Pisanie pracy licencjackiej idzie mi jak krew z nosa... Siedzę i siedzieć będę godzinami, byle by tylko wytworzyć potrzebną mi ilość stron. A skoro robię to na siłę, bo termin goni, to o jakości owej pracy nie wspomnę... Co prawda niczego nowego w niej nie odkryję, jedynie wolno mi cytować i parafrazować słowa "mądrzejszych ode mnie" (cyt. babki od seminarium dyplomowego ;)) ale to nie zmienia faktu, że fajnie by było jednak być choć trochę zadowolonym z efektów swoich wypocin... No ale cóż zrobię - niedługo chyba przykuję się do kaloryfera z laptopem i kserówkami potrzebnymi do stworzenia pracy dyplomowej, żeby nie zajmować się wszystkim dookoła oprócz pisania i będę pisać do bólu...
Właśnie widać jak mnie to pisanie pochłania, że tworzę posta na blogu zamiast pracę dyplomową :) Jeszcze przez jakiś czas będę bytować w świecie blogowym po cichu (ale nie zniknę :P), dopóki nie wytworzę tych około 20 stron ;) Potem, jak wszystko dobrze pójdzie, będę w trakcie przeprowadzki, więc świeży post się pewnie ukaże już z nowego miejsca i będzie przypominał relację z pola bitwy ;D Może aż tak źle nie będzie :))) Do przeczytania!!
poniedziałek, 6 lutego 2012
czwartek, 26 stycznia 2012
Słów kilka
Tak więc jestem, choć nie wiem na jak długo, bo niepokoi mnie obecna sytuacja polityczna mająca na celu inwigilowanie użytkowników internetu. W takim przypadku będę zmuszona zniknąć całkowicie z wirtualnego świata, łącznie z portalami społecznościowymi, gdyż moja prywatność to moja sprawa, a jak ktoś mi chce to zakłócać, to znikam i niech świat o mnie zapomni ;) Oczywiście nie zostawię Was bez słowa, z pewnością napiszę pożegnalny post, do bólu poprawny, żeby nikt go nie ocenzurował ;)
A wracając do spraw bardziej przyziemnych, to sporo się działo podczas mojej nieobecności. W końcu mam chwilę, żeby usiąść i w spokoju napisać posta, bo odkąd zniknęłam, mam naprawdę śladowe ilości wolnego czasu, w którym rzecz jasna nie da rady odpocząć, bo wystarczy, że przez moment posiedzę bezczynnie i już rodzą się we mnie wyrzuty sumienia, że siedzę, a tyle rzeczy jeszcze do zrobienia... Jestem już tak zmęczona, że niedługo przestanę mieć kontakt ze światem zewnętrznym, a jakoś nie widzę szans na odpoczynek...
Praktyki mi na szczęście idą względnie dobrze, bo licealiści mnie nie zjedli, jednak strasznie się mnie boją, całkowicie nie wiem czemu, bo mają ze mną tyle luzu, że bajka ;) A ja słowa od nich nie mogę kupić... Może po prostu trafiłam na takie ciche klasy... Z jednej strony dobrze, bo nie mam problemów z dyscypliną, ale czasem chciałabym od nich usłyszeć choć jedno słowo ;)
Pamiętacie Dżonego? W notce pod linkiem widać, jak wyglądał kiedy go dostałam :) Później latem wyglądał tak:
A teraz niestety... Nie żyje. W połowie września dostały się na niego mszyce, z mojej winy :( i Dżony zachorował, najpierw opadły mu liście, potem kwiaty, a na końcu łodyżka po łodyżce zaczęły czernieć i usychać... Teraz z ziemi wystaje kilka zeschniętych kikutów po łodygach, ale nie wyrzucę go, może odchoruje, odpocznie i na wiosnę znów ożyje...
Miałam jobla na punkcie tego kwiata, więc możecie sobie wyobrazić jaki mam do siebie ogromny żal, że naraziłam go na to robactwo i spóźniłam się z zakupem specyfiku na mszyce... :(
Może teraz rzucę trochę światła jednak, bo przecież moje życie to nie tylko szkoła, praktyki i żal po ukochanym kwiatku... Przestaliśmy się z M. gryźć jak dzieci o byle pierdołę :) Co prawda spory są zawsze obecne w życiu wszelkich ludzi, ale przynajmniej nie wybuchają już między nami wielkie wojny i awantury.
Oraz kolejna radosna nowinka - gdzieś na przestrzeni lutego, na 99% zmieniam miejsce zamieszkania :) Co prawda to mnie lekko mówiąc przeraża w niemałym stopniu, ale mimo wszystko jestem szczęśliwa, że w końcu będę miała mojego ukochanego Mężczyznę obok siebie rano, po południu, wieczorem i w nocy :)
Niestety jest kilka spraw, które osłabiają mój entuzjazm... Martwi mnie np. reakcja moich dziadków na taką rewolucję, bo nie jesteśmy małżeństwem i boję się, że się na mnie na śmierć pogniewają, bo są bardzo religijni i takich rzeczy w ogóle nie akceptują... Rodzice po pewnym czasie od usłyszenia propozycji, żebyśmy zamieszkali razem, pogodzili się z tym, że nie przykują mnie do kaloryfera żeby mnie zatrzymać w domu, bo jestem już na tyle dorosła, że jak zadecyduję że się wyprowadzam, to po prostu tak zrobię, i oznajmili, że nie będą robić mi wyrzutów czy problemów. Ale babcia z dziadkiem to już niestety inne pokolenie, a mentalności zwłaszcza ludzi starszych nie da się tak łatwo zmienić...
Martwi mnie również zmiana wymiaru naszych relacji z M., bo teraz mogą się pojawić między nami nowe spory, o wiele poważniejsze, jak np. pieniądze, czy podział obowiązków w domu. To jest pewne, że trochę czasu nam zajmie nauczenie się żyć ze sobą, ale boję się, że do tego czasu się nawzajem pozabijamy...
Boję się też, że M. nie będzie zadowolony z mieszkania ze mną, bo wyznaję twardo zasadę podziału obowiązków w domu i mimo, że on też utrzymuje, że obowiązkami powinno się dzielić, to jednak może przeżyć niemały szok przy nowym porządku. Co więcej, nie jestem szczególnie utalentowaną kucharką, bo tak naprawdę nie miałam zbyt wielu okazji na gotowanie w życiu, radzę sobie jedynie z kilkoma najbardziej podstawowymi obiadami, i niestety nic poza tym. A ile można w kółko jeść schabowe na zmianę z kurczakiem i karkówką? Tym bardziej, że chodzę do szkoły dzień w dzień i często obiad w moim wykonaniu będzie przypominał makaron w sosie lub inne danie tzw. "na łatwiznę", a M. niestety siedzi w pracy dłużej niż ja w szkole, to też pewnie tworzenie nawet prowizorycznych obiadów spadnie na mnie i mój brak talentu.
Nie mniej, mimo tych wszystkich obaw cieszę się, że będziemy mogli pobyć ze sobą dłużej niż kilka godzin dziennie, które i tak w większości przesypiamy ;) Zwłaszcza, że stosunki między nami bardzo się od ostatniego czasu poprawiły, więc i uczucia rozkwitły na nowo, z większą siłą. Oby wszystko się udało :))
A wracając do spraw bardziej przyziemnych, to sporo się działo podczas mojej nieobecności. W końcu mam chwilę, żeby usiąść i w spokoju napisać posta, bo odkąd zniknęłam, mam naprawdę śladowe ilości wolnego czasu, w którym rzecz jasna nie da rady odpocząć, bo wystarczy, że przez moment posiedzę bezczynnie i już rodzą się we mnie wyrzuty sumienia, że siedzę, a tyle rzeczy jeszcze do zrobienia... Jestem już tak zmęczona, że niedługo przestanę mieć kontakt ze światem zewnętrznym, a jakoś nie widzę szans na odpoczynek...
Praktyki mi na szczęście idą względnie dobrze, bo licealiści mnie nie zjedli, jednak strasznie się mnie boją, całkowicie nie wiem czemu, bo mają ze mną tyle luzu, że bajka ;) A ja słowa od nich nie mogę kupić... Może po prostu trafiłam na takie ciche klasy... Z jednej strony dobrze, bo nie mam problemów z dyscypliną, ale czasem chciałabym od nich usłyszeć choć jedno słowo ;)
A teraz niestety... Nie żyje. W połowie września dostały się na niego mszyce, z mojej winy :( i Dżony zachorował, najpierw opadły mu liście, potem kwiaty, a na końcu łodyżka po łodyżce zaczęły czernieć i usychać... Teraz z ziemi wystaje kilka zeschniętych kikutów po łodygach, ale nie wyrzucę go, może odchoruje, odpocznie i na wiosnę znów ożyje...
Miałam jobla na punkcie tego kwiata, więc możecie sobie wyobrazić jaki mam do siebie ogromny żal, że naraziłam go na to robactwo i spóźniłam się z zakupem specyfiku na mszyce... :(
Może teraz rzucę trochę światła jednak, bo przecież moje życie to nie tylko szkoła, praktyki i żal po ukochanym kwiatku... Przestaliśmy się z M. gryźć jak dzieci o byle pierdołę :) Co prawda spory są zawsze obecne w życiu wszelkich ludzi, ale przynajmniej nie wybuchają już między nami wielkie wojny i awantury.
Oraz kolejna radosna nowinka - gdzieś na przestrzeni lutego, na 99% zmieniam miejsce zamieszkania :) Co prawda to mnie lekko mówiąc przeraża w niemałym stopniu, ale mimo wszystko jestem szczęśliwa, że w końcu będę miała mojego ukochanego Mężczyznę obok siebie rano, po południu, wieczorem i w nocy :)
Niestety jest kilka spraw, które osłabiają mój entuzjazm... Martwi mnie np. reakcja moich dziadków na taką rewolucję, bo nie jesteśmy małżeństwem i boję się, że się na mnie na śmierć pogniewają, bo są bardzo religijni i takich rzeczy w ogóle nie akceptują... Rodzice po pewnym czasie od usłyszenia propozycji, żebyśmy zamieszkali razem, pogodzili się z tym, że nie przykują mnie do kaloryfera żeby mnie zatrzymać w domu, bo jestem już na tyle dorosła, że jak zadecyduję że się wyprowadzam, to po prostu tak zrobię, i oznajmili, że nie będą robić mi wyrzutów czy problemów. Ale babcia z dziadkiem to już niestety inne pokolenie, a mentalności zwłaszcza ludzi starszych nie da się tak łatwo zmienić...
Martwi mnie również zmiana wymiaru naszych relacji z M., bo teraz mogą się pojawić między nami nowe spory, o wiele poważniejsze, jak np. pieniądze, czy podział obowiązków w domu. To jest pewne, że trochę czasu nam zajmie nauczenie się żyć ze sobą, ale boję się, że do tego czasu się nawzajem pozabijamy...
Boję się też, że M. nie będzie zadowolony z mieszkania ze mną, bo wyznaję twardo zasadę podziału obowiązków w domu i mimo, że on też utrzymuje, że obowiązkami powinno się dzielić, to jednak może przeżyć niemały szok przy nowym porządku. Co więcej, nie jestem szczególnie utalentowaną kucharką, bo tak naprawdę nie miałam zbyt wielu okazji na gotowanie w życiu, radzę sobie jedynie z kilkoma najbardziej podstawowymi obiadami, i niestety nic poza tym. A ile można w kółko jeść schabowe na zmianę z kurczakiem i karkówką? Tym bardziej, że chodzę do szkoły dzień w dzień i często obiad w moim wykonaniu będzie przypominał makaron w sosie lub inne danie tzw. "na łatwiznę", a M. niestety siedzi w pracy dłużej niż ja w szkole, to też pewnie tworzenie nawet prowizorycznych obiadów spadnie na mnie i mój brak talentu.
Nie mniej, mimo tych wszystkich obaw cieszę się, że będziemy mogli pobyć ze sobą dłużej niż kilka godzin dziennie, które i tak w większości przesypiamy ;) Zwłaszcza, że stosunki między nami bardzo się od ostatniego czasu poprawiły, więc i uczucia rozkwitły na nowo, z większą siłą. Oby wszystko się udało :))
poniedziałek, 23 stycznia 2012
Momencik
Moi kochani, nie zniknęłam na amen, jestem już na samym końcu semestru - został mi jeden egzamin i obiecuję, że jak tylko się z nim uporam, to dam znać co się u mnie dzieje :)
Mam nadzieję, że zdążę przed ocenzurowaniem internetu... ;)
Mam nadzieję, że zdążę przed ocenzurowaniem internetu... ;)
piątek, 23 grudnia 2011
Uuuuu...
...Ale mi się należy bicie za tą ciszę! Jak zobaczyłam ile czasu się nie odzywałam, to byłam w szoku, bo tyle się dzieje, że wydawało mi się, że to była tylko chwila, a to już 2 miesiące minęły od ostatniego posta... Miło mi bardzo, że niektórzy o mnie pamiętali nawet wtedy kiedy nie udzielałam się w blogowym świecie :) Dziękuję kochani za pamięć :))
Cały mój czas pochłania szkoła - nauka, pisanie pracy licencjackiej i praktyki, a terminy jak zwykle, na wczoraj, albo nawet na przedwczoraj... Aż dziwne, że jeszcze nie osiwiałam przez te wszystkie nerwy, bo na nudę narzekać nie mogę... I to nie tylko w szkole, bo ogólnie w moim życiu ostatnio zbyt wesoło nie było. Ale to już było, nie będę do tego wracać, niech to wszystko idzie w zapomnienie. Zbliża się nowy rok, który mam nadzieje będzie wspaniały :))
Cały mój czas pochłania szkoła - nauka, pisanie pracy licencjackiej i praktyki, a terminy jak zwykle, na wczoraj, albo nawet na przedwczoraj... Aż dziwne, że jeszcze nie osiwiałam przez te wszystkie nerwy, bo na nudę narzekać nie mogę... I to nie tylko w szkole, bo ogólnie w moim życiu ostatnio zbyt wesoło nie było. Ale to już było, nie będę do tego wracać, niech to wszystko idzie w zapomnienie. Zbliża się nowy rok, który mam nadzieje będzie wspaniały :))
Mimo wszystko jestem najszczęśliwszą kobietą pod słońcem :)
Kocham i jestem kochana przez najwspanialszego Mężczyznę na świecie,
i niech to się nigdy nie zmienia :*
***
Z okazji Świąt, chciałabym wszystkim życzyć mnóstwo miłości, zdrowia, szczęścia, pieniędzy i wszystkiego, czego Wam do pełni szczęścia jeszcze brakuje :)
Ponadto prawdziwej świątecznej, rodzinnej atmosfery, bo przecież o to w Świętach właśnie chodzi...
I żebyście o mnie nie zapomnieli, jak znów się zatracę w tym całym bałaganie ;)
poniedziałek, 17 października 2011
Znów nastała tutaj cisza...
... i najmocniej Was wszystkich za to przepraszam... Po prostu staram się jakoś uporządkować wszystko, naukę i resztę zajęć, i naprawdę zostaje mi niewiele czasu, a jak już chwila jest, to chętnie spędzam ją z moim Kochanym :)
Powolutku zaczynam ogarniać to wszystko, co spadło mi nagle na głowę z początkiem roku akademickiego. Mieliście rację, że wszystko wydaje się takie straszne, bo spadło na mnie wszystko na raz, a z czasem da się wszystko jakoś przewartościować i uporządkować. Może w tym roku kalendarzowym nie uporam się z tym na tyle, żeby móc zacząć szukać pracy, ale od nowego roku mam nadzieję ruszyć również z planami życiowymi do przodu i jeśli wszystko pójdzie tak jak bym chciała żeby poszło, najpóźniej na wiosnę zacząć szukać mieszkania. Matko, jak ja bym chciała, żeby mi się wszystko udało zrealizować...
Nie wiem jedynie jak to będzie z pracą M. Niby jakoś sobie wszystko na razie poukładali w grafiku i praca na popołudnie doszła do skutku, ale nie wiadomo jeszcze jak to dalej będzie. Bardzo liczę na to, że jedyne co się zmieni to ubędzie mu nadgodzin, bo niby pracuje 8 godzin dziennie, a cały dzień siedzi w pracy jak na razie, a dla mnie czas znajduje dopiero wieczorem... Tak nie powinno być, w umowie ma 8 godzin dziennie, nadgodziny rozumiem, bo czasem już się tak zdarzy, że po prostu trzeba, ale nie codziennie... Ostatecznie bilans dzienny mu wychodzi 9-11 godzin, ja się pytam co to ma być?! Trudna sprawa, bo to jego pierwsza praca gdzie zagrzał miejsce na dłużej i lepiej się nie wychylać, ale też tak być nie powinno, że dzień w dzień nadgodziny i nikt mu za to nie płaci... :( Gdyby jeszcze z tego pieniążki były, to jakoś bym to musiała znieść, albo nawet bym zniosła bez problemu, bo może bylibyśmy w stanie wynająć w końcu mieszkanie, ale taka praca charytatywna to po prostu wyzysk... Ani czasu w rezultacie nie ma, ani pieniędzy. Krew mi się gotuje jak o tym myślę...
W sprawach realizacji moich planów życiowych - nie wiem, jakiej szukać pracy, żeby była w elastycznych godzinach i nie wymagała zaświadczenia sanepidu (nie uśmiecha mi się odnawianie badań co 3 miesiące ;/)... Pozostaje chyba tylko telemarketing, ale jakoś chyba nie umiem przekonać kogoś, komu zabieram wolny lub wręcz przeciwnie - pracujący czas, do zakupu jakiejś usługi, której sama za Chiny Ludowe bym nie chciała i sama siebie potraktowałabym zbywająco ;) Ciężka sprawa... Chociaż... Są jeszcze korepetycje, ale nie dam rady na prywatnych korkach dorobić sobie tyle, żeby móc mieszkać z M. Ktoś mi kiedyś tu na blogu podsunął całkiem sensowną propozycję pracy w jakiejś sieci supermarketów, przejrzałam warunki pracy tam i byłyby nawet OK, tylko zawsze jest jakieś ale. W moim mieście nie ma tej sieci sklepów, a w innych, typu Carrefour czy Tesco... Cóż, wszyscy, których znam i pracują tam, marzą o tym, by dać stamtąd nogę, bo zasadniczo w większości placówek panuje praca niemal niewolnicza, więc chyba podziękuję. No i zonk. Nie mam już naprawdę za grosz weny twórczej, żeby wymyślić jakąś sensowną propozycję.
Wybaczcie ciszę również u Was. Czytam Wasze wpisy, ale zazwyczaj nie mam już tyle czasu, żeby komentować. W końcu się ogarnę, obiecuję, i zacznę się bardziej udzielać społecznie, a póki co próbuję ustawić swoje życie do pionu :)
Powolutku zaczynam ogarniać to wszystko, co spadło mi nagle na głowę z początkiem roku akademickiego. Mieliście rację, że wszystko wydaje się takie straszne, bo spadło na mnie wszystko na raz, a z czasem da się wszystko jakoś przewartościować i uporządkować. Może w tym roku kalendarzowym nie uporam się z tym na tyle, żeby móc zacząć szukać pracy, ale od nowego roku mam nadzieję ruszyć również z planami życiowymi do przodu i jeśli wszystko pójdzie tak jak bym chciała żeby poszło, najpóźniej na wiosnę zacząć szukać mieszkania. Matko, jak ja bym chciała, żeby mi się wszystko udało zrealizować...
Nie wiem jedynie jak to będzie z pracą M. Niby jakoś sobie wszystko na razie poukładali w grafiku i praca na popołudnie doszła do skutku, ale nie wiadomo jeszcze jak to dalej będzie. Bardzo liczę na to, że jedyne co się zmieni to ubędzie mu nadgodzin, bo niby pracuje 8 godzin dziennie, a cały dzień siedzi w pracy jak na razie, a dla mnie czas znajduje dopiero wieczorem... Tak nie powinno być, w umowie ma 8 godzin dziennie, nadgodziny rozumiem, bo czasem już się tak zdarzy, że po prostu trzeba, ale nie codziennie... Ostatecznie bilans dzienny mu wychodzi 9-11 godzin, ja się pytam co to ma być?! Trudna sprawa, bo to jego pierwsza praca gdzie zagrzał miejsce na dłużej i lepiej się nie wychylać, ale też tak być nie powinno, że dzień w dzień nadgodziny i nikt mu za to nie płaci... :( Gdyby jeszcze z tego pieniążki były, to jakoś bym to musiała znieść, albo nawet bym zniosła bez problemu, bo może bylibyśmy w stanie wynająć w końcu mieszkanie, ale taka praca charytatywna to po prostu wyzysk... Ani czasu w rezultacie nie ma, ani pieniędzy. Krew mi się gotuje jak o tym myślę...
W sprawach realizacji moich planów życiowych - nie wiem, jakiej szukać pracy, żeby była w elastycznych godzinach i nie wymagała zaświadczenia sanepidu (nie uśmiecha mi się odnawianie badań co 3 miesiące ;/)... Pozostaje chyba tylko telemarketing, ale jakoś chyba nie umiem przekonać kogoś, komu zabieram wolny lub wręcz przeciwnie - pracujący czas, do zakupu jakiejś usługi, której sama za Chiny Ludowe bym nie chciała i sama siebie potraktowałabym zbywająco ;) Ciężka sprawa... Chociaż... Są jeszcze korepetycje, ale nie dam rady na prywatnych korkach dorobić sobie tyle, żeby móc mieszkać z M. Ktoś mi kiedyś tu na blogu podsunął całkiem sensowną propozycję pracy w jakiejś sieci supermarketów, przejrzałam warunki pracy tam i byłyby nawet OK, tylko zawsze jest jakieś ale. W moim mieście nie ma tej sieci sklepów, a w innych, typu Carrefour czy Tesco... Cóż, wszyscy, których znam i pracują tam, marzą o tym, by dać stamtąd nogę, bo zasadniczo w większości placówek panuje praca niemal niewolnicza, więc chyba podziękuję. No i zonk. Nie mam już naprawdę za grosz weny twórczej, żeby wymyślić jakąś sensowną propozycję.
Wybaczcie ciszę również u Was. Czytam Wasze wpisy, ale zazwyczaj nie mam już tyle czasu, żeby komentować. W końcu się ogarnę, obiecuję, i zacznę się bardziej udzielać społecznie, a póki co próbuję ustawić swoje życie do pionu :)
piątek, 7 października 2011
Dołek gotowy.
Mam ochotę usiąść i płakać. Wiedziałam, że ten rok akademicki nie rysuje mi się zbyt kolorowo, ale też nie przypuszczałam, że będzie aż taki czarny... Minął dopiero pierwszy tydzień zajęć, a ja już powoli nie wiem w co mam włożyć ręce, żeby się ze wszystkim wyrobić. A chciałam znaleźć sobie pracę, a tu się okazuje, że i bez tego będę miała dość problemów na głowie...
300 stron jakiejś noweli do przeczytania i streszczenia + wypisanie nowych słówek z całej książki, nie, nie na raz, ale na cały semestr, tylko jest haczyk - szanowna pani wykładowczyni dyrektorka zarządziła, że co miesiąc będzie nasze wypociny nad nowelą zbierać i patrzeć czy jesteśmy systematyczni.
Do połowy października wybrać temat pracy dyplomowej, do listopada wykonać plan pracy, do grudnia oddać pierwszy rozdział.
Przynajmniej 2 godziny w tygodniu prowadzenie zajęć + wykonać do każdych zajęć konspekty, przynajmniej 2 godziny obserwowania zajęć + sprawozdania z każdej godziny.
W planie widnieją dwie literatury - brytyjska i amerykańska - na każdą średnio co 2 tygodnie przypada jakaś niemała lektura do przeczytania.
Na semestr portfolio z gramatyki praktycznej zawierające co najmniej 400 testów.
To perspektywa najbliższego semestru po pierwszym tygodniu, mam dziwne przeczucie, że będzie tylko gorzej... :(
Nie wiem, może to tylko ja tak pesymistycznie do tego podchodzę, ale mnie się wydaje, że na moje plany życiowe tak jakby już nie ma miejsca... Czuję się taka zrezygnowana... A już było tak blisko, tak się nastawiłam na znalezienie pracy i poszukiwanie mieszkania, a tu po prostu gówno - inaczej tego nie mogę ująć. Chce mi się wyć...
Na dodatek M. będzie pracował co drugi tydzień na popołudnie, a zważając na to, że ciągle robi nadgodziny, to naszych spotkań nie ma już gdzie ulokować w czasie, bo doba jest na takie eksperymenty za krótka. A bądźmy szczerzy - związek, w którym dwoje ludzi widuje się co dwa tygodnie na zaledwie 2-3 godziny dziennie bez możliwości posiadania chociaż 10 minut prywatności, nie mówiąc już przypadkiem o jakiejkolwiek bliskości poza buziakiem, to związek bez szans. Ani jedno ani drugie tego nie wytrzyma, każde zacznie mieć swoje życie i pójdzie w swoją stronę. Już teraz między nami jest coraz gorzej, bo mój nastrój na myśl o tym, co przed nami coraz bardziej się pogarsza, a M. jest bardzo cięty na moje złe samopoczucie, co również spędza mi sen z powiek, bo każdy ma prawo do martwienia się i złego samopoczucia, tyle, że ja jak widać nie. A nie potrafię już robić dobrej miny do złej gry, bo mnie to już po prostu przerasta...
Szczerze, nie mam siły nawet o jakąkolwiek poprawę czegokolwiek walczyć. Tak mnie to wszystko dołuje, że nie daję rady. Mam ochotę skreślić całe moje życie, bo NIC w nim nie jest tak, jak miało być, nawet po tym całym zapierdolu nie mam co liczyć na chwilę odpoczynku w ramionach M., bo praca, praca, praca... Rozejdziemy się, jeśli dalej tak się wszystko ma układać... Kogo to obchodzi, że każdy, i student i pracownik, chce mieć życie prywatne, a nie tylko obowiązki... Gdybyśmy chociaż mieszkali razem, to ostatecznie po całym dniu moglibyśmy się spotkać wieczorem, i cała noc również byłaby tylko nasza, ale jak już pod górkę mieć, to po całej linii... Dopóki nie zacznę pracować, to nie ma takiej możliwości, żebyśmy mieszkali razem, a ja nie mam kiedy pracować, żeby nie zawalić szkoły. Mam dość, ta cała sytuacja jest bez wyjścia, a jedyne możliwe zakończenie, to złe zakończenie. Moje życie chyli się ku upadkowi.
Mam już tego wszystkiego do kur** nędzy dość!!!
300 stron jakiejś noweli do przeczytania i streszczenia + wypisanie nowych słówek z całej książki, nie, nie na raz, ale na cały semestr, tylko jest haczyk - szanowna pani wykładowczyni dyrektorka zarządziła, że co miesiąc będzie nasze wypociny nad nowelą zbierać i patrzeć czy jesteśmy systematyczni.
Do połowy października wybrać temat pracy dyplomowej, do listopada wykonać plan pracy, do grudnia oddać pierwszy rozdział.
Przynajmniej 2 godziny w tygodniu prowadzenie zajęć + wykonać do każdych zajęć konspekty, przynajmniej 2 godziny obserwowania zajęć + sprawozdania z każdej godziny.
W planie widnieją dwie literatury - brytyjska i amerykańska - na każdą średnio co 2 tygodnie przypada jakaś niemała lektura do przeczytania.
Na semestr portfolio z gramatyki praktycznej zawierające co najmniej 400 testów.
To perspektywa najbliższego semestru po pierwszym tygodniu, mam dziwne przeczucie, że będzie tylko gorzej... :(
Nie wiem, może to tylko ja tak pesymistycznie do tego podchodzę, ale mnie się wydaje, że na moje plany życiowe tak jakby już nie ma miejsca... Czuję się taka zrezygnowana... A już było tak blisko, tak się nastawiłam na znalezienie pracy i poszukiwanie mieszkania, a tu po prostu gówno - inaczej tego nie mogę ująć. Chce mi się wyć...
Na dodatek M. będzie pracował co drugi tydzień na popołudnie, a zważając na to, że ciągle robi nadgodziny, to naszych spotkań nie ma już gdzie ulokować w czasie, bo doba jest na takie eksperymenty za krótka. A bądźmy szczerzy - związek, w którym dwoje ludzi widuje się co dwa tygodnie na zaledwie 2-3 godziny dziennie bez możliwości posiadania chociaż 10 minut prywatności, nie mówiąc już przypadkiem o jakiejkolwiek bliskości poza buziakiem, to związek bez szans. Ani jedno ani drugie tego nie wytrzyma, każde zacznie mieć swoje życie i pójdzie w swoją stronę. Już teraz między nami jest coraz gorzej, bo mój nastrój na myśl o tym, co przed nami coraz bardziej się pogarsza, a M. jest bardzo cięty na moje złe samopoczucie, co również spędza mi sen z powiek, bo każdy ma prawo do martwienia się i złego samopoczucia, tyle, że ja jak widać nie. A nie potrafię już robić dobrej miny do złej gry, bo mnie to już po prostu przerasta...
Szczerze, nie mam siły nawet o jakąkolwiek poprawę czegokolwiek walczyć. Tak mnie to wszystko dołuje, że nie daję rady. Mam ochotę skreślić całe moje życie, bo NIC w nim nie jest tak, jak miało być, nawet po tym całym zapierdolu nie mam co liczyć na chwilę odpoczynku w ramionach M., bo praca, praca, praca... Rozejdziemy się, jeśli dalej tak się wszystko ma układać... Kogo to obchodzi, że każdy, i student i pracownik, chce mieć życie prywatne, a nie tylko obowiązki... Gdybyśmy chociaż mieszkali razem, to ostatecznie po całym dniu moglibyśmy się spotkać wieczorem, i cała noc również byłaby tylko nasza, ale jak już pod górkę mieć, to po całej linii... Dopóki nie zacznę pracować, to nie ma takiej możliwości, żebyśmy mieszkali razem, a ja nie mam kiedy pracować, żeby nie zawalić szkoły. Mam dość, ta cała sytuacja jest bez wyjścia, a jedyne możliwe zakończenie, to złe zakończenie. Moje życie chyli się ku upadkowi.
Mam już tego wszystkiego do kur** nędzy dość!!!
wtorek, 4 października 2011
Milczek
Przepraszam na samym wstępie za tą ciszę. Mogę Wam przysiąc, że bywam u każdego i czytam Wasze wpisy od deski do deski, tylko nie potrafię z siebie wydusić słowa. Ani u Was, ani u siebie. Naprawdę dopada mnie jakieś jesienne przygnębienie i mobilizowanie się do chodzenia do szkoły oraz do praktyk, które nieuchronnie nadciągają, wysysa ze mnie resztki sił do życia. Dodatkowo, w związku z uczęszczaniem na III rok studiów, mam do ogarnięcia sporo nowych spraw, w tym pracę dyplomową, zatem muszę uważnie gospodarować energią życiową, której mi ledwo co starcza. Zaglądam tu w wolnej chwili, aby odsapnąć od biegu codziennego życia oraz oderwać się od tego co mnie otacza, ale nie starcza mi inwencji twórczej na odzywanie się.
Wstyd, wstyd, wstyd! Ale obiecuję w weekend zdać relację z pierwszego tygodnia szkoły i zalążka praktyk, a póki co dalej będę bywać tu i u Was po cichutku :) Szybkiego nadejścia weekendu Wam życzę :))
Wstyd, wstyd, wstyd! Ale obiecuję w weekend zdać relację z pierwszego tygodnia szkoły i zalążka praktyk, a póki co dalej będę bywać tu i u Was po cichutku :) Szybkiego nadejścia weekendu Wam życzę :))
Subskrybuj:
Posty (Atom)
