No cóż, jakoś mi to systematyczne pisanie nie idzie w parze z przygotowaniami do sesji... Nie pozostaje mi zatem nic innego, jak prosić Was o cierpliwość, bo naprawdę mam urwanie głowy. Wszystkim się przypomniało, że nie mają z czego wystawić zaliczeń i proszę - studentem się nikt nie przejmuje ;-) Taki już los, więc zaciskam zęby i pocieszam się, że jeszcze tylko kilka dni i koniec roku akademickiego, potem sesja i w końcu wakacje...!
Do tego czasu jednak nie zapowiada się, że będę u Was i u siebie częstym i widocznym gościem, dziękuję wszystkim za zaproszenia do czytania Waszych blogów, na pewno skorzystam z Waszej uprzejmości względem mnie, tylko błagam, nie traćcie jeszcze cierpliwości!!! Jak się wyrobię ze wszystkim, to obiecuję poprawę :) A teraz kto może niech trzyma za mnie kciuki, żebym jak najszybciej była wolna :P
poniedziałek, 30 maja 2011
niedziela, 22 maja 2011
21
Witam serdecznie ;) Po pierwsze, muszę napomknąć dlaczego znów zamilkłam... Może też i trochę przez tego diabełka, który tu mieszka, ale głównie przez prace na serwerach blogspota. Bardzo mnie poirytował komunikat, że teraz się nie mogę zalogować, bo trwają jakieś prace na serwerze, a akurat wtedy naszła mnie wena na pisanie, a po drugie, owe remontowane serwery pousuwały połowę waszych komentarzy pod poprzednim postem... Niewiele trzeba ostatnio, żebym się zdenerwowała, więc jak zobaczyłam co tu się wyprawia, to przeszła mi jakakolwiek ochota na pisanie...
A tym razem postanowiłam się odezwać, bo przeszły mi na chwilę obecną dąsy na ten portal (tylko więcej takich numerów już mi proszę nie robić!) oraz dlatego, że muszę się wypłakać :D Otóż moi drodzy Państwo, z dniem 23 maja stuknie/stuknęło (czasownik zależy od daty kiedy posta czytacie) mi oczko ;) Teraz chyba przestanę się chwalić ile mam lat i co roku będę obchodzić kolejne 20-ste urodziny :)) Ale chyba aż tak źle nie jest, bo wciąż mnie w sklepach pytają o dowód, kiedy chcę zakupić produkty alkoholowe lub Lotka x)
Kurczę, według mnie AŻ tak młodo nie wyglądam, chociaż tę kwestię powinnam zostawić pod osąd tych, którym mój wizerunek nie jest obcy, a kilka takich osób tu zagląda ;)
A tymczasem uciekam, bo wedle tradycji pięknie być nie może, dzień moich urodzin w znacznej części spędzę w szkole, użerając się z najgorszymi możliwymi wykładowcami, więc muszę się wyspać, aby dysponować wiadrem cierpliwości ;) Taaak, happy birthday to me :))
A tym razem postanowiłam się odezwać, bo przeszły mi na chwilę obecną dąsy na ten portal (tylko więcej takich numerów już mi proszę nie robić!) oraz dlatego, że muszę się wypłakać :D Otóż moi drodzy Państwo, z dniem 23 maja stuknie/stuknęło (czasownik zależy od daty kiedy posta czytacie) mi oczko ;) Teraz chyba przestanę się chwalić ile mam lat i co roku będę obchodzić kolejne 20-ste urodziny :)) Ale chyba aż tak źle nie jest, bo wciąż mnie w sklepach pytają o dowód, kiedy chcę zakupić produkty alkoholowe lub Lotka x)
Kurczę, według mnie AŻ tak młodo nie wyglądam, chociaż tę kwestię powinnam zostawić pod osąd tych, którym mój wizerunek nie jest obcy, a kilka takich osób tu zagląda ;)
A tymczasem uciekam, bo wedle tradycji pięknie być nie może, dzień moich urodzin w znacznej części spędzę w szkole, użerając się z najgorszymi możliwymi wykładowcami, więc muszę się wyspać, aby dysponować wiadrem cierpliwości ;) Taaak, happy birthday to me :))
poniedziałek, 9 maja 2011
Fatum
Wiecie, że życie zaskakuje? Wiecie, bo mądre z Was głowy. Ale czasami ciężko jest rozumem ogarnąć jak to się dzieje... Ten blog dla przykładu - ma w sobie dziwną moc, szczególnie, jeśli chodzi o wpisy odnośnie mojego życia uczuciowego.
Naprawdę nie wiem co za czort na tym blogu mieszka, ale jest na zmianę złośliwy, na zmianę do rany przyłóż. Ciężko go rozgryźć... Chociaż, jak się zastanowić, to jednak działa według pewnego schematu. Ów schemat wygląda tak - jeśli piszę, że między mną a M. jest źle, to za dosłownie chwilę jest już dobrze, bo bez siebie żyć nie możemy i jak świat światem, każdy, nawet największy konflikt mija, byle by tylko cieszyć się sobą. I na odwrót, jak napiszę, że między nami wszystko w porządku, to w przeciągu nawet kilku godzin wszystko się potrafi doszczętnie spieprzyć... Tak też znów było i tym razem. Zaledwie zdążyłam opublikować posta, że już wszystko w relacji ja - M. w porządku, to się musiało posypać na nowo... To się tyczy również poprzedniego posta - napisałam, że jest źle, a chwilę potem już wszystko było w porządku. I jakikolwiek post wspominał nasze relacje, to zawsze dosłownie w przeciągu godzin zaczynało się dziać odwrotnie...
Poważnie zaczynam się zastanawiać, czy nad tym miejscem nie ciąży jakieś fatum, bo aż boję się tu cokolwiek pisać... Nie ze względu na Was, bo akurat Wy jesteście mi zawsze światełkiem w tunelu, czy jest dobrze czy źle, ale ze względu na to, że jeśli tu cokolwiek napiszę, zaraz w moim życiu pojawia się rewers dotyczący moich wywodów blogowych...
To jest bardzo męczące, zwłaszcza jeśli chodzi o moje życie uczuciowe, bo akurat w tej kwestii chciałabym mieć stabilność, pewność, że cokolwiek by się nie działo, to ta jedna osoba bez względu na wszystko będzie obok. A tu jak na złość - całe życie mam stabilne, oprócz tego jednego elementu... Wszystko jest zależne ode mnie, oprócz relacji z M., bo tu już potrzeba dwóch osób. Wszystko, co jest zależne ode mnie, zawsze mniej lub bardziej rozgrywa się tak, jak jestem w stanie to przewidzieć, zaplanować, to ja rozdaję karty, sama jestem sobie winna, kiedy coś zepsuję... A w związku? Są dwie osoby... A akurat M. nie mogę być pewna, bo nigdy nie wiem na czym stoję - czy jeszcze jest dobrze, czy już coś zrobiłam według niego nie tak, i już jest źle... Pewnie już wszyscy wiedzą, że dam się za M. pokroić bez zastanowienia, ale widać to nie działa w obie strony... Ale o tym już inna historia. Swoją drogą nie dowiecie się o co chodzi, bo blogowe licho nie śpi i od teraz milczę...
Nie wiem co mam teraz zrobić, czy zaprzestać w ogóle pisania, czy może nie wspominać o moich sprawach sercowych... Ciężko będzie jednak ten aspekt przemilczeć, bo odgrywa on bardzo istotną rolę w życiu człowieka, a szczególnie w moim życiu, więc wychodzi na to, że powinnam przestać pisać w ogóle... Nie chciałabym stąd znikać, bo Wy też jesteście częścią mojego życia, ale ten diabełek blogowy rujnuje mi życie... Złośliwa bestia zawsze zrobi mi na przekór...
Nie wiem co mam robić....
Naprawdę nie wiem co za czort na tym blogu mieszka, ale jest na zmianę złośliwy, na zmianę do rany przyłóż. Ciężko go rozgryźć... Chociaż, jak się zastanowić, to jednak działa według pewnego schematu. Ów schemat wygląda tak - jeśli piszę, że między mną a M. jest źle, to za dosłownie chwilę jest już dobrze, bo bez siebie żyć nie możemy i jak świat światem, każdy, nawet największy konflikt mija, byle by tylko cieszyć się sobą. I na odwrót, jak napiszę, że między nami wszystko w porządku, to w przeciągu nawet kilku godzin wszystko się potrafi doszczętnie spieprzyć... Tak też znów było i tym razem. Zaledwie zdążyłam opublikować posta, że już wszystko w relacji ja - M. w porządku, to się musiało posypać na nowo... To się tyczy również poprzedniego posta - napisałam, że jest źle, a chwilę potem już wszystko było w porządku. I jakikolwiek post wspominał nasze relacje, to zawsze dosłownie w przeciągu godzin zaczynało się dziać odwrotnie...
Poważnie zaczynam się zastanawiać, czy nad tym miejscem nie ciąży jakieś fatum, bo aż boję się tu cokolwiek pisać... Nie ze względu na Was, bo akurat Wy jesteście mi zawsze światełkiem w tunelu, czy jest dobrze czy źle, ale ze względu na to, że jeśli tu cokolwiek napiszę, zaraz w moim życiu pojawia się rewers dotyczący moich wywodów blogowych...
To jest bardzo męczące, zwłaszcza jeśli chodzi o moje życie uczuciowe, bo akurat w tej kwestii chciałabym mieć stabilność, pewność, że cokolwiek by się nie działo, to ta jedna osoba bez względu na wszystko będzie obok. A tu jak na złość - całe życie mam stabilne, oprócz tego jednego elementu... Wszystko jest zależne ode mnie, oprócz relacji z M., bo tu już potrzeba dwóch osób. Wszystko, co jest zależne ode mnie, zawsze mniej lub bardziej rozgrywa się tak, jak jestem w stanie to przewidzieć, zaplanować, to ja rozdaję karty, sama jestem sobie winna, kiedy coś zepsuję... A w związku? Są dwie osoby... A akurat M. nie mogę być pewna, bo nigdy nie wiem na czym stoję - czy jeszcze jest dobrze, czy już coś zrobiłam według niego nie tak, i już jest źle... Pewnie już wszyscy wiedzą, że dam się za M. pokroić bez zastanowienia, ale widać to nie działa w obie strony... Ale o tym już inna historia. Swoją drogą nie dowiecie się o co chodzi, bo blogowe licho nie śpi i od teraz milczę...
Nie wiem co mam teraz zrobić, czy zaprzestać w ogóle pisania, czy może nie wspominać o moich sprawach sercowych... Ciężko będzie jednak ten aspekt przemilczeć, bo odgrywa on bardzo istotną rolę w życiu człowieka, a szczególnie w moim życiu, więc wychodzi na to, że powinnam przestać pisać w ogóle... Nie chciałabym stąd znikać, bo Wy też jesteście częścią mojego życia, ale ten diabełek blogowy rujnuje mi życie... Złośliwa bestia zawsze zrobi mi na przekór...
Nie wiem co mam robić....
niedziela, 8 maja 2011
Welcome ;)
Ponownie zniknęłam, więc ponownie będę musiała się tłumaczyć, bo wytłumaczenie kolejnego niezapowiedzianego mojego zniknięcia wam się należy...
Znów w swoje szpony dorwała mnie robota, a niestety nie mogę wszystkiego zawalić na koszt blogowania. Choć lubię was wszystkich bardzo i brakowało mi tego miejsca, to jednak najpierw musiałam się uporać ze wszystkim co miałam do zrobienia. Udało się, więc mam nadzieję wróciłam na dobre ;)
Pewnie was nie zdziwi fakt, że u mnie w życiu uczuciowym wszystko w jak najlepszym porządku. Muszę przyznać, że ostatnio bywało naprawdę źle, ale niedługo po napisaniu tamtej notki wszystko się zaczęło poprawiać :) I w takim poprawionym stanie trwa do teraz (odpukać!) i niechaj trwa jak najdłużej. Mam nadzieję, że ten najgorszy czas już za nami, że wszystko sobie wyjaśniliśmy, że czegoś nas ten kryzys nauczył, i że teraz będzie już dobrze. Życie potrafi nieźle dokopać, więc lepiej iść przez nie razem i wspierać się, a nie jeszcze dodatkowo walczyć ze sobą...
Trochę czasu mi zajmie nadrabianie zaległości u was, bo dość sporo sobie ich narobiłam, ale sądzę, że sobie poradzę, i po cichu liczę, że wybaczycie mi to milczenie u siebie i u was... Jeszcze przez jakiś czas będzie milcząco, bo chcę ponadrabiać z czytaniem wszystkich waszych postów zanim zacznę czytać znów na bieżąco. Poza tym po takim urwaniu głowy jaki miałam przez ostatnie parę dni nie bardzo mam wenę na pisanie, co chyba widać po braku spójności w tym poście, więc może lepiej pomilczeć i pisać za jakiś czas, ale z sensem ;)
Poza tym, pogoda dopisuje, a ja byłam usadzona w domu ostatnimi czasy, więc chciałabym rozruszać trochę te zastane kości zanim znów zasiądę przed komputerem... ;)
Tym, co nie chcą mi dać po łapach, chcę podziękować za cierpliwość, a tym co chcą - chętnie łapska wystawię na lanie, bo wiem, że zasłużyłam :)
Trzymajcie się ;)
Znów w swoje szpony dorwała mnie robota, a niestety nie mogę wszystkiego zawalić na koszt blogowania. Choć lubię was wszystkich bardzo i brakowało mi tego miejsca, to jednak najpierw musiałam się uporać ze wszystkim co miałam do zrobienia. Udało się, więc mam nadzieję wróciłam na dobre ;)
Pewnie was nie zdziwi fakt, że u mnie w życiu uczuciowym wszystko w jak najlepszym porządku. Muszę przyznać, że ostatnio bywało naprawdę źle, ale niedługo po napisaniu tamtej notki wszystko się zaczęło poprawiać :) I w takim poprawionym stanie trwa do teraz (odpukać!) i niechaj trwa jak najdłużej. Mam nadzieję, że ten najgorszy czas już za nami, że wszystko sobie wyjaśniliśmy, że czegoś nas ten kryzys nauczył, i że teraz będzie już dobrze. Życie potrafi nieźle dokopać, więc lepiej iść przez nie razem i wspierać się, a nie jeszcze dodatkowo walczyć ze sobą...
Trochę czasu mi zajmie nadrabianie zaległości u was, bo dość sporo sobie ich narobiłam, ale sądzę, że sobie poradzę, i po cichu liczę, że wybaczycie mi to milczenie u siebie i u was... Jeszcze przez jakiś czas będzie milcząco, bo chcę ponadrabiać z czytaniem wszystkich waszych postów zanim zacznę czytać znów na bieżąco. Poza tym po takim urwaniu głowy jaki miałam przez ostatnie parę dni nie bardzo mam wenę na pisanie, co chyba widać po braku spójności w tym poście, więc może lepiej pomilczeć i pisać za jakiś czas, ale z sensem ;)
Poza tym, pogoda dopisuje, a ja byłam usadzona w domu ostatnimi czasy, więc chciałabym rozruszać trochę te zastane kości zanim znów zasiądę przed komputerem... ;)
Tym, co nie chcą mi dać po łapach, chcę podziękować za cierpliwość, a tym co chcą - chętnie łapska wystawię na lanie, bo wiem, że zasłużyłam :)
Trzymajcie się ;)
piątek, 22 kwietnia 2011
(nie)Pokonani...
Ile może trwać kryzys w związku... Wcześniej zdarzały się kłótnie, ale nigdy nie było aż tak źle, jak zaczęło być koło listopada... Walczymy z tym kryzysem... i ze sobą... już prawie pół roku i jakoś nie możemy wybrnąć, wręcz dzieje się coraz gorzej... Nie mam pojęcia jak to się wszystko dalej potoczy. Im więcej pada słów, tym jakiekolwiek porozumienie staje się coraz bardziej niemożliwe.
Tyle bólu sprawiają te słowa, że nie wyobrażam sobie zapomnieć tego, co zostało powiedziane... Im bardziej uświadamiam sobie, że Ty naprawdę myślisz tak, jak mówisz, tym bardziej mnie to boli. Nie masz żadnych podstaw na tworzenie takich scenariuszy, a jednak to, co się dzieje w Twojej głowie mnie przeraża i dobija. Jak możesz tak nisko mnie oceniać?... Nie dałam Ci nigdy podstaw do stracenia do mnie zaufania, przez tyle zdarzeń razem przeszliśmy, a jednak to wszystko się dzieje... Nawet nie umiem przekazać tego, jak mnie cholernie to wszystko boli... :(
Ja Cię nie przekonam, że jest inaczej niż Tobie się wydaje, bo zwyczajnie już nie wiem jak. Twoje chorobliwe myśli odbierają Ci już chyba zdolność postrzegania świata takim, jaki jest, widzisz go takim, jakiego chcesz widzieć... Żadna z Twoich hipotez nie ma szans się urzeczywistnić i masz na to co najmniej jeden niezbity dowód, jak pomyślisz, będzie ich więcej, ale dopóki sam do tego nie dojdziesz, to nikt nie jest w stanie na Ciebie wpłynąć.
Nie będę udawać, że mnie to nie rusza, bo takimi oskarżeniami w stosunku do mnie ubodłeś mnie do żywego. Twoje zadowolone opisy rujnują mnie jeszcze bardziej... Zarzucasz mi takie rzeczy, które mi nigdy nawet przez myśl nie przeszły, więc skąd pomysł, że coś takiego miało, ma lub będzie miało miejsce?... Z Twoimi chorymi teoriami nie wygram...
Cholernie mi przykro, że "zasłużyłam" sobie na taką opinię w Twoich oczach, pomimo tego, że dałabym się za Ciebie pokroić, nawet wtedy, kiedy jesteśmy skłóceni... Niestety, ja już odpuszczam, schodzę z pola bitwy...
Gdy nie można mocą żadną wykrzyczanych cofnąć słów...
Tyle bólu sprawiają te słowa, że nie wyobrażam sobie zapomnieć tego, co zostało powiedziane... Im bardziej uświadamiam sobie, że Ty naprawdę myślisz tak, jak mówisz, tym bardziej mnie to boli. Nie masz żadnych podstaw na tworzenie takich scenariuszy, a jednak to, co się dzieje w Twojej głowie mnie przeraża i dobija. Jak możesz tak nisko mnie oceniać?... Nie dałam Ci nigdy podstaw do stracenia do mnie zaufania, przez tyle zdarzeń razem przeszliśmy, a jednak to wszystko się dzieje... Nawet nie umiem przekazać tego, jak mnie cholernie to wszystko boli... :(
Czy w bezsilnej złości łykając żal, dać się powalić...
Ja Cię nie przekonam, że jest inaczej niż Tobie się wydaje, bo zwyczajnie już nie wiem jak. Twoje chorobliwe myśli odbierają Ci już chyba zdolność postrzegania świata takim, jaki jest, widzisz go takim, jakiego chcesz widzieć... Żadna z Twoich hipotez nie ma szans się urzeczywistnić i masz na to co najmniej jeden niezbity dowód, jak pomyślisz, będzie ich więcej, ale dopóki sam do tego nie dojdziesz, to nikt nie jest w stanie na Ciebie wpłynąć.
Czy podobnym być do skały, posypując solą ból...
Nie będę udawać, że mnie to nie rusza, bo takimi oskarżeniami w stosunku do mnie ubodłeś mnie do żywego. Twoje zadowolone opisy rujnują mnie jeszcze bardziej... Zarzucasz mi takie rzeczy, które mi nigdy nawet przez myśl nie przeszły, więc skąd pomysł, że coś takiego miało, ma lub będzie miało miejsce?... Z Twoimi chorymi teoriami nie wygram...
Czy w milczeniu białych haniebnych flag zejść z barykady...
Cholernie mi przykro, że "zasłużyłam" sobie na taką opinię w Twoich oczach, pomimo tego, że dałabym się za Ciebie pokroić, nawet wtedy, kiedy jesteśmy skłóceni... Niestety, ja już odpuszczam, schodzę z pola bitwy...
. . .
Aż do końca wierząc, że los inny mi pisany jest...
* * *
WESOŁYCH ŚWIĄT TAK NA MARGINESIE... ;]
Na komentarze nie odpisuję.
wtorek, 19 kwietnia 2011
Rozdarcie...
Dopadły mnie ostatnio pewne refleksje. Zdałam sobie sprawę z tego, że jestem już na drugim roku studiów, na trzecim czekają mnie praktyki w szkole, a po skończeniu tej szkoły za półtora roku czeka mnie podjęcie pracy, prawdopodobnie jako nauczycielka języka obcego.
W czym problem?
Przechodziłam ostatnio obok jakiejś szkoły i zobaczyłam boisko, po którym wesoło biegała dzieciarnia grając w piłkę... Uwielbiam grać w piłkę, czy to nożną, czy siatkówkę, wygłupiać się, mieć w pokoju tonę pluszaków, zachowywać się głośno i dobrze się bawić, a zaraz będę musiała stać się naprawdę osobą poważną, bo przecież nikt nie przyjmie "dziecka" do pracy z dziećmi...
Ten problem jest naprawdę poważny. Nie chcę się stać taka, jaka być powinnam na etapie lat 21. Lubię tą moją dziecięcą stronę charakteru, lubiącą się bawić zabawkami dosłownie dla dzieci typu klocki i pluszaki, zapominając o reszcie świata... Biegającą za piłką po boisku, rzucającą przekleństwami, kiedy coś nie wyjdzie. Może i uznacie mnie za szaloną, ale nie wyobrażam sobie siebie w wersji "poważny człowiek"...
Ciężko mi będzie wbić się w rolę nauczyciela, człowieka wręcz nienagannego, świecącego przykładem dla innych, zwłaszcza młodszych, samemu będąc jeszcze nie do końca poważnym... Nie chodzi tu o brak odpowiedzialności i tego typu rzeczy, bo akurat odpowiedzialna i myśląca o konsekwencjach swoich poczynań jestem, po prostu taka funkcja wymaga bycia dorosłym w każdym możliwym calu, a ja dorosnąć nie chcę. Może rozminęłam się z powołaniem, może nie powinnam być nauczycielką, czas pokaże. Wiem jedno - nie chcę się zmieniać.
Muszę pisać już teraz konspekty zajęć i staczam za każdym razem walkę ze swoimi przekonaniami, bo dopiero co sama kończyłam te wszystkie szkoły i za nic w świecie nie chciałabym mieć takich lekcji, jakie muszę układać... ;) Jak można prowadzić lekcje, które są niezgodne z naturą nauczyciela? Chyba tego typu prace będę robić tylko do szkoły, bo nie wyobrażam sobie katować młodzieży takim badziewiem, jakie muszę w tych konspektach zamieszczać...
Bycie poważnym w szkole, w czasie pracy, a sobą po zajęciach też jest nie bardzo trafionym pomysłem, bo moje miasto, choć do małych nie należy, to jednak ciężko tu pozostać do końca anonimowym. Zatem szanse, że jakiś uczeń zobaczy swoją nauczycielkę angielskiego roznegliżowaną, biegającą po boisku do plażówki i rzucającą we współgraczy niewybrednymi komentarzami, albo siedzącą nad jeziorem pijącą piwo, są dość spore. Wiele mam "grzeszków" na sumieniu i w zwyczaju, i całkowicie nie potrafię nawet dopuścić do siebie myśli, że powinno się to zmienić.
Ciężki sobie żywot obrałam, ale naprawdę byłam święcie przekonana, że z czasem wydorośleję. Pomyliłam się, bo wręcz się uwsteczniam rozwojowo - wierzycie, że ostatnio w Carrefourze naszła mnie ochota na kupienie sobie zestawu małego plażowicza i jakichś klocków, żeby sobie potworzyć jakieś wymyślne budowle w domowym zaciszu? ;)
Cóż, chyba czas najwyższy zamilknąć, bo faktycznie zaraz ktoś mnie uzna za wariatkę ;-) Sądzę, że po tym poście opuści mnie połowa czytelników, bo dotąd myśleli, że mają do czynienia z normalną kobietą, a tu się okazuje jest zupełnie odwrotnie...
W czym problem?
Przechodziłam ostatnio obok jakiejś szkoły i zobaczyłam boisko, po którym wesoło biegała dzieciarnia grając w piłkę... Uwielbiam grać w piłkę, czy to nożną, czy siatkówkę, wygłupiać się, mieć w pokoju tonę pluszaków, zachowywać się głośno i dobrze się bawić, a zaraz będę musiała stać się naprawdę osobą poważną, bo przecież nikt nie przyjmie "dziecka" do pracy z dziećmi...
Ten problem jest naprawdę poważny. Nie chcę się stać taka, jaka być powinnam na etapie lat 21. Lubię tą moją dziecięcą stronę charakteru, lubiącą się bawić zabawkami dosłownie dla dzieci typu klocki i pluszaki, zapominając o reszcie świata... Biegającą za piłką po boisku, rzucającą przekleństwami, kiedy coś nie wyjdzie. Może i uznacie mnie za szaloną, ale nie wyobrażam sobie siebie w wersji "poważny człowiek"...
Ciężko mi będzie wbić się w rolę nauczyciela, człowieka wręcz nienagannego, świecącego przykładem dla innych, zwłaszcza młodszych, samemu będąc jeszcze nie do końca poważnym... Nie chodzi tu o brak odpowiedzialności i tego typu rzeczy, bo akurat odpowiedzialna i myśląca o konsekwencjach swoich poczynań jestem, po prostu taka funkcja wymaga bycia dorosłym w każdym możliwym calu, a ja dorosnąć nie chcę. Może rozminęłam się z powołaniem, może nie powinnam być nauczycielką, czas pokaże. Wiem jedno - nie chcę się zmieniać.
Muszę pisać już teraz konspekty zajęć i staczam za każdym razem walkę ze swoimi przekonaniami, bo dopiero co sama kończyłam te wszystkie szkoły i za nic w świecie nie chciałabym mieć takich lekcji, jakie muszę układać... ;) Jak można prowadzić lekcje, które są niezgodne z naturą nauczyciela? Chyba tego typu prace będę robić tylko do szkoły, bo nie wyobrażam sobie katować młodzieży takim badziewiem, jakie muszę w tych konspektach zamieszczać...
Bycie poważnym w szkole, w czasie pracy, a sobą po zajęciach też jest nie bardzo trafionym pomysłem, bo moje miasto, choć do małych nie należy, to jednak ciężko tu pozostać do końca anonimowym. Zatem szanse, że jakiś uczeń zobaczy swoją nauczycielkę angielskiego roznegliżowaną, biegającą po boisku do plażówki i rzucającą we współgraczy niewybrednymi komentarzami, albo siedzącą nad jeziorem pijącą piwo, są dość spore. Wiele mam "grzeszków" na sumieniu i w zwyczaju, i całkowicie nie potrafię nawet dopuścić do siebie myśli, że powinno się to zmienić.
Ciężki sobie żywot obrałam, ale naprawdę byłam święcie przekonana, że z czasem wydorośleję. Pomyliłam się, bo wręcz się uwsteczniam rozwojowo - wierzycie, że ostatnio w Carrefourze naszła mnie ochota na kupienie sobie zestawu małego plażowicza i jakichś klocków, żeby sobie potworzyć jakieś wymyślne budowle w domowym zaciszu? ;)
Cóż, chyba czas najwyższy zamilknąć, bo faktycznie zaraz ktoś mnie uzna za wariatkę ;-) Sądzę, że po tym poście opuści mnie połowa czytelników, bo dotąd myśleli, że mają do czynienia z normalną kobietą, a tu się okazuje jest zupełnie odwrotnie...zaczyna się starość.
Francois Mauriac
P.S. W dalszym ciągu chciałabym prosić o kontakt tych osób, które zabezpieczyły swoje blogi hasłami, bo nie jestem w stanie do Was zaglądać nie znając "kodu dostępu"... Szkoda mi tracić kontakt z Wami, ale to chyba staje się nieuniknione...
wtorek, 12 kwietnia 2011
Nerwy...
Nerwy, nerwy, nerwy... Biorą się znikąd i odpuścić nie chcą. Wypitą przeze mnie melisę mogę już spokojnie zacząć liczyć w hektolitrach, a poprawy jak nie było, tak nie ma. I ani spacery na świeżym powietrzu, ani relaksowanie się, ani nawet spanie nie pomaga. Swoje pięć groszy dokłada jeszcze skaczące beztrosko ciśnienie... Popsuły się nerwy i tyle - byle co wyprowadza mnie z równowagi i niemalże od razu mojemu zdenerwowaniu zaczyna towarzyszyć ból głowy... Tabletki przeciwbólowe ratują mnie co prawda od bólu, ale nerwowość zostaje. Już naprawdę nie wiem jak mam z tym walczyć, bo ani to przyjemne dla mnie, ani dla innych, a pozbyć się tego nie potrafię.
Nie, nie jestem w ciąży :) Stety, niestety, ale nie jestem. Dlatego moje samopoczucie mogę zrzucić tylko na czynniki zewnętrzne.
Dam na chwilę upust mojej złośliwości, gdyż zauważyłam pewne powiązania mojej nerwowości i znalazłam dość luźny związek przyczynowo-skutkowy. Mianowicie, doszłam do wniosku, że moje nerwy zaczęły tracić na wytrzymałości odkąd moja siostra zaczęła się spotykać z K., który w 30 sekund potrafi mnie rozkurw... zdenerwować swoją osobą do granic możliwości. I każdorazowo, kiedy mój stan jest już naprawdę fatalny, to dziwnym trafem akurat wtedy chłopak mojej siostry przebywa u mnie w domu... Złośliwe to z mojej strony, ale nijak nie można temu zaprzeczyć ;)
Już od kilku dni nie widziałam K. na tyle długo, żeby zdążył mi popsuć humor, więc chwilowo uznaję nerwowość za opanowaną, choć jestem świadoma, że wszystko się może w każdej chwili zmienić. Oprócz tego nie ponoszę konsekwencji za niedotrzymanie ani jednego punktu z moich zaplanowanych na weekend rzeczy, gdyż widocznie nie tylko ja byłam takim leniem, wykładowcom nawet nie chciało się zjawiać na uczelni :-)
Jedynym minusem chyba są nadgodziny M., bo przez to widzimy się później i krócej... Niestety nic się nie poradzi, bo skoro już jakaś praca jest, to nie należy się wychylać, a pieniądze są przecież ważne i nie można temu zaprzeczyć... Wiecie, chciałabym już mieszkać z M., przynajmniej brak jego obecności w dzień wynagradzałby mi w nocy ^^ Wątpię, że to prędko nastąpi, ale za marzenia jeszcze nie karzą, więc kto mi zabroni...
Smurfetko, mogłabyś zostawić mi jakieś dane do Twojego bloga? Zostałam niemile dzisiaj powitana przez hasło, więc jeśli chcesz, żebym dalej Cię odwiedzała, prosiłabym o jakieś info na maila zakrecona8888@gmail.com
Nie, nie jestem w ciąży :) Stety, niestety, ale nie jestem. Dlatego moje samopoczucie mogę zrzucić tylko na czynniki zewnętrzne.
Dam na chwilę upust mojej złośliwości, gdyż zauważyłam pewne powiązania mojej nerwowości i znalazłam dość luźny związek przyczynowo-skutkowy. Mianowicie, doszłam do wniosku, że moje nerwy zaczęły tracić na wytrzymałości odkąd moja siostra zaczęła się spotykać z K., który w 30 sekund potrafi mnie rozkurw... zdenerwować swoją osobą do granic możliwości. I każdorazowo, kiedy mój stan jest już naprawdę fatalny, to dziwnym trafem akurat wtedy chłopak mojej siostry przebywa u mnie w domu... Złośliwe to z mojej strony, ale nijak nie można temu zaprzeczyć ;)
Już od kilku dni nie widziałam K. na tyle długo, żeby zdążył mi popsuć humor, więc chwilowo uznaję nerwowość za opanowaną, choć jestem świadoma, że wszystko się może w każdej chwili zmienić. Oprócz tego nie ponoszę konsekwencji za niedotrzymanie ani jednego punktu z moich zaplanowanych na weekend rzeczy, gdyż widocznie nie tylko ja byłam takim leniem, wykładowcom nawet nie chciało się zjawiać na uczelni :-)
Jedynym minusem chyba są nadgodziny M., bo przez to widzimy się później i krócej... Niestety nic się nie poradzi, bo skoro już jakaś praca jest, to nie należy się wychylać, a pieniądze są przecież ważne i nie można temu zaprzeczyć... Wiecie, chciałabym już mieszkać z M., przynajmniej brak jego obecności w dzień wynagradzałby mi w nocy ^^ Wątpię, że to prędko nastąpi, ale za marzenia jeszcze nie karzą, więc kto mi zabroni...
"Czasami trzeba usiąść obok i czyjąś dłoń zamknąć w swojej dłoni, wtedy nawet łzy będą smakować jak szczęście."
Wacław BuryłaSmurfetko, mogłabyś zostawić mi jakieś dane do Twojego bloga? Zostałam niemile dzisiaj powitana przez hasło, więc jeśli chcesz, żebym dalej Cię odwiedzała, prosiłabym o jakieś info na maila zakrecona8888@gmail.com
Subskrybuj:
Posty (Atom)
