No by to szlag! Znów wydawało mi się, że nie było mnie tutaj tylko chwilę, a to już prawie miesiąc... Jakoś nie mam weny na pisanie. Jak już ją mam, to tworzę kolejne strony pracy licencjackiej lub innych papierów do szkoły, i chcąc nie chcąc, odbija się to na blogu, jak zwykle z resztą. Poza tym choćbym nawet chciała napisać, to nic sensownego nie utworzę, bo w moim życiu zapanował taki spokój, że z jednej strony bardzo się cieszę, a z drugiej - to zapewne taka cisza przed burzą, jaką będzie kończenie szkoły ;) Oczywiście, jak chwilę się zastanowię ile czasu zostało i co mam jeszcze do zrobienia, to dziw bierze, że sobie tak spokojnie egzystuję, ale to już chyba studencka natura robić wszystko na ostatnią chwilę :)) Nie znaczy to, że całymi dniami siedzę i nic nie robię - po prostu robię rzeczy inne, zdecydowanie nie te, które robić powinnam ;)
Trochę mnie przeraża to "rozprężenie", kiedy lista rzeczy do zrobienia jest dosyć długa, ale to już chyba tzw. zmęczenie materiału - no nie chce mi się, kończy mi się samodyscyplina, mam potrzebę odpocząć i tak dalej... Staram się trzymać w ryzach jako tako, bo odpuszczenie sobie na trzy miesiące przed końcem szkoły byłoby wręcz głupotą nie do opisania, ale nie mogę powiedzieć, że przychodzi mi to łatwo...
Nie wiem jak to będzie z moją obecnością tutaj w najbliższym czasie. Nie chcę obiecywać, że się poprawię, bo nie jestem pewna czy tak będzie, w każdym razie chociaż kontynuuję ciche zaglądanie do Was raz na jakiś czas, bo na komentowanie często gęsto też nie mam albo chwili, albo weny, a wypisywać głupot dla samego faktu napisania nie będę :))
Nie zapominajcie o mnie - jeśli zamykacie bloga lub się przenosicie, to ładnie proszę o zaproszenie lub nowe namiary, bo wszystkich Was chcę nadal podczytywać :) Adres mailowy znajdziecie przy wpisywaniu komentarza. Do przeczytania!
poniedziałek, 5 marca 2012
czwartek, 9 lutego 2012
Trochę narzekania
Tak więc znaczna część pracy dyplomowej oddana, teraz tylko czekać na komentarz pani promotor po feriach ;) Po cichu liczę, że jednak okaże się, że praca jest ciut lepsza niż mi się wydaje, bo prawdę mówiąc sama sobie oceniłabym ją dosyć nisko... Napisałam 12 stron w 2 dni, więc jakość może być nieco niska, ale już sama nie wiem... Chociaż z drugiej strony, przecież wszystko co znajduje się w tej pracy to parafrazy tekstów ludzi "mądrzejszych", to jakiś sens powinien jednak być w tych siedemnastu stronach... Zobaczymy. Może jestem zbyt krytyczna wobec siebie. W każdym razie wszystko będzie wiadome pod koniec lutego :)
Postanowiłam odezwać się jeszcze przed przeprowadzką do M., bo zasadniczo ciągle nie wiem na czym stoję. Miałam się przeprowadzić kiedy jego rodzicielka wyjedzie do pracy za granicę, co miało nastąpić na początku lutego, ale chwilowo są pewne przesunięcia czasowe ze względu na wprowadzanie jakichś innowacji i nowych maszyn w owej zagranicznej firmie (podobno to norma za granicą), dlatego praca w zakładzie została wstrzymana. Nikogo ten fakt nie cieszy, szczególnie mojej teściowej, bo pieniędzy nie ma i zarobić przez to opóźnienie nie może, ale cóż zrobić... Pozostaje tylko czekać na znak zza granicy, że zakład wznawia pracę, co mam nadzieję niebawem nastąpi...
Praca, pieniądze, praca, pieniądze... Szlag mnie już trafia. Z wiadomego powodu należy się cieszyć, że jakaś praca jest, ale przecież ludzka tolerancja ma pewne granice. M. wrócił do pracy "na stare śmieci". Z jednej strony dobrze, bo w nowej pracy wisiało nad nim widmo ciągłych wyjazdów do różnych miast w Polsce, a z drugiej strony... Ta "stara" praca była niejednokrotnie powodem naszych kłótni i przykro mi to mówić, ale już w drugim tygodniu powrotu do poprzedniej roboty sytuacja zaczyna się powtarzać. Już nawet nie chce mi się narzekać na wszystko, co mi w tej pracy przeszkadza, bo sporo tego, w każdym razie wniosek jest jeden i niezaprzeczalny - taka sytuacja źle wpływa i na mnie, i na M. i co za tym idzie, na nasze relacje. Wiedziałam, że tak będzie. Jestem realistką, więc nawet się nie łudziłam, że będzie lepiej, nawet mimo tego, że firma próbowała odzyskać pracowników, którzy stamtąd uciekli przy pierwszej okazji, proponując nowe i niby lepsze warunki. Jasne... Znów wrócą do nas te same problemy, chyba że jakimś cudem pojawi się jakaś nowa propozycja pracy dla M. Bardzo bym tego chciała, bo teraz to jest cyrk i kpina, niemniej i tak się cieszę, że jakaś praca w ogóle jest, bo gdyby jej nie było, to z pewnością byłoby jeszcze gorzej...
Czasami się zastanawiam, czy to już taka nasza polska natura, żeby wiecznie narzekać i nie dostrzegać dobrych stron życia, czy po prostu znów mnie wszystko zaczyna przytłaczać, że przestaję się cieszyć z drobnych rzeczy, a zauważam jedynie same problemy... Czy może faktycznie te wszystkie negatywy zaczynają się mnożyć, wypierając tym samym te dobre iskierki... Co nie zaistnieje jakiś promyczek radości i szans zmian na lepsze, to za chwilę gaśnie, a w jego miejscu pojawia się jakiś problem blokujący realizację tego marzenia.
Ja naprawdę nie lubię narzekać, zdecydowanie wolę się dzielić radościami niż problemami i nerwami! Tylko niech w końcu coś, cokolwiek, zacznie się układać bez tworzenia tysiąca innych, nowych problemów...!
Postanowiłam odezwać się jeszcze przed przeprowadzką do M., bo zasadniczo ciągle nie wiem na czym stoję. Miałam się przeprowadzić kiedy jego rodzicielka wyjedzie do pracy za granicę, co miało nastąpić na początku lutego, ale chwilowo są pewne przesunięcia czasowe ze względu na wprowadzanie jakichś innowacji i nowych maszyn w owej zagranicznej firmie (podobno to norma za granicą), dlatego praca w zakładzie została wstrzymana. Nikogo ten fakt nie cieszy, szczególnie mojej teściowej, bo pieniędzy nie ma i zarobić przez to opóźnienie nie może, ale cóż zrobić... Pozostaje tylko czekać na znak zza granicy, że zakład wznawia pracę, co mam nadzieję niebawem nastąpi...
Praca, pieniądze, praca, pieniądze... Szlag mnie już trafia. Z wiadomego powodu należy się cieszyć, że jakaś praca jest, ale przecież ludzka tolerancja ma pewne granice. M. wrócił do pracy "na stare śmieci". Z jednej strony dobrze, bo w nowej pracy wisiało nad nim widmo ciągłych wyjazdów do różnych miast w Polsce, a z drugiej strony... Ta "stara" praca była niejednokrotnie powodem naszych kłótni i przykro mi to mówić, ale już w drugim tygodniu powrotu do poprzedniej roboty sytuacja zaczyna się powtarzać. Już nawet nie chce mi się narzekać na wszystko, co mi w tej pracy przeszkadza, bo sporo tego, w każdym razie wniosek jest jeden i niezaprzeczalny - taka sytuacja źle wpływa i na mnie, i na M. i co za tym idzie, na nasze relacje. Wiedziałam, że tak będzie. Jestem realistką, więc nawet się nie łudziłam, że będzie lepiej, nawet mimo tego, że firma próbowała odzyskać pracowników, którzy stamtąd uciekli przy pierwszej okazji, proponując nowe i niby lepsze warunki. Jasne... Znów wrócą do nas te same problemy, chyba że jakimś cudem pojawi się jakaś nowa propozycja pracy dla M. Bardzo bym tego chciała, bo teraz to jest cyrk i kpina, niemniej i tak się cieszę, że jakaś praca w ogóle jest, bo gdyby jej nie było, to z pewnością byłoby jeszcze gorzej...
Czasami się zastanawiam, czy to już taka nasza polska natura, żeby wiecznie narzekać i nie dostrzegać dobrych stron życia, czy po prostu znów mnie wszystko zaczyna przytłaczać, że przestaję się cieszyć z drobnych rzeczy, a zauważam jedynie same problemy... Czy może faktycznie te wszystkie negatywy zaczynają się mnożyć, wypierając tym samym te dobre iskierki... Co nie zaistnieje jakiś promyczek radości i szans zmian na lepsze, to za chwilę gaśnie, a w jego miejscu pojawia się jakiś problem blokujący realizację tego marzenia.
Ja naprawdę nie lubię narzekać, zdecydowanie wolę się dzielić radościami niż problemami i nerwami! Tylko niech w końcu coś, cokolwiek, zacznie się układać bez tworzenia tysiąca innych, nowych problemów...!
poniedziałek, 6 lutego 2012
Piszę i piszę... i napisać nie mogę...
Pisanie pracy licencjackiej idzie mi jak krew z nosa... Siedzę i siedzieć będę godzinami, byle by tylko wytworzyć potrzebną mi ilość stron. A skoro robię to na siłę, bo termin goni, to o jakości owej pracy nie wspomnę... Co prawda niczego nowego w niej nie odkryję, jedynie wolno mi cytować i parafrazować słowa "mądrzejszych ode mnie" (cyt. babki od seminarium dyplomowego ;)) ale to nie zmienia faktu, że fajnie by było jednak być choć trochę zadowolonym z efektów swoich wypocin... No ale cóż zrobię - niedługo chyba przykuję się do kaloryfera z laptopem i kserówkami potrzebnymi do stworzenia pracy dyplomowej, żeby nie zajmować się wszystkim dookoła oprócz pisania i będę pisać do bólu...
Właśnie widać jak mnie to pisanie pochłania, że tworzę posta na blogu zamiast pracę dyplomową :) Jeszcze przez jakiś czas będę bytować w świecie blogowym po cichu (ale nie zniknę :P), dopóki nie wytworzę tych około 20 stron ;) Potem, jak wszystko dobrze pójdzie, będę w trakcie przeprowadzki, więc świeży post się pewnie ukaże już z nowego miejsca i będzie przypominał relację z pola bitwy ;D Może aż tak źle nie będzie :))) Do przeczytania!!
Właśnie widać jak mnie to pisanie pochłania, że tworzę posta na blogu zamiast pracę dyplomową :) Jeszcze przez jakiś czas będę bytować w świecie blogowym po cichu (ale nie zniknę :P), dopóki nie wytworzę tych około 20 stron ;) Potem, jak wszystko dobrze pójdzie, będę w trakcie przeprowadzki, więc świeży post się pewnie ukaże już z nowego miejsca i będzie przypominał relację z pola bitwy ;D Może aż tak źle nie będzie :))) Do przeczytania!!
czwartek, 26 stycznia 2012
Słów kilka
Tak więc jestem, choć nie wiem na jak długo, bo niepokoi mnie obecna sytuacja polityczna mająca na celu inwigilowanie użytkowników internetu. W takim przypadku będę zmuszona zniknąć całkowicie z wirtualnego świata, łącznie z portalami społecznościowymi, gdyż moja prywatność to moja sprawa, a jak ktoś mi chce to zakłócać, to znikam i niech świat o mnie zapomni ;) Oczywiście nie zostawię Was bez słowa, z pewnością napiszę pożegnalny post, do bólu poprawny, żeby nikt go nie ocenzurował ;)
A wracając do spraw bardziej przyziemnych, to sporo się działo podczas mojej nieobecności. W końcu mam chwilę, żeby usiąść i w spokoju napisać posta, bo odkąd zniknęłam, mam naprawdę śladowe ilości wolnego czasu, w którym rzecz jasna nie da rady odpocząć, bo wystarczy, że przez moment posiedzę bezczynnie i już rodzą się we mnie wyrzuty sumienia, że siedzę, a tyle rzeczy jeszcze do zrobienia... Jestem już tak zmęczona, że niedługo przestanę mieć kontakt ze światem zewnętrznym, a jakoś nie widzę szans na odpoczynek...
Praktyki mi na szczęście idą względnie dobrze, bo licealiści mnie nie zjedli, jednak strasznie się mnie boją, całkowicie nie wiem czemu, bo mają ze mną tyle luzu, że bajka ;) A ja słowa od nich nie mogę kupić... Może po prostu trafiłam na takie ciche klasy... Z jednej strony dobrze, bo nie mam problemów z dyscypliną, ale czasem chciałabym od nich usłyszeć choć jedno słowo ;)
Pamiętacie Dżonego? W notce pod linkiem widać, jak wyglądał kiedy go dostałam :) Później latem wyglądał tak:
A teraz niestety... Nie żyje. W połowie września dostały się na niego mszyce, z mojej winy :( i Dżony zachorował, najpierw opadły mu liście, potem kwiaty, a na końcu łodyżka po łodyżce zaczęły czernieć i usychać... Teraz z ziemi wystaje kilka zeschniętych kikutów po łodygach, ale nie wyrzucę go, może odchoruje, odpocznie i na wiosnę znów ożyje...
Miałam jobla na punkcie tego kwiata, więc możecie sobie wyobrazić jaki mam do siebie ogromny żal, że naraziłam go na to robactwo i spóźniłam się z zakupem specyfiku na mszyce... :(
Może teraz rzucę trochę światła jednak, bo przecież moje życie to nie tylko szkoła, praktyki i żal po ukochanym kwiatku... Przestaliśmy się z M. gryźć jak dzieci o byle pierdołę :) Co prawda spory są zawsze obecne w życiu wszelkich ludzi, ale przynajmniej nie wybuchają już między nami wielkie wojny i awantury.
Oraz kolejna radosna nowinka - gdzieś na przestrzeni lutego, na 99% zmieniam miejsce zamieszkania :) Co prawda to mnie lekko mówiąc przeraża w niemałym stopniu, ale mimo wszystko jestem szczęśliwa, że w końcu będę miała mojego ukochanego Mężczyznę obok siebie rano, po południu, wieczorem i w nocy :)
Niestety jest kilka spraw, które osłabiają mój entuzjazm... Martwi mnie np. reakcja moich dziadków na taką rewolucję, bo nie jesteśmy małżeństwem i boję się, że się na mnie na śmierć pogniewają, bo są bardzo religijni i takich rzeczy w ogóle nie akceptują... Rodzice po pewnym czasie od usłyszenia propozycji, żebyśmy zamieszkali razem, pogodzili się z tym, że nie przykują mnie do kaloryfera żeby mnie zatrzymać w domu, bo jestem już na tyle dorosła, że jak zadecyduję że się wyprowadzam, to po prostu tak zrobię, i oznajmili, że nie będą robić mi wyrzutów czy problemów. Ale babcia z dziadkiem to już niestety inne pokolenie, a mentalności zwłaszcza ludzi starszych nie da się tak łatwo zmienić...
Martwi mnie również zmiana wymiaru naszych relacji z M., bo teraz mogą się pojawić między nami nowe spory, o wiele poważniejsze, jak np. pieniądze, czy podział obowiązków w domu. To jest pewne, że trochę czasu nam zajmie nauczenie się żyć ze sobą, ale boję się, że do tego czasu się nawzajem pozabijamy...
Boję się też, że M. nie będzie zadowolony z mieszkania ze mną, bo wyznaję twardo zasadę podziału obowiązków w domu i mimo, że on też utrzymuje, że obowiązkami powinno się dzielić, to jednak może przeżyć niemały szok przy nowym porządku. Co więcej, nie jestem szczególnie utalentowaną kucharką, bo tak naprawdę nie miałam zbyt wielu okazji na gotowanie w życiu, radzę sobie jedynie z kilkoma najbardziej podstawowymi obiadami, i niestety nic poza tym. A ile można w kółko jeść schabowe na zmianę z kurczakiem i karkówką? Tym bardziej, że chodzę do szkoły dzień w dzień i często obiad w moim wykonaniu będzie przypominał makaron w sosie lub inne danie tzw. "na łatwiznę", a M. niestety siedzi w pracy dłużej niż ja w szkole, to też pewnie tworzenie nawet prowizorycznych obiadów spadnie na mnie i mój brak talentu.
Nie mniej, mimo tych wszystkich obaw cieszę się, że będziemy mogli pobyć ze sobą dłużej niż kilka godzin dziennie, które i tak w większości przesypiamy ;) Zwłaszcza, że stosunki między nami bardzo się od ostatniego czasu poprawiły, więc i uczucia rozkwitły na nowo, z większą siłą. Oby wszystko się udało :))
A wracając do spraw bardziej przyziemnych, to sporo się działo podczas mojej nieobecności. W końcu mam chwilę, żeby usiąść i w spokoju napisać posta, bo odkąd zniknęłam, mam naprawdę śladowe ilości wolnego czasu, w którym rzecz jasna nie da rady odpocząć, bo wystarczy, że przez moment posiedzę bezczynnie i już rodzą się we mnie wyrzuty sumienia, że siedzę, a tyle rzeczy jeszcze do zrobienia... Jestem już tak zmęczona, że niedługo przestanę mieć kontakt ze światem zewnętrznym, a jakoś nie widzę szans na odpoczynek...
Praktyki mi na szczęście idą względnie dobrze, bo licealiści mnie nie zjedli, jednak strasznie się mnie boją, całkowicie nie wiem czemu, bo mają ze mną tyle luzu, że bajka ;) A ja słowa od nich nie mogę kupić... Może po prostu trafiłam na takie ciche klasy... Z jednej strony dobrze, bo nie mam problemów z dyscypliną, ale czasem chciałabym od nich usłyszeć choć jedno słowo ;)
A teraz niestety... Nie żyje. W połowie września dostały się na niego mszyce, z mojej winy :( i Dżony zachorował, najpierw opadły mu liście, potem kwiaty, a na końcu łodyżka po łodyżce zaczęły czernieć i usychać... Teraz z ziemi wystaje kilka zeschniętych kikutów po łodygach, ale nie wyrzucę go, może odchoruje, odpocznie i na wiosnę znów ożyje...
Miałam jobla na punkcie tego kwiata, więc możecie sobie wyobrazić jaki mam do siebie ogromny żal, że naraziłam go na to robactwo i spóźniłam się z zakupem specyfiku na mszyce... :(
Może teraz rzucę trochę światła jednak, bo przecież moje życie to nie tylko szkoła, praktyki i żal po ukochanym kwiatku... Przestaliśmy się z M. gryźć jak dzieci o byle pierdołę :) Co prawda spory są zawsze obecne w życiu wszelkich ludzi, ale przynajmniej nie wybuchają już między nami wielkie wojny i awantury.
Oraz kolejna radosna nowinka - gdzieś na przestrzeni lutego, na 99% zmieniam miejsce zamieszkania :) Co prawda to mnie lekko mówiąc przeraża w niemałym stopniu, ale mimo wszystko jestem szczęśliwa, że w końcu będę miała mojego ukochanego Mężczyznę obok siebie rano, po południu, wieczorem i w nocy :)
Niestety jest kilka spraw, które osłabiają mój entuzjazm... Martwi mnie np. reakcja moich dziadków na taką rewolucję, bo nie jesteśmy małżeństwem i boję się, że się na mnie na śmierć pogniewają, bo są bardzo religijni i takich rzeczy w ogóle nie akceptują... Rodzice po pewnym czasie od usłyszenia propozycji, żebyśmy zamieszkali razem, pogodzili się z tym, że nie przykują mnie do kaloryfera żeby mnie zatrzymać w domu, bo jestem już na tyle dorosła, że jak zadecyduję że się wyprowadzam, to po prostu tak zrobię, i oznajmili, że nie będą robić mi wyrzutów czy problemów. Ale babcia z dziadkiem to już niestety inne pokolenie, a mentalności zwłaszcza ludzi starszych nie da się tak łatwo zmienić...
Martwi mnie również zmiana wymiaru naszych relacji z M., bo teraz mogą się pojawić między nami nowe spory, o wiele poważniejsze, jak np. pieniądze, czy podział obowiązków w domu. To jest pewne, że trochę czasu nam zajmie nauczenie się żyć ze sobą, ale boję się, że do tego czasu się nawzajem pozabijamy...
Boję się też, że M. nie będzie zadowolony z mieszkania ze mną, bo wyznaję twardo zasadę podziału obowiązków w domu i mimo, że on też utrzymuje, że obowiązkami powinno się dzielić, to jednak może przeżyć niemały szok przy nowym porządku. Co więcej, nie jestem szczególnie utalentowaną kucharką, bo tak naprawdę nie miałam zbyt wielu okazji na gotowanie w życiu, radzę sobie jedynie z kilkoma najbardziej podstawowymi obiadami, i niestety nic poza tym. A ile można w kółko jeść schabowe na zmianę z kurczakiem i karkówką? Tym bardziej, że chodzę do szkoły dzień w dzień i często obiad w moim wykonaniu będzie przypominał makaron w sosie lub inne danie tzw. "na łatwiznę", a M. niestety siedzi w pracy dłużej niż ja w szkole, to też pewnie tworzenie nawet prowizorycznych obiadów spadnie na mnie i mój brak talentu.
Nie mniej, mimo tych wszystkich obaw cieszę się, że będziemy mogli pobyć ze sobą dłużej niż kilka godzin dziennie, które i tak w większości przesypiamy ;) Zwłaszcza, że stosunki między nami bardzo się od ostatniego czasu poprawiły, więc i uczucia rozkwitły na nowo, z większą siłą. Oby wszystko się udało :))
poniedziałek, 23 stycznia 2012
Momencik
Moi kochani, nie zniknęłam na amen, jestem już na samym końcu semestru - został mi jeden egzamin i obiecuję, że jak tylko się z nim uporam, to dam znać co się u mnie dzieje :)
Mam nadzieję, że zdążę przed ocenzurowaniem internetu... ;)
Mam nadzieję, że zdążę przed ocenzurowaniem internetu... ;)
piątek, 23 grudnia 2011
Uuuuu...
...Ale mi się należy bicie za tą ciszę! Jak zobaczyłam ile czasu się nie odzywałam, to byłam w szoku, bo tyle się dzieje, że wydawało mi się, że to była tylko chwila, a to już 2 miesiące minęły od ostatniego posta... Miło mi bardzo, że niektórzy o mnie pamiętali nawet wtedy kiedy nie udzielałam się w blogowym świecie :) Dziękuję kochani za pamięć :))
Cały mój czas pochłania szkoła - nauka, pisanie pracy licencjackiej i praktyki, a terminy jak zwykle, na wczoraj, albo nawet na przedwczoraj... Aż dziwne, że jeszcze nie osiwiałam przez te wszystkie nerwy, bo na nudę narzekać nie mogę... I to nie tylko w szkole, bo ogólnie w moim życiu ostatnio zbyt wesoło nie było. Ale to już było, nie będę do tego wracać, niech to wszystko idzie w zapomnienie. Zbliża się nowy rok, który mam nadzieje będzie wspaniały :))
Cały mój czas pochłania szkoła - nauka, pisanie pracy licencjackiej i praktyki, a terminy jak zwykle, na wczoraj, albo nawet na przedwczoraj... Aż dziwne, że jeszcze nie osiwiałam przez te wszystkie nerwy, bo na nudę narzekać nie mogę... I to nie tylko w szkole, bo ogólnie w moim życiu ostatnio zbyt wesoło nie było. Ale to już było, nie będę do tego wracać, niech to wszystko idzie w zapomnienie. Zbliża się nowy rok, który mam nadzieje będzie wspaniały :))
Mimo wszystko jestem najszczęśliwszą kobietą pod słońcem :)
Kocham i jestem kochana przez najwspanialszego Mężczyznę na świecie,
i niech to się nigdy nie zmienia :*
***
Z okazji Świąt, chciałabym wszystkim życzyć mnóstwo miłości, zdrowia, szczęścia, pieniędzy i wszystkiego, czego Wam do pełni szczęścia jeszcze brakuje :)
Ponadto prawdziwej świątecznej, rodzinnej atmosfery, bo przecież o to w Świętach właśnie chodzi...
I żebyście o mnie nie zapomnieli, jak znów się zatracę w tym całym bałaganie ;)
poniedziałek, 17 października 2011
Znów nastała tutaj cisza...
... i najmocniej Was wszystkich za to przepraszam... Po prostu staram się jakoś uporządkować wszystko, naukę i resztę zajęć, i naprawdę zostaje mi niewiele czasu, a jak już chwila jest, to chętnie spędzam ją z moim Kochanym :)
Powolutku zaczynam ogarniać to wszystko, co spadło mi nagle na głowę z początkiem roku akademickiego. Mieliście rację, że wszystko wydaje się takie straszne, bo spadło na mnie wszystko na raz, a z czasem da się wszystko jakoś przewartościować i uporządkować. Może w tym roku kalendarzowym nie uporam się z tym na tyle, żeby móc zacząć szukać pracy, ale od nowego roku mam nadzieję ruszyć również z planami życiowymi do przodu i jeśli wszystko pójdzie tak jak bym chciała żeby poszło, najpóźniej na wiosnę zacząć szukać mieszkania. Matko, jak ja bym chciała, żeby mi się wszystko udało zrealizować...
Nie wiem jedynie jak to będzie z pracą M. Niby jakoś sobie wszystko na razie poukładali w grafiku i praca na popołudnie doszła do skutku, ale nie wiadomo jeszcze jak to dalej będzie. Bardzo liczę na to, że jedyne co się zmieni to ubędzie mu nadgodzin, bo niby pracuje 8 godzin dziennie, a cały dzień siedzi w pracy jak na razie, a dla mnie czas znajduje dopiero wieczorem... Tak nie powinno być, w umowie ma 8 godzin dziennie, nadgodziny rozumiem, bo czasem już się tak zdarzy, że po prostu trzeba, ale nie codziennie... Ostatecznie bilans dzienny mu wychodzi 9-11 godzin, ja się pytam co to ma być?! Trudna sprawa, bo to jego pierwsza praca gdzie zagrzał miejsce na dłużej i lepiej się nie wychylać, ale też tak być nie powinno, że dzień w dzień nadgodziny i nikt mu za to nie płaci... :( Gdyby jeszcze z tego pieniążki były, to jakoś bym to musiała znieść, albo nawet bym zniosła bez problemu, bo może bylibyśmy w stanie wynająć w końcu mieszkanie, ale taka praca charytatywna to po prostu wyzysk... Ani czasu w rezultacie nie ma, ani pieniędzy. Krew mi się gotuje jak o tym myślę...
W sprawach realizacji moich planów życiowych - nie wiem, jakiej szukać pracy, żeby była w elastycznych godzinach i nie wymagała zaświadczenia sanepidu (nie uśmiecha mi się odnawianie badań co 3 miesiące ;/)... Pozostaje chyba tylko telemarketing, ale jakoś chyba nie umiem przekonać kogoś, komu zabieram wolny lub wręcz przeciwnie - pracujący czas, do zakupu jakiejś usługi, której sama za Chiny Ludowe bym nie chciała i sama siebie potraktowałabym zbywająco ;) Ciężka sprawa... Chociaż... Są jeszcze korepetycje, ale nie dam rady na prywatnych korkach dorobić sobie tyle, żeby móc mieszkać z M. Ktoś mi kiedyś tu na blogu podsunął całkiem sensowną propozycję pracy w jakiejś sieci supermarketów, przejrzałam warunki pracy tam i byłyby nawet OK, tylko zawsze jest jakieś ale. W moim mieście nie ma tej sieci sklepów, a w innych, typu Carrefour czy Tesco... Cóż, wszyscy, których znam i pracują tam, marzą o tym, by dać stamtąd nogę, bo zasadniczo w większości placówek panuje praca niemal niewolnicza, więc chyba podziękuję. No i zonk. Nie mam już naprawdę za grosz weny twórczej, żeby wymyślić jakąś sensowną propozycję.
Wybaczcie ciszę również u Was. Czytam Wasze wpisy, ale zazwyczaj nie mam już tyle czasu, żeby komentować. W końcu się ogarnę, obiecuję, i zacznę się bardziej udzielać społecznie, a póki co próbuję ustawić swoje życie do pionu :)
Powolutku zaczynam ogarniać to wszystko, co spadło mi nagle na głowę z początkiem roku akademickiego. Mieliście rację, że wszystko wydaje się takie straszne, bo spadło na mnie wszystko na raz, a z czasem da się wszystko jakoś przewartościować i uporządkować. Może w tym roku kalendarzowym nie uporam się z tym na tyle, żeby móc zacząć szukać pracy, ale od nowego roku mam nadzieję ruszyć również z planami życiowymi do przodu i jeśli wszystko pójdzie tak jak bym chciała żeby poszło, najpóźniej na wiosnę zacząć szukać mieszkania. Matko, jak ja bym chciała, żeby mi się wszystko udało zrealizować...
Nie wiem jedynie jak to będzie z pracą M. Niby jakoś sobie wszystko na razie poukładali w grafiku i praca na popołudnie doszła do skutku, ale nie wiadomo jeszcze jak to dalej będzie. Bardzo liczę na to, że jedyne co się zmieni to ubędzie mu nadgodzin, bo niby pracuje 8 godzin dziennie, a cały dzień siedzi w pracy jak na razie, a dla mnie czas znajduje dopiero wieczorem... Tak nie powinno być, w umowie ma 8 godzin dziennie, nadgodziny rozumiem, bo czasem już się tak zdarzy, że po prostu trzeba, ale nie codziennie... Ostatecznie bilans dzienny mu wychodzi 9-11 godzin, ja się pytam co to ma być?! Trudna sprawa, bo to jego pierwsza praca gdzie zagrzał miejsce na dłużej i lepiej się nie wychylać, ale też tak być nie powinno, że dzień w dzień nadgodziny i nikt mu za to nie płaci... :( Gdyby jeszcze z tego pieniążki były, to jakoś bym to musiała znieść, albo nawet bym zniosła bez problemu, bo może bylibyśmy w stanie wynająć w końcu mieszkanie, ale taka praca charytatywna to po prostu wyzysk... Ani czasu w rezultacie nie ma, ani pieniędzy. Krew mi się gotuje jak o tym myślę...
W sprawach realizacji moich planów życiowych - nie wiem, jakiej szukać pracy, żeby była w elastycznych godzinach i nie wymagała zaświadczenia sanepidu (nie uśmiecha mi się odnawianie badań co 3 miesiące ;/)... Pozostaje chyba tylko telemarketing, ale jakoś chyba nie umiem przekonać kogoś, komu zabieram wolny lub wręcz przeciwnie - pracujący czas, do zakupu jakiejś usługi, której sama za Chiny Ludowe bym nie chciała i sama siebie potraktowałabym zbywająco ;) Ciężka sprawa... Chociaż... Są jeszcze korepetycje, ale nie dam rady na prywatnych korkach dorobić sobie tyle, żeby móc mieszkać z M. Ktoś mi kiedyś tu na blogu podsunął całkiem sensowną propozycję pracy w jakiejś sieci supermarketów, przejrzałam warunki pracy tam i byłyby nawet OK, tylko zawsze jest jakieś ale. W moim mieście nie ma tej sieci sklepów, a w innych, typu Carrefour czy Tesco... Cóż, wszyscy, których znam i pracują tam, marzą o tym, by dać stamtąd nogę, bo zasadniczo w większości placówek panuje praca niemal niewolnicza, więc chyba podziękuję. No i zonk. Nie mam już naprawdę za grosz weny twórczej, żeby wymyślić jakąś sensowną propozycję.
Wybaczcie ciszę również u Was. Czytam Wasze wpisy, ale zazwyczaj nie mam już tyle czasu, żeby komentować. W końcu się ogarnę, obiecuję, i zacznę się bardziej udzielać społecznie, a póki co próbuję ustawić swoje życie do pionu :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
