Nie bijcie, trochę ten blogowy świat zaniedbałam :)
Inna rzecz, że od czasu ostatniego wpisu po prostu wszechpotężne burze z piorunami z hukiem przetaczały się przez moje życie, rozwalając co popadnie i chyba ani nie dałabym rady, ani nie chciałam tego spisywać :) Wchodzić tutaj za bardzo też mi było nie po drodze, i macie prawo się na mnie za to obrazić, ale spadło na mnie tak dużo, że miałam naprawdę sporo do ogarnięcia we własnym życiu, dlatego nie byłam w stanie nawet sprawdzać co u Was. Nie żebym nie była ciekawa, ale po prostu skupiłam się chwilowo na sobie, żeby uporządkować bałagan wokół siebie. Nawet pewnie nic mądrego bym nie była w stanie Wam napisać... Nie obiecuję, że od teraz będę tu bywać regularnie i na bieżąco sprawdzać co u Was, bo mimo naprawdę ogromnej sympatii do każdej z Was i jednak ciekawości (bo spodziewam się, ze i u Was mogło się sporo pozmieniać przez tyle czasu ;)), po prostu muszę złapać oddech po tym wszystkim - obiecać za to mogę, że przynajmniej się postaram nie znikać znów bez słowa :)
Niemniej efekty tych burzliwych zmian są dosłownie jak powietrze po burzy, w końcu mogę odetchnąć pełną piersią i wykrzyczeć wszystkim, że jestem szczęśliwa :) jeszcze nie wszystko jest tak jak chciałabym, żeby było, ale cieszę się z tego, co jest :) tym razem mówię poważnie, naprawdę się cieszę z tego co mam :D
To jest prawda, że pozytywne myślenie przyciąga pozytywne zdarzenia :) I choć łatwo nie było dobrnąć do tego stanu, to na pewno było warto. Pod wieloma względami. Nie tylko zmieniłam swoje podejście do życia, i jest mi z tym naprawdę fajnie, ale też wiele innych rzeczy 'się uporządkowało' :) Jak tak człowiek wpada w rutynę, żyjąc z dnia na dzień, to nawet nie zauważa, że coś zaczyna być nie tak... Dopiero bardzo zimny prysznic, drastyczne zmiany lub inny punkt zwrotny otwierają oczy i dają człowiekowi szansę na wyrwanie się i zmiany. Łatwo nie było, ale skoro pojawia się szansa, to czemu by nie spróbować? U mnie mimo właściwie już psychicznego dna (sama się sobie dziwię z perspektywy czasu, ile jeden nieduży człowiek może udźwignąć na raz, upaść pod tym ciężarem, a potem jednak wstać i iść dalej), wszystko suma summarum wyszło na dobre :)
Znów jestem sobą, a może nawet jeszcze lepszą wersją samej siebie :)
wtorek, 23 lutego 2016
sobota, 12 września 2015
Sobotnie refleksje o byciu szczęśliwym
Niestety nadal dni uciekają mi przez palce, czas pędzi nie wiem gdzie, zdarzają się momenty, kiedy mam wrażenie, że budzę się w poniedziałek rano, a tu już niedzielne popołudnie i zaraz kolejny poniedziałek... Kiedyś śmiałam się, jak rodzice mówili, że jak się jest dorosłym, to czas leci o wiele szybciej - no jak leci szybciej? Przecież zegary chodzą tak samo dla każdego, doba wciąż ma 24 godziny, a tydzień siedem dni. Po wielu latach przyznałam im rację - czas leci szybciej, czasem nawet zagina się czasoprzestrzeń i nieodwracalnie czas ucieka za szybko... Nadal nie mam na nic czasu, zaglądam do was od czasu do czasu, a to już coś :) tylko przeważnie robię to w przerwie w pracy lub w podróży, więc nie mam czasu napisać nic mądrego :(
Ale dziś nie o tym chciałam.
Jeszcze całkiem niedawno zdawało mi się, że jestem dorosła. Według polskiego prawa owszem, osiemnaście lat stuknęło mi już dosyć dawno temu, ale teraz widzę, że jest różnica między poczuciem dorosłości a byciem dorosłym. Chciałam wszystko na już, myślałam, że świat się zawali, jeśli czegoś nie będę miała akurat wtedy, kiedy uważałam, że powinnam to mieć. Albo inni mieli, a ja nie. Nie raz miałam pretensje do losu i ludzi, że rzeczy, których najbardziej chciałam były najbardziej nieosiągalne. Bo ja tak bardzo chciałam, a wszystko tak bardzo się komplikowało niezależnie ode mnie... I nie dane mi było mieć tego, czego tak bardzo chciałam. Trochę to rozumiem, ciężko być mądrym, kiedy świat jest głupi :)
Nie minęło dużo czasu, a punkt postrzegania wszystkiego zmienił mi się diametralnie. Pewnie nie minął nawet rok... Ale bagaż doświadczeń, jaki dostałam od życia w tym czasie sprawił, że zatrzymałam się na chwilę w tym głupim pędzie życia i zastanowiłam się nad wieloma rzeczami. Wszystko swoim tempem leci dalej, ja też fizycznie muszę za tym nadążać (takie tam minusy bycia dorosłym :)), ale psychicznie zaczęłam zwalniać. Dotarło do mnie, że gonienie za rzeczami, które być może nie są mi pisane i zaprzątanie sobie głowy wszystkimi przeszkodami, które napotykam w drodze do wymarzonego celu, prawdopodobnie nie ma sensu. Skoro do tej pory niewiele się dzieje, mimo, że robiłam wszystko, co było w mojej mocy, to być może tak właśnie ma być. I nikt inny na tym nie cierpi, tylko ja. Bo przez narastające frustracje przestaje być prawdziwą sobą, Zrzędliwa, ciągle niezadowolona, warcząca, bez uśmiechu, zazdrosna o powodzenie innych, zgorzkniała - przecież to nie jestem ja! A może właśnie fakt, że nie mam tego, co chciałabym mieć, to ręka Pana Boga, która mnie chroni, bo osiągnięcie tego mogłoby nie być dla mnie dobre?
Dlatego właśnie doszłam do wniosku, że w ten sposób, choćbym pewnie gwiazdkę z nieba dostała, to nie będę szczęśliwa, bo zawsze będę miała przed sobą jakiś mało realny cel i wszystkie przeszkody, jakie będę napotykać, będą mi zabierały całą radość z życia, a owej gwiazdki mogę wcale nie zauważyć. Dotarło do mnie, że stałam się tak zaślepiona dążeniem do rzeczy, które są poza moim zasięgiem, że niszczy mnie to wewnętrznie.
Nadchodzi zatem czas zmian. Nie wszystkie da się wprowadzić od ręki, bo przestawienie swojego własnego sposobu myślenia zajmuje najwięcej czasu i jest najtrudniejsze, ale przynajmniej jest realne i wiem, że wtedy właśnie będę mogła w końcu być sobą. Przestaje dla mnie liczyć się 'mieć', a zaczynam się skupiać na 'być'. Również będzie trzeba usunąć wszystko, co ciągnie mnie w dół i przytłacza, bo czasem mimo, że nam samym już zaczyna się układać, to są czynniki, które nie pozwolą nam się wzbić tak wysoko, jak byśmy chcieli.
Pierwszy krok już za mną - odkryłam, że znowu lubię siebie i jest mi samej ze sobą dobrze. Może zmiana z pozoru niewielka, ale wierzcie mi, że osiąganie równowagi wewnętrznej i nabywanie zdrowego egoizmu naprawdę pomaga w wielu sprawach :)
Ale dziś nie o tym chciałam.
Jeszcze całkiem niedawno zdawało mi się, że jestem dorosła. Według polskiego prawa owszem, osiemnaście lat stuknęło mi już dosyć dawno temu, ale teraz widzę, że jest różnica między poczuciem dorosłości a byciem dorosłym. Chciałam wszystko na już, myślałam, że świat się zawali, jeśli czegoś nie będę miała akurat wtedy, kiedy uważałam, że powinnam to mieć. Albo inni mieli, a ja nie. Nie raz miałam pretensje do losu i ludzi, że rzeczy, których najbardziej chciałam były najbardziej nieosiągalne. Bo ja tak bardzo chciałam, a wszystko tak bardzo się komplikowało niezależnie ode mnie... I nie dane mi było mieć tego, czego tak bardzo chciałam. Trochę to rozumiem, ciężko być mądrym, kiedy świat jest głupi :)
Nie minęło dużo czasu, a punkt postrzegania wszystkiego zmienił mi się diametralnie. Pewnie nie minął nawet rok... Ale bagaż doświadczeń, jaki dostałam od życia w tym czasie sprawił, że zatrzymałam się na chwilę w tym głupim pędzie życia i zastanowiłam się nad wieloma rzeczami. Wszystko swoim tempem leci dalej, ja też fizycznie muszę za tym nadążać (takie tam minusy bycia dorosłym :)), ale psychicznie zaczęłam zwalniać. Dotarło do mnie, że gonienie za rzeczami, które być może nie są mi pisane i zaprzątanie sobie głowy wszystkimi przeszkodami, które napotykam w drodze do wymarzonego celu, prawdopodobnie nie ma sensu. Skoro do tej pory niewiele się dzieje, mimo, że robiłam wszystko, co było w mojej mocy, to być może tak właśnie ma być. I nikt inny na tym nie cierpi, tylko ja. Bo przez narastające frustracje przestaje być prawdziwą sobą, Zrzędliwa, ciągle niezadowolona, warcząca, bez uśmiechu, zazdrosna o powodzenie innych, zgorzkniała - przecież to nie jestem ja! A może właśnie fakt, że nie mam tego, co chciałabym mieć, to ręka Pana Boga, która mnie chroni, bo osiągnięcie tego mogłoby nie być dla mnie dobre?
Dlatego właśnie doszłam do wniosku, że w ten sposób, choćbym pewnie gwiazdkę z nieba dostała, to nie będę szczęśliwa, bo zawsze będę miała przed sobą jakiś mało realny cel i wszystkie przeszkody, jakie będę napotykać, będą mi zabierały całą radość z życia, a owej gwiazdki mogę wcale nie zauważyć. Dotarło do mnie, że stałam się tak zaślepiona dążeniem do rzeczy, które są poza moim zasięgiem, że niszczy mnie to wewnętrznie.
Nadchodzi zatem czas zmian. Nie wszystkie da się wprowadzić od ręki, bo przestawienie swojego własnego sposobu myślenia zajmuje najwięcej czasu i jest najtrudniejsze, ale przynajmniej jest realne i wiem, że wtedy właśnie będę mogła w końcu być sobą. Przestaje dla mnie liczyć się 'mieć', a zaczynam się skupiać na 'być'. Również będzie trzeba usunąć wszystko, co ciągnie mnie w dół i przytłacza, bo czasem mimo, że nam samym już zaczyna się układać, to są czynniki, które nie pozwolą nam się wzbić tak wysoko, jak byśmy chcieli.Pierwszy krok już za mną - odkryłam, że znowu lubię siebie i jest mi samej ze sobą dobrze. Może zmiana z pozoru niewielka, ale wierzcie mi, że osiąganie równowagi wewnętrznej i nabywanie zdrowego egoizmu naprawdę pomaga w wielu sprawach :)
piątek, 14 sierpnia 2015
Gdzie byłam, jak mnie nie było - czyli nie taki krótki update :)
Nie spodziewałam się, że wciąż aż tyle z Was mnie odwiedza :) Bardzo miła niespodzianka na powrót do blogowania :) Dziękuję :))
Trochę się u mnie działo przez ten czas, kiedy nie dawałam znaku życia, albo pojawiały się ostatnie posty niewiele mówiące co u mnie ;) Mam postanowienie, żeby zrobić poniżej "mały" update co się u mnie pozmieniało, kto ma chęć i czas (bo sporo tekstu mi wyszło...) to zapraszam do lektury ;)
Po pierwsze, jakiś czas temu wynajęliśmy z M. mieszkanie. Wynajęte to wciąż nie własne, ale poniekąd nareszcie jesteśmy "na swoim". Nikt się nie miesza między nas; nasze docieranie się i tworzenie naszej relacji pozostając pod tym samym dachem wygląda zupełnie inaczej. Nie zawsze lepiej, bo wychodzi na nowo bardzo dużo naszych wad, więc wciąż musimy pracować i nad sobą i nad naszym związkiem, ale skoro nie poddaliśmy się po tym wszystkim, to i z tym damy radę. Czasami mam ochotę trzasnąć drzwiami i więcej nie wrócić, ale nie zrobię tego, dopóki jest o co walczyć. Może dalej wydaje Wam się, że M. nadal jest zły i to nie jest facet dla mnie, ale dopóki ten związek daje mi więcej szczęścia i radości niż smutku, to chyba właśnie znaczy, że to jest właśnie to i będziemy się starać, żeby było jeszcze lepiej :)
Tym bardziej, kiedy M. wita mnie o 8 rano takimi niespodziankami :)
Po drugie, być może już co niektórzy się zorientowali, mam pracę. Stałą, na dobrych warunkach i za dobre pieniądze. I to już od dwóch lat :)) ale nie zauważyłam, żebym o tym kiedykolwiek napisała, więc chciałam to powiedzieć oficjalnie :) Mało tego, M. pracuje ze mną w tej samej firmie, w tym samym pomieszczeniu :) i mimo wszelkich obaw przebywania ze sobą i w pracy i w domu, praca w tym samym miejscu wcale nam nie doskwiera. Zajmujemy się zupełnie różnymi rzeczami, więc widujemy się praktycznie tylko na przerwach na kawę, każde robi swoje, więc nie patrzymy na siebie przez calutkie 8 godzin :) A nawet rzekłabym, że ta sytuacja wychodzi nam na dobre, bo poprzednia praca M. bardzo się odbijała na naszych relacjach. Praca zmianowa, przy produkcji, na akord... Nie raz zabierano mu premię za rzeczy, na które nie miał wpływu, więc wracał do domu, zły i zmęczony, więc atmosfera robiła się gęsta... Wiele razy się przez to kłóciliśmy... Na szczęście teraz jego praca jest o stałych porach, pracuje w tych samych godzinach co ja, więc można w końcu coś zaplanować, coś załatwić, kogoś odwiedzić. Jest też spokojniej, nikt nie stoi nad nim i nie tupie, że norma niewyrobiona, jakaś tam presja czasu mimo wszystko jest, ale i tak to on sam sobie narzuca tempo pracy, więc i nerwów o wiele mniej. Tylko nie możemy się chwilowo odkopać finansowo, bo wynajem sam w sobie plus kupienie podstawowych i niezbędnych rzeczy do mieszkania trochę kosztowało, a jeszcze jak na złość, odkąd się przeprowadziliśmy, to co miesiąc wpadają nam 'dodatkowe' wydatki, typu naprawa samochodu albo ubezpieczenie, i trochę ciężko nam wyjść na prostą... No ale nikt nie mówił, że będzie łatwo ;)
Po trzecie, udało mi się nareszcie skończyć studia, zamknąć ten najcięższy i żenujący etap w moim życiu. Opowiem Wam może w skrócie co i jak (tak, ten esej poniżej to tylko skrót).
Naprawdę, poziom tej uczelni (państwowej!) oraz osób ją reprezentujących (i to z nie byle jakimi tytułami! sami profesorowie, doktorzy habilitowani i co tylko!) jest poniżej normy... Pisałam moją pracę od samego początku, sukcesywnie, samodzielnie, starannie, nigdy na tak zwane "odwal się", stosowałam się do uwag promotora, który akceptował moją pracę na poszczególnych etapach, i co usłyszałam na sam koniec od promotora? Że moja praca to jakieś dno, on mi to łaskawie zaakceptuje, ale wątpi, że takie coś uzyska pozytywną ocenę recenzenta, a cała część badawcza jest bez sensu, o czym PODOBNO promotor mnie kilkakrotnie informował, a ja wszystkie jego uwagi zignorowałam, i ogólnie to badanie nadaje się po prostu na śmietnik. Domyślacie się chyba, że zbierałam wtedy szczękę z podłogi, kiedy słuchałam tych zarzutów... Przez 2 lata praca była OK, szanowny promotor akceptował ją na poszczególnych etapach i na koniec każdego semestru, korespondencja z promotorem była od początku mailowa i ani razu (analizowałam to kilka razy) nie pojawiło się stwierdzenie, że promotor ma jakiekolwiek zastrzeżenia do mojej pracy. A tu nagle takie komentarze i to praktycznie jak już oddawałam pracę...
Nie wiem na ile miał rację mówiąc mi to, nie podając żadnych uwag do pracy wcześniej tylko ślepo akceptując to, co mu wysyłałam, a na ile po prostu wyszło z niego buractwo i chamstwo (bo autentycznie facet na mnie krzyczał, zachowanie godne pedagoga, profesora doktora habilitowanego), ale zdecydowałam, że nie podejdę do obrony w tym terminie. Na obronie promotor miał zadawać 2 pytania na 3, więc jeśli okazałoby się, że postanowi po raz kolejny wyładować na mnie swoje frustracje, to będę w plecy z całą pracą. Poprawa też byłaby u niego, i w razie kolejnego niepowodzenia musiałabym pisać nową pracę...
Zdecydowałam, że chcę wziąć poprawkę z seminarium i bronić się w czerwcu u innego promotora. Tamtego poniekąd wystawiłam - postanowił dopuścić do obrony tylko 4 osoby na 12, ja byłam jedną z tych 4 'szczęśliwców', a po mojej rezygnacji zostały tylko 3 osoby. To trochę za mało i groziło to problemami dla promotora :) Żeby w pełni nakreślić Wam teraz jeszcze tragiczność sytuacji w jakiej postawiłam promotora, zrezygnowałam z obrony na 2 dni przed terminem oddania prac ;) i zaraz po moim wyjściu z pokoju promotora, promotor zaczął rozsyłać maile do osób, które z pisaniem swoich prac utknęły na pierwszym rozdziale, że mają szybko kończyć prace i się bronić :D dodam, że te osoby nie przeprowadziły jeszcze swoich badań, a to chyba najtrudniejsza i najbardziej czasochłonna część pracy - czyli musiały je w 2 dni w całości zmyślić, żeby podejść do obrony. I teraz najśmieszniejsze, tak też zrobiły, byle jak napisały pracę i zmyśliły badanie, PODESZŁY DO OBRONY i się obroniły. Prace były ponoć bez zarzutu :) już to widzę, moja dopieszczona była zła, a pisane na ostatnią chwilę prace w dwa dni były bez zarzutu... No cóż, pozostawię to bez komentarza :)
Poszłam do innego promotora. I zaczął się kolejny cyrk... Wysłałam mu pracę, odpisał z komentarzami i poprawkami. Poprawiłam tak jak chciał (bo bądźmy szczerzy, mało który student pisze pracę dla siebie, większość pisze dla promotora, żeby po prostu się obronić), wysłałam, promotor odpisał z komentarzami i kolejnymi poprawkami. Poprawiłam tak jak chciał, wysłałam, promotor odpisał z kolejnymi poprawkami - zaczął poprawiać samego siebie, przeanalizowałam co i jak kazał poprawić i były to te same akapity, które poprawiałam wcześniej według wytycznych promotora, a teraz znów kazał mi je poprawić na... to co miałam na początku... Dodatkowo promotor uznał, że w mojej pracy brakuje JEDNEJ tabelki z podsumowaniem wyników. Początkowo myślałam, że żartuje albo źle spojrzał, przecież taka tabelka od początku, jeszcze od poprzedniego promotora, znajdowała się w pracy. Napisałam zatem, że taka tabelka jest i wskazałam jej numer oraz stronę. Co odpisał mi promotor? Że nie o to mu chodzi, ta tabelka przedstawia porównanie średnich z trzech testów, a jemu chodzi o porównanie średnich z trzech testów. Zwątpiłam czy to ja jestem głupia czy on. A właśnie przez tą tabelkę nie chciał mi zaakceptować pracy. Zaznaczyłam mu zatem kolorem tę tabelkę oraz analizę do niej z informacją, że ta tabelka znajduje się w pracy, po raz kolejny podając jej numer i numer strony. W odpowiedzi dostałam ironiczny komentarz, że dzięki wielkie za kolory, teraz w końcu wie co jest co...
Zgłosiłam sprawę do opiekuna roku, że jest taka sytuacja, że promotor poprawia sam siebie i odnosi się do mnie w ironiczny sposób oraz chce w pracy tabelkę, która już w niej jest... Odpowiedź opiekuna mnie rozwaliła "nie może się Pani obrażać o krytykę w stronę Pani pracy, Pan X jest świetnym promotorem, wypromował już setki prac, a w kwestii komentarza o kolorach nie widzę tu nic obraźliwego - promotor podziękował Pani za kolory". Też się teraz śmiejecie? :)) A to wcale nie było wtedy śmieszne... Napisałam opiekunowi, że nie obrażam się za krytykę, bo jestem świadoma, że ta praca idealna nie jest, a ja oczekuję jedynie konstruktywnych uwag i komentarzy do niej, i raz jeszcze wyjaśniłam bezsensowność poprawiania w kółko tych samych akapitów na poprzednie wersje oraz że nie odpowiada mi ironiczne podejście promotora do mnie i do mojej pracy. Odpowiedź była następująca "Promotor zgodził się zaakceptować Pani pracę, proszę jechać DO KONINA po podpis" :D Dalej toczyła się batalia, że sprawa i tak trafi wyżej, bo nie dysponuję ani urlopem ani środkami na taką spontaniczną podróż tyle kilometrów, a dodatkowo musiałabym zdążyć wrócić do godziny 14:00 tego samego dnia, żeby zdążyć oddać pracę przed zamknięciem dziekanatu, bo to był ostatni dzień oddawania prac. W międzyczasie napisał do mnie mój nowy promotor, rozżalony moją postawą, że złożyłam na niego skargę, jaka to jestem niedobra i on chętnie skonfrontuje się ze mną w tej sprawie przy władzach uczelni, bo nie ma sobie nic do zarzucenia. Za chwilę przyszły kolejne wiadomości, ale już w zupełnie innym tonie, że promotor bardzo prosi mnie o telefon do niego, bo przecież każdy problem da się rozwiązać, a mailowo tworzą się tylko niepotrzebne złe emocje :) Pracę oczywiście dopuści, ale chciałby ze mną porozmawiać, a jak nie ze mną, to niech zadzwoni do niego mój chłopak, ojciec, brat, ktokolwiek :) upierałam się, że i tak nie podejdę do obrony w obawie, że ta cała sytuacja miałaby wpływ na moją ocenę na egzaminie, ale promotor nieugięty nalegał na telefon. Po namowach M. i mojej siostry zadzwoniłam. Słuchajcie, miałam wrażenie, że rozmawiam z kimś innym! Promotor telefonicznie powiedział mi, że nie ma takiej potrzeby, żebym fatygowała się tyle kilometrów po podpis :) on zadzwoni do dziekanatu, żeby przyjęli pracę bez podpisu :)) i suma summarum oddałam pracę i podeszłam do obrony. A moja praca, do której promotor miał tyle uwag, że nie chciał jej zaakceptować została oceniona na 4,5 ;) Kosztowało mnie to wiele nerwów, bo pomimo zapewnień promotora, że cała sytuacja nie wpłynie na wynik egzaminu, bałam się, że wymyśli takie pytania, że nie będę w stanie na nie odpowiedzieć, a on powie że to nie złośliwe, tylko po prostu ja nic nie wiem... Ale na obronie zadał tak banalne pytania, że miałam wrażenie, że chciał się mnie stamtąd jak najszybciej pozbyć i więcej nie oglądać :D
Szkoda, że musiałam przebrnąć przez tak żenujący cyrk i przypłacić to paroma nowymi zmarszczkami i kilkoma siwymi włosami, ale jestem szczęśliwa, że się w końcu udało :)
Teraz łapię oddech siedząc sobie już od kilku dni w domu na urlopie, staram się zresetować po tych wszystkich "przygodach" i dojść do siebie. Przecież z natury nie jestem zgnuśniałą zrzędą... I tak jeszcze trochę czasu będzie musiało minąć zanim pozbieram się zupełnie, bo już ponad miesiąc odkąd się obroniłam, a dalej to do mnie nie dociera, że wreszcie jestem wolnym człowiekiem ;)
Dziewczyny, które mają blog na hasło lub zaproszenie, w szczególności Niedyskretna :) - jeśli Was jeszcze nie odwiedziłam i nie zostawiłam po sobie znaku, mimo, że Wy bywacie u mnie to prawdopodobnie nie mam hasła albo zaproszenia :) Apeluję więc: wyślijcie mi je ponownie na @ :)
Trochę się u mnie działo przez ten czas, kiedy nie dawałam znaku życia, albo pojawiały się ostatnie posty niewiele mówiące co u mnie ;) Mam postanowienie, żeby zrobić poniżej "mały" update co się u mnie pozmieniało, kto ma chęć i czas (bo sporo tekstu mi wyszło...) to zapraszam do lektury ;)
Po pierwsze, jakiś czas temu wynajęliśmy z M. mieszkanie. Wynajęte to wciąż nie własne, ale poniekąd nareszcie jesteśmy "na swoim". Nikt się nie miesza między nas; nasze docieranie się i tworzenie naszej relacji pozostając pod tym samym dachem wygląda zupełnie inaczej. Nie zawsze lepiej, bo wychodzi na nowo bardzo dużo naszych wad, więc wciąż musimy pracować i nad sobą i nad naszym związkiem, ale skoro nie poddaliśmy się po tym wszystkim, to i z tym damy radę. Czasami mam ochotę trzasnąć drzwiami i więcej nie wrócić, ale nie zrobię tego, dopóki jest o co walczyć. Może dalej wydaje Wam się, że M. nadal jest zły i to nie jest facet dla mnie, ale dopóki ten związek daje mi więcej szczęścia i radości niż smutku, to chyba właśnie znaczy, że to jest właśnie to i będziemy się starać, żeby było jeszcze lepiej :)
Tym bardziej, kiedy M. wita mnie o 8 rano takimi niespodziankami :)
Po drugie, być może już co niektórzy się zorientowali, mam pracę. Stałą, na dobrych warunkach i za dobre pieniądze. I to już od dwóch lat :)) ale nie zauważyłam, żebym o tym kiedykolwiek napisała, więc chciałam to powiedzieć oficjalnie :) Mało tego, M. pracuje ze mną w tej samej firmie, w tym samym pomieszczeniu :) i mimo wszelkich obaw przebywania ze sobą i w pracy i w domu, praca w tym samym miejscu wcale nam nie doskwiera. Zajmujemy się zupełnie różnymi rzeczami, więc widujemy się praktycznie tylko na przerwach na kawę, każde robi swoje, więc nie patrzymy na siebie przez calutkie 8 godzin :) A nawet rzekłabym, że ta sytuacja wychodzi nam na dobre, bo poprzednia praca M. bardzo się odbijała na naszych relacjach. Praca zmianowa, przy produkcji, na akord... Nie raz zabierano mu premię za rzeczy, na które nie miał wpływu, więc wracał do domu, zły i zmęczony, więc atmosfera robiła się gęsta... Wiele razy się przez to kłóciliśmy... Na szczęście teraz jego praca jest o stałych porach, pracuje w tych samych godzinach co ja, więc można w końcu coś zaplanować, coś załatwić, kogoś odwiedzić. Jest też spokojniej, nikt nie stoi nad nim i nie tupie, że norma niewyrobiona, jakaś tam presja czasu mimo wszystko jest, ale i tak to on sam sobie narzuca tempo pracy, więc i nerwów o wiele mniej. Tylko nie możemy się chwilowo odkopać finansowo, bo wynajem sam w sobie plus kupienie podstawowych i niezbędnych rzeczy do mieszkania trochę kosztowało, a jeszcze jak na złość, odkąd się przeprowadziliśmy, to co miesiąc wpadają nam 'dodatkowe' wydatki, typu naprawa samochodu albo ubezpieczenie, i trochę ciężko nam wyjść na prostą... No ale nikt nie mówił, że będzie łatwo ;)
Po trzecie, udało mi się nareszcie skończyć studia, zamknąć ten najcięższy i żenujący etap w moim życiu. Opowiem Wam może w skrócie co i jak (tak, ten esej poniżej to tylko skrót).
Naprawdę, poziom tej uczelni (państwowej!) oraz osób ją reprezentujących (i to z nie byle jakimi tytułami! sami profesorowie, doktorzy habilitowani i co tylko!) jest poniżej normy... Pisałam moją pracę od samego początku, sukcesywnie, samodzielnie, starannie, nigdy na tak zwane "odwal się", stosowałam się do uwag promotora, który akceptował moją pracę na poszczególnych etapach, i co usłyszałam na sam koniec od promotora? Że moja praca to jakieś dno, on mi to łaskawie zaakceptuje, ale wątpi, że takie coś uzyska pozytywną ocenę recenzenta, a cała część badawcza jest bez sensu, o czym PODOBNO promotor mnie kilkakrotnie informował, a ja wszystkie jego uwagi zignorowałam, i ogólnie to badanie nadaje się po prostu na śmietnik. Domyślacie się chyba, że zbierałam wtedy szczękę z podłogi, kiedy słuchałam tych zarzutów... Przez 2 lata praca była OK, szanowny promotor akceptował ją na poszczególnych etapach i na koniec każdego semestru, korespondencja z promotorem była od początku mailowa i ani razu (analizowałam to kilka razy) nie pojawiło się stwierdzenie, że promotor ma jakiekolwiek zastrzeżenia do mojej pracy. A tu nagle takie komentarze i to praktycznie jak już oddawałam pracę...
Nie wiem na ile miał rację mówiąc mi to, nie podając żadnych uwag do pracy wcześniej tylko ślepo akceptując to, co mu wysyłałam, a na ile po prostu wyszło z niego buractwo i chamstwo (bo autentycznie facet na mnie krzyczał, zachowanie godne pedagoga, profesora doktora habilitowanego), ale zdecydowałam, że nie podejdę do obrony w tym terminie. Na obronie promotor miał zadawać 2 pytania na 3, więc jeśli okazałoby się, że postanowi po raz kolejny wyładować na mnie swoje frustracje, to będę w plecy z całą pracą. Poprawa też byłaby u niego, i w razie kolejnego niepowodzenia musiałabym pisać nową pracę...
Zdecydowałam, że chcę wziąć poprawkę z seminarium i bronić się w czerwcu u innego promotora. Tamtego poniekąd wystawiłam - postanowił dopuścić do obrony tylko 4 osoby na 12, ja byłam jedną z tych 4 'szczęśliwców', a po mojej rezygnacji zostały tylko 3 osoby. To trochę za mało i groziło to problemami dla promotora :) Żeby w pełni nakreślić Wam teraz jeszcze tragiczność sytuacji w jakiej postawiłam promotora, zrezygnowałam z obrony na 2 dni przed terminem oddania prac ;) i zaraz po moim wyjściu z pokoju promotora, promotor zaczął rozsyłać maile do osób, które z pisaniem swoich prac utknęły na pierwszym rozdziale, że mają szybko kończyć prace i się bronić :D dodam, że te osoby nie przeprowadziły jeszcze swoich badań, a to chyba najtrudniejsza i najbardziej czasochłonna część pracy - czyli musiały je w 2 dni w całości zmyślić, żeby podejść do obrony. I teraz najśmieszniejsze, tak też zrobiły, byle jak napisały pracę i zmyśliły badanie, PODESZŁY DO OBRONY i się obroniły. Prace były ponoć bez zarzutu :) już to widzę, moja dopieszczona była zła, a pisane na ostatnią chwilę prace w dwa dni były bez zarzutu... No cóż, pozostawię to bez komentarza :)
Poszłam do innego promotora. I zaczął się kolejny cyrk... Wysłałam mu pracę, odpisał z komentarzami i poprawkami. Poprawiłam tak jak chciał (bo bądźmy szczerzy, mało który student pisze pracę dla siebie, większość pisze dla promotora, żeby po prostu się obronić), wysłałam, promotor odpisał z komentarzami i kolejnymi poprawkami. Poprawiłam tak jak chciał, wysłałam, promotor odpisał z kolejnymi poprawkami - zaczął poprawiać samego siebie, przeanalizowałam co i jak kazał poprawić i były to te same akapity, które poprawiałam wcześniej według wytycznych promotora, a teraz znów kazał mi je poprawić na... to co miałam na początku... Dodatkowo promotor uznał, że w mojej pracy brakuje JEDNEJ tabelki z podsumowaniem wyników. Początkowo myślałam, że żartuje albo źle spojrzał, przecież taka tabelka od początku, jeszcze od poprzedniego promotora, znajdowała się w pracy. Napisałam zatem, że taka tabelka jest i wskazałam jej numer oraz stronę. Co odpisał mi promotor? Że nie o to mu chodzi, ta tabelka przedstawia porównanie średnich z trzech testów, a jemu chodzi o porównanie średnich z trzech testów. Zwątpiłam czy to ja jestem głupia czy on. A właśnie przez tą tabelkę nie chciał mi zaakceptować pracy. Zaznaczyłam mu zatem kolorem tę tabelkę oraz analizę do niej z informacją, że ta tabelka znajduje się w pracy, po raz kolejny podając jej numer i numer strony. W odpowiedzi dostałam ironiczny komentarz, że dzięki wielkie za kolory, teraz w końcu wie co jest co...
Zgłosiłam sprawę do opiekuna roku, że jest taka sytuacja, że promotor poprawia sam siebie i odnosi się do mnie w ironiczny sposób oraz chce w pracy tabelkę, która już w niej jest... Odpowiedź opiekuna mnie rozwaliła "nie może się Pani obrażać o krytykę w stronę Pani pracy, Pan X jest świetnym promotorem, wypromował już setki prac, a w kwestii komentarza o kolorach nie widzę tu nic obraźliwego - promotor podziękował Pani za kolory". Też się teraz śmiejecie? :)) A to wcale nie było wtedy śmieszne... Napisałam opiekunowi, że nie obrażam się za krytykę, bo jestem świadoma, że ta praca idealna nie jest, a ja oczekuję jedynie konstruktywnych uwag i komentarzy do niej, i raz jeszcze wyjaśniłam bezsensowność poprawiania w kółko tych samych akapitów na poprzednie wersje oraz że nie odpowiada mi ironiczne podejście promotora do mnie i do mojej pracy. Odpowiedź była następująca "Promotor zgodził się zaakceptować Pani pracę, proszę jechać DO KONINA po podpis" :D Dalej toczyła się batalia, że sprawa i tak trafi wyżej, bo nie dysponuję ani urlopem ani środkami na taką spontaniczną podróż tyle kilometrów, a dodatkowo musiałabym zdążyć wrócić do godziny 14:00 tego samego dnia, żeby zdążyć oddać pracę przed zamknięciem dziekanatu, bo to był ostatni dzień oddawania prac. W międzyczasie napisał do mnie mój nowy promotor, rozżalony moją postawą, że złożyłam na niego skargę, jaka to jestem niedobra i on chętnie skonfrontuje się ze mną w tej sprawie przy władzach uczelni, bo nie ma sobie nic do zarzucenia. Za chwilę przyszły kolejne wiadomości, ale już w zupełnie innym tonie, że promotor bardzo prosi mnie o telefon do niego, bo przecież każdy problem da się rozwiązać, a mailowo tworzą się tylko niepotrzebne złe emocje :) Pracę oczywiście dopuści, ale chciałby ze mną porozmawiać, a jak nie ze mną, to niech zadzwoni do niego mój chłopak, ojciec, brat, ktokolwiek :) upierałam się, że i tak nie podejdę do obrony w obawie, że ta cała sytuacja miałaby wpływ na moją ocenę na egzaminie, ale promotor nieugięty nalegał na telefon. Po namowach M. i mojej siostry zadzwoniłam. Słuchajcie, miałam wrażenie, że rozmawiam z kimś innym! Promotor telefonicznie powiedział mi, że nie ma takiej potrzeby, żebym fatygowała się tyle kilometrów po podpis :) on zadzwoni do dziekanatu, żeby przyjęli pracę bez podpisu :)) i suma summarum oddałam pracę i podeszłam do obrony. A moja praca, do której promotor miał tyle uwag, że nie chciał jej zaakceptować została oceniona na 4,5 ;) Kosztowało mnie to wiele nerwów, bo pomimo zapewnień promotora, że cała sytuacja nie wpłynie na wynik egzaminu, bałam się, że wymyśli takie pytania, że nie będę w stanie na nie odpowiedzieć, a on powie że to nie złośliwe, tylko po prostu ja nic nie wiem... Ale na obronie zadał tak banalne pytania, że miałam wrażenie, że chciał się mnie stamtąd jak najszybciej pozbyć i więcej nie oglądać :D
Szkoda, że musiałam przebrnąć przez tak żenujący cyrk i przypłacić to paroma nowymi zmarszczkami i kilkoma siwymi włosami, ale jestem szczęśliwa, że się w końcu udało :)
Teraz łapię oddech siedząc sobie już od kilku dni w domu na urlopie, staram się zresetować po tych wszystkich "przygodach" i dojść do siebie. Przecież z natury nie jestem zgnuśniałą zrzędą... I tak jeszcze trochę czasu będzie musiało minąć zanim pozbieram się zupełnie, bo już ponad miesiąc odkąd się obroniłam, a dalej to do mnie nie dociera, że wreszcie jestem wolnym człowiekiem ;)
Dziewczyny, które mają blog na hasło lub zaproszenie, w szczególności Niedyskretna :) - jeśli Was jeszcze nie odwiedziłam i nie zostawiłam po sobie znaku, mimo, że Wy bywacie u mnie to prawdopodobnie nie mam hasła albo zaproszenia :) Apeluję więc: wyślijcie mi je ponownie na @ :)
wtorek, 11 sierpnia 2015
Czy jest tu kto?
Ciekawe ile osób jeszcze mnie pamięta :) Bardzo dawno mnie tu nie było, nie zaglądałam ani tu, ani do Was. Zwyczajnie brakło mi czasu na blogowe życie, najważniejszą kwestią stało się ukończenie studiów, co naprawdę nie było łatwe - polskie uniwersytety niestety pełne są niekompetentnych buraków, zwanych 'profesorami' lub 'promotorami', którzy za nic mają drugiego człowieka, nie szanują ani jego osoby, ani czasu, ani pracy... Długo by pisać o tej sytuacji, ważne, że się udało :)
Obecnie jestem na etapie powrotu do żywych i układania sobie od początku wielu spraw, bo niestety przez ostatni rok dzieliłam siebie wyłącznie pomiędzy pracę, studia i pisanie pracy magisterskiej, więc czułam się jak wrak człowieka, zero odpoczynku, ciągle jakieś kłody pod nogami... Naprawdę zdarzało się, że siadałam i płakałam, bo psychicznie już nie dawałam rady...
Ten etap na szczęście już za mną, teraz już musi być tylko lepiej :)
Zostawcie po sobie ślad pod tym postem, żebym wiedziała kto tu jeszcze zagląda, kto jeszcze nie wyfrunął z blogosfery, jeśli macie ochotę to zostawcie też jakieś namiary i hasła do siebie, postaram się nadrobić co u Was :)
Obecnie jestem na etapie powrotu do żywych i układania sobie od początku wielu spraw, bo niestety przez ostatni rok dzieliłam siebie wyłącznie pomiędzy pracę, studia i pisanie pracy magisterskiej, więc czułam się jak wrak człowieka, zero odpoczynku, ciągle jakieś kłody pod nogami... Naprawdę zdarzało się, że siadałam i płakałam, bo psychicznie już nie dawałam rady...Ten etap na szczęście już za mną, teraz już musi być tylko lepiej :)
Zostawcie po sobie ślad pod tym postem, żebym wiedziała kto tu jeszcze zagląda, kto jeszcze nie wyfrunął z blogosfery, jeśli macie ochotę to zostawcie też jakieś namiary i hasła do siebie, postaram się nadrobić co u Was :)
niedziela, 21 grudnia 2014
Christmas
Przede wszystkim, aby miały tę magię, której tak często brakuje...
Niech ten czas będzie okazją do odbudowania tego, co utraciliście, znalezienia tego, co zagubiło się w zwykłej codzienności, oraz radości i docenienia tego, co mamy.
Bo czasem mamy naprawdę wiele,
ale przez to, że nie umiemy tego docenić,
tracimy najcenniejsze rzeczy...
Wykorzystajcie ten czas jak najlepiej...
Wesołych Świąt!
Kolejne beznadziejne Święta...
środa, 3 grudnia 2014
piątek, 7 listopada 2014
Jest mi naprawdę źle
Po pierwsze jestem potwornie zmęczona. Wszystkim. Męczy mnie praca, bo coraz więcej mam na głowie, czasem nie mam nawet czasu na śniadanie... Dodatkowo ostatnio zdarzył się wyjazd służbowy, który pożarł mi cały wolny weekend - praca od czwartku do niedzieli włącznie po 15h... Powrót prosto do pracy... Nie mogę się od tamtego czasu pozbierać...
Do tego męczy mnie szkoła. Im bliżej do końca, już tylko 2,5 miesiąca, tym gorzej. Nawet nie tyle co trzeba chodzić na wykłady, bo w tym semestrze bulę kasę praktycznie za to, że siedzę w domu, ale trzeba pisać pracę, a nie mam już na to siły... Trzeba zasiąść, zasięgnąć fachowej literatury, zebrać myśli, skupić się i coś 'mądrego' napisać... Chwilowo to ponad moje siły, ale przecież skrajnym idiotyzmem byłoby poddanie się w tym miejscu, w którym jestem.
A wisienką na torcie, powodującą chyba moje największe zużycie, głównie psychiczne, jest mój związek, a raczej coś na kształt związku. Dopóki jest o co, to trzeba walczyć - to się tyczy wszystkiego właściwie. Więc i tutaj dokładane były wszelkie, chyba, starania, żeby nie zjebać za przeproszeniem tego, co przez tyle lat powstawało.
Ja wiem, że z tego co ja tu narzekam, to niejedna się puknie w głowę czytając że ten związek jeszcze istnieje. Ale wierzcie mi, że ja tutaj wywalam tylko to co mnie boli, a nie piszę nic o tym, co mnie cieszy. Serio. Moje życie to nie pasmo nieszczęść, ale boję się pisać o wszystkim co mnie spotyka pozytywnego, bo przewrotność losu mi zawsze wszystko w niedługim czasie pieprzy. Miał powstać post o pozytywach, ale chyba jeszcze nie czas na to.
Miał ów post powstać głównie z tego powodu, że w końcu znów uda nam się z M. razem zamieszkać. Bo związek nawet się zrobił fajny, widać było każde najmniejsze nawet staranie o to, ale wisiał nad nim jeden, acz zasadniczy mankament - brak mieszkania razem. My się widujemy już co drugi tydzień, bo M. pracuje zmianowo i naprawdę to nie tak powinno wyglądać, żeby po 7 latach odbudowując związek, spotkać się ze sobą praktycznie na kawę, bo na jakieś konkretniejsze spotkanie mamy czas czasami w weekendy. No i fajnie, oboje pracujemy, nasza relacja stanęła bardzo wyraźnie na nogi i cóż się więc stało?
M zjebał. Tak, zjebał. Podobno szukaliśmy już jakiegoś mieszkania i M. pierdolił wszystkie realne okazje na fajne i nawet niskobudżetowe mieszkania. Tłumaczył mi później, że się boi że nam kasy braknie, whatever. Gdybyśmy mieli wspólny budżet, to wierzcie mi na brak kasy byśmy nie narzekali. No chyba, żeby nam się raz w miesiącu zamarzyły wycieczki zagraniczne i jakieś topowe gadżety typu iPhone 6 Plus, czy coś. Więc realnie awykonalne. Ale M. i jego czarnowidztwo spierdoliło sprawę.
Kilka mieszkań przeszło nam koło nosa, aż w końcu nie wytrzymałam, powiedziałam mu że nie wyobrażam sobie ciągnięcia tego związku na zasadzie luźnych spotkań na chwilę co jakiś czas, albo w końcu zaczniemy wracać do jednego domu albo kończymy tą zabawę (bo inaczej tego nazwać chyba nie można). M. przemyślał, porozumieliśmy się, że do końca października ma czas na ogarnięcie się i zadziałanie w sprawie mieszkania, czy to u mnie w domu rodzinnym (kwestia przekonania dziadków, do których dom należy, bo dla nich mieszkanie razem bez ślubu to jest po prostu nie do przyjęcia) albo gdziekolwiek indziej - zostawiłam temat w jego rękach, zaznaczając, że jeśli zmarnuje tą szansę, to rozstajemy się i tyle. Cały miesiąc chodził zdenerwowany, że musi odbyć rozmowę z moimi dziadkami. Październik dobiegł końca. Po Wszystkich Świętych spotkaliśmy się, ale nic się nie odezwałam na temat mieszkania, M też nie, później poszliśmy do mojej siostry i z rozmowy wynikło, że M. chce sobie wyremontować pokój, w którym obecnie mieszka (beze mnie rzecz jasna).
Chwilunia - nie planuje się remontu mieszkania, które się chce opuścić... Zabolało mnie to, atmosfera się posypała. M. walnął focha, bo inaczej sobie wieczór wyobrażał, ale mnie się już znudziło robienie dobrej miny do złej gry.
Domyślam się, że wie, że spieprzył szansę jaką mu dałam, niemniej przestaliśmy już rozmawiać. Nie wiem czy to ja mam się czuć winna za zepsucie mu wieczora? Wydaje mi się, że gdyby jemu na mnie zależało, to nadal było by miło i sielankowo. Miał wszystko w swoich rękach i to co jest, to jego zasługa.
Ja już nie wiem czy w ogóle jestem w związku i czy chcę w związku być. W TAKIM związku. Zawiodłam się na M. cholernie, liczyłam, że zachowa się jak facet i niestety się przeliczyłam. Nie wyobrażam sobie kontynuacji tej znajomości bez podjęcia konkretnych i już bym rzekła radykalnych kroków ze strony M. W gębie każdy potrafi być mocny ale mnie już gadanie nie rusza. Wnioskuję jednak, że takich działań nie będzie, bo on się nie umie ogarnąć. Albo nie chce albo nie umie, nie wnikam, dla mnie ważny jest efekt tego zachowania.
M. nawet napędzał moje zachcianki finansowe typu kupno nowego telefonu, byle, żebym ulokowała gdzieś kasę i nie wylatywała z tym, że wolę trzymać pieniądze, bo się przydadzą jak zamieszkamy razem... Zawsze jak tak mówiłam, to przewracał oczami i nic nie odpowiadał. Za to chęć kupna czegokolwiek kwitował gromką radością. I tylko słyszałam co on musi w tym miesiącu kupić do samochodu i znów nie będzie miał kasy... Jezu, jak mnie to wkurwia!
Mam wrażenie, że mimo że zeszliśmy się już dość dawno temu, to on przy rodzinie udaje, że mnie nie ma. Pomijam fakt, że ani on nie chce odwiedzać mojej rodziny ani nie proponuje mi odwiedzenia z nim jego rodziny, to nigdy raczej nie wspomina o tym, że jest ze mną. Wstydzi się mnie?
To wszystko klei mi się w jedną gówniarską postawę jakiegoś niezdecydowanego jak baba faceta. W sumie nawet gorzej niż baba, bo kobieta jak się uprze i jej na czymś zależy, to postawi na swoim. A tutaj to jakiś cyrk...
Mam do M o to ogromny żal... Naprawdę ogromny...
Dla mnie wymarzona relacja z moim partnerem to taka, że wracam do domu, w którym on jest, że mogę z nim rozmawiać wiedząc, że nawet jak mnie opieprzy, że robię źle, to mnie wspiera i jest po mojej stronie. Nawet jak na siebie powarczymy, nie zgramy się totalnie to nic, przecież tak też się zdarza, ważne, że zaraz będzie dobrze. I ta wymarzona pewność, że druga osoba po prostu będzie. Bo sama świadomość, że ktoś jest i czeka na ciebie jest tak banalna, a tak ważna... A ja tej pewności nie mam, nigdy nie wiem, czy nagle nie zastanie mnie jakiś foch, którego oczywiście nie da się szybko rozwiązać, bo zanim my się w ogóle zobaczymy... Wiecznie rozmowy przez sms, brakuje mi kontaktu... Bycie z drugą osobą powinno być naszą chlubą, nie rozumiem idei zejścia się i ukrywania tego przed światem. To wszystko jest kompletnie nie tak. Jeśli jemu to nie przeszkadza i dalej myślał, że na ściemnianiu ten związek pociągnie, to chyba coś jest nie tak. Dla mnie coś takiego nie ma racji bytu.
Już nie...
Mam ochotę wyjechać gdzieś daleko, żeby odciąć się od wszystkich i od wszystkiego...
Wszystko, czego najbardziej pragnę, jest najbardziej poza moim zasięgiem...
To się jeszcze da posklejać, ale już konkretnym działaniem i ogromną determinacją, a tego chyba już nie ma, a może nigdy nie było?..
Do tego męczy mnie szkoła. Im bliżej do końca, już tylko 2,5 miesiąca, tym gorzej. Nawet nie tyle co trzeba chodzić na wykłady, bo w tym semestrze bulę kasę praktycznie za to, że siedzę w domu, ale trzeba pisać pracę, a nie mam już na to siły... Trzeba zasiąść, zasięgnąć fachowej literatury, zebrać myśli, skupić się i coś 'mądrego' napisać... Chwilowo to ponad moje siły, ale przecież skrajnym idiotyzmem byłoby poddanie się w tym miejscu, w którym jestem.
A wisienką na torcie, powodującą chyba moje największe zużycie, głównie psychiczne, jest mój związek, a raczej coś na kształt związku. Dopóki jest o co, to trzeba walczyć - to się tyczy wszystkiego właściwie. Więc i tutaj dokładane były wszelkie, chyba, starania, żeby nie zjebać za przeproszeniem tego, co przez tyle lat powstawało.
Ja wiem, że z tego co ja tu narzekam, to niejedna się puknie w głowę czytając że ten związek jeszcze istnieje. Ale wierzcie mi, że ja tutaj wywalam tylko to co mnie boli, a nie piszę nic o tym, co mnie cieszy. Serio. Moje życie to nie pasmo nieszczęść, ale boję się pisać o wszystkim co mnie spotyka pozytywnego, bo przewrotność losu mi zawsze wszystko w niedługim czasie pieprzy. Miał powstać post o pozytywach, ale chyba jeszcze nie czas na to.
Miał ów post powstać głównie z tego powodu, że w końcu znów uda nam się z M. razem zamieszkać. Bo związek nawet się zrobił fajny, widać było każde najmniejsze nawet staranie o to, ale wisiał nad nim jeden, acz zasadniczy mankament - brak mieszkania razem. My się widujemy już co drugi tydzień, bo M. pracuje zmianowo i naprawdę to nie tak powinno wyglądać, żeby po 7 latach odbudowując związek, spotkać się ze sobą praktycznie na kawę, bo na jakieś konkretniejsze spotkanie mamy czas czasami w weekendy. No i fajnie, oboje pracujemy, nasza relacja stanęła bardzo wyraźnie na nogi i cóż się więc stało?
M zjebał. Tak, zjebał. Podobno szukaliśmy już jakiegoś mieszkania i M. pierdolił wszystkie realne okazje na fajne i nawet niskobudżetowe mieszkania. Tłumaczył mi później, że się boi że nam kasy braknie, whatever. Gdybyśmy mieli wspólny budżet, to wierzcie mi na brak kasy byśmy nie narzekali. No chyba, żeby nam się raz w miesiącu zamarzyły wycieczki zagraniczne i jakieś topowe gadżety typu iPhone 6 Plus, czy coś. Więc realnie awykonalne. Ale M. i jego czarnowidztwo spierdoliło sprawę.
Kilka mieszkań przeszło nam koło nosa, aż w końcu nie wytrzymałam, powiedziałam mu że nie wyobrażam sobie ciągnięcia tego związku na zasadzie luźnych spotkań na chwilę co jakiś czas, albo w końcu zaczniemy wracać do jednego domu albo kończymy tą zabawę (bo inaczej tego nazwać chyba nie można). M. przemyślał, porozumieliśmy się, że do końca października ma czas na ogarnięcie się i zadziałanie w sprawie mieszkania, czy to u mnie w domu rodzinnym (kwestia przekonania dziadków, do których dom należy, bo dla nich mieszkanie razem bez ślubu to jest po prostu nie do przyjęcia) albo gdziekolwiek indziej - zostawiłam temat w jego rękach, zaznaczając, że jeśli zmarnuje tą szansę, to rozstajemy się i tyle. Cały miesiąc chodził zdenerwowany, że musi odbyć rozmowę z moimi dziadkami. Październik dobiegł końca. Po Wszystkich Świętych spotkaliśmy się, ale nic się nie odezwałam na temat mieszkania, M też nie, później poszliśmy do mojej siostry i z rozmowy wynikło, że M. chce sobie wyremontować pokój, w którym obecnie mieszka (beze mnie rzecz jasna).
Chwilunia - nie planuje się remontu mieszkania, które się chce opuścić... Zabolało mnie to, atmosfera się posypała. M. walnął focha, bo inaczej sobie wieczór wyobrażał, ale mnie się już znudziło robienie dobrej miny do złej gry.
Domyślam się, że wie, że spieprzył szansę jaką mu dałam, niemniej przestaliśmy już rozmawiać. Nie wiem czy to ja mam się czuć winna za zepsucie mu wieczora? Wydaje mi się, że gdyby jemu na mnie zależało, to nadal było by miło i sielankowo. Miał wszystko w swoich rękach i to co jest, to jego zasługa.
Ja już nie wiem czy w ogóle jestem w związku i czy chcę w związku być. W TAKIM związku. Zawiodłam się na M. cholernie, liczyłam, że zachowa się jak facet i niestety się przeliczyłam. Nie wyobrażam sobie kontynuacji tej znajomości bez podjęcia konkretnych i już bym rzekła radykalnych kroków ze strony M. W gębie każdy potrafi być mocny ale mnie już gadanie nie rusza. Wnioskuję jednak, że takich działań nie będzie, bo on się nie umie ogarnąć. Albo nie chce albo nie umie, nie wnikam, dla mnie ważny jest efekt tego zachowania.
M. nawet napędzał moje zachcianki finansowe typu kupno nowego telefonu, byle, żebym ulokowała gdzieś kasę i nie wylatywała z tym, że wolę trzymać pieniądze, bo się przydadzą jak zamieszkamy razem... Zawsze jak tak mówiłam, to przewracał oczami i nic nie odpowiadał. Za to chęć kupna czegokolwiek kwitował gromką radością. I tylko słyszałam co on musi w tym miesiącu kupić do samochodu i znów nie będzie miał kasy... Jezu, jak mnie to wkurwia!
Mam wrażenie, że mimo że zeszliśmy się już dość dawno temu, to on przy rodzinie udaje, że mnie nie ma. Pomijam fakt, że ani on nie chce odwiedzać mojej rodziny ani nie proponuje mi odwiedzenia z nim jego rodziny, to nigdy raczej nie wspomina o tym, że jest ze mną. Wstydzi się mnie?
To wszystko klei mi się w jedną gówniarską postawę jakiegoś niezdecydowanego jak baba faceta. W sumie nawet gorzej niż baba, bo kobieta jak się uprze i jej na czymś zależy, to postawi na swoim. A tutaj to jakiś cyrk...
Mam do M o to ogromny żal... Naprawdę ogromny...
Dla mnie wymarzona relacja z moim partnerem to taka, że wracam do domu, w którym on jest, że mogę z nim rozmawiać wiedząc, że nawet jak mnie opieprzy, że robię źle, to mnie wspiera i jest po mojej stronie. Nawet jak na siebie powarczymy, nie zgramy się totalnie to nic, przecież tak też się zdarza, ważne, że zaraz będzie dobrze. I ta wymarzona pewność, że druga osoba po prostu będzie. Bo sama świadomość, że ktoś jest i czeka na ciebie jest tak banalna, a tak ważna... A ja tej pewności nie mam, nigdy nie wiem, czy nagle nie zastanie mnie jakiś foch, którego oczywiście nie da się szybko rozwiązać, bo zanim my się w ogóle zobaczymy... Wiecznie rozmowy przez sms, brakuje mi kontaktu... Bycie z drugą osobą powinno być naszą chlubą, nie rozumiem idei zejścia się i ukrywania tego przed światem. To wszystko jest kompletnie nie tak. Jeśli jemu to nie przeszkadza i dalej myślał, że na ściemnianiu ten związek pociągnie, to chyba coś jest nie tak. Dla mnie coś takiego nie ma racji bytu.
Już nie...
Mam ochotę wyjechać gdzieś daleko, żeby odciąć się od wszystkich i od wszystkiego...
Wszystko, czego najbardziej pragnę, jest najbardziej poza moim zasięgiem...
To się jeszcze da posklejać, ale już konkretnym działaniem i ogromną determinacją, a tego chyba już nie ma, a może nigdy nie było?..
Subskrybuj:
Posty (Atom)




