybym się do tego nieszczęsnego poniedziałku nie odezwała, to życzę Wam szczęścia i cierpliwości, żeby Was nikt z równowagi nie wyprowadził i mimo wszystko nie popsuł Wam humoru :)
I na koniec przedstawię Wam perełkę dzisiejszych wykładów :)
Pisanie wypracowania w klasie, z założenia praca indywidualna, ale mnie brakło słówka, a bez niego nie mogłam dalej pisać... Zatem zaczynam głośno pytać ludzi z mojej grupy o zagadkowe słowo (podczas "sprawdzianu" :))
Ja: Anka, jak jest skręcić gwałtownie, bo się coś w ostatniej chwili zauważyło?
A: Nie wiem, kurwa, o czym Ty do mnie mówisz?
Ja: Kuba, jak jest skręcić gwałtownie?
K: A skąd ja mam to wiedzieć? Co ja angielski studiuję? :D
Ja: Gosia, jak jest skręcić gwałtownie?
G: Nie wiem...
Wykładowca: Swerve to jest skręcić gwałtownie, pani Ewelino :)
Niepoprawna, nie mam konta na Onecie, żeby komentować Twoje posty ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)