Moi kochani, nie zniknęłam na amen, jestem już na samym końcu semestru - został mi jeden egzamin i obiecuję, że jak tylko się z nim uporam, to dam znać co się u mnie dzieje :)
Mam nadzieję, że zdążę przed ocenzurowaniem internetu... ;)
poniedziałek, 23 stycznia 2012
piątek, 23 grudnia 2011
Uuuuu...
...Ale mi się należy bicie za tą ciszę! Jak zobaczyłam ile czasu się nie odzywałam, to byłam w szoku, bo tyle się dzieje, że wydawało mi się, że to była tylko chwila, a to już 2 miesiące minęły od ostatniego posta... Miło mi bardzo, że niektórzy o mnie pamiętali nawet wtedy kiedy nie udzielałam się w blogowym świecie :) Dziękuję kochani za pamięć :))
Cały mój czas pochłania szkoła - nauka, pisanie pracy licencjackiej i praktyki, a terminy jak zwykle, na wczoraj, albo nawet na przedwczoraj... Aż dziwne, że jeszcze nie osiwiałam przez te wszystkie nerwy, bo na nudę narzekać nie mogę... I to nie tylko w szkole, bo ogólnie w moim życiu ostatnio zbyt wesoło nie było. Ale to już było, nie będę do tego wracać, niech to wszystko idzie w zapomnienie. Zbliża się nowy rok, który mam nadzieje będzie wspaniały :))
Cały mój czas pochłania szkoła - nauka, pisanie pracy licencjackiej i praktyki, a terminy jak zwykle, na wczoraj, albo nawet na przedwczoraj... Aż dziwne, że jeszcze nie osiwiałam przez te wszystkie nerwy, bo na nudę narzekać nie mogę... I to nie tylko w szkole, bo ogólnie w moim życiu ostatnio zbyt wesoło nie było. Ale to już było, nie będę do tego wracać, niech to wszystko idzie w zapomnienie. Zbliża się nowy rok, który mam nadzieje będzie wspaniały :))
Mimo wszystko jestem najszczęśliwszą kobietą pod słońcem :)
Kocham i jestem kochana przez najwspanialszego Mężczyznę na świecie,
i niech to się nigdy nie zmienia :*
***
Z okazji Świąt, chciałabym wszystkim życzyć mnóstwo miłości, zdrowia, szczęścia, pieniędzy i wszystkiego, czego Wam do pełni szczęścia jeszcze brakuje :)
Ponadto prawdziwej świątecznej, rodzinnej atmosfery, bo przecież o to w Świętach właśnie chodzi...
I żebyście o mnie nie zapomnieli, jak znów się zatracę w tym całym bałaganie ;)
poniedziałek, 17 października 2011
Znów nastała tutaj cisza...
... i najmocniej Was wszystkich za to przepraszam... Po prostu staram się jakoś uporządkować wszystko, naukę i resztę zajęć, i naprawdę zostaje mi niewiele czasu, a jak już chwila jest, to chętnie spędzam ją z moim Kochanym :)
Powolutku zaczynam ogarniać to wszystko, co spadło mi nagle na głowę z początkiem roku akademickiego. Mieliście rację, że wszystko wydaje się takie straszne, bo spadło na mnie wszystko na raz, a z czasem da się wszystko jakoś przewartościować i uporządkować. Może w tym roku kalendarzowym nie uporam się z tym na tyle, żeby móc zacząć szukać pracy, ale od nowego roku mam nadzieję ruszyć również z planami życiowymi do przodu i jeśli wszystko pójdzie tak jak bym chciała żeby poszło, najpóźniej na wiosnę zacząć szukać mieszkania. Matko, jak ja bym chciała, żeby mi się wszystko udało zrealizować...
Nie wiem jedynie jak to będzie z pracą M. Niby jakoś sobie wszystko na razie poukładali w grafiku i praca na popołudnie doszła do skutku, ale nie wiadomo jeszcze jak to dalej będzie. Bardzo liczę na to, że jedyne co się zmieni to ubędzie mu nadgodzin, bo niby pracuje 8 godzin dziennie, a cały dzień siedzi w pracy jak na razie, a dla mnie czas znajduje dopiero wieczorem... Tak nie powinno być, w umowie ma 8 godzin dziennie, nadgodziny rozumiem, bo czasem już się tak zdarzy, że po prostu trzeba, ale nie codziennie... Ostatecznie bilans dzienny mu wychodzi 9-11 godzin, ja się pytam co to ma być?! Trudna sprawa, bo to jego pierwsza praca gdzie zagrzał miejsce na dłużej i lepiej się nie wychylać, ale też tak być nie powinno, że dzień w dzień nadgodziny i nikt mu za to nie płaci... :( Gdyby jeszcze z tego pieniążki były, to jakoś bym to musiała znieść, albo nawet bym zniosła bez problemu, bo może bylibyśmy w stanie wynająć w końcu mieszkanie, ale taka praca charytatywna to po prostu wyzysk... Ani czasu w rezultacie nie ma, ani pieniędzy. Krew mi się gotuje jak o tym myślę...
W sprawach realizacji moich planów życiowych - nie wiem, jakiej szukać pracy, żeby była w elastycznych godzinach i nie wymagała zaświadczenia sanepidu (nie uśmiecha mi się odnawianie badań co 3 miesiące ;/)... Pozostaje chyba tylko telemarketing, ale jakoś chyba nie umiem przekonać kogoś, komu zabieram wolny lub wręcz przeciwnie - pracujący czas, do zakupu jakiejś usługi, której sama za Chiny Ludowe bym nie chciała i sama siebie potraktowałabym zbywająco ;) Ciężka sprawa... Chociaż... Są jeszcze korepetycje, ale nie dam rady na prywatnych korkach dorobić sobie tyle, żeby móc mieszkać z M. Ktoś mi kiedyś tu na blogu podsunął całkiem sensowną propozycję pracy w jakiejś sieci supermarketów, przejrzałam warunki pracy tam i byłyby nawet OK, tylko zawsze jest jakieś ale. W moim mieście nie ma tej sieci sklepów, a w innych, typu Carrefour czy Tesco... Cóż, wszyscy, których znam i pracują tam, marzą o tym, by dać stamtąd nogę, bo zasadniczo w większości placówek panuje praca niemal niewolnicza, więc chyba podziękuję. No i zonk. Nie mam już naprawdę za grosz weny twórczej, żeby wymyślić jakąś sensowną propozycję.
Wybaczcie ciszę również u Was. Czytam Wasze wpisy, ale zazwyczaj nie mam już tyle czasu, żeby komentować. W końcu się ogarnę, obiecuję, i zacznę się bardziej udzielać społecznie, a póki co próbuję ustawić swoje życie do pionu :)
Powolutku zaczynam ogarniać to wszystko, co spadło mi nagle na głowę z początkiem roku akademickiego. Mieliście rację, że wszystko wydaje się takie straszne, bo spadło na mnie wszystko na raz, a z czasem da się wszystko jakoś przewartościować i uporządkować. Może w tym roku kalendarzowym nie uporam się z tym na tyle, żeby móc zacząć szukać pracy, ale od nowego roku mam nadzieję ruszyć również z planami życiowymi do przodu i jeśli wszystko pójdzie tak jak bym chciała żeby poszło, najpóźniej na wiosnę zacząć szukać mieszkania. Matko, jak ja bym chciała, żeby mi się wszystko udało zrealizować...
Nie wiem jedynie jak to będzie z pracą M. Niby jakoś sobie wszystko na razie poukładali w grafiku i praca na popołudnie doszła do skutku, ale nie wiadomo jeszcze jak to dalej będzie. Bardzo liczę na to, że jedyne co się zmieni to ubędzie mu nadgodzin, bo niby pracuje 8 godzin dziennie, a cały dzień siedzi w pracy jak na razie, a dla mnie czas znajduje dopiero wieczorem... Tak nie powinno być, w umowie ma 8 godzin dziennie, nadgodziny rozumiem, bo czasem już się tak zdarzy, że po prostu trzeba, ale nie codziennie... Ostatecznie bilans dzienny mu wychodzi 9-11 godzin, ja się pytam co to ma być?! Trudna sprawa, bo to jego pierwsza praca gdzie zagrzał miejsce na dłużej i lepiej się nie wychylać, ale też tak być nie powinno, że dzień w dzień nadgodziny i nikt mu za to nie płaci... :( Gdyby jeszcze z tego pieniążki były, to jakoś bym to musiała znieść, albo nawet bym zniosła bez problemu, bo może bylibyśmy w stanie wynająć w końcu mieszkanie, ale taka praca charytatywna to po prostu wyzysk... Ani czasu w rezultacie nie ma, ani pieniędzy. Krew mi się gotuje jak o tym myślę...
W sprawach realizacji moich planów życiowych - nie wiem, jakiej szukać pracy, żeby była w elastycznych godzinach i nie wymagała zaświadczenia sanepidu (nie uśmiecha mi się odnawianie badań co 3 miesiące ;/)... Pozostaje chyba tylko telemarketing, ale jakoś chyba nie umiem przekonać kogoś, komu zabieram wolny lub wręcz przeciwnie - pracujący czas, do zakupu jakiejś usługi, której sama za Chiny Ludowe bym nie chciała i sama siebie potraktowałabym zbywająco ;) Ciężka sprawa... Chociaż... Są jeszcze korepetycje, ale nie dam rady na prywatnych korkach dorobić sobie tyle, żeby móc mieszkać z M. Ktoś mi kiedyś tu na blogu podsunął całkiem sensowną propozycję pracy w jakiejś sieci supermarketów, przejrzałam warunki pracy tam i byłyby nawet OK, tylko zawsze jest jakieś ale. W moim mieście nie ma tej sieci sklepów, a w innych, typu Carrefour czy Tesco... Cóż, wszyscy, których znam i pracują tam, marzą o tym, by dać stamtąd nogę, bo zasadniczo w większości placówek panuje praca niemal niewolnicza, więc chyba podziękuję. No i zonk. Nie mam już naprawdę za grosz weny twórczej, żeby wymyślić jakąś sensowną propozycję.
Wybaczcie ciszę również u Was. Czytam Wasze wpisy, ale zazwyczaj nie mam już tyle czasu, żeby komentować. W końcu się ogarnę, obiecuję, i zacznę się bardziej udzielać społecznie, a póki co próbuję ustawić swoje życie do pionu :)
piątek, 7 października 2011
Dołek gotowy.
Mam ochotę usiąść i płakać. Wiedziałam, że ten rok akademicki nie rysuje mi się zbyt kolorowo, ale też nie przypuszczałam, że będzie aż taki czarny... Minął dopiero pierwszy tydzień zajęć, a ja już powoli nie wiem w co mam włożyć ręce, żeby się ze wszystkim wyrobić. A chciałam znaleźć sobie pracę, a tu się okazuje, że i bez tego będę miała dość problemów na głowie...
300 stron jakiejś noweli do przeczytania i streszczenia + wypisanie nowych słówek z całej książki, nie, nie na raz, ale na cały semestr, tylko jest haczyk - szanowna pani wykładowczyni dyrektorka zarządziła, że co miesiąc będzie nasze wypociny nad nowelą zbierać i patrzeć czy jesteśmy systematyczni.
Do połowy października wybrać temat pracy dyplomowej, do listopada wykonać plan pracy, do grudnia oddać pierwszy rozdział.
Przynajmniej 2 godziny w tygodniu prowadzenie zajęć + wykonać do każdych zajęć konspekty, przynajmniej 2 godziny obserwowania zajęć + sprawozdania z każdej godziny.
W planie widnieją dwie literatury - brytyjska i amerykańska - na każdą średnio co 2 tygodnie przypada jakaś niemała lektura do przeczytania.
Na semestr portfolio z gramatyki praktycznej zawierające co najmniej 400 testów.
To perspektywa najbliższego semestru po pierwszym tygodniu, mam dziwne przeczucie, że będzie tylko gorzej... :(
Nie wiem, może to tylko ja tak pesymistycznie do tego podchodzę, ale mnie się wydaje, że na moje plany życiowe tak jakby już nie ma miejsca... Czuję się taka zrezygnowana... A już było tak blisko, tak się nastawiłam na znalezienie pracy i poszukiwanie mieszkania, a tu po prostu gówno - inaczej tego nie mogę ująć. Chce mi się wyć...
Na dodatek M. będzie pracował co drugi tydzień na popołudnie, a zważając na to, że ciągle robi nadgodziny, to naszych spotkań nie ma już gdzie ulokować w czasie, bo doba jest na takie eksperymenty za krótka. A bądźmy szczerzy - związek, w którym dwoje ludzi widuje się co dwa tygodnie na zaledwie 2-3 godziny dziennie bez możliwości posiadania chociaż 10 minut prywatności, nie mówiąc już przypadkiem o jakiejkolwiek bliskości poza buziakiem, to związek bez szans. Ani jedno ani drugie tego nie wytrzyma, każde zacznie mieć swoje życie i pójdzie w swoją stronę. Już teraz między nami jest coraz gorzej, bo mój nastrój na myśl o tym, co przed nami coraz bardziej się pogarsza, a M. jest bardzo cięty na moje złe samopoczucie, co również spędza mi sen z powiek, bo każdy ma prawo do martwienia się i złego samopoczucia, tyle, że ja jak widać nie. A nie potrafię już robić dobrej miny do złej gry, bo mnie to już po prostu przerasta...
Szczerze, nie mam siły nawet o jakąkolwiek poprawę czegokolwiek walczyć. Tak mnie to wszystko dołuje, że nie daję rady. Mam ochotę skreślić całe moje życie, bo NIC w nim nie jest tak, jak miało być, nawet po tym całym zapierdolu nie mam co liczyć na chwilę odpoczynku w ramionach M., bo praca, praca, praca... Rozejdziemy się, jeśli dalej tak się wszystko ma układać... Kogo to obchodzi, że każdy, i student i pracownik, chce mieć życie prywatne, a nie tylko obowiązki... Gdybyśmy chociaż mieszkali razem, to ostatecznie po całym dniu moglibyśmy się spotkać wieczorem, i cała noc również byłaby tylko nasza, ale jak już pod górkę mieć, to po całej linii... Dopóki nie zacznę pracować, to nie ma takiej możliwości, żebyśmy mieszkali razem, a ja nie mam kiedy pracować, żeby nie zawalić szkoły. Mam dość, ta cała sytuacja jest bez wyjścia, a jedyne możliwe zakończenie, to złe zakończenie. Moje życie chyli się ku upadkowi.
Mam już tego wszystkiego do kur** nędzy dość!!!
300 stron jakiejś noweli do przeczytania i streszczenia + wypisanie nowych słówek z całej książki, nie, nie na raz, ale na cały semestr, tylko jest haczyk - szanowna pani wykładowczyni dyrektorka zarządziła, że co miesiąc będzie nasze wypociny nad nowelą zbierać i patrzeć czy jesteśmy systematyczni.
Do połowy października wybrać temat pracy dyplomowej, do listopada wykonać plan pracy, do grudnia oddać pierwszy rozdział.
Przynajmniej 2 godziny w tygodniu prowadzenie zajęć + wykonać do każdych zajęć konspekty, przynajmniej 2 godziny obserwowania zajęć + sprawozdania z każdej godziny.
W planie widnieją dwie literatury - brytyjska i amerykańska - na każdą średnio co 2 tygodnie przypada jakaś niemała lektura do przeczytania.
Na semestr portfolio z gramatyki praktycznej zawierające co najmniej 400 testów.
To perspektywa najbliższego semestru po pierwszym tygodniu, mam dziwne przeczucie, że będzie tylko gorzej... :(
Nie wiem, może to tylko ja tak pesymistycznie do tego podchodzę, ale mnie się wydaje, że na moje plany życiowe tak jakby już nie ma miejsca... Czuję się taka zrezygnowana... A już było tak blisko, tak się nastawiłam na znalezienie pracy i poszukiwanie mieszkania, a tu po prostu gówno - inaczej tego nie mogę ująć. Chce mi się wyć...
Na dodatek M. będzie pracował co drugi tydzień na popołudnie, a zważając na to, że ciągle robi nadgodziny, to naszych spotkań nie ma już gdzie ulokować w czasie, bo doba jest na takie eksperymenty za krótka. A bądźmy szczerzy - związek, w którym dwoje ludzi widuje się co dwa tygodnie na zaledwie 2-3 godziny dziennie bez możliwości posiadania chociaż 10 minut prywatności, nie mówiąc już przypadkiem o jakiejkolwiek bliskości poza buziakiem, to związek bez szans. Ani jedno ani drugie tego nie wytrzyma, każde zacznie mieć swoje życie i pójdzie w swoją stronę. Już teraz między nami jest coraz gorzej, bo mój nastrój na myśl o tym, co przed nami coraz bardziej się pogarsza, a M. jest bardzo cięty na moje złe samopoczucie, co również spędza mi sen z powiek, bo każdy ma prawo do martwienia się i złego samopoczucia, tyle, że ja jak widać nie. A nie potrafię już robić dobrej miny do złej gry, bo mnie to już po prostu przerasta...
Szczerze, nie mam siły nawet o jakąkolwiek poprawę czegokolwiek walczyć. Tak mnie to wszystko dołuje, że nie daję rady. Mam ochotę skreślić całe moje życie, bo NIC w nim nie jest tak, jak miało być, nawet po tym całym zapierdolu nie mam co liczyć na chwilę odpoczynku w ramionach M., bo praca, praca, praca... Rozejdziemy się, jeśli dalej tak się wszystko ma układać... Kogo to obchodzi, że każdy, i student i pracownik, chce mieć życie prywatne, a nie tylko obowiązki... Gdybyśmy chociaż mieszkali razem, to ostatecznie po całym dniu moglibyśmy się spotkać wieczorem, i cała noc również byłaby tylko nasza, ale jak już pod górkę mieć, to po całej linii... Dopóki nie zacznę pracować, to nie ma takiej możliwości, żebyśmy mieszkali razem, a ja nie mam kiedy pracować, żeby nie zawalić szkoły. Mam dość, ta cała sytuacja jest bez wyjścia, a jedyne możliwe zakończenie, to złe zakończenie. Moje życie chyli się ku upadkowi.
Mam już tego wszystkiego do kur** nędzy dość!!!
wtorek, 4 października 2011
Milczek
Przepraszam na samym wstępie za tą ciszę. Mogę Wam przysiąc, że bywam u każdego i czytam Wasze wpisy od deski do deski, tylko nie potrafię z siebie wydusić słowa. Ani u Was, ani u siebie. Naprawdę dopada mnie jakieś jesienne przygnębienie i mobilizowanie się do chodzenia do szkoły oraz do praktyk, które nieuchronnie nadciągają, wysysa ze mnie resztki sił do życia. Dodatkowo, w związku z uczęszczaniem na III rok studiów, mam do ogarnięcia sporo nowych spraw, w tym pracę dyplomową, zatem muszę uważnie gospodarować energią życiową, której mi ledwo co starcza. Zaglądam tu w wolnej chwili, aby odsapnąć od biegu codziennego życia oraz oderwać się od tego co mnie otacza, ale nie starcza mi inwencji twórczej na odzywanie się.
Wstyd, wstyd, wstyd! Ale obiecuję w weekend zdać relację z pierwszego tygodnia szkoły i zalążka praktyk, a póki co dalej będę bywać tu i u Was po cichutku :) Szybkiego nadejścia weekendu Wam życzę :))
Wstyd, wstyd, wstyd! Ale obiecuję w weekend zdać relację z pierwszego tygodnia szkoły i zalążka praktyk, a póki co dalej będę bywać tu i u Was po cichutku :) Szybkiego nadejścia weekendu Wam życzę :))
środa, 28 września 2011
Na początku wspomnę o moim kręgosłupie, bo wielu z Was się o mnie troszczy :) - prawdopodobnie wysunął mi się dysk, ale sam się wsunął... Teraz już mnie praktycznie wcale nie boli, ale jestem trochę zła, że tak późno dostałam się do tego lekarza, bo gdyby mnie przyjął chociaż dwa dni wcześniej to cały mój ból miałby podany na tacy, a tak poszłam jak już mnie niewiele bolało, to moją dolegliwość rozpoznał jedynie dzięki mojemu opisowi co, gdzie i jak mnie bolało... Echh...
I wracając do tego, o czym chciałam dzisiaj wspomnieć...
Jest dziwnie... Jeśli stan dziwności się nie zmieni do następnego posta, to napiszę co jest dziwne, a jeśli wszystko wróci do normy, to zapomnimy o tym.
A przede wszystkim jest stresująco... Strasznie zaczynam się bać nadchodzących praktyk w liceum. Niby wiem jak młodzież działa, bo dopiero co sama liceum kończyłam, a jednak ogarnia mnie jakiś niewyjaśniony strach, który prawie całkowicie spędza mi sen z powiek... Zaczynam się na poważnie zastanawiać, czy bycie nauczycielem to jest moje powołanie, bo zwyczajnie nie odczuwam żadnej radości na myśl o praktykach, tylko strach. Naturalnie nie wycofam się w ostatnim roku, jaki mi do ukończenia tego cyrku został, ale jednak nie jestem pewna jak sobie w kwestii starcia z licealistami poradzę.
Chyba zaczyna mnie dopadać jesienna chandra... :(
I wracając do tego, o czym chciałam dzisiaj wspomnieć...
Jest dziwnie... Jeśli stan dziwności się nie zmieni do następnego posta, to napiszę co jest dziwne, a jeśli wszystko wróci do normy, to zapomnimy o tym.
A przede wszystkim jest stresująco... Strasznie zaczynam się bać nadchodzących praktyk w liceum. Niby wiem jak młodzież działa, bo dopiero co sama liceum kończyłam, a jednak ogarnia mnie jakiś niewyjaśniony strach, który prawie całkowicie spędza mi sen z powiek... Zaczynam się na poważnie zastanawiać, czy bycie nauczycielem to jest moje powołanie, bo zwyczajnie nie odczuwam żadnej radości na myśl o praktykach, tylko strach. Naturalnie nie wycofam się w ostatnim roku, jaki mi do ukończenia tego cyrku został, ale jednak nie jestem pewna jak sobie w kwestii starcia z licealistami poradzę.
Chyba zaczyna mnie dopadać jesienna chandra... :(
czwartek, 22 września 2011
Wieści różnej treści
Sytuacja między nami wraca do normy, chociaż bardzo powoli, bo M. chory, ja się ledwo ruszam z powodu bolącego kręgosłupa, tak więc mamy bardzo pod górkę, żeby się w ogóle spotkać... Obydwoje przesadziliśmy z naszymi reakcjami, M. przyznał, że sytuacji, która to wszystko wywołała mógł zapobiec, i w rezultacie dramat rozegrał się o nic, tylko mój PMS rozdmuchał mały problem do rangi mega przestępstwa, a M. dał mu się sprowokować...
Wiecie, zazwyczaj horoskopy czytam tylko dla zabawy, bo w nie nie wierzę, ale to co ujrzałam wczoraj po prostu mnie wmurowało w ziemię... Dziwnie się czuję, kiedy to co czytam, mogę co do słowa odnieść do wydarzeń w moim życiu...
Co się stało, że cierpię z powodu kręgosłupa?
Właściwie plecy bolą mnie już tydzień, ale wcześniej wiedziałam, że to moja zasługa, bo przez chwilę nieuwagi znów mnie gdzieś zawiało i problem gotowy. Niestety nie udało mi się tego zwalczyć... Bo ból przeszedł już z zaziębionych pleców na wyższy szczebel - ból kręgosłupa. Możecie mi wierzyć, że naprawdę mnie boli, gdyż ja, nawet to pogrubię i podkreślę: wybieram się do lekarza! Tak, tak... Mało, że nie mogę się ruszać, to jeszcze drętwieje mi noga... Coś mi ewidentnie uciska nerwy i muszę coś z tym zrobić, bo nie pomaga mi już nic z domowej apteczki i medycyny ludowej... Kilka dni temu o mały włos nie powybijałam sobie zębów o umywalkę - kiedy myłam zęby, przez kręgosłup przeszedł mi tak gwałtowny i silny ból, że nogi mi się ugięły i gdyby nie to, że za mną była pralka, o którą zdążyłam się oprzeć, to dzisiaj nie miałabym już kompletnego uzębienia, za to miałabym pewnie pokazowo poobijaną twarz. Niestety ból nie odpuszcza, a wręcz pojawia się coraz częściej, więc chyba muszę się ratować pomocą wykwalifikowanych medyków...
Dzisiaj byłam u fryzjera, żeby mi umyli włosy, bo ostatnio, kiedy sama próbowałam to zrobić, to po prostu położyłam się na wannie i płakałam z bólu. Mam długie i gęste włosy, więc po namoczeniu zrobiły się tak ciężkie, że mój kręgosłup tego nie wytrzymywał...
Szczególnie w takich momentach marzę o tym, żebyśmy mieszkali razem... Bo razem nawet chorowanie jest fajne :) I bądź co bądź, trochę wkurza mnie, że moim chorym facetem zajmuje się jego mama, a nie ja :(
Niby cały czas gdzieś na horyzoncie pali się światełko na wspólne zamieszkanie, ale to tylko na razie taka mała iskierka... Jakby tylko ktoś powiedział choćby dzisiaj, że jest gdzieś w moim mieście nieduże mieszkanie z niezbyt wygórowanym czynszem, to stanę na głowie, żeby znaleźć jakąś pracę i pogodzić ją ze studiami, żebyśmy tylko mogli razem zamieszkać....
Wiecie, zazwyczaj horoskopy czytam tylko dla zabawy, bo w nie nie wierzę, ale to co ujrzałam wczoraj po prostu mnie wmurowało w ziemię... Dziwnie się czuję, kiedy to co czytam, mogę co do słowa odnieść do wydarzeń w moim życiu...
(Po kliknięciu obrazek się powiększy)
Co się stało, że cierpię z powodu kręgosłupa?
Właściwie plecy bolą mnie już tydzień, ale wcześniej wiedziałam, że to moja zasługa, bo przez chwilę nieuwagi znów mnie gdzieś zawiało i problem gotowy. Niestety nie udało mi się tego zwalczyć... Bo ból przeszedł już z zaziębionych pleców na wyższy szczebel - ból kręgosłupa. Możecie mi wierzyć, że naprawdę mnie boli, gdyż ja, nawet to pogrubię i podkreślę: wybieram się do lekarza! Tak, tak... Mało, że nie mogę się ruszać, to jeszcze drętwieje mi noga... Coś mi ewidentnie uciska nerwy i muszę coś z tym zrobić, bo nie pomaga mi już nic z domowej apteczki i medycyny ludowej... Kilka dni temu o mały włos nie powybijałam sobie zębów o umywalkę - kiedy myłam zęby, przez kręgosłup przeszedł mi tak gwałtowny i silny ból, że nogi mi się ugięły i gdyby nie to, że za mną była pralka, o którą zdążyłam się oprzeć, to dzisiaj nie miałabym już kompletnego uzębienia, za to miałabym pewnie pokazowo poobijaną twarz. Niestety ból nie odpuszcza, a wręcz pojawia się coraz częściej, więc chyba muszę się ratować pomocą wykwalifikowanych medyków...
Dzisiaj byłam u fryzjera, żeby mi umyli włosy, bo ostatnio, kiedy sama próbowałam to zrobić, to po prostu położyłam się na wannie i płakałam z bólu. Mam długie i gęste włosy, więc po namoczeniu zrobiły się tak ciężkie, że mój kręgosłup tego nie wytrzymywał...
Szczególnie w takich momentach marzę o tym, żebyśmy mieszkali razem... Bo razem nawet chorowanie jest fajne :) I bądź co bądź, trochę wkurza mnie, że moim chorym facetem zajmuje się jego mama, a nie ja :(
Niby cały czas gdzieś na horyzoncie pali się światełko na wspólne zamieszkanie, ale to tylko na razie taka mała iskierka... Jakby tylko ktoś powiedział choćby dzisiaj, że jest gdzieś w moim mieście nieduże mieszkanie z niezbyt wygórowanym czynszem, to stanę na głowie, żeby znaleźć jakąś pracę i pogodzić ją ze studiami, żebyśmy tylko mogli razem zamieszkać....
Subskrybuj:
Posty (Atom)

